soczewica
07.09.03, 16:34
jest partner, ale nie mieszkamy razem na stałe.
jemu ostatnimi czasy odbiła jakś śluboidalna palemka: merydż i merydż.
i żeby było zaPAWniej to koniecznie musi być w kościele.
bo tylko taki ślub to prawdziwy ślub a przed panem czy panią z u-es-ce to
żadne wiązanie, tylko papier.
no dobrze, tylko że
ani on nie chodzi do kościoła
ani ja nie chodzę do kościoła
ja w dodatku posuwam się do ekstremum chociażby w momencie, kiedy przychodzi
czarny z kropidłem. od czasów wczesnego liceum nie zmusili mnie do bycia
podczas kolędy. omijam szerokim łukiem wszelakie instytucje kościelne; mam w
nosie, czy księża rozbijają się beemwicami i deprawują gosposie, nie czepiam
się kleru, po prostu na mojej ścieżce nie chcę trafiać na kościół.
podczas wizyty Papieża, kiedy zobaczyłam go - płakałam ze wzruszenia, co
jednak nie zmienia faktu, że z sakramentami i obrządkiem mam na bakier.
spowiedź przejmuje mnie dreszcem obrzydzenia, bo nie czuję potrzeby a wręcz
opór, żeby jakiemuś człowiekowi opowiadać o przewinieniach własnych. kto wie,
może mam z tym trudniej, bo sam przegryzam się przez własne sumienie i nikt
mi nie odpuszcza.
ale mężczyźnie zachciało się kościoła. tylko kościoła. wyłącznie kościoła.
dodam, że też nie ma szczególnego nabożeństwa do.. nabożeństwa i
przyległości, ale się uparł.
hę?!
czy ktoś może mi naswietlić swój pogląd na tą sprawę?
soczewica