8n
23.04.08, 12:04
czyli "nie ma tego złego..."
Zajęcia języka rosyjskiego zaczęły się dyktandem, nie wiem, o czym opowiadał tekst, trudno skupić uwagę na treści, wwiercając się w każde słowo raczej od strony gramatycznej, ortograficznej i w ogóle wyobraźni niemiłej, dylematy czy to io czy to jo, czy n jedno czy dwa, czy znak miękki, czy warto, czy może wróć do domu, po 22 minutach pisania, czas na poprawki, każdy a to przygryzając wargi a to ołówek, próbuje wykryć wszystkie swoje idiotyczne błędy, co i tak się nieuda, nanieść niezbędne poprawki – chociaż zazwyczaj tam, gdzie nie trzeba.
I tylko on, oczy utkwione w jeden punkt - zupełnie poza kłębowiskiem dyslektycznych grafitowych nici, i wiem, o czym nie myśli, nie o tym - co przed nim, i co w mniemaniu pani prof. B powinno być teraz najważniejsze, ta wścibsko go zapytuje, niby, żeby język mu podszlifować - a pan co taki zamyślony, no o czym tak rozmyśla, niech powie, ciekawimy się
- moja dziewczyna miała wczoraj zabieg, wie pani, wpadliśmy, nie będziemy się pie..ć z malcem, myślałem, ale teraz jakaś taka zadumka mnie ogarnia, ku... Może źle zrobiliśmy, co pani myśli?
I skończyły się zajęcia, jakieś 65 minut wcześniej niż zawsze.