Dodaj do ulubionych

szachy (1)

11.09.03, 10:52

przykro mi, tym razem wyszło mi dłuższe niż zwyczajowe miniatury, co oznacza
konieczność (a nie tylko chęć) podzielenia. Życzę miłej lektury.

m,
.y.

----------------------------------

Szachy

Teraz, skoro jestem tu gdzie jestem (a w zasadzie, choć tego wcale
nie jestem pewien – gdzie jesteśmy), nic nie ma znaczenia. Ale przecież w ten
sposób można powiedzieć o wszystkim, co trwało i się skończyło. Nic już nie
ma znaczenia. Dowiedziałem się, że wbrew temu, co czytałem wcześniej, czas
jednak istnieje, choć nie jest czwartym wymiarem, jak chcieliby fizycy, jest…
ale to nie należy do toku tej opowieści, zresztą obawiam się, że mógłbym
zostać ukarany za to co bym wyjawił. Pomijając zaś sprawę niedoszłej zbrodni
wyjawienia i kary, chodzi mi w zasadzie o to, że teraźniejszość również.
Istnieje znaczy. I choć jest najważniejsza i sama sobą określa to, czy ma się
czas na rozważanie przeszłości, to jednak nie jest wszystkim… Ja mam dużo
czasu na rozważania. Gdy żyłem nie miałem. Już zaczynam, uprzedzam tylko
lojalnie, że bywam strasznym gadułą.

Gdy patrzy się na to wszystko z dystansu, można właściwie ocenić, co
było przyczyną leżącą u podstaw osiągniętego skutku. Bez tej jednak
perspektywy wszystko zdaje się być zagmatwane. Ponieważ Ty, drogi czytelniku,
nie masz owej perspektywy (i obyś jak najdłużej nie miał, życie wszak jest
cudowne), przedstawię moją historię tak, jakby zdarzyła się Tobie, choć, nie
przeczę, ze wszech miar może wydać Ci się nieprawdopodobna. Wiem, oczywiście,
dużo więcej, niż opowiedziałem w tej krótkiej historii. Opowiedzenie
wszystkiego byłoby jednak zdecydowanym zepsuciem zabawy. Tak myślę. Ale do
rzeczy.

Bardzo lubiłem spacerować parkiem, zwłaszcza wczesną porą, na
godzinę – półtorej przed świtem. To, że bardzo lubiłem, wcale jednak nie
oznacza, że często to robiłem. W zasadzie to zdarzyło mi się to raptem parę
razy, za każdym z nich było to przy okazji powrotu z jakiejś imprezy. Być
może dlatego (ten rausz...) tak miło to wspominam, ale przychylam się raczej
do wersji, że to nieobecność ludzi i oddychająca chłodną wilgocią ziemia
sprawiały, że lubiłem tam przebywać.
To właśnie powrót z imprezy, zresztą niespecjalnie udanej, rozpoczął
bieg wydarzeń.

Ciągle te dygresje i dygresje. Na dygresjach, wtrąceniach, przypisach
i odwołaniach straciłem pół życia. Gdybym tylko potrafił jasno się wyrażać,
porządkować swoje myśli, moje życie byłoby bardziej esencjonalne, a mniej
chaotyczne. Choć może tak miało być? Tym razem, zanim w ogóle opowiem, co się
wydarzyło, muszę opowiedzieć o swojej pasji. W zasadzie określenie "pasja"
zostało tu użyte trochę na wyrost – nie oddałem życia za nią, objawiała się
zresztą dość incydentalnie… Zbierałem. Nie metodycznie znaczki, czy monety.
Zbierałem różne przedmioty. Miałem w domu, na przykład, kołek wycięty w
drewnie, pomalowany kiedyś na czerwono – zabrałem go ze sobą, bo wyobraziłem
sobie, że jest to osinowy kołek, a czerwień… No właśnie. Wydało mi się to
zbyt piękne, by pozostawić gdzieś w kurzu na poboczu. Miałem obcas od czarnej
szpilki, kobiecego buta. W zasadzie, to gdyby nie lektura Baricco, w życiu
bym go nie przytargał do domu. A tak – ilekroć spojrzałem nań, przypominały
mi się różne rzeczy, związane z tą książką – zazwyczaj dobre. Największym i
najcięższym eksponatem była wielkości cegły, kostka brukowa. Zabrałem ją z
chodnika, po prostu, leżała luzem. Wyobraziłem ją sobie z wydrążonym otworem –
idealnie na świeczkę. Cudowny, najcięższy i najbardziej nieporęczny
świecznik, jaki znam. Oczywiście – nie muszę tego chyba nawet dodawać – otwór
ów nigdy nie powstał, zaś sama kostka brukowa leżała na lewej kolumnie, koło
wzmacniacza – bezużyteczna, szara, ciężka. Piękna.
Było tego dużo więcej, choć przedmioty owe pojawiały się i znikały.
Czasem sam je wyrzucałem, czasem obdarowywałem nimi kogoś, kto – jak
podejrzewałem – choć w części będzie potrafił docenić nieskażony
utylitaryzmem przedmiot.
Wędrując o czwartej trzydzieści nad ranem, całkiem pustym parkiem,
znalazłem czarnego konika szachowego. Wrzuciłem go do plecaka obiecując
sobie, że obejrzę go w domu, w lepszym świetle.

Konik, w rzeczy samej, był zwykły aż do bólu. Żadnej wymyślnej
ornamentyki, żadnego serca włożonego w wykonanie – ot zwykła masowa robota,
jakich wiele. Gdyby pojawił się na mej drodze w inny – bardziej
konwencjonalny – sposób, pewnie nawet nie zwróciłbym na niego uwagi. Ale
konik, nawet najpośledniejszy, leżący nocą na ścieżce (a dookoła nawet
jednego, nawet widmowego, czy nieżywego gracza. W sumie byłaby to przednia
zagadka kryminalna, gdyby konik ów tkwił w ręce martwego mężczyzny. Albo
martwej kobiety. Albo, jak sobie myślę – jakiż piękny obraz. Martwa natura z
szachowym konikiem…) sprawił, że poczułem dotknięcie czegoś osobliwego. Jak
się potem okazało dotykającą była pewna wyjątkowo chuda postać z kościstymi
palcami. Ale gdyby człowiek co dzień obawiał się o swoje życie – czy żyłby w
ogóle..?

Kiedy nie chodziłem nocą po parkach, nie przebywałem w wąskim gronie
znajomych, nie piłem, nie grałem na komputerze i nie czytałem książek (czyli,
mniej więcej raz na pół roku) lubiłem czasem wpaść do jakiegoś pubu. Robiłem
to, w zasadzie, nawet bez specjalnej przyjemności, a nawet, rzekłbym, w
jednym, ściśle określonym celu. Bynajmniej nie w celu napicia się – picie w
knajpie zdaje mi się zajęciem tyle trywialnym ile bezbarwnym – jako urodzony
socjopata (stąd też wąski krąg znajomych) zdecydowanie wolałem picie w formie
spotkania tete-a-tete. Knajpy zaś odwiedzałem z powodu książek fantastycznych.

Kiedy żyłem, byłem postrzegany jako snob, człowiek, który za wszelką
cenę stara się być wyjątkowy. Jako dwudziestoparolatek chodziłem w szarym
prochowcu od Hugo Bossa (kupionym, zresztą, za równowartość trzech piw mniej
więcej w pobliskim ciuchlandzie) i kapeluszu odziedziczonym po dziadku (po
którym, jak sądzę, odziedziczyłem również ową socjopatię). Nie zadowalałem
się powszechnie dostępnymi alkoholami – cieszyłem się za to jak dziecko, gdy
udało mi się ściągnąć z Czech lub Rosji absynt. U nas nielegalny, tam wciąż
produkowany. Czytałem dziwne opasłe księgi. Wyszłoby z tego wszystkiego
materiału na dwóch lub trzech snobów. Mi jednak marginalnie zależało na tym,
co sobie ludzie pomyślą, jak wyglądam czy się zachowuję. Dlatego też nie
nalegam, byś, czytelniku, uwierzył w moją własną teorię o knajpach. Choć miło
by było.

...cdn...

----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.
Obserwuj wątek
    • ydorius Re: szachy (2) 11.09.03, 10:54

      i od razu wrzucam dwójkę.

      m,
      .y.

      ----------------------------------

      Oczywiście nie chodziło o czytanie. W książkach fantastycznych
      większość akcji zaczyna się w gospodzie. Sterany życiem starzec wchodzi do
      gospody, na nogach ma ośnieżone buty, na plecach płaszcz ze skóry wilka. Wodzi
      zmęczonym wzrokiem po bywalcach i dosiada się do jednego ze stolików. Mówi przy
      tym: mam dla ciebie małe zadanie. Albo dla was. Zależy do kogo się dosiądzie. A
      potem dzielny bohater, albo heroiczna drużyna idzie wykonać zadanie. Potem
      wykonuje, ktoś pod koniec traci życie (ale i tak, jak wiemy, zostanie
      wskrzeszony na początku drugiego tomu) i książka się kończy. Schemat ograny do
      obrzydliwości wręcz, jednak lubiłem zająć któryś ze stolików, by popatrzeć na
      wchodzących. Wyobrażałem sobie ich historie, które czasem potem spisywałem. Mam
      nadzieję, że nikt nigdy nie odnajdzie tych zapisków.

      Jak więc nazwać ów los, który ze mnie tak zakpił? Złośliwym? Może
      odpowiednim? Może gdzieś w tej całej historii tkwi potężny żart?
      Prawdopodobnie, gdybym tylko zapytał, usłyszałbym, że sam się o to prosiłem. I
      pewnie tak właśnie było.

      Tego wieczora wyjątkowo nie miałem ochoty na niczyje towarzystwo.
      Zastanawiałem się co prawda, czy do kogoś nie zadzwonić, by dotrzymał mi kroku,
      ale w końcu wybrałem wersję samotniczą. Pub, do którego się udałem był dość
      zaniedbany z zewnątrz – i taki też okazał się w środku. Byłem tu pierwszy raz.
      Starałem się nie bywać dwukrotnie w tym samym miejscu – przy mojej
      częstotliwości odwiedzania tego rodzaju przybytków prawdopodobnie musiałbym
      powrócić do raz odwiedzonego pubu już po jakiś dwóch tysiącach lat... Powoli
      napływający mężczyźni (i jedna, wyglądająca na mocno zabłąkaną i nietrzeźwą,
      kobieta) idealnie pasowali do miejsca. Mieli odrapane tynki, brudne lady i
      kilka barmańskich frazesów. Ich historie były proste jak topole, choć nie tak
      piękne. Zbierałem się do wyjścia, gdy z ciężkim westchnięciem, również
      odpowiednim do wyglądu, do mojego stolika dosiadł się starzec. W zasadzie
      powinienem sprostować – ktoś wyglądający jak starzec; w rzeczywistości mógł być
      wyjątkowo zaniedbanym i zniszczonym nawet trzydziestoparolatkiem… Stęknął
      ponownie i położył przed sobą (i przede mną, albowiem coś w tej postaci
      sprawiło, iż mój marsz ku drzwiom uległ opóźnieniu), pudełko.
      Gdy je otworzył okazało się, że było to pudełko pełne szachów.
      Brakowało jednak szachownicy.

      Jeszcze tego nie wiedziałem, ale właśnie wtedy rozpoczęło się
      odliczanie. Dziesięć minut później już nie żyłem, a prawdopodobnie – nie
      żyliśmy. Choć ja umarłem pierwszy.

      Monotonny, przypominający mantrujący głos niektórych akademickich
      wykładowców zaczął, bez żadnego nagabywania, opowiadać historię szachów.
      Wydobywał się z jakiegoś miejsca w pobliżu mężczyzny, aczkolwiek potężna
      zaniedbana broda sprawiała, że ciężko było ustalić, czy rzeczywiście mówi to,
      co mówi, czy też to tylko wytwór mojej wyobraźni. Zbierałem te szachy przez
      lata. Kiedyś, pamiętam jak tata powiedział, że coś dobrze rozegrał i że jak tak
      dalej pójdzie, to będzie mógł dużo na tym wygrać. To tata też nauczył grać mnie
      w szachy. Pomyślałem sobie, że każdy pionek nawet, nie mówiąc już o figurach,
      musi być kimś. Każdy z otaczających mnie ludzi też jest kimś. Pierwszą figurę,
      mojej matki, znalazłem jeszcze w dzieciństwie. Była królową, oczywiście. Potem
      bardzo długo szukałem. O, ten goniec na przykład to mój wuj. Znalazłem go na
      pchlim targu – reszta zestawu nikogo znanego mi nie przypominała, ale ten
      goniec… Tak, to zdecydowanie on. Znalazłem też swoją byłą. Najpierw myślałem,
      że będzie jednym z pionków, ale tak naprawdę okazała się wieżą. Pokazywał mi po
      kolei figury i pionki, obu kolorów, opisując kim są. Jestem już bardzo blisko.
      Wiem, że to wszystko może kojarzyć się z jakimś voodoo czy czymś takim. Czarną
      magią może. Zbyt jestem inteligentny – pojedynczy błysk w oku – by tego nie
      wiedzieć. Już niedługo będę mógł rozegrać swoją pierwszą partię. Potrzeba mi
      tylko kogoś, kto poprowadzi białe… Wiem, co chcę zrobić, wiem, co zrobię. Wiem,
      jak to rozegrać, by wygrać, niezależnie od tego, co zrobi przeciwnik. Wiem, za
      długo się nad tym zastanawiałem, by zwątpić. Brakuje mi tylko... Czarnego
      konika – wyszeptałem. Czarnego konika – powtórzył. Zacząłem nerwowo obracać w
      kieszeni drewniany kształt.

      Chciałem mu powiedzieć, że nie można tak grać. Że nie można tak grać
      ludźmi. Każdy jest autonomiczny, każdy ma swoje życie. Ale wiedziałem, że jeśli
      się naprawdę chce, można zagrać wszystko. Chciałem mu powiedzieć, że nie mogę z
      nim zagrać, że musi poszukać kogoś innego, ale wiedziałem, że ma mnie w ręku.
      Na skraju stołu, za daleko, bym mógł dosięgnąć, pozostał jeden biały pionek.
      Wiedziałem, że z jakichś względów był mną; pionek, którego nie opisał. Musiał
      być mną.

      Kim jest czarny konik? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. Szeroki
      uśmiech, nie do ukrycia nawet w brodzie, pojawił się na jego twarzy. Mną –
      powiedział a ja skinąłem głową. Szybkim ruchem rzuciłem konika na ziemię i
      rozdeptałem. Zbutwiałe drewno poddało się zastanawiająco łatwo. Zanim umarłem
      zrozumiałem dwie rzeczy: nie było żadnej gry a z czarnego konika uciekło moje
      życie. Zaś pionkiem, białym pionkiem, było życie nieznajomego...

      copyright by ydorius 11’09’2003

      ----------------------------------
      What is home without Plumtree's Potted Meat?
      Incomplete.
      • rashomon Biały pionek 11.09.03, 19:59
        - Wiedziałem, że tu go znajdę - pomyślał starzec. Jak większość tego typu
        starców, był niewidomy. Jedni mówili, że to nie z powodu wieku, lecz dlatego,
        że zobaczył coś, co sprawiło, że zamknął się do wewnątrz. Starzec przywykł do
        tego. Przynajmniej omijał go widok ponętnych twarzy i pokracznych twarzy. Mógł
        słuchać i słuchał. Widział go, wychodzącego w zimny, ranny świt. Ale jak go
        mógł widzieć? Widział, bo człowiek kroczący parkiem był nim samym. Nie
        wiedział, co czuje, ale mógł przysiąc, że zna każdy centymetr tej drogi, każdy
        wybój i każdą czarną figurę pozostawioną dla podświadomości. Starcowi wydawało
        się, że nad wszystkim panuje, tak jak słońce panuje nad dniem, a wątłonoga
        czapla nad życiem każdej z przyszłych ofiar. Ale tak nie było. Nim też coś
        powodowało. Coś, co wykraczało poza czas, przeszły, przyszły i teraźniejszy.
        Coś pozaczasowego, przybierający nowy kształt symbol. Śmierć, która miała
        nastąpić - jedynie dopełniła ów dziwny wzór.

        Starzec miał na swym wyimaginowanym oku tego tajemniczego mężczyznę w
        kapeluszu. Nawet, gdy mężczyzna kapelusza nie nosił, pozostawiając w kolejnym
        miejscu jak wizytówkę, naznaczając wszystkie puby swą obecnością poprzez ten
        znaczący fragment ubrania - starzec wiedział, że mężczyzna ma kapelusz zawsze
        na sobie. Wiedział też, że śmierć pod nowoczesną wersją białego pionka w
        miejsce odwiecznej pani w bieli, jest rodzaju męskiego.

        Gdy spotkali się 11 września, nie przewidywał, że to, co dla świata było
        katastrofą, może się przenieść wgłąb duszy, powołując do życia stare
        określenie amerykańskich dziennikarzy o Osho - duchowy terrorysta. A jednak w
        tym przypadku nie było zleceniodawcy. Starzec chciał zapobiec temu co miało
        nastąpić, ale ślepi widzą dopiero po nocy. Dwie wieże, z czego jedna była
        czowiekiem zawaliły się jak niebo. Ta partia okazała się z góry przesądzona...
        Ale oni o tym jeszcze wtedy nie wiedzieli.
      • Gość: Aisza Re: szachy (2) IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 11.09.03, 22:08
        cudne to zbieractwo - jakby z marzeń o wolności od znaczeń przedmiotów
        az sama zapragnęłam schylic się po jakis najbardziej zbędny przedmiot
        ... byleby nie okazał sie ...mną ;-)
        ***
        lubię czytać, gdy piszesz o śmierci - oswajasz ją jak ...kotka
        robi sie miękka, przyjazna ...łagodna
        pozdrawiam
        A
        • ydorius Re: szachy (2) 12.09.03, 12:20

          Umierać można na wiele sposobów i znacznie częściej niż ludzie myślą, że to
          czynią. Czasem można umrzeć w ciągu jednego dnia, a potem trzeba taszczyć
          siebie martwego przez resztę życia.
          Nic dziwnego więc, że moja śmierć Ci odpowiada: jest łagodna rzeczywiście,
          zostawia spokój i pewnego rodzaju beztroskę: wreszcie ma sie czas na to
          wszystko, na co nie miało się czasu za życia. Można latać i przenikać. Można
          mówić i się śmiać całymi dniami. Czy śmierć taka, nawet bez Boga, nie jest
          ideałem życia?

          m,
          .y.

          ----------------------------------
          What is home without Plumtree's Potted Meat?
          Incomplete.
          • Gość: Aisza zapisałam sobie te SŁOWA ;-) IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 12.09.03, 23:05
            ydorius napisał: Czasem można umrzeć w ciągu jednego dnia, a potem trzeba
            taszczyć siebie martwego przez resztę życia.


            • ydorius Re: zapisałam sobie te SŁOWA ;-) 14.09.03, 21:08

              Możesz sobie wrzucić w sygnaturkę :-)

              m,
              .y.

              ----------------------------------
              What is home without Plumtree's Potted Meat?
              Incomplete.
              • aiszaa Re: zapisałam sobie te SŁOWA ;-) 14.09.03, 22:02
                Udało mi się!
                • ydorius Re: zapisałam sobie te SŁOWA ;-) 14.09.03, 22:10

                  Dziękuję :-)))
                  Jestem wzruszony :-)))

                  m,
                  .y.

                  ----------------------------------
                  What is home without Plumtree's Potted Meat?
                  Incomplete.
                  • aiszaa :-)))) miło mi 14.09.03, 22:17
                    mieć udział w Twoich wzruszeniach
                    Chciałabym mieć książeczkę pełną takich zdań, słów i większych całości.
                    Zdumiewa mnie co, wybrańcy losu potrafią zrobić ze słowem.
                    ***
                    Jest taki blog młodej dziewczyny (ona ma zaledwie 14 lat, a już słowa ulegają
                    jej jak plastelina - niesamowite jest czytać, co takie dziecko potrafi z nimi
                    zrobić. Zajrzyj (hermjona.blog.pl)
                    • ydorius Re: :-)))) miło mi 14.09.03, 22:51

                      Zajrzałem... Rzeczywiście...
                      Czasem, gdy czytam słowa, nie mam własnych :-)

                      m,
                      .y.

                      P.S. Porządkując swoje rzeczy znalazłem coś. Zaraz tu wrzucę :-)

                      ----------------------------------
                      What is home without Plumtree's Potted Meat?
                      Incomplete.
          • summa Re: szachy (2) 13.09.03, 18:33
            ydorius napisał:

            >
            > Umierać można na wiele sposobów i znacznie częściej niż ludzie myślą, że to
            > czynią. Czasem można umrzeć w ciągu jednego dnia, a potem trzeba taszczyć
            > siebie martwego przez resztę życia.

            Bardzo trafne!
            Takie umieranie może być też rozciagnięte w czasie i trwać troche dłużej niz
            jeden dzień...

            > Nic dziwnego więc, że moja śmierć Ci odpowiada: jest łagodna rzeczywiście,
            > zostawia spokój i pewnego rodzaju beztroskę: wreszcie ma sie czas na to
            > wszystko, na co nie miało się czasu za życia. Można latać i przenikać. Można
            > mówić i się śmiać całymi dniami. Czy śmierć taka, nawet bez Boga, nie jest
            > ideałem życia?

            Mnie taka wersja zdecydowanie odpowiada :)
            • ydorius Re: szachy (2) 14.09.03, 21:12
              summa napisała:

              > Bardzo trafne!
              > Takie umieranie może być też rozciagnięte w czasie i trwać troche dłużej niz
              > jeden dzień...

              Zdecydowanie tak, choć czasem jednego tylko dnia jest Ci odbierane więcej niż
              w inne dni. ciekawe, swoją drogą, czy - póki się żyje - śmierć taka jest
              odwracalna?

              > Mnie taka wersja zdecydowanie odpowiada :)

              Mi też. Zwróć uwagę na to, że chrześcijańskie niebo również jest ideałem
              życia! (Renesansowe sielanki także, tak na marginesie. Czyżby były
              przeniesieniem koncepcji nieba na ziemski padół?). Życie zaczyna się dopiero
              po śmieci. Cóż za chwytliwy slogan ezoteryków bądź sekciarzy mógłby z tego
              wyjść...

              m,
              .y.

              ----------------------------------
              What is home without Plumtree's Potted Meat?
              Incomplete.
    • summa Re: szachy (1) 11.09.03, 17:12
      Mam wrażenie, że motyw śmierci jest Ci nieodłączny.
      Czy fascynuje Cię śmierć? Czy to co po?

      Czy to tylko taki zgrabny chwyt literacki?
      • ydorius Re: szachy (1) 11.09.03, 19:44

        Dziś, jak się nad tym zastanawiałem odkryłem, że jeśli narrator nie jest
        bezosobowy (jak w bajce na przykład) to zazwyczaj jest kobietą, dzieckiem,
        starcem albo nieboszczykiem. Bardzo rzadko natomiast występuję jako mężczyzna.
        Gdy podzieliłem się tym spostrzeżeniem ze swoją przyjaciółką, wysnuła ona
        hipoezę, że w życiu już kimś sobie jestem młodym człowiekiem, facetem i tak
        dalej. To przeżywam, a piszę o tym, co mnie w jakiś sposób fascynuje - a
        fascynują mnie stany w których NIE jestem. Ciekawa hipoteza, prawda?

        m,
        .y.

        P.S. To oznacza również, ze przemycając wątki autobiograficzne - a takie
        pojawiają się, siłą rzeczy, w każdym moim opowiadaniu, nie biorę niejako za
        nie odpowiedzialności. Wszak są to urywki żywotw INNYCH osób. Którymi nie
        jestem.
        P.P.S. Wymyślanie zgrabnych chwytów literackich jakoś mi nie idzie. Za to
        szlifuję próby zgrabnych sformułowań retorycznych :-P

        ----------------------------------
        What is home without Plumtree's Potted Meat?
        Incomplete.
        • Gość: toni Re: szachy (1) IP: *.tvgawex.pl 11.09.03, 22:04
          Umiesz te stany opisac,lub chociaz jakos blizej zdefiniowac?Wydaje mi sie,ze to
          jest bliskie absolutnie kazdemu.Baaardzo frapujace dzielko!pozdr. 8)
          • ydorius Re: szachy (1) 14.09.03, 21:17

            Stany, w których nie jestem fascynują mnie: nie odczuwam strachu przed utratą
            tozsamości, raczej ekscytację z powodu odkrycia jakiegoś niespodziewanego
            aspektu siebie. Jak już napisałem powyżej - większość moich miniatur JEST w
            istocie opisem rzeczy, które nigdy nie będą mi dane - lub też nie mogę mieć o
            nich pojęcia... Może to zresztą czasem strata czasu: opisywanie tego, co nie
            ma zamiast tego, co jest. Ale, jak zauważył pewien filozof czasu Romantyzmu
            (może ktoś zgadnie który?), to, czego nie ma, często lepiej określa istotę
            problemu niż to, co jest :-))

            m,
            .y.

            ----------------------------------
            What is home without Plumtree's Potted Meat?
            Incomplete.
          • ydorius P.S. 14.09.03, 21:18

            Nieubłaganie mnożę byty nad potrzebę (nie, to nie ten sam filozof, co z
            poprzedniego posta). Ale zapomniałem podziękować za komplement. Co niniejszym
            czynię. :-))

            m,
            .y.

            ----------------------------------
            What is home without Plumtree's Potted Meat?
            Incomplete.
        • summa Re: szachy (1) 13.09.03, 18:27
          ydorius napisał:


          > To przeżywam, a piszę o tym, co mnie w jakiś sposób fascynuje - a
          > fascynują mnie stany w których NIE jestem. Ciekawa hipoteza, prawda?

          Ciekawe.I brzmi prawdopodobnie - ciekawość tego, co nie jest nam dane :)

          • Gość: toni Re: szachy (1) IP: *.tvgawex.pl 14.09.03, 23:17
            Dobrze jest odkryc obok siebie cos czego nie ma.To chyba kwestia
            wrazliwosci.Mysle, ze wszystko jest nam dane.Reszta to juz tylko zalezy od
            naszego "procesora" i "oprogramowania".Mam pytanie dotyczace inspiracji tego
            akurat opowiadania.Jesli to nie tajemnica.pozdr. 8)
            • ydorius Re: szachy (1) 15.09.03, 00:59

              Inspiracja do tego opowiadania pojawiła się w momencie dość bolesnym.
              Wyjawienie części byłoby oszustwem, wyjawienie całości - ekshibicjonizmem.
              Więc - wychodzi na to - tajemnica :-)

              m,
              .y.

              ----------------------------------
              What is home without Plumtree's Potted Meat?
              Incomplete.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka