4inthemorning
05.07.08, 19:16
Życie pisze niewymowne scenariusze a przypadki rządzą- jeśli nie światem to przynajmniej niektórymi wydarzeniami...
Ad rem jednak.Spotykam się z kimś od jakiegoś czasu, nawet dość długiego.Oboje w tzw. słusznym wieku-o ile ma to znaczenie dla całości.
Ten weekend mieliśmy spędzić oddzielnie- jemu coś wypadło, miał ostatnio trochę nagłych spraw-bywa i szat nie ma co drzeć. Z przyjaciółką uzgodniłyśmy wolne terminy i ruszyłyśmy w plener-na "pokładzie" my i psy a azymut prowadził nad jakiekolwiek jezioro. I tu tkwi ironia losu-a także palec przeznaczenia- ponad 100km od domu, stojąc na światłach-obok naszego samochodu stanął...-nazwijmy go M.
W swoim aucie-które przecież dobrze znam-i nie sam.Towarzyszyła mu atrakcyjna brunetka,o czymś swobodnie rozmawiali, śmiali się.Nie zwrócił na nas uwagi, gdy światło zmieniło się na zielone-pojechał dalej. Jeszcze parę kilometrów widziałam ich przed sobą, przyjaciółkę mam krewką i gotowa była zaszaleć jako jakiś kamikadze-ja zadzwoniłam.Swobodna rozmowa-co robisz, jakie masz plany- do serwisu właśnie jedzie, trochę mu zejdzie a potem ma spotkanie rodzinne, zdzwonimy się w poniedziałek,pa-pa,trzymaj się.Wtedy powiedziałam, że tak się składa, że za nimi jadę.
Na tym skończyłam rozmowę.
Nie czuję się na siłach konkurować z 25 latką i nie jestem w stanie wysłuchiwać tłumaczeń rodem z Marsa. Siedzę teraz z kieliszkiem różowego wina w dłoni i zastanawiam się, czy naprawdę jest tak trudno powiedzieć zwyczajnie, jak człowiek człowiekowi, że nasze ścieżki rozeszły się i tak naprawdę nic nas już nie łączy?
I tak oto, w środku lata, poczucie własnej wartości i wiara w ludzi-mocno zjechały w dół- śmiem twierdzić, że zdołałam przebić dno naiwności.
Żegnam się- to jednorazowy wpis, czas na zmagania w własną psyche.