Dodaj do ulubionych

małżeństwo czy konkubinat?

IP: *.pekao.com.pl 15.01.02, 15:09
No właśnie - co mi da małżeństwo ? Od prawie piętnastu lat jesteśmy sobie z
moim facetem bez ślubu, mieszkamy razem, teraz sobie budujemy dom i wszystko
jest super (dzieci wspólnych nie mamy, ja mam córkę z byłego małżeństwa).
Kiedyś on chciał ślubu, ale ja się nie paliłam, więc tak się rozeszło po
kościach. A teraz coraz częściej moi rodzice mnie naciskają, że "tak będzie
bezpieczniej". Wiem, że chodzi im o kwestie własności, dziedziczenia itd. Jakoś
nie mogę sobie wyobrazić, żeby wziąć ślub tylko dla uregulowania tych spraw. Bo
innych powodów nie widzę - wręcz boję się, że to by coś zepsuło. A może takie
rzeczy (majątkowe) uregulować inaczej, a ze ślubem dać sobie spokój ? Doradzcie
coś.
Obserwuj wątek
    • staua Re: małżeństwo czy konkubinat? 15.01.02, 17:33
      Nie planujecie dzieci? W takim razie mozecie sprawy majatkowe uregulowac
      wylacznie prawnie, ale chyba jest to nieco bardziej skomplikowane niz slub.
      Swoja droga, po tylu latach chyba sobie ufacie na tyle, zeby w razie rozstania
      rzeczy materialne rozdzielic kulturalnie. A w razie smierci jednego z Was to
      proste, wystarczy miec testament. Swoja droga, dziwie sie troche, ze Twoi
      Rodzice naciskaja po tak dlugim czasie, przeciez nie jestes juz nastolatka?
      Pozdrowienia
      PS. Ja tez sie zastanawiam, czy warto brac slub. Dla spraw majatkowych nie
      warto, dla dzieci troche bardziej. W naszym przypadku komplikacja w
      konkubinacie jest fakt, ze mieszkamy za granica i zeby byc tu legalnie razem
      nie biorac slubu, musimy oboje pracowac (pozwolenie na prace = pozwolenie na
      pobyt). Natomiast w malzenstwie wystarczy, jak jedno pracuje i moze utrzymac
      wspolmalzonka. Jesli wiec bylibysmy po slubie, moglibysme miec dzieci, tak nie
      za bardzo. Nie mowiac o tym, ze cala sytuacja bylaby bezpieczniejsza...
      • Gość: balbina Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.pekao.com.pl 16.01.02, 10:53
        Oczywiście, że moim rodzicom chodzi o ten dom. Teraz mieszkamy w mieszkaniu,
        które jest moją własnością, ale działka i dom są jego. Rodziców irytuje to, że
        nie mam (formalnie) praw do tego domu, a wiele się dokładam - bo rzeczywiście
        po tylu latach jesteśmy jak małżeństwo i budżet domowy jest wspólny. To nie
        chodzi o mnie - ja mam do niego zaufanie ( i vice versa), ale w pewnym sensie
        rozumiem też moich rodziców. Są już wiekowi, mają swoje przekonania i chociaż
        traktują mojego jak zięcia, to jednak sprawy finansowe woleliby widzieć dla
        jedynaczki pewniejsze niż "wzajemne zaufanie". Po prostu męczą mnie już te
        dyskusje, a najbardziej krakanie " a jakby coś się stało".
        • kini Re: małżeństwo czy konkubinat? 17.01.02, 10:45
          Przyłączam się do krakających. Na całej linii.
          • staua dom? 17.01.02, 10:53
            E, jesli chodzi o dom, to nie warto. Podam przyklad. Niedawno zmarl znajomy
            moich rodzicow. Ozenil sie pozno, nie mial dzieci. Po slubie zamieszkal z zona
            u niej, jego mieszkanie wynajmowali. Kiedy zmarl, okazalo sie, ze pozostawil
            testament, w ktorym zapisal swoje mieszkanie siostrzenicy (mial je przed
            slubem, wiec nie bylo wspolnym dorobkiem i bez testamentu nastapilby podzial
            majatku, a zona dostalaby najwieksza czesc) W tej chwili zona jest w trakcie
            kombinowania, co zrobic, zeby uniewaznic testament (ktory jest jak najbardziej
            wazny, bo spisany przy swiadkach, z podpisami itd).
            Jak widac, slub nie ma znaczenia, jezeli sie kochacie, to tak jak pisalam
            wczesniej, sprawy materialne sa zabezpieczone tak czy inaczej. Jezeli
            przestaniecie i on bedzie chcial pozbawic Cie domu, to mimo slubu i tak bedzie
            mogl to zrobic.
            Pozdrowienia
    • Gość: Adela Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 16.01.02, 03:20
      Balbina 15 lat to szmat czasu. Mysle ze udowodniliscie sobie wzajemnie ze
      chcecie byc razem. Zyjac tyle lat wspolnie i tak traktowani bylibyscie jako
      malzenstwo w kwestii majatkowej. Mysle ze chyba chodzi o ten dom. Rodzice
      obawiaja sie pewnie ze moglabys zostac na lodzie gdybyscie sie rozeszli. Wizyta
      u prawnika jest jak najbardziej wskazana. Co do slubu to tylko wasza decyzja,
      bo przeciez nie macie dzieci.A swoja droga dlaczego nie wzieliscie slubu? Ja
      jestem blisko 20 lat po slubie i bardzo sobie chwale, ale nikomu nie radzilabym
      aby to zrobil ze wzgledu na dom .Jesli tak jest wam dobrze to po co to zmieniac.
      • Gość: gigi Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.lapy.sdi.tpnet.pl 08.02.02, 23:08
        przez 5 lat zylam w konkubinacie.Pol roku temu wzielismy slub i jest nam nadal
        bardzo dobrze ze soba .rodzina i znajomi nie zadaja juz pytan kiedy sie
        pobierzemy. mowie wam, slub to naprawde nic strasznego.kobiety jeszcze powinny
        wziac pod uwage ew.macierzynstwo, jesli nie maja dzieci z poprzednich zwiazkow.
        biologia dla kobiety jest nieublagana i tej decyzji nie mozna odkladac zbyt
        dlugo. miedzy innymi i dlatego ja wzielam slub, gdyz chce miec dzieci, ktore
        wychowywalyby sie w normalnej rodzinie.pozdrawiam wszystkich.
        • Gość: witek Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 212.244.77.* 21.03.02, 15:40
          Brawo
        • Gość: Leszek Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.waw.cdp.pl 24.05.02, 12:00
          A jak dwoje ludzi nie ma slubu to juz nie jest NORMALNA rodzina !?!
          Uwielbiam glosy pelne tolerancji dla ludzi o innych pogladach

          pozdr



          Gość portalu: gigi napisał(a):

          > przez 5 lat zylam w konkubinacie.Pol roku temu wzielismy slub i jest nam nadal
          > bardzo dobrze ze soba .rodzina i znajomi nie zadaja juz pytan kiedy sie
          > pobierzemy. mowie wam, slub to naprawde nic strasznego.kobiety jeszcze powinny
          > wziac pod uwage ew.macierzynstwo, jesli nie maja dzieci z poprzednich zwiazkow.
          > biologia dla kobiety jest nieublagana i tej decyzji nie mozna odkladac zbyt
          > dlugo. miedzy innymi i dlatego ja wzielam slub, gdyz chce miec dzieci, ktore
          > wychowywalyby sie w normalnej rodzinie.pozdrawiam wszystkich.

      • Gość: gigi Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.lapy.sdi.tpnet.pl 08.02.02, 23:11
        przez 5 lat zylam w konkubinacie.Pol roku temu wzielismy slub i jest nam nadal
        bardzo dobrze ze soba .rodzina i znajomi nie zadaja juz pytan kiedy sie
        pobierzemy. mowie wam, slub to naprawde nic strasznego.kobiety jeszcze powinny
        wziac pod uwage ew.macierzynstwo, jesli nie maja dzieci z poprzednich zwiazkow.
        biologia dla kobiety jest nieublagana i tej decyzji nie mozna odkladac zbyt
        dlugo. miedzy innymi i dlatego ja wzielam slub, gdyz chce miec dzieci, ktore
        wychowywalyby sie w normalnej rodzinie.pozdrawiam wszystkich.
    • Gość: X Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 16.01.02, 05:28
      No, może będę tu głosem mieszczaństwa i wiktoriańskiego Ciemnogrodu.
      Ale posłuchaj: co Ci przeszkadza zawrzeć cywilne małżeństwo? Dla mnie jedynym
      argumentem przeciw małżeństwu cywilnemu jest budowa domu (mieszkania) i
      odpowiednie ulgi. Ale podział ewentualnego domu (mieszkania) w konkubinacie, to
      tłusta sprawa dla prawników, na której (po Waszym najdłuższym życiu) tylko oni
      skorzystają.
      Jeśli Twój majątek jest niewspółmierny do tego co wniósł Twój partrer - spisz,
      proszę u notariusza intercyzę. To taka stara uczciwa forma układania się między
      przyszłymi małżonkami.
      Zawrzyjcie małżeństwo cywilne na próbę. Nie musisz przyjmować jego nazwiska.
      Potem zobaczycie, jak Wam w tym związku. Zawsze możecie się rozstać.
      Pozdro.

      (kobieta i mama , w konkubinacie, w małżeństwie cywilnym, etc...)
      • bukowski27 dlaczego brac slub? 16.01.02, 11:20
        wiec ja moze odwóce pytanie: a dlaczego nie brac slubu?
        • Gość: balbina Re: dlaczego brac slub? IP: *.pekao.com.pl 16.01.02, 11:36
          1. bo jak się już raz wzięło i nic z tego nie wyszło, to się człowiek zniechęca
          2. bo to w pewnym sensie irytujące, że ktoś zupełnie obcy (urzędnik) ma
          potwierdzić, że faktycznie chcemy być razem i niejako nas do tego zobowiązać
          3. bo podpisanie tego papierka narzuca jakiś taki przymus - być może tylko
          osoby przekorne mają takie odczucie, ale ja chyba taka jestem
          4. bo to bardziej romantycznie - jakby codziennie się ten wybór potwierdzało -
          bo ciągle jestem, bo tu wracam - a właściwie nie muszę
          5. bo z tym ślubem i weselem tyle zachodu.....
          • bukowski27 balbina - odpowiadam. 16.01.02, 11:55
            Gość portalu: balbina napisał(a):

            > 1. bo jak się już raz wzięło i nic z tego nie wyszło, to się człowiek zniechęca
            > 2. bo to w pewnym sensie irytujące, że ktoś zupełnie obcy (urzędnik) ma
            > potwierdzić, że faktycznie chcemy być razem i niejako nas do tego zobowiązać
            > 3. bo podpisanie tego papierka narzuca jakiś taki przymus - być może tylko
            > osoby przekorne mają takie odczucie, ale ja chyba taka jestem
            > 4. bo to bardziej romantycznie - jakby codziennie się ten wybór potwierdzało -
            > bo ciągle jestem, bo tu wracam - a właściwie nie muszę
            > 5. bo z tym ślubem i weselem tyle zachodu.....


            1. tu sie nie wypowiem bo nie bralem jeszcze.
            2. myslałem o kosciele raczej (chociaz ksiadz to tez urzednik) i ja nie traktuje
            tego jako zmuszenia do zobowiazania sie do czegos, tylko jako hmmm... uroczyste
            ogloszenie (?wiem ze to nie jest dobre slowo:) przed rodzina przed bliskimi
            znajomymi.
            3. no to ja chyba nie jestem przekorny:)
            4. nie wiem co powiedziec, ale nie widze roznicy w romantycznosci pomiedzy
            konkubinatem, a malzenstwem.
            5. no wesele to i chyba fakt, że tyle zachodu... mi weselel włascxiwie nie jest
            potzrebne... ale jak bedzie mialo byc to tez sie nie bede upieral...
            • Gość: balbina Re: balbina - odpowiadam. IP: *.pekao.com.pl 16.01.02, 12:21
              No właśnie mój facet się upiera, że jak ślub to i wesele, a ja uważam, że jak
              już od tylu lat nasze rodziny traktują nas jak małżeństwo, to robienie wesela
              jest idiotyczne. Tak samo "ogłaszanie" oficjalne naszej decyzji. Jaka jest,
              kady widzi od kilkunastu lat. Czyli wniosek chyba taki - jak się nie zdecyduje
              od razu, to po latach jakoś zupełnie się o tym nie myśli. Chyba że przez te
              cholerne finansowo-podatkowo-skarbowo-urzędowe kwestie.
              • bukowski27 balbina decyzja i tak nalezy do ciebie:) 16.01.02, 12:41
                bez wzgledu co tam napisalem wyzej, to tak sobie mysle, że powod dla ktorego
                jednak mylalbym o malzenstwie jest jeden: tradycja i jkaies takie wyobrazenie
                że wiesz... maz-zona-dzieci... taki zestandaryzowany wzorzec rodziny... no bo
                jak sie tak szczerze zatsanowic, no to co za roznica? jak sie kochamy to sie
                kochamy i juz... ale mimo wszytsko dla pelnosci obrazu brakowaloby mi
                malzenstwa... ale wiesz... kazdy ma swoje zycie:)
                • Gość: Elwira Re: DO BALBINY IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 16.01.02, 23:13
                  Balbina a czy ty i twoj przyjaciel jestescie prawnie wolni? Bo jesli nie
                  rozwiedliscie sie formalnie to musielibyscie to zrobic i moze to za duzy klopot
                  dla was. Balbina do diabla raz kozie smierc, zrob co potrzeba aby sie pobrac.
                  To tylko formalnosc w waszym przypadku, ale jaka mila. Mozecie z duma nosic
                  obraczki na waszych palcach. Nikomu nie musielibyscie sie tlumaczyc, ze
                  jestescie w zwiazku nieformalnym. Sluchaj, moja ciocia zyla tak z wujkiem przez
                  wiele lat. Ona byla mloda wdowa, on rozwiodl sie formalnie. I to on ciagle
                  nalegal aby sie w koncu pobrali. Nie mieli dzieci jak wy, ale on odczuwal
                  potrzebe malzenstwa. Ona byla strasznie leniwa na tym polu, bo to i metryki
                  trzeba zalatwic i inne sprawy, a w ogole to nawet nie wszyscy wiedzieli, ze nie
                  maja formalnego slubu. Zyli dobrze i zgodnie przez okolo 20 lat, do momentu
                  kiedy wujek nie zachorowal na raka. Ciocia trwala przy nim do konca,
                  pielegnowala go, karmila, wstrzykiwala morfine i naprawde nie miala czasu na
                  myslenie o sobie, co bedzie z nia po jego smierci, jak bedzie wygladala jej
                  sytuacja finansowa. To ja i moja mama zalatwilysmy wszystko. Dla jej dobra
                  przede wszystkim. Ale i wujek cieszyl sie ze w koncu sa malzenstwem, ze zostawi
                  ja bez obawy o jej sytuacje finansowa. A i ona z duma do dzisiaj nosi jego
                  nazwisko. Od 16 lat jest sama. Mowi, ze trzeciego meza juz nie chce chowac.
                  Mysle, ze zaluje iz nie zrobila tego wczesniej, a przede wszystkim, ze slub
                  nastapil w takich smutnych okolicznosciach. Ale moze lepiej pozno niz wcale. Co
                  stracisz?? Boisz sie ze cos moze sie zmienic, nie sadze. A wiec przemyslcie to
                  i do dziela. Powodzenia.
                  • Gość: kasia Re: DO BALBINY od strony prawnej IP: 212.244.59.* 17.01.02, 10:57
                    Jeśli działka jest jego, to i tak po ślubie nie staniesz się jej właścicielką.
                    Chyba, że uczyni on darowiznę, ale tak samo może to zrobić bez ślubu (tyle że
                    podatek większy, ale może to być nie darowizna a sprzedaż za nakłady).
                    Rozumiem, że przynajmniej on korzysta z ulgi. A może oboje? Moi teściowie
                    skończyli budować dom i wyliczyli, że gdyby go budowali nie mając ślubu, czyli
                    odliczało każde osobno, zarobiliby już na samochód (w przenośni zarobili - nie
                    stracili). Wracając do tzw. "adremu": jeśli zostaniesz żoną i będziesz
                    dziedziczyła, to razem z jego rodzicami i rodzeństwem, a zatem też nie będziesz
                    jedyną właścicielką. Chyba, że będzie testament, ale to obojętne, czy jesteś
                    żoną czy nie - na podstawie testamentu możesz dostać całość, a reszta i tak
                    może żądać zachowku, ale to już szczegóły.
                    Co do kwestii mentalnych: zgadzam się z Tobą, rozumiem Twoje opory. Ja sama
                    zdecydowałam się na ślub tylko kościelny - bo jestem wierząca, a przysięganie-
                    uroczyste-przed urzędnikiem-tradycja-ogłaszanie śmieszy mnie (to my sobie, co
                    rano i co wieczór po cichu dajemy słowo a Bóg to słyszy i się uśmiecha.
                    Jakbyś chciała jeszcze wyjaśnień w kwestii prawnej, to pytaj, w każdym razie
                    uważam, że jak dom jest w budowie, to ślub nie pomoże, a po smierci sępy i tak
                    się zlecą (chyba, że ich nie ma, to też śłub nic nie zmienia)
                    kasia
                  • Gość: balbina Re: dzięki, Elwira IP: *.pekao.com.pl 17.01.02, 10:59
                    takie historie są bardziej przekonujące niż suche argumenty. Rzeczywiście, na
                    co dzień nie chce się myśleć, że może się zdarzyć nieszczęście. A ja jestem
                    takim samym leniem w sprawach urzędowych jak Twoja ciocia. Już nawet kiedyś
                    zaczęliśmy coś załatwiać, ale ja a to o czymś zapomniałam, a to mi się nie
                    chciało gdzieś tam iść.... i się rozeszło. Może teraz jest dobra okazja -
                    żebyśmy się przenieśli do nowego domu już jako małżeństwo.
                    pzdr,
                    b
                  • Gość: IGA Re: DO BALBINY IP: 10.131.131.* 17.01.02, 11:12
                    Zyję sobie w wolnym związku, ale naciskam mojego partnera na ślub. Nie mam
                    własnych złych doświadczeń, bo wolę się uczyć na błędach innych. Problemy zaś
                    biorą się z naszego prawa, które niby stara się brać pod uwagę dobro
                    wszystkich, ale często ze stratą dla innych. Znajomy który nie miał ze swoją
                    żoną dzieci musiał po jej śmierci spłacać rodzinie żony mieszkanie( które kupił
                    jeszcze jako kawaler). Nie muszę dodawać jakie koszty poniósł i jak zawiódł się
                    na tych ludziach. Z kolejną żoną spisał testament. Na szczęście w nieszczęściu.
                    Niestety niedawno zmarła. Przecież jak dowiedziała się o chorobie, to prośba o
                    testament mogłaby ją pozbawić nadzieji na życie!
                    To że ufasz swojemu partnerowi nie zwalnia Cię z zabezpieczenia własnej
                    przyszłości. Może jestem pesymistką (a z całą pewnością Ci tego nie życzę)
                    nasuwa mi takie wizje:
                    Twój partner zachoruje na manię, i zacznie rozdawać majątek. Tobie nic do jego
                    własności, a nie możesz go ubezwłasnowolnić.
                    Zdarza się tragedia, rodzina dzieli między siebie wartość domu, gdzie się wtedy
                    podziejesz?
                    Sam ślub wszystkiego nie załatwia. Jeśli dobrze wam bez papierka, to tylko Wam
                    pogratulować. Natomiast nad sprawami własności radzę się zastanowić z
                    prawnikiem.
                    • Gość: frisky2 Re: DO BALBINY IP: *.devs.futuro.pl 17.01.02, 11:17
                      Wlasciwie Balbino, zebys nie miala wyrzutow sumienia, ze bierzesz slub dla
                      jakichs spraw materialnych, to twoj mezczyzna powinien sam zadbac o Twoje
                      zabezpieczenie materialne. Skoro cie kocha, to powinno mu zalezec, zebys w
                      razie czego nie zostala bez niczego w zyciu.
                    • Gość: kasia Re: DO IGI IP: 212.244.59.* 17.01.02, 11:23
                      Jak widzisz ślub znajomemu nie pomógł, musiał spłacać rodzinkę... A swoją droga
                      to musiała być jego decyzja, że dopuścił żonę do własności mieszkania
                      kawalerskiego - ze wszystkimi tego konsekwencjami, a mianowicie dzieleniem się
                      spadkową częścią jego własnego mieszkania... Jednak ten ślub mu zaszkodził a
                      nie pomógł, trzeba rozważyć wszystkie za i przeciw.
                      • Gość: Koz Re: DO IGI IP: 203.98.78.* 03.04.02, 18:56
                        Bardzo przykro mi cos tak makabrycznego zasugerowac.
                        Na ile slub zmienia sytulacje twoich spadkobiercow,
                        potomstwa i rodzicow, jesli to Ty zapukasz do wrot
                        Sw. Piotra pierwsza? Czy oni rowniez beda mogli
                        zadac od twojego partnera splaty zachowku?
                • Gość: ktos Re: balbina decyzja i tak nalezy do ciebie:) IP: *.client.attbi.com 05.03.02, 16:03
                  Jesem drugi raz zonaty. Przed drugim slubem mialem ile chcialem i jak chcialem,
                  na wszystkie tematy zesmy rozmawiali. A teraz liczy sie tylko jej praca. Po
                  slubie, nastepnego dnia zaczely sie klopoty, to mnie boli glowa, to jestem
                  zmeczona, albo inne klamstwa. Obecna zona wyszla za mnie, zeby dostac zielona
                  karte. Po 12 latach malzenstwa, wniosek jest jeden NIE WARTO BYLO TEGO ROBIC.
                  Tak mi bylo dobze przed slubem. ktos
            • Gość: Eryk Re: balbina - odpowiadam. IP: *.acn.waw.pl 16.03.02, 18:32
              Ty Balbina masz super sytuację,możesz wybierać,jak w sklepie PRL ,albo
              małżeństwo.albo konkubinat nieformalny,albo ,w przyszłości,formalny.Żyj zgodnie
              z własnym sumieniem i nie daj się skanalizować.Ja nie mam takiej komfortowej
              sytuacji.Żyję już ponad 10 lat ze swoim Pawłkiem i wciąż jestem nim
              zauroczony,kocham go ponad wszystko,kazdy dzień jest dla mnie nowym wyzwaniem i
              radością. Gdy rano się budzę i widzę jego zarumienione policzki i zamknięte
              oczy,to myślę sobie,że miałem wielkie szczęście,że go spotkałem i ta świadomość
              dodaje mi wciąż nowej energii,aby dbać o niego i szanować go. On z kolei często
              patrzy mi w oczy głęboko,jakby chciał sprawdzić,czy nadal wszystko jest w
              porządku.Lecz na naszym wprost idyllicznym obrazie życia wciąż pojawia się
              głęboka rysa niepokoju. Co będzie,gdy partner mój lub ja zachoruje,gdy będzie
              potrzebował opieki lub wpadnie w tarapaty prawne lub gdy któreś z nas odejdzie
              z tego świata.....Dla nieczułych urzedników nasz zwiazek i nasza bliskość jest
              bez znaczenia a często traktowana jest z pogardą. Będą sie liczyć tylko moi
              krewni,którzy wiele złego wyrzadzili mi w życiu a mojego Pawłka,gdy był jeszcze
              młody,miał zaledwie 20 lat,najbliższa rodzina zgodnie wurzuciła z domu w
              atmosferze przekleństw,poszturchiwań,wyzwisk. Jestem starszy od niego,boję
              się,że gdy odejdę,to rodzina moja ,strasznie pazerna,rzuci się na nasze
              wspólnie wypracowane dobro i wydrze mu wszystko.Na samą myśl dostaję dreszczy i
              bólu serca.Akt testamentowy nic tu nie pomoże,bo jest obwarowany jakimiś
              "zachówkami" i innymi kruczkami,że można go podważyć.Dlatego muszę
              walczyć,walczyć usilnie,aby nasz związek uczynić formalnym.Wyłania się teraz
              możliwość "konkubinatu"Jeśli nie byłoby możliwe ustanowienie odrębnego statusu
              prawnego pod nazwą"formalne związki partnerskie"obejmujące pary tej samej
              płci,to bardzo chcielibyśmy,żeby formalne "konkubinaty"objęły i nas i to
              możliwie jak najszybciej.Każdego dnia wyczekuję z niecierpliwością tego,dla
              dobra mojego ukochanego Pawełka,swojego i naszego harmonijnie rozwijającego się
              związku. Apel do tych,którzy będą decydować o kształcie ustawy,wczujcie się w
              naszą sytuację,bądźcie po prostu ludźmi.
              • Gość: balbina2 Re: Eryku, serdecznie współczuję... IP: *.pekao.com.pl 18.03.02, 11:07
                Rzeczywiście macie dużo gorzej niż mieszane konkubinaty. Chociaż w pewnych
                kręgach (LPR-owo-radiomaryjnych) obydwie formy bycia razem wzbudzają niemal tak
                samo wielkie zgorszenie. Myślę, że o ile damsko-męskie konkubinaty mają jakąś
                szansę - to te homo absolutnie nie. Mimo to starajcie się wykorzystać inne
                zabezpieczenia prawne - testament, wspólność majątkowa - to chyba można ?
                Pozdrowienia,
                b2
    • Gość: yenn Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 172.17.30.* 17.01.02, 15:12
      Przypadkowo znalazlam sie na tym forum i chcialabym
      wtracic swoje "3 grosze". Malzenstwo czy konkubinat?
      Chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Bo wszystko
      zalezy od osob. Ja osobiscie uwazam ze nie nalezy brac
      slubu tylko w celach majatkowych. Jednak jesli ktos
      decyduje sie na zycie w konkubinacie musi liczyc sie z
      konsekwencjami chociazby prawnymi. Czyli ze np po
      smierci konkubina/konkubiny moze sie okazac ze zostal
      bez srodkow do zycia. Dlatego chyba nalezaloby
      wczesniej poprosic konkubine/konkubina o jakies
      zabezpieczenie (jesli ta druga osoba o tym sama nie
      pomysli). I tu ulatuje nam cala romantycznosc i
      pozostaje sama proza zycia. Uwazam ze duzo zalezy od
      samych osob. Ale dany zwiazek ma szanse powodzenia
      jesli np. obydwie osoby dobrze sie czuja w
      konkubinacie. A co jesli jedna z nich tego chce a jedna
      nie? A czym jest sztuka bycia razem? Sztuka kompromisu
      i dyplomacji. Wiec kochajac ta druga osobe czy czasami
      nie jest warto isc na kompromis aby ja uszczesliwic?
      Slub nie boli. Nie chcemy koscielnego jest cywilny. A
      czy to jest tak wielkie poswiecenie jednym podpisem dac
      pewnosc i oparcie drugiej osobie jesli tego potrzebuje.
      Zachodu z weselem tez moze nie byc. Moze nie byc
      wesela, a mozna zrobic tylko obiad i zaprosic
      najblizszych. Czesto osoby boja sie ze po slubie cos
      sie zmieni miedzy nimi. A czemu mialoby sie zmienic? Ja
      z wlasnego doswiadczenia wiem ze nic sie nie zmienilo
      jest tak samo cudownie (lub nie ;-)) jak przed slubem.
      A slub byl jak piekny sen, po prostu sen. Wszystko wiec
      zalezy od odczuc swoich, swojego partnera i tego co
      jest nam potrzebne aby czuc sie szczesliwie. Ja
      osobiscie jestem za slubem choc nie neguje par ktore
      tego slubu nie biora. Widocznie nie jest im to
      potrzebne. Radze porozmawiac po prostu z partnerem o
      swoich odczuciach i obawach i wspolnie podjac jakas
      decyzje. Pozdrawiam serdecznie i zycze pomyslnosci.
      • Gość: iga Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 18.01.02, 00:15
        Widzę, że dużo tu jest znawców tematu, więc może i mi coś doradzicie.
        Mój problem jest nieco inny, aczkolwiek z tej samej dziedziny.
        Jestem już od ponad 4-ch lat w stałym związku, od 3-ch mieszkamy razem. Ja
        powoli dojrzewam do myśli o małżeństwie. Coraz częsciej nawiedzają mnie też
        mysli podobne do wątków w waszych postach - że mogę zostać na lodzie , że
        dzieci i t.d. Oddzielny temat to to, że moja rodzina nieprzychylnie się odnosi
        do wspólnego mieszkania bez ślubu, ale akurat to nie jest narazie dla mnie
        wielkim problemem.
        Natomiast problem jest w tym, że mój męzczyzna obsolutnie nie chce legalizować
        związku. Jest po rozwodzie i twierdzi, że małżeństwo tylko może popsuć stosunki
        między ludźmi. Częściowo go rozumiem, tym bardziej że jest osobą raczej
        wrażliwą i widzę, że nawet tkz. "kulturalny rozwód" był dla niego ciężkim
        przejściem i boi się ewentualnej powtórki. Dla osób ciekawskich dodam, że jak
        poznaliśmy się, to już był po rozwodzie.
        Jestem w rozterce, bo mam poczucie, że czas ucieka, a z drugiej strony jest nam
        dobrze razem i nie widzę w swoim otoczeniu innej osoby, z którą było by mi
        lepiej.
        Może osoby, mające rozmaite doswiadczenia życiowe doradziły by mi równiez coś
        sensownego - czy mam go porzucić i próbować na nowo ułożyć sobie życie, czy być
        z nim mimo wszystko.
        Z góry dziękuję.
        • Gość: yenn Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 172.17.30.* 18.01.02, 09:20
          Nie jestem znawca tematu, jestem tylko obserwatorem i
          jedyne co moge to przekazac swoje spostrzezenia. Moze
          okaza sie pomocne.
          Chyba jest prosciej gdy w zwiazku to ona nie chce slubu
          a on chce. To ona wowczas decyduje, a on najczesciej
          zrobi zgodnie z jej zyczeniem. Sytuacja o ktrej piszesz
          jest trudna a nawet b.trudna. Co robic jesli on nie
          chce z jakis powodow a ona chce? Nie ma chyba idealnej
          recepty czy doskonalej rady. Nie mam prostej
          odpowiedzi. Podam jedynie przyklad z zycia wziety.
          On i ona poznali sie jak byli nastolatkami. Jego zdanie
          na temat slubu z jakis powodow bylo od samego poczatku
          - nie. Ona zakochana do szalenstwa: slub? Jesli moje
          kochanie go nie chce to ja tez nie, zreszta kto w tym
          wieku mysli o slubie. Dorastali a wraz z nimi cale
          otoczenie. On skonczyl studia wyjechal do innego
          miasta, jak tylko ona skonczyla studia pojechala za
          nim, sa razem. Tylko ze ona zaczela myslec na temat
          malzenstwa. On nie zmienil swojego zdania. Ona bije sie
          z myslami. Jedni znajomi sie pobrali. Przyjaciolka
          wyszla za maz. Niesmialo napomknela jemu ze moze oni
          tez. Twarde NIE. Koniec dyskusji. Wczesniej jej to nie
          przeszkadzalo teraz zaczelo? Ona nie wie co ma robic.
          Swiadomosc ze on nie chce z nia slubu, czyli jej nie
          chce? Nie chce wziasc za nia odpowiedzialnosci. Bo slub
          to wlasnie wziecie odpowiedzialnosci za ta druga osobe.
          Ona go kocha bardzo ale... Wlasnie jest to male ale
          ktore robi sie coraz wieksze. Ona pracuje podoba sie
          innym, nawet czasami ktos zapyta czy nie poszlaby na
          kawe, do kina. W oczach otoczenia to ona wyglada na
          osobe ktora jest nowoczesna i nie chce slubu. Ona
          odmawia tlumaczac sie ze ma chlopaka. No wlasnie,
          chlopaka. Wieczna dziewczyna. Ta sytuacja ja meczy,
          niszczy od srodka. Ona go kocha chce z nim byc, ale...
          Wciaz to male ale. Ona coraz mniej sie usmiecha, stala
          sie nerwowa, jakby niespleniona. On nie rozumie i nie
          wie o co jej chodzi. I tak ona miota sie pomiedzy swoja
          miloscia a potrzebami. A to powoduje straszliwe
          spustoszenia w jej osobowosci. Jak dlugo wytrzyma? I
          wciaz to pytanie spoleczenswa: A kim pani jest dla tego
          pana?
          No i co tu poradzic? Ona go kocha kocha nad zycie a on
          nie chce zrobic malego ustepstwa. Chociaz moze dla
          niego to duze ustepstwo?
          Panowie sa wygodni. A czy wolny zwiazek nie jest
          wygodny. Bez zobowiazan bez odpowiedzialnosci. A moze
          tak im pokazac ze to moze byc dla nas bardzo wazne. I
          nie chodzi o wystawne przyjecia czy nawet o slub
          koscielny ale o to podpisanie papierka, przyznanie
          przed swiatem ze ja Cie chce. Panowie najczesciej
          mowia: "a co taki papierek mialby zmienic, po co to".
          Ano po to zeby ona czula sie pewnie pod kazdym wzgledem
          i zeby ona byla szczesliwa razem z nim.
          Jedyna chyba rada jest proba rozmowy z partnerem i
          wyjasnienie dlaczego dla nas to wazne. Niestety chyba
          nie ma recepty jesli on nie chce rozmawiac. Jest
          jeszcze jeden aspekt. Mianowicie argumenty kobiety moga
          nie trafiac do mezczyzny. Poniewaz kobieta mysli
          najczesciej uczuciami, mezczyzna rozsadkiem. Ale czy
          bycie razem to nie jest inaczej proba zrozumienia tej
          drugiej/drugiego. No tak ale jesli tak to w takim razie
          czemu ona nie zrezygnuje ze swojego glupiego
          pragnienia. Dobrze ale zwiazek to rowniez sztuka
          kompromisu. A wlasnie TO prognienie stanowi podstawe
          jej istnienia. Ona ma zrezygnowac z siebie? W imie
          czego? Milosci? Lecz jesli ona to zrobi to przeciez ona
          nie bedzie juz soba, a on ja pokochal dlatego ze byla
          taka jaka byla. Panowie nie wymagajcie od partnerek
          zeby rezygnowaly z siebie. Paniom zycze duzo szczescia
          i cierpliwosci do swoich panow. Pozdrawiam i trzymam
          kciuki.
          • Gość: balbina Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.pekao.com.pl 18.01.02, 11:23
            Z większości zamieszczonych postów wynika, że to dla kobiety ważne jest, aby
            mieć ślub ze swoim partnerem. Tylko o tym marzy, a jak on nie chce, to dla niej
            tragedia. I strach, że zostanie na lodzie. Akurat w moim przypadku tak nie
            jest, to ja mam więcj zastrzeżeń do kwestii ślubu niż mój partner. Fakt, że
            czasem myślę o sprawach majątkowych (ten dom!) - ale na pewno nie w sensie "co
            ja biedna zrobię". Mam swoje pieniądze, swoje dochody, nie gorsze od niego, mam
            także swoje mieszkanie i nie czuję się uzależniona od niego finansowo.
            oczywiście, będąc razem, prowadząc wspólne gospodarstwo, tworzymy też wspólny
            budżet domowy, ale "jakby co" (odpukać) to żadne z nas nie popadnie w finansowe
            kłopoty.
            Nie zgadzam się też, że niechęć do ślubu=niechęć do odpowiedzialności. Wiem, że
            mimo braku papierka mój partner czuje się bardzo odpowiedzialny za mnie, a
            także za moją córkę, którą kocha jak własną (której nie ma). Jak ktoś jest
            nieodpowiedzialny z charakteru to i papierek mu nie pomoże.

            • Gość: yenn Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 172.17.30.* 18.01.02, 11:57
              Wszystko w porzadku. Akurat opisalam odwrotna
              trudniejsza sytuacje kiedy on nie chce a ona chce.
              Mysle ze jestes w sytuacji lepszej kiedy on chce a ona
              nie bo kiedy przyjdzie do koncowej rozrywki to wlasnie
              Ty zadecydujesz. Tak jak teraz to Ty stoisz przed
              wyborem zrobic to czy nie. To Ty rozwazasz wszelkie za
              i przeciw. A czy nadal jestes pewna ze on tego wciaz
              chce? Przepraszam ale nie przemawiaja do mnia Twoje
              argumenty za nie. A z tego co piszesz za tak przemawia
              tylko "ten dom". Pozdrawiam
        • Gość: Elwira Re: DO IGI IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 18.01.02, 17:07
          Iga napisz cos wiecej o tych dzieciach. Rozumiem, ze on ma dzieci z ex zona, a czy ty masz swoje i czy
          macie wspolne?? No i w ogole jaki jest jego poglad na posiadanie przez was potomstwa ? Czy ty
          chcesz miec z nim dzieci? To mogloby dac pewien obraz jego zaangazowania na przyszlosc. W
          jakim jestescie wieku?? Rozumiem , ze sie sparzyl z, ale 4 lata to niezla proba , ze ludzie do siebie
          pasuja i chca byc razem. Jesli slub jest wazny dla ciebie to mysle, ze powinnas mu sie oswiadczyc,
          postawic sprawe jasno i wyraznie czego od niego oczekujesz. Jesli mysli o tobie powaznie to
          powinien sie zgodzic, jesli nie to odejdz. Wiem, ze to brzmi ekstremalnie, ale czasami warto
          zaryzykowac, aby zyskac. Sadze, ze mogloby to wyjasnic sytuacje. Slyszalam o wielu mezczyznach,
          ktorzy nie chcieli sie zenic z powodu roznych obaw. Partnerki z nimi byly, a wiec co by to zmienilo dla
          nich? Nic. Jednak grozba odejscia nie byla dla nich obojetna, bo kochali te swoje kobiety i wielu sie
          zenilo, odczuwali nawet pewna ulge, bo temat slubu byl zrodlem konfliktow. Pamietaj on ma pelne
          prawo ci odmowic, ale ty z kolei masz pelne prawo, aby nie godzic sie na jego warunki.
        • Gość: Hanka Re: do Igi IP: *.acn.waw.pl 18.01.02, 21:15
          Iga,
          byłam w podobnej sytuacji. Facet po nieudanym małżeństwie, już mieszkając ze mną rozwodził się i
          przechodził koszmar dzielenia majątku z tamtego małżeństwa.
          Czekałam i cierpliwie, raz na pół roku próbowałam nawiązać rozmowę na temat sformalizowania naszego
          związku, ale rzadko udało nam się coś konkretnego ustalić. A nawet, jak ustaliłam, to On i tak nic nie robił
          (= nie prosił o rękę;-)
          Po siedmiu latach, kiedy sama poczułam, że albo zaczynam życie od nowa (to On sie do mnie
          wprowadził, więc byłoby mi łatwiej), albo robimy krok naprzód i bierzemy ślub. Bo sama pomyśl - związek
          powinien się rozwijać, a Wy robić krok do przodu. Konkubinat, niestety, zawsze jest "tymczasowy" -
          małżeństwo również nie jest "na zawsze", ale to inny poziom niestałości.
          I tego dnia, kiedy zrozumiałam, że nie zawsze będę taka młoda, świeża i pełna optymizmu (a już 6 lat
          mieszkalimy razem!) i że albo-albo - tego dnia bardzo jasno powiedziałam jak sobie wyobrażam możliwe
          warianty rozwoju naszego związku.
          Podziałało - po miesiącu wzięliśmy ślub w kameralnym gronie a potem w samochód i na miesiąc
          miodowy!

          Czy w małżeństwie jest lepiej? Nie, ale bezpieczniej. Przez lata musiałam udzielać głupich wyjaśnień -
          "jestem z tym panem", "ten pan to mój narzeczony", "nie pójde na randke bo mam faceta" etc. Nie cierpię
          stawiać i być stawiana pod ścianą, ale czasami nie ma innego sposobu. Czas leci, niestety.
          • Gość: Magda Re: do Igi IP: 217.96.19.* 05.03.02, 17:50
            > Czy w małżeństwie jest lepiej? Nie, ale bezpieczniej. Przez lata musiałam udzie
            > lać głupich wyjaśnień -
            > "jestem z tym panem", "ten pan to mój narzeczony", "nie pójde na randke bo mam
            > faceta" etc. Nie cierpię
            > stawiać i być stawiana pod ścianą, ale czasami nie ma innego sposobu. Czas leci
            > , niestety.

            dziwnie dyskutujecie tu o partnerstwie. mieszkam ze swoim facetem już dwa lata i
            nie czuję się "tymczasowa". w dzisiejszych czasach, kiedy tak łatwo o rozwód,
            małżeństwo niczego nie gwarantuje. Doskonale wiem, że jeśli parner będzie chciał
            zostawić mi swój majątek to zrobi to bez względu czy jesteśmy małżeństwem. Myślę,
            że nie ma nic bardziej poniżającego, niż walka małżonków o majątek.
            A powód do ślubu w stylu "nikt mnie nie zaczepia" powoduje, że traktujemy
            ceremonię zaślubin coraz bardziej przedmiotowo.

        • Gość: goska Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.ots.utexas.edu 11.03.02, 06:53
          Ja mam podobny problem. Mam 30 lat. Jestesmy razem od 7 lat, mieszkamy razem od
          4. Poznalismy sie na studiach. O formalnosciach nie myslelismy - bo i po co? zA
          To teraz coraz bardziej zaczyna mi brakowac "uroczystego tak". Tym bardziej, ze
          chcemy miec dzieci i najzwyczajniej sie boje, ze cos sie stanie kiedy np. bede
          w ciazy itd. Wiem, ze to b. rzadkie historie ale np. maz kolezanki zmarl w
          wieku 29 lat - mial wypadek samochodowy - kiedy Edyta byla w 4 tym miesiacu
          ciazy...
          Niestety partner zupelnie nie chce brac slubu... uwaza to za mieszczanski
          wynalazek itd. Wiec ja sie miotam - miedzy byciem z czlowiekiem, ktorego kocham
          i ktory jest rewelacyjny.... a zerwaniem i proba ulozenia zycia od nowa.

          Gosla
        • malini Re IGA: 22.03.02, 14:29
          Kochana! Nie wiem jaki ma charakter Twój mężczyzna, czyli co go drażni, a czemu
          ulega, ale pozwolę sobie Ci doradzić. Akurat jestem w podobnej sytuacji do niego.
          Od 6 miesięcy szłyszę niemal co tydzień, ze mój Misiek chce się ze mną koniecznie
          ożenić. Systematycznie pukam się w czoło - po cholerę mi ślub, jak chcemy zrobić
          imprezę dla znajomków, to zawsze, choćby jutro..Ale on jest uparty, nie robi miny
          odrzuconego, tylko uśmiecha się pt."będziesz moja, ja to wiem i ty to wiesz". To
          mnie naprawdę bierze. Nie widzę w nim desperacji "ostatniej szansy na kobietę w
          życiu" i te zabiegi są coraz bardziej dla mnie przyjemne (na początku nóż mi się
          otwierał w kieszeni, bo mam złe wspomnienia). Myślę też coraz częściej o dziecku
          i na 100% wiem, że gdyby miało przyjść na świat - musiało by mieć mamę i tatę a
          nie konkubenta i konkubinę.Tak więc upór i delikatne sugerowanie pofitów z tego
          płynących to jest klucz do sukcesu. Poza tym powiedz mu czasem co czujesz, że np.
          jest ci przykro, bo on cię w ten sposób porównuje do poprzedneij kobiety. Mój Miś
          bardzo ostro przeciął moje teksty na ten temat "Nie jestem nim i kropka.Nie życze
          sobie, żebyś go wspominała i porównywała mnie do niego".Teraz jak pyta dlaczego
          nie chcę ślubu, mogę tylko powiedzieć "nie, bo nie!". Blondynka nie? :)
    • Gość: ajka Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.BC.net 06.02.02, 00:20
      Ja od 13 lat zyje w konkubinacie. Pierwsze lata byly trudne bo czas mijal a ja
      mialam troche poczucie tymczasowosci. Moj partner po rozwodzie i
      mocno "sparzony" wiec instytucja malzenstwa stracila dla niego jakiekolwiek
      znaczenie. Musze dodac, ze jak go poznalam mialam 24 lata, on 34. Teraz mamy
      2 wspanialych dzieci, wspolne mieszkanie, wspolne wydatki i osobne konta!
      Mieszkamy za granica a tu po 2 latach wspolnego mieszkania ma sie prawa takie
      jak kazde inne malzenstwo (wspolne rozliczenia podatkowe, ubezpieczenia
      medyczne, renta w razie smierci partnera itp.). W rozmowach z obcymi mowimy o
      sobie maz/zona tak wiec slub nie jest nam do niczego potrzebny. Kochamy sie,
      wychowujemy wspolnie dzieci, oboje pracujemy i prowadzimy dom wiec jest jak w
      kazdej innej rodzinie. Jest jednak jeden problem. Moj "maz" ma 2 synow z
      pierwszego malzenstwa tak wiec namawiam go na spisanie testametu bo nigdy nic
      nie wiadomo a ja za wszelka cene chce uniknac jakichkolwiek klotni o finanse.
      Nie ma nic bardziej upokarzajacego. Tak wiec malzenstwo to sprawa bardzo
      osobista i sprawy finansowe mozna uregulowac na wiele sposobow.
      • Gość: goska Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.ots.utexas.edu 11.03.02, 07:01
        ha!
        jak sama zauwazylas mieszkacie za granica a tam po 2 latach mieszkania razem
        Twoje prawa sa takie same (w sensie prawnym) jak zony...
        To duzo zmienia
        Goska
    • pop24 Re: małżeństwo czy konkubinat? 04.03.02, 20:49
      Nie warto brać ślubu dla papieru.Jeśli jesteście razem tyle lat i jest dobrze
      nie warto nic zmieniać.
      • ptasia Re: małżeństwo czy konkubinat? 05.03.02, 18:16
        zgadzam się z popem w 100%
      • ptasia Re: małżeństwo czy konkubinat? 05.03.02, 18:19
        a'propos: widziałam ostatnio w TVP1 debatę w której pani z LPR powiedziała, ze
        konkubinat jest wbrew naturze (!!!) a zatem jest wynaturzeniem (!!!!). Pani z
        PO zaś, przyciśnięta do muru przez redaktora, powiedziała, chichocząc głupio,
        że nie, diwe osoby bez ślubu + ew. dziecko/dzieci nie tworzą rodziny, nie.
        Gdybym tego nie widziała na własne oczy to bym nie uwierzyła.
    • Gość: Agniecha Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.bresa.com.pl 05.03.02, 16:15
      Małżeństwo ani w niczym nie pomaga ani w niczym nie przeszkadza - zależy od
      podejścia. Wyszłam za mąż nie po to, by usidlić mojego faceta, ale dlatego, że
      było to dla nas jedyne w swoim rodzaju przeżycie, do którego nic nie można
      porównać i nikt nam tego nigdy nie odbierze. Jesteśmy dla siebie wyjątkowi i
      podkreśliliśmy to jeszcze dobitniej przsięgając sobie, że zawsze już będziemy
      razem... Nie ma nic wznioślejszego niż obietnica sobie i Panu Bogu, który nas
      tak kocha, że chce być z nami w naszych najważniejszych chwilach w życiu. Wiem,
      że mnie skrytykujecie, ale jestem osoba wierzącą dopiero od kilku lat (mam 27
      lat) i wiem, co mówię, bo to przemyślałam.
      Pozdrowionka
      • hal9000 Re: małżeństwo czy konkubinat? 05.03.02, 20:59
        Gość portalu: Agniecha napisał(a):

        > ...jestem osoba wierzącą dopiero od kilku lat...

        Witamy w klubie :-)
        • Gość: Agniecha Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.bresa.com.pl 06.03.02, 08:48
          Cieszę się, że nie jestem osamotniona... Życzę wszystkim, żeby uwierzyli, a
          szczególnie moim rodzicom.
          Pozdrowionka
          • hal9000 Re: małżeństwo czy konkubinat? 06.03.02, 15:28
            Gość portalu: Agniecha napisał(a):

            > Cieszę się, że nie jestem osamotniona... Życzę wszystkim, żeby uwierzyli, a
            > szczególnie moim rodzicom.
            > Pozdrowionka

            U mnie powoli rodzina się nawrace. Uwierzyli moi bracia, co w szczególnie
            przypadku najmłodzego zakrawa na cud. Został tylko mój ojciec...

            Pozdrawiam
            • Gość: Agniecha Do hal9000! IP: *.bresa.com.pl 06.03.02, 16:48
              Ja nie mam sposobu na moich rodziców. Oni tak się zapierają rękami i nogami, że
              aż wywołuje to u nich agresję. Nie pomagają nawet tłumaczenia, że nie wierzy
              się dla księży (bo tych ja też nie trawię w przeważającej większości), ale dla
              Boga i dla siebie. Nie wyobrażam sobie dziś życia bez nadziei, jaką niesie
              wiara...
              • Gość: kasia Re: Do hal9000! IP: 212.244.59.* 11.03.02, 12:43
                Aga, powiedziałaś, co się dało, teraz zostań przy dawaniu przykładu i się
                módl...
                Pamiętaj, proście, a będzie Wam dane, tylko trzeba być wytrwałym (ja czekałam,
                aż ojciec mojego dziecka uwierzy... i się doczekałam)
                kasia
                • Gość: tom Re: Do hal9000! IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 11.03.02, 12:46
                  i na kleczkach do czestochowy idzcie grzesznicy...
                  • Gość: Agniecha Do Toma IP: *.bresa.com.pl 11.03.02, 12:49
                    Nie jarzysz niestety facet, nie jarzysz...
                  • hal9000 Re: Do hal9000! 14.03.02, 10:48
                    Gość portalu: tom napisał(a):

                    > i na kleczkach do czestochowy idzcie grzesznicy...

                    Organizujesz pielgrzymke? Za malo chetnych? :-)
                • hal9000 Re: Do hal9000! 14.03.02, 10:56
                  Gość portalu: kasia napisał(a):

                  > Aga, powiedziałaś, co się dało, teraz zostań przy dawaniu przykładu

                  Kiedys uslyszalem zdanie, ze wiara nie potrzebuje dowodow, ale swiadkow.
                  Mysle, ze jest to prawda. Dziala zreszta w obie strony. Dobry przyklad zacheca,
                  zly odstrecza (haslo: zgorszenie).

                  > i się módl... Pamiętaj, proście, a będzie Wam dane, tylko trzeba być wytrwałym
                  > (ja czekałam, aż ojciec mojego dziecka uwierzy... i się doczekałam)

                  Tez tak mysle.
    • Gość: madga Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.inetia.pl 13.03.02, 08:42
      no i wyszlam za maz, okazalo sie ze nie bardzo znam mojego meza, chociaz przed
      slubem moglismy i rozmawialismy o wszystkim, chcielismy sie pobrac. teraz
      niestety jakos nie wychodzi. nie potrafie sie z nim dogadac w niecaly rok po
      slubie
    • Gość: Kek Chocby dla obraczki IP: *.ny325.east.verizon.net 14.03.02, 08:01
      Co za sens zyc w konkubinacie? Skoro z nim jestem - mieszkam, kocham sie, dziele problemami, to znaczy,
      ze mam ochote, zeby bylo tak przez jakis czas. Zyc na kocia lape tylko po to, by nie odbieac mu poczucia
      wolnosci, zeby na pytanie laski w barze mogl odpowiedziec: "Przeciez ja nie mam zony"?
      Nie chce sie ze mna zenic - znaczy nie traktuje mnie powaznie. Nie ma dla kobiety nic bardziej
      zniechecajacego niz uslyszec - ja sie z toba nie ozenie, bo sie nigdy nie ozenie, z nikim. Po co mowic takie
      rzeczy? Mozesz sie z nia nie zenic, ale niech ma te kojaca swiadomosc, ze jest warta mezczyzny, ze ktos
      chce byc z nia na zawsze, dac jej nazwisko. Przeciez, tak naprawde, ona tez nie ma najmniejszej ochoty sie
      wiazac, miec tesciowa, urzadzac dla rodziny wystawne obiadki i sama w nich uczestniczyc.
      Jestem za malzenstwem. Chocby dla samej przyjemnosci noszenia na palcu obraczki.
      • agniecha27 Re: Chocby dla obraczki 14.03.02, 10:20
        Popieram Cię w każdym słowie, które napisałaś. Wyraziłaś poprostu moje myśli.
      • hal9000 Re: Chocby dla obraczki 14.03.02, 10:27
        Gość portalu: Kek napisał(a):

        > Jestem za malzenstwem.

        Ja tez!

        > Chocby dla samej przyjemnosci noszenia na palcu obraczki.

        Ja nie moglem sie przyzwyczaic do noszenia tego kawalka metalu na palcu.
        W koncu poddalem sie i przestalem. Ale nie dlatego abym chcial udawac wolnego.
        Zreszta zona tez nie nosi. Najwieksze obiekcje miala tesciowa, ale gdy zobaczyla,
        ze to nic nie zmienilo to dala spokoj. :-)
      • balbina2 Re: Chocby dla obraczki 18.03.02, 10:59
        Gość portalu: Kek napisał(a):

        Mozesz sie z nia nie zenic, ale niech ma te kojaca swiadomosc, ze jest
        > warta mezczyzny, ze ktos
        > chce byc z nia na zawsze, dac jej nazwisko.

        Posiadanie mężczyzny miarą wartości kobiety??? Aż mi się nie chce wierzyć, że tak
        myślisz naprawdę, to jakaś zgroza!
    • Gość: Nell A ja jestem za konkubinatem... IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 14.03.02, 10:25
      a napewno za wspolnym mieszkaniem, nim sie podejmie decyzje o slubie..
      • aise_ takie mieszkanie "na próbę"? 18.03.02, 11:14
        a jesteś zwolenniczką posiadania dzieci "na próbe"?
        bo to jest mniej-więcej taka sama próba...

        albo z kimś chcę być i wtedy nic nie "próbuję" tylko z kimś jestem albo nie
        chce i wtedy nie jestem
        to chyba logiczne?
        • Gość: Kim Re: takie mieszkanie IP: 213.77.91.* 18.03.02, 12:31
          Przecież konkubinat nie musi być małżeństwem na próbę, ale formą związku, tak
          samo dobrą jak małżeństwo.
          • aise_ może być, ale... 18.03.02, 12:36
            odniosłam się do posta Nell, w którym ona pisała że popiera mieszkanie razem
            ZANIM podejmie sie decyzję o slubie, czyli tzw. mieszkanie na próbę
          • Gość: ...... Re: takie mieszkanie IP: *.ssk.pl 19.03.02, 14:05
            Gość portalu: Kim napisał(a):

            > Przecież konkubinat nie musi być małżeństwem na próbę, ale formą związku, tak
            > samo dobrą jak małżeństwo.

            Czlowiek ktorego bardzo kocham tez tak mi mowi
            On mnie nawet nazywa zona choc slubu nie mielismy ...
            "dziwny jest ten swiat...."
            ciekawe co powiem jak bede miala 80 lat czy bede szczesliwa ze poszlam na taki
            uklad czy bede zalowac - jestem z Nim bo Go bardzo kocham ...
            • Gość: Nell Re: takie mieszkanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 14:40
              Oczywiscie, konkubinat nie musi byc malzenstwem na probe dla wszystkich...Dla mnie był, chcialam
              miec dzieci, a dzieci w Polsce w ramach konkubinatu to dosc ryzykowna
              sprawa...(ostracyzm spoleczny) Naprawde konkubinat jest super, dopoki nie chce sie miec dzieci..
        • Gość: Nell Re: takie mieszkanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 14:30
          aise_ napisał(a):

          > a jesteś zwolenniczką posiadania dzieci "na próbe"?

          Nie, zreszta coz to za pytanie?? I co za absurdalne porownanie i mieszanie dwoch zupelnie odrebnych
          spraw?? Chyba, ze masz na mysli dzieci adoptowane, zapraszanie je na swieta, i danie czasu na
          rozwiniecie sie milosci rodzicelskiej i sprawdzenie sie przed podjeciem kroku ostatecznego, czyli adopcji.

          > bo to jest mniej-więcej taka sama próba...

          Nie, tego nie mozna porownywac.

          >
          > albo z kimś chcę być i wtedy nic nie "próbuję" tylko z kimś jestem albo nie
          > chce i wtedy nie jestem
          > to chyba logiczne?

          Nie to nie jest takie logiczne jak ci sie wydaje...Znam wiele rozwiedzionych malzenstw, ktore sie rozpadly,
          bo tez im sie wydawalo, ze chca byc ze soba i zbyt pochopnie sie pobrali...Tak naprawde nie znali sie,
          chociaz spotykali sie czesto, ale nie przebywali z soba 24 na dobe. Kazdy jak wiadomo zawsze chce sie
          pokazac ukochanej osobie z jak najlepszej strony, to nie jest dzialanie swiadome, mamy to juz
          zakodowane w psychice. Moim zdaniem wspolne mieszkanie weryfikuje zludny obraz o drugiej osobie i
          pokazuje nam jaka ta osoba naprawde jest. Dlatego jestem za wspolnym mieszkaniem przed slubem.
          Powinien byc tego prawny nakaz, byc moze ludzie zaczeli by traktowac instytucje malzenstwa powaznie i
          mniej by bylo rozwodow. Okres probny sie nie powiodl- zaswze mozna spakowac manatki i sie
          wyprowadzic, a w przypadku malzenstwa tak nie jest, rozwod nie polega tylko na spakowaniu rzeczy, bo
          to jest bardzo skomplikowana sprawa. Mam nadzieje, ze mnie zrozumialas.
          Jeden z moich powazniejszych zwiazkow(byla mowa o slubie i wielka milosc) rozpadla sie po 2
          miesiecznym mieszkaniu, w trakcie wakacji razem. Az strach pomyslec, co by bylo z naszym
          malzenstwem, jakbysmy sie pobrali bez tego mieszkania razem....brrrr. Moj drugi, powazny zwiazek
          zakonczyl sie slubem, po 2 letnim mieszkaniu razem, bez jakiegokolwiek nacisku z jakiejkolwiek strony.
          To byla decyzja w pelni autonomiczna i podjeta po tym, jak sie przekonalismy o naszych prawdziwych
          obliczach...jestesmy bardzo szczesliwi...
          • aise_ Re: takie mieszkanie 19.03.02, 14:43
            to tez niczego nie dowodzi - rozwieść się możesz po 10 latach małżenstwa, bez
            wzgledu na to czy mieszkaliście ze sobą czy nie, rozumiesz? Bo przyczyn
            rozwodów sa setki, a nie tylko mylne wyobrażenie o osobie z którą jesteś.

            Moi rodzice (i jeszcze kilka innych małżenstw, które znam) zamieszkali ze soba
            dopiero po slubie (bo nie wyobrażali sobie, że mogłoby byc inaczej) i żyją
            szczęśliwie od 35 lat. Ja też nie mieszkałam z moim mężem przed slubem i też
            mam juz jakis tam staż. I co z tego, że są rzeczy, które mnie w nim irytują?
            Jest mnóstwo innych rzeczy, które w nim uwielbiam i to są znacznie ważniejsze
            rzeczy. Ale o nich wiedziałam i bez mieszkania na próbę.

            • Gość: judytka Re: takie mieszkanie IP: 195.117.174.* 19.03.02, 14:49
              aise_ napisał(a):

              > to tez niczego nie dowodzi - rozwieść się możesz po 10 latach małżenstwa, bez
              > wzgledu na to czy mieszkaliście ze sobą czy nie, rozumiesz? Bo przyczyn
              > rozwodów sa setki, a nie tylko mylne wyobrażenie o osobie z którą jesteś.
              >
              > Moi rodzice (i jeszcze kilka innych małżenstw, które znam) zamieszkali ze soba
              > dopiero po slubie (bo nie wyobrażali sobie, że mogłoby byc inaczej) i żyją
              > szczęśliwie od 35 lat. Ja też nie mieszkałam z moim mężem przed slubem i też
              > mam juz jakis tam staż. I co z tego, że są rzeczy, które mnie w nim irytują?
              > Jest mnóstwo innych rzeczy, które w nim uwielbiam i to są znacznie ważniejsze
              > rzeczy. Ale o nich wiedziałam i bez mieszkania na próbę.
              >

              Bardzo słuszne spostrzeżenia. Dorzucę tylko od siebie- nie wyobrażam sobie
              mieszkania na próbę z mężczyzną, którego nie kocham- a co jest lepszą podstawą do
              małżeństwa?

              • Gość: Nell Re: takie mieszkanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 14:58
                Gość portalu: judytka napisał(a):

                > aise_ napisał(a):
                >
                > > to tez niczego nie dowodzi - rozwieść się możesz po 10 latach małżenstwa,
                > bez
                > > wzgledu na to czy mieszkaliście ze sobą czy nie, rozumiesz? Bo przyczyn
                > > rozwodów sa setki, a nie tylko mylne wyobrażenie o osobie z którą jesteś.
                > >
                > > Moi rodzice (i jeszcze kilka innych małżenstw, które znam) zamieszkali ze
                > soba
                > > dopiero po slubie (bo nie wyobrażali sobie, że mogłoby byc inaczej) i żyją
                >
                > > szczęśliwie od 35 lat. Ja też nie mieszkałam z moim mężem przed slubem i t
                > eż
                > > mam juz jakis tam staż. I co z tego, że są rzeczy, które mnie w nim irytuj
                > ą?
                > > Jest mnóstwo innych rzeczy, które w nim uwielbiam i to są znacznie ważniej
                > sze
                > > rzeczy. Ale o nich wiedziałam i bez mieszkania na próbę.
                > >
                >
                > Bardzo słuszne spostrzeżenia. Dorzucę tylko od siebie- nie wyobrażam sobie
                > mieszkania na próbę z mężczyzną, którego nie kocham-


                Ja tez nie wyobrazam sobie mieszkania z mezczyzna ktorego nie kocham, a jeszzce bardziej slubu z
                takim do ktorego nie pasuję, a pasowanie do siebie i kochanie sie to 2 sprawy, ktore nie zawsze musza
                isc w parze.

                a co jest lepszą podstawą
                > do
                > małżeństwa?

                Zakochanie sie konczy po okolo 2 latach, wiec to nie jest dobra podstawa malzenstwa jako jedyna.
                Ile naiwnosci na swiecie, az zal czytac..

                >

                • Gość: judytka Re: takie mieszkanie IP: 195.117.174.* 19.03.02, 15:06
                  Gość portalu: Nell napisał(a):

                  > Gość portalu: judytka napisał(a):
                  >
                  > > aise_ napisał(a):
                  > >
                  > > > to tez niczego nie dowodzi - rozwieść się możesz po 10 latach małżens
                  > twa,
                  > > bez
                  > > > wzgledu na to czy mieszkaliście ze sobą czy nie, rozumiesz? Bo przycz
                  > yn
                  > > > rozwodów sa setki, a nie tylko mylne wyobrażenie o osobie z którą jes
                  > teś.
                  > > >
                  > > > Moi rodzice (i jeszcze kilka innych małżenstw, które znam) zamieszkal
                  > i ze
                  > > soba
                  > > > dopiero po slubie (bo nie wyobrażali sobie, że mogłoby byc inaczej) i
                  > żyją
                  > >
                  > > > szczęśliwie od 35 lat. Ja też nie mieszkałam z moim mężem przed slube
                  > m i t
                  > > eż
                  > > > mam juz jakis tam staż. I co z tego, że są rzeczy, które mnie w nim i
                  > rytuj
                  > > ą?
                  > > > Jest mnóstwo innych rzeczy, które w nim uwielbiam i to są znacznie wa
                  > żniej
                  > > sze
                  > > > rzeczy. Ale o nich wiedziałam i bez mieszkania na próbę.
                  > > >
                  > >
                  > > Bardzo słuszne spostrzeżenia. Dorzucę tylko od siebie- nie wyobrażam sobie
                  >
                  > > mieszkania na próbę z mężczyzną, którego nie kocham-
                  >
                  >
                  > Ja tez nie wyobrazam sobie mieszkania z mezczyzna ktorego nie kocham, a jeszzce
                  > bardziej slubu z
                  > takim do ktorego nie pasuję, a pasowanie do siebie i kochanie sie to 2 sprawy,
                  > ktore nie zawsze musza
                  > isc w parze.

                  Tu się zgadzam. Ale przecież nie tylko wspolne mieszkanie daje okazję do poznania
                  charakteru mężczyzny? Chyba się zgodzisz, że poznajemy drugą osobę w różnych
                  sytuacjach?

                  >
                  > a co jest lepszą podstawą
                  > > do
                  > > małżeństwa?
                  >
                  > Zakochanie sie konczy po okolo 2 latach, wiec to nie jest dobra podstawa malzen
                  > stwa jako jedyna.
                  > Ile naiwnosci na swiecie, az zal czytac..
                  >
                  > >
                  Nie jestem bynajmniej naiwna. I zauważ, że pisałam o miłości jako o podstawie
                  (Koniecznej, chociaż nie zawsze wystarczającej) do małżeństwa, a nie o
                  zakochaniu... Zakochanie to zaledwie początek miłości.A tak w ogóle jeśli o mnie
                  chodzi to zakochanie nie przeszło mi po 15 latach... I co?
                  >

                • aise_ Re: takie mieszkanie 19.03.02, 15:06
                  Mam troche wiecej stażu niż Ty Nell - uwierz mi, że można sprawdzić czy do
                  kogos pasujesz czy nie, bez mieszkania ze sobą na próbe. Miałam za dużo
                  szacunku dla mojego męza, żeby nawet mu coś takiego zaproponowac przed ślubem.
                  Ale to już zupełnie inna kwestia...


                  • Gość: Nell Re: takie mieszkanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 15:09
                    Skad wiesz, ile ja mam stazu?? Napisalam to gdzies??
                    • aise_ sprostowanie 19.03.02, 15:14
                      Rzeczywiście - przepraszam nie doczytałam się, coś mi świtało, że masz dwa lata
                      stażu, ale sprawdziłam i okazało się, że wyszłas za mąż po dwóch latach
                      mieszkania razem. Przepraszam - mój błąd.
                      Ale to nie zmienia faktu, że mam na temat próbnego mieszkania zupełnie inne
                      zdanie niż Ty. Do czego zresztą obie mamy święte prawo.

                      pozdrawiam

                      • Gość: Nell Re: sprostowanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 15:15
                        Tez pozdrawiam:)
            • Gość: Nell Re: takie mieszkanie IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 14:51
              Uwazasz, ze ludzie powinni sie pobierac w ciemno? Oki. Tylko statystyki przecza twojej teorii.
              Jest pozniej placz lament, i rozwod po roku malzenstwa. oczywiscie, rozwiesc mozna sie zawsze,
              nawet po 50 latach, temu nie przecze, tylko moim zdaniem wspolne mieszkanie przed pozwala nam
              zminimaliziwac ryzyko rozwodu z powodu niedopasowania charakterow. Nie rozumiesz mnie, twoja
              sprawa. Ja np. wokol siebie widze wiele malzenstw nieudanych, ktore nigdy nie powinny miec
              miejsca..punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia..
              pa
    • agniecha27 Re: małżeństwo czy konkubinat? 19.03.02, 15:19
      Ani "instytucja" małżeństwa, ani "instytucja" konkubinatu nie mają nic
      wspólnego z miłością. Są to tylko formy wspólnego życia razem. Ludzie!!! Tylko
      od nas zależy którą z nich wybierzemy. Pamiętajmy tylko przy tym wszystkim o
      jednym: kochajmy się, a z całą resztą spraw niech się dzieje co chce.
      Pozdrowionka
      P.S. Ja i mój mężczyzna wybraliśmy małżeństwo.
      • Gość: bea Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.pekao.com.pl 19.03.02, 15:30
        No właśnie! Niektórzy tutaj jakoś strasznie "demonizują" fakt mieszkania razem
        przed ślubem, czy w ogóle bez ślubu. Co w tym złego, że zamieszkam z facetem
        przed ślubem? Raczej - jak pisze Nell - same plusy, można się naprawdę dobrze
        poznać, od tej "nieoficjalnej" strony. Niewątpliwie zwiększa to pewnośc, że to
        właśnie ta osoba, z którą chcemy być. Aise napisała coś o tym, że "nie
        śmiałaby" zaproponować czegoś takiego - co to znaczy? Żeby sobie o Tobie zle
        pomyślał? O rany....
        • aise_ Re: małżeństwo czy konkubinat? 19.03.02, 15:41
          Nie napisałam "nie śmiałabym" ale wstyd by mi było powiedziec osobie, ktorą
          kocham, że chce go wypróbowac zanim się pobierzemy, bo moze nie będzie mi
          odpowiadać. To jest po prostu inne podejscie do tematu, rozumiesz? Nie mówię,
          że lepsze albo gorsze - po prostu inne. Wyszłam za kogoś kto jest moim
          najlepszym przyjacielem - mam dla niego za dużo szacunku, żeby go próbować.
          • Gość: bea Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.pekao.com.pl 19.03.02, 15:46
            Ale przecież to nie jest tak, że kiedy ludzie decydują się zamieszkać razem
            zanim wezmą ślub, to robią to tak na zimno i z wyrachowaniem mówią sobie - no
            to się wypróbujmy. Po prostu chcą być razem i to jest dla nich istotne - nawet
            jak mają ten ślub w planach, to narazie nie zawracają sobie tym głowy.
            • aise_ Re: małżeństwo czy konkubinat? 19.03.02, 15:54
              Nell postulowała, żeby zrobic z tego obowiązek przedślubny:))

              Pewnie, że to nie jest tak, że wszyscy ludzie myslą o próbowaniu ale spora
              częśc mysli sobie tak: "jak sie nie uda to sie najwyżej wyprowadzę". To jest
              zwykłe pójście na łatwiznę. I to już nie jest fair wobec tej drugiej osoby.
              Tylko to miałam na mysli.



              • Gość: Nell Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 16:01
                aise_ napisał(a):

                > Nell postulowała, żeby zrobic z tego obowiązek przedślubny:))
                >
                > Pewnie, że to nie jest tak, że wszyscy ludzie myslą o próbowaniu ale spora
                > częśc mysli sobie tak: "jak sie nie uda to sie najwyżej wyprowadzę". To jest
                > zwykłe pójście na łatwiznę.

                jakie pojscie na latwizne?? myslisz, ze decyzja o wyprowadzeniu sie jest latwa?? To jest najbardziej fer
                jak moze byc. A co bardziej fer jest rozwod?? Ktory i tak by mial miejsce jak by osoby byly
                niedopasowane...co za rozumowanie. Zreszta kto powiedzial, ze zycie jest fer...

                I to już nie jest fair wobec tej drugiej osoby.
                > Tylko to miałam na mysli.
                >
                >
                >

          • Gość: Nell Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 19.03.02, 15:52
            aise_ napisał(a):

            > Nie napisałam "nie śmiałabym" ale wstyd by mi było powiedziec osobie, ktorą
            > kocham, że chce go wypróbowac zanim się pobierzemy, bo moze nie będzie mi
            > odpowiadać. To jest po prostu inne podejscie do tematu, rozumiesz? Nie mówię,
            > że lepsze albo gorsze - po prostu inne. Wyszłam za kogoś kto jest moim
            > najlepszym przyjacielem - mam dla niego za dużo szacunku, żeby go próbować.

            Tu nie chodzi o probowanie go!! W mieszkaniu przed slubem chodzi glownie o doglebne poznanie siebie
            nawzajem przed slubem, bo po slubie moze byc za pozno, a to nie jest oznaka braku szacunku , lecz
            zdrowego rozsadku. Czy zaproponowanie komus: "Zamieszkajmy razem, ty mnie lepiej poznasz , ja cie
            poznam, nim sie pobierzemy, po tym opodejmiemy decyzje o terminie slubu" jest oznaka braku
            szacunku?? facet powinien sie cieszyc, ze bedzie mial madra zone, a nie martwic sie, ze ktos go nie
            szanuje:)))

            • aise_ Re: małżeństwo czy konkubinat? 19.03.02, 16:58
              Ok - jak juz wcześniej wsponiałam - kwestia podejscia do tematu

              pozdrawiam
    • Gość: fatima Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 172.16.1.* 21.03.02, 09:40
      ja w porownaniu z balbina mam odmeinne doswiadczenia. Mam meza dziecko ,
      malzenstwo ma staz praiwe 6 lat a jejstesmy juz prawie 10. Mamy w tej chwili
      kryzys, ktory na pewno poetguje sie samym faktem ze nie mozna by sie o tak
      rozstac bo bedzie najpierw przepychanka w rozwodowa, tzw. dobro dziecka- a my
      mozemy sie pozagryzac w miedzyczasie. Wszystkie nasze klopoty - wg mnie sa
      wytowrem stanu rzeczy ajkim jest instytucja małżenstwa! tak tez sie skalada ze
      znam pare par ktore nie zalegalizowaly zwiazkow a maja sie o niebo lepiej od
      mojeg malzenstwa. Po co tkwic w fikcji. czlowiek jest zmienna istota, nie moze
      zawzse zyc z jednym partnerem, potrzeba zmioan jest silnie zakorzeniona w
      naszych genach. A malzenstwo probuje nas ucywilizowac.
      • Gość: anka Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.telia.com 24.03.02, 21:34
        jestem mezatka - cywilna. Mamy 2 dzieci. Gdybym sie rozwiodla lub gdybym
        zostala wdowa za nic na swiecie nie chcialabym wyjsc ponownie za maz. Jezeli ma
        sie zabezpieczona sytuacje finansowa i podpisane odpowiednie umowy nie jest ono
        do szczscia potrzebne. Wrecz przeciwnie, duzo komplikuje. Kobiety, nie myslcie,
        ze facet jest dla was gwarancja waszej waaartosci!!!!!! DO PRAWNIKOW, a nie do
        urzedow, jesli ma sie obawy czy malzenstwo jest wymarzonym stanem.
      • Gość: cob Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.walbrzych.dialog.net.pl 25.03.02, 01:31
        Własnie planujemy ślub i dlatego z uwagą przeczytałam wszystkie wypowiedzi. Te
        wszystkie formalności jakich trzeba dokonać potrafią człowieka zniechęcić a my
        jesteśmy na początku tej drogi... nie wiem co będzie dalej. Mieszkaliśmy ze
        sobą trochę w czasie studiów i teraz po 3 latach znajomości nie widzę żadnego
        innego mężczyzny na jego miejscu a jednak boję się powiedzieć to sakramentalne
        tak. Obawiam się, że może za kilka lat poznam kogoś innego i co wtedy ... Chyba
        żadne przysięgi i obietnice nie są w stanie zapobiec ludzkim błędom i pomyłkom.
        Tak naprawdę wszytko zależy od nas samych i nie można powiedzieć, że np. w
        konkubinacie ludzie mniej się kochają a w małżeństwie to zawsze jest super.
        Znam wiele fatalnych małżeństw gdzie słowa wierność czy miłość nic nie znaczą
        już chyba. Wiele czytałam tu o prawnych, spadkowych, majątkowych aspektach
        małżeństwa nigdy o tym tyle nie myślałam. Uważałam, że ludzie pobierają się, bo
        chcą być razem,bo coś do siebie czują a nie myślą o potencjalnych spadkach itp.
        Czy to oznacza, że jestem naiwna? Ciągle rozmyślam o tym ślubie czy to jest
        krok w dobrym kieunku. na 100% pewnie dowiem się tego dopiero na łożu śmierci.
        • agniecha27 Re: małżeństwo czy konkubinat? 25.03.02, 13:21
          Gość portalu: cob napisał(a):

          > Własnie planujemy ślub i dlatego z uwagą przeczytałam wszystkie wypowiedzi. Te
          > wszystkie formalności jakich trzeba dokonać potrafią człowieka zniechęcić a my
          > jesteśmy na początku tej drogi...

          Tych formalności nie ma aż tak strasznie dużo... Chyba, że tak jak mi brakowało,
          brakuje Ci np. sakramentu bieżmowania, to wtedy się zgodzę.

          nie wiem co będzie dalej. Mieszkaliśmy ze
          > sobą trochę w czasie studiów i teraz po 3 latach znajomości nie widzę żadnego
          > innego mężczyzny na jego miejscu a jednak boję się powiedzieć to sakramentalne
          > tak. Obawiam się, że może za kilka lat poznam kogoś innego i co wtedy ... Chyba
          >
          > żadne przysięgi i obietnice nie są w stanie zapobiec ludzkim błędom i pomyłkom.

          Nie można mieć nigdy pewności, czy robi się dobrze czy źle. Takie jest życie.
          Pełne niespodzianek. Ale jeżeli od razu zakładasz, że za kilka lat możesz poznać
          kogoś innego (lepszego? gorszego?), to chyba nie ma co porywać się na małżeństwo.
          Jeżeli kogoś kochasz, to poprostu to wiesz. Jeżeli się wahasz, to...? Lepiej się
          w takiej sytuacji nie żenić i nie wychodzić za mąż (to dotyczy obydwu stron).

          >
          > Tak naprawdę wszytko zależy od nas samych i nie można powiedzieć, że np. w
          > konkubinacie ludzie mniej się kochają a w małżeństwie to zawsze jest super.

          Biorąc pod uwagę Twoje powyższe słowa, można wywnioskować, że konkubinat byłby
          dla Ciebie "wygodniejszy", a co z uczuciami Twojego partnera? On też jest w
          stanie czekać, aż się zdecydujesz...?

          > Znam wiele fatalnych małżeństw gdzie słowa wierność czy miłość nic nie znaczą
          > już chyba.

          To prawda... niestety, ale i w konkubinatach wcale nie dzieje się dobrze (tych,
          które ja znam), jeżeli ludzie się poprostu nie kochają.

          Wiele czytałam tu o prawnych, spadkowych, majątkowych aspektach
          > małżeństwa nigdy o tym tyle nie myślałam. Uważałam, że ludzie pobierają się, bo
          >
          > chcą być razem,bo coś do siebie czują a nie myślą o potencjalnych spadkach itp.
          >
          > Czy to oznacza, że jestem naiwna?

          Ja chyba tez jestem naiwna, bo myślę wyłącznie o miłości (mój partner również).
          Nie myślimy o żadnych majątkach (moich czy jego), bo startujemy z tego samego
          statusu społecznego i majątkowego. Tzn. sami dochodzimy do czegoś w życiu
          (mieszkanie itp.); nie mieliśmy na początku nic, teraz powoli mamy jakieś
          oszczędności. To też spaja nasz związek. O majątki niech się martwią bogacze...

          Ciągle rozmyślam o tym ślubie czy to jest
          > krok w dobrym kieunku. na 100% pewnie dowiem się tego dopiero na łożu śmierci.

          Trzeba czynić tak by niczego nie żałować w życiu... Ja zanim podjęłam decyzję o
          ślubie, długo o tym myślałam; wiele godzin przegadaliśmy z moim obecnym mężem,
          rozmawiałam z bliskimi mi osobami i... podjęliśmy (ja i mąż) decyzję, że chcemy
          być ze sobą do końca Świata, a może jeszcze dłużej... a jeżeli tak, to nic nam
          nie przeszkadza, żebyśmy wzięli ślub. Nie mówię, że na 100% się nam uda, ale
          nigdy nie będę żałowała tej decyzji...
          Pozdrawiam Cie bardzo gorąco :o)
    • Gość: LeNiuch Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 213.77.101.* 25.03.02, 17:35
      Balbino!
      Decyzji o tym czy wychodzić za mąz czy nie za Ciebie nie zamierzam podejmować.
      Nie zamierzam też doradzać bo to sprawa osobista.
      Co do kwestii majątkowo-urzędowych to moje trzy grosze jest takie:
      Ktoś przytomnie zauważył że gdybyście dziś się hajtnęli to i tak to co
      zdobyliście dotąd nie wchodzi do wspoólności majątkowej, no chyba że w drodze
      umowy majątkowej małżeńskiej (zwanej czasem intercyzą, nie koniecznie zawieraną
      przed zawarciem związku)rozciągnęlibyście wspólność małżeńską na dotychczas
      zgromadzony majątek.
      Niezaleznie od tego co zrobicie wszystko będzie dobrze dopóki żyjecie zgodnie.
      Przy zgodnej wspolpracy i pożyciu Wasze interesy nie będą na pierwszy rzut oka
      miały się gorzej niż w małżeństwie.
      Róznice moga powstać gdy się rozejdziecie (pokłócicie) lub jedno z Was zejdzie
      z tego świata.
      Powstanie wówczas problem podziału tego z czego razem korzystacie, a w
      przypadku śmierci wejdzie w grę jeszcze spadkobranie.
      Reguły panujące w małżeństwie nie dadzą sie zastosować odpowiednio czy w drodze
      jakichkolwiek zabiegów prawniczych do konkubinatu.
      W przypadku śmierci jednej z osób właścicielami części majątku z jakiego teraz
      razem korzystacie staną się krewni zmarłego. Przy czym to z Was które nadal
      będzie żyło takim krewnym nie będzie.
      Powstanie w toku spadkobrania problem tego co z tego co macie było Twoje a co
      jego.
      W przypadku podziału dorobku konkubentów Sąd NAjwyższy stoi na stanowisku że
      dzielić to należy wg przepisów o zniesieniu współwłasności w częściach
      ułamkowych. Oznacza to że trzeba będzie żmudnie ustalać co kto z Was kupił,
      dostał itp. I Tobie pozostanie tylko to co nabyłaś za swoje nakłady. Przy braku
      testamentu bowiem wogóle nie dziedziczysz reszty.
      Oczywiście można spisać testament, w którym np. Twój partner wszystko zapisze
      Tobie. I wówczas zachowasz to co sama wniosłaś a resztę odziedziczysz. Ale co
      do tej reszty najbliższa rodzina zmarłego będzie miała roszczenie o zachowek i
      sporą część "dziedzictwa" Ci odbiorą.
      Poza tym dziedzicząc nie jako żona a jako obca zapłacisz znacznie większy
      podatek od spadków i darowizn, gdyż nie będziesz mogła skorzystać z
      przewidzianej dla najbliższych członków rodziny ulgi.

      Jeśli dziedziczysz jako żona to po pierwsze połowa wspólnego majątku przypada
      od razu Tobie i nie wchodzi do spadku. W drugiej połowie masz zaś znaczący
      udział nawet przy braku testamentu. No i podatek jest znacznie niższy.

      Sytuacja druga. Oboje żyjecie ale wasz konkubinat się rozpada.
      Tu sytuacja może być dla Ciebie jako konkubiny bardzo niekorzystna jeśli
      konkubent ma większe dochody i więcej wniósł do waszego
      konkubenckiego "dorobku", bo np. ty wi ęcej energi wkładałaś w przysłowiowe
      prowadzenie domu.
      Wówczas jak już napisałem to co posiadacie będzie dzielone według zasad
      znoszenia wspólwłasności w cześciach ułamkowych. A zatem np. przy ustaleniu że
      wznieśliście dom wart 400000 zł w który on włożył 350000 a Ty 50000, Ty
      dostaniesz tylko prawo do owych 50 000 zł.
      Jeśli natomiast w tym samym układzie nakładów bylibyście małżeństwem podział
      byłby w zasadzie na pół, a zatem dostałabyś udział wart 200000 zł. W sytuacji
      jeślibyś prowadziła dom nie sposób byłoby umotywować inny udział we
      wspólwłasności.
      To podstawowa różnica.
      Wspomnieć też można ze w razie rozwodu i poźniejszego popadniecia w niedostatek
      można liczyć na alimenty od współmałzonak, które po konkubinacie są
      niedopuszczalne. W małżeństwie zresztą także w czasie jego formalnego trwania w
      sytuacji faktycznego życia w rozłączeniu można dostawać od partnera alimenty. W
      konkubibacie nie.
      Korzystniej jest także razem się opodatkowywać jako małżeństwo.

      W sumie są to właśnie tego typu różnice...
      W przypadku małżeństwa i rozwodu

      Tyle prima vista o dziedziczeniu
      • Gość: Roma Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 194.181.36.* 05.04.02, 10:51
        Ja wyszłam zamąż po 2 latach mieszkania razem, ni z powodów majątkowych ani tym
        podobnych ale dlatego, że małńeństwo to duże wyzwanie. Mam znajomych, którzy
        byli wiele lat ze sobą a m-ąc po ślubie złożyli o rozwód. Małżeństwo kieruje
        się innymi prawami niż wolny związek. Żuławski kiedyś powiedział "Wzruszają
        mnie udane małżeństwa ale nie udane wolne związki, to zupełnie coś innego" Ja
        też tak myślę. My po ślubie mieliśmy kryzys, mimo, że wcześniej mieszkało nam
        się super, obydwoje potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby się przystosować do
        nowej sytuacji jakim jest nierozerwalny związek (ludzie mają różne poglądy ale
        my akurat taki). W mieszkanie na kocią łapę jest wkalkulowane wyjście nie
        będzie mi odpowiadało to się wyprowadzę, małżeństwo to już zobowiązanie i nie
        wszyscy są gotowi,żeby je unieść.
        • pletwa3 Re: małżeństwo czy konkubinat? 05.04.02, 13:24
          Gość portalu: Roma napisał(a):

          > W mieszkanie na kocią łapę jest wkalkulowane wyjście nie
          > będzie mi odpowiadało to się wyprowadzę, małżeństwo to już zobowiązanie i nie
          > wszyscy są gotowi,żeby je unieść.

          A czy stały, wieloletni związek bez ślubu nie rodzi zobowiązań ? To, że one
          nigdzie nie są urzędowo zapisane, to nie znaczy, że ich nie ma. To kwestia
          uczciwości i wzajemnego zaufania partnerów. W małżeństwo tylko oficjalnie nie
          jest wkalkulowane wyjście "jak co, to spadam". W praktyce różnie to bywa. Jeśli
          ludziom jest dobrze w konkubinacie, ufają sobie, są razem bo tak chcą - to po co
          mają "unieść" ten odgórnie urzędowo zapisany przymus bycia razem? Sorry za
          porównanie, ale to tak jakbym psu, który zawsze chodzi przy nodze, zakładała
          jeszcze na wszelki wypadek smycz i kaganiec, żeby na pewno nie uciekł....
          • Gość: Roma Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 194.181.36.* 05.04.02, 14:11
            Zupełnie się z tobą niezgadzam, ślub to nie smycz tylko zobowiązanie się
            publiczne wobec Boga i przyjaciół, że to z tym mężczyzną chcę spędzić resztę
            życia. Jeśli chodzi o rozerwalność małżeństwa to gdybyś uważnie przeczytała mój
            post dostrzegłabyś stwierdzenie, że dla mnie małżeństwo jest nierozerwalne ale
            szanuję to, że inni moga mieć inne zdanie, tylko, że ja mam takie. Nie wiem czy
            jesteś mężatką czy nie ale ja jestem od roku i zapewniam cię, że nasze życie
            nie jest takie samojak przed, mimo że wcześniej też mieszkaliśmy razem.
            Ps. Jesli chodzi o tego psa. To czy to porównanie nie dotyczy bardziej osób
            żyjących w konkubinacie? Bo jeżeli są razem, kochają się i zamierzają spędzić
            razem życie to co im szkodzi na przeszkodzie? Może to , że chcą mieć otwartą
            furtkę? Ja wiele zyskałam na małżeństwie, coś tam napewno utraciłam ale mając
            doświadczenie w obydwu sytuacjach opowiadam się za małżeństwem oczywiście z
            właściwą osobą i ci którzy żyją w konkubinatach może po częsci nie znaleźli
            jeszcze drugiej połówki i nie chcą się wiązać z kims kogo nie są pewni.
            • pletwa3 Re: małżeństwo czy konkubinat? 05.04.02, 14:40
              Ja jestem pewna, że znalazłam i nikogo więcej nie chcę - wiem to już od 14 lat
              i mimo to jakoś nie odczuwam potrzeby sformalizowania naszego związku. Po tych
              wszystkich przeżytych wspólnie latach czujemy się może bardziej wobec siebie
              zobowiązani i lojalni niż niejedno małżeństwo. Ale rozumiem, że u Ciebie duże
              znaczenie ma przysięganie wobec Boga, doceniam to, akurat dla nas,
              niewierzących, nie jest to istotne...
              Pozdrawiam
              • Gość: Roma Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: 194.181.36.* 05.04.02, 15:03
                Płetwa napiszę do ciebie na priv jeśli nie masz nic przeciwko temu,
                zainteresowało mnie to co napisalaś a tak osobiście nie chcę się uzewnętrzniać
                na forum.
              • Gość: Paulina Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.ost-poland.com.pl 05.04.02, 16:10
                Podpisuje sie pod tym. Jestem z moim mezczyzna ponad 7 lat i jestem na 100%
                pewna, ze chce z nim spedzic reszte zycia, moglabym mu to przysiac przed kim
                tam by chcial, tylko po co? Nic to nie zmienia.
                • Gość: Roma Re: małżeństwo czy konkubinat? IP: *.acn.pl / 10.130.128.* 05.04.02, 21:09
                  Pytanie było konkubinat czy małżeństwo więc może należy skończyć dyskusję na
                  tym, że niektórzy za nic w świecie nie dadzą się zaciągnąć do ołtarza a dla
                  innych tylko małżeństwo ma sens w byciu dwojga ludzi (ja akurat do nich należę).
                • Gość: grażyna Re: do Pauliny IP: *.lapy.sdi.tpnet.pl 05.04.02, 21:14
                  ale skąd ty możesz wiedzieć czy twoj mężczyzna myśli tak samo, może właśnie
                  chce mieć "otwartą furtkę" skoro nie bierze ślubu z tobą, zresztą nie wiem może
                  to ty nie chcesz?
                  • ela1001 Re: do Pauliny 24.05.02, 14:21
                    Gość portalu: grażyna napisał(a):

                    > ale skąd ty możesz wiedzieć czy twoj mężczyzna myśli tak samo, może właśnie
                    > chce mieć "otwartą furtkę" skoro nie bierze ślubu z tobą, zresztą nie wiem może
                    >
                    > to ty nie chcesz?

                    Jeżeli którakolwiek ze stron pragnie " otwartej furtki" to świadczy po prostu o
                    braku pełnej akceptacji partnera - a to nie wróży dobrze dla trwałości związku.
                    Wtedy najlepiej wstrzymać się z małżeństwem.
                    Natomiast jeżeli czujemy , że chcemy być z ukochaną osobą do końca naszych dni to
                    nie widzę żadnego sensu ucieczki przed małżeństwem.
                    Może jestem mało "romantyczna" ale niestety polskie prawo zwolenników konkubinatu
                    dyskryminuje i w pewnym momencie może sprowadzić na przysłowiową "ziemię".
                    Ostatnio przeczytałam reportaż o kobiecie żyjącej wiele lat w szczęśliwym
                    konkubinacie - mieszkała u partnera.
                    Facet nagle zmarł - stosunkowo młodo -nie pozostawiając testamentu bo nie myślał
                    jeszcze o takich sprawach. Dziewczyna akurat była w delegacji.
                    Po powrocie zastała zaplombowane drzwi. Jednocześnie uzyskała informację , że z
                    uwagi na brak testamentu wszystkie rzeczy w mieszkaniu zostają zabezpieczone do
                    czasu ustalenia spadkobierców i podziału spadku. Nie pomogły żadne tłumaczenia ,
                    że w mieszkaniu znajdują się jej rzeczy osobiste . Sporo włożyła własnych środków
                    w zakup wsplnych rzeczy do mieszkania.
                    W związku z powyższym zwróciła się do sądu o wyłączenie tych rzeczy z masy
                    spadkowej. Okazało się , że nie jest to wcale proste.Musi przedstawić
                    niepodważalne dowody - np faktury na swoje nazwisko.
                    Tylko kto wcześniej myśli o takich sprawach!
                    Wydaje mi się , że właśnie takie sytuacje są nieromantyczne!
                    Po co te jakieś dodatkowe zabezpieczenia, umowy itp. Wystarczy zawrzeć legalny
                    związek i większość tego typu problemów odpada.
                    Jeeli nie chce się po latach znajomości organizować wesela to przecież żadna siła
                    nikogo nie zmusi.
                    Jestem za małżeństwem!
                    Jeżeli kogoś się kocha to warto się czasami zastanowić nad życiem kochanej osoby
                    również po naszej śmierci.
                    Bujenie w obłokach i zasłanianie się "przyziemnością" świadczy o braku
                    odpowiedzialności i to pod każdym względem.
                  • ela1001 Re: do Pauliny 24.05.02, 14:22
                    Gość portalu: grażyna napisał(a):

                    > ale skąd ty możesz wiedzieć czy twoj mężczyzna myśli tak samo, może właśnie
                    > chce mieć "otwartą furtkę" skoro nie bierze ślubu z tobą, zresztą nie wiem może
                    >
                    > to ty nie chcesz?

                    Jeżeli którakolwiek ze stron pragnie " otwartej furtki" to świadczy po prostu o
                    braku pełnej akceptacji partnera - a to nie wróży dobrze dla trwałości związku.
                    Wtedy najlepiej wstrzymać się z małżeństwem.
                    Natomiast jeżeli czujemy , że chcemy być z ukochaną osobą do końca naszych dni to
                    nie widzę żadnego sensu ucieczki przed małżeństwem.
                    Może jestem mało "romantyczna" ale niestety polskie prawo zwolenników konkubinatu
                    dyskryminuje i w pewnym momencie może sprowadzić na przysłowiową "ziemię".
                    Ostatnio przeczytałam reportaż o kobiecie żyjącej wiele lat w szczęśliwym
                    konkubinacie - mieszkała u partnera.
                    Facet nagle zmarł - stosunkowo młodo -nie pozostawiając testamentu bo nie myślał
                    jeszcze o takich sprawach. Dziewczyna akurat była w delegacji.
                    Po powrocie zastała zaplombowane drzwi. Jednocześnie uzyskała informację , że z
                    uwagi na brak testamentu wszystkie rzeczy w mieszkaniu zostają zabezpieczone do
                    czasu ustalenia spadkobierców i podziału spadku. Nie pomogły żadne tłumaczenia ,
                    że w mieszkaniu znajdują się jej rzeczy osobiste . Sporo włożyła własnych środków
                    w zakup wsplnych rzeczy do mieszkania.
                    W związku z powyższym zwróciła się do sądu o wyłączenie tych rzeczy z masy
                    spadkowej. Okazało się , że nie jest to wcale proste.Musi przedstawić
                    niepodważalne dowody - np faktury na swoje nazwisko.
                    Tylko kto wcześniej myśli o takich sprawach!
                    Wydaje mi się , że właśnie takie sytuacje są nieromantyczne!
                    Po co te jakieś dodatkowe zabezpieczenia, umowy itp. Wystarczy zawrzeć legalny
                    związek i większość tego typu problemów odpada.
                    Jeeli nie chce się po latach znajomości organizować wesela to przecież żadna siła
                    nikogo nie zmusi.
                    Jestem za małżeństwem!
                    Jeżeli kogoś się kocha to warto się czasami zastanowić nad życiem kochanej osoby
                    również po naszej śmierci.
                    Bujenie w obłokach i zasłanianie się "przyziemnością" świadczy o braku
                    odpowiedzialności i to pod każdym względem.
                    • default Re: do Pauliny 24.05.02, 15:08
                      ela1001 napisała :
                      ..."Bujenie w obłokach i zasłanianie się "przyziemnością" świadczy o braku
                      odpowiedzialności i to pod każdym względem."
                      Eee tam. Przesadzasz. To jest dopiero dyskryminowanie osób z wolnych związków.
                      Że niby jak jestem w takim związku, to jestem nieodpowiedzialna i
                      lekkomyślna "pod każdym względem" - czyli : olewam wszystko i wszystkich, nie
                      przykładam się w pracy, mam w nosie moje dzieci, nie płacę rachunków,
                      zaniedbuję starych rodziców....może coś jeszcze?


Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka