landida
02.02.09, 09:37
Witajcie,
mój narzeczony zafundował mi ostatnio przepastny temat do rozmyślań, niestety
na końcu tego rozmyślania musi znaleźć się decyzja. Sprawa w skrócie wygląda
następująco - dostał ofertę stażu w Nowym Jorku. I ja mam jechać razem z nim.
No dobrze, może bardziej szczegółowo :) jesteśmy razem 8 lat. Ja kończę studia
i dorabiam sobie na zlecenia, niezbyt często, ale jak już, to są to większe
kwoty, więc nie jestem przynajmniej całkowicie na jego utrzymaniu. Mieszkamy
razem od ponad 2 lat. Narzeczony pracuje od dawna, kończy jeszcze studia
zaocznie. Propozycja którą dostał jest z gatunku tych "nie do odrzucenia",
przynajmniej jeśli chodzi o jego karierę. Nie chodzi tylko o pieniądze, bo
tutaj też zarabia nieźle (kwota która mu tam krzyknęli jest hmm...duża.
kusząca, na warunki amerykańskie także, mimo że to ma być początkowo tylko
staż), oprócz materialnej kwestii, z pewnością bardzo by go to rozwinęło,
miejsce w którym ma pracować jest prestiżowe, taki wpis w cv to pewna
przepustka wszędzie w jego fachu. To tak patrząc od jego strony. Bo z mojej...
jak się łatwo domyślić mniej fantastycznie. Bo cóż ja tam mogę robić (poza
cieszeniem się urokami). Będę całkowicie zdana na jego zarobki (na szczęście
to ten typ który nie wypomina zjedzonej bułki i właściwie tak obserwując jego
zachowanie to by go to bardzo cieszyło, takie pełne utrzymanie mojej osoby).
Pytanie czy ja bym się z tym czuła równie uroczo, jak do tej pory jednak mimo
mega angażujących studiów, większość wydatków za swoją osobę pokrywałam sama.
Mieć wyrzuty sumienia w ogóle? może to w sumie norma, skoro ja bym poświęcała
półtora roku ze swojego życiorysu, sama nie wiem. Mam straszliwie mieszane
uczucia. Z jednej strony - wiadomo, chcę dla niego jak najlepiej, a to jest
bezsprzecznie szansa jedna na milion. Z drugiej, musiałabym zostawić rodziców,
przyjaciół, ostatni rok studiów przełożyć na później, zostawić moje całkiem
intratne zlecenia. Decyzja musi zapaść do końca lutego. Czasu jak widać mam
przerażająco mało. Narzeczony oczywiście twierdzi że beze mnie nie pojedzie,
ale widzę przecież że chodzi w chmurach od czasu tej propozycji, nie mam
sumienia mu odbierać takiej szansy. Tak sobie myślę, a może to nie jest jakiś
totalny kosmos się tam urządzić tymczasowo? Może ktoś tam był dłużej, albo się
orientuje, czy zapisanie się tam na jakieś kursy, szkolenia, to jest możliwe w
ogóle dla Polaka? domyślam się że mój dyplom nie będzie honorowany, więc
raczej praca nie wchodzi w grę, nawet jakbym uzyskała odpowiednie pozwolenie?
Czy któraś z Was poświęciła w ten sposób trochę siebie? wspólne życie to
jakieś tam pasmo poświęceń z jednej i drugiej strony, ale to jest dość
drastyczne, musiałabym kompletnie zawiesić rozwój swojej osoby na jakiś czas.
Chociaż może źle na to patrzę i zyskałabym sporo ciekawych doświadczeń...
Najbardziej liczę na to że ktoś kto był lub jest w podobnej sytuacji podpowie
mi, jak to jest, tak nagle rzucić się w zupełnie inny świat? nigdy nie byłam w
stanach, mój narzeczony czasem jeździ służbowo więc wie jak to wszystko
wygląda, dla mnie to zupełnie czarna dziura, tyle co w filmach :) Może ktoś
konkretnie się orientuje, co mogłabym zrobić żeby ten czas nie był do końca
stracony? Jestem minimalnie bardziej skłonna do wyjazdu niż pozostania na
miejscu, ale wciąż się waham. Znajomi już nie mogę mnie słuchać (zresztą nie
otrzymałam innych odpowiedzi niż "jedź głupia to przecież nowy jork" albo
"musisz sama zadecydować"), może ktoś obcy mi doradzi konkretniej. Ależ się
rozpisałam, proszę mi wybaczyć, ale targa mną strasznie :)