lafcadio
08.06.09, 00:15
Historia arcybanalna: nieszczęśliwie się zakochałem. Na początku motywem
naszej znajomości było dla mojej ukochanej "poszukiwanie miłości" i wydawało
mi się, że interesuje się mną ze względu na tego rodzaju uczuciową potrzebę.
Co prawda to ode mnie każdorazowo wychodziła inicjatywa kolejnych spotkań, ale
ona dość chętnie akceptowała moje propozycje. Odnosiłem wrażenie, że sprawia
jej przyjemność bycie adorowaną, otrzymywanie kwiatów itp., dlatego dyskretnie
i delikatnie, ale konsekwentnie dawałem jej do zrozumienia, że bardzo mi na
niej zależy. Starałem się przy tym zachowywać pewną powściągliwość, nie było w
moim zachowaniu niczego histerycznego. Mniej więcej po upływie miesiąca
wyznała mi, że na razie nie może mi niczego obiecać, jest świeżo po rozstaniu
z poprzednim partnerem, które wiele ją kosztowało i chyba wciąż nie jest
gotowa na nowy związek. Zarazem zapewniła mnie, że chce mnie widywać, ale na
razie nasze relacje nie wykroczą poza koleżeńskie ramy. Nie rozumiałem tego za
bardzo, ale już nie potrafiłem się wycofać i moja determinacja narastała.
Myślałem sobie, że chyba nie jestem jej całkiem obojętny, skoro umawia się ze
mną, nawet jeśli uzasadnia to tylko sympatią do mnie, przyjemnością, jaką dają
jej nasze wspólne rozmowy itd? Między nami nie było nigdy żadnej fizycznej
bliskości, pocałunków, nawet trzymania się za rękę, tylko rytualne dotykanie
policzkami przy powitaniach i pożegnaniach, nic ponadto. Pomimo najszczerszych
chęci nie potrafiłem ukryć, że moje uczucie staje się coraz gorętsze, nawet
jeśli nie mówiłem o tym wprost, tylko aluzyjnie, choćby w żartach ( i nie było
w tym nic dramatycznego) , ona musiała to widzieć i rozumieć. Wciąż
przynosiłem jej kwiaty, a ona mi tego nie zabraniała, więc brałem to za dobrą
monetę. W końcu postąpiłem nierozumnie i wyznałem jej miłość, ale nie w
bezpośredniej rozmowie, tylko listownie. Po upływie kilku dni odpisała, że nie
powinniśmy się spotykać.
Nie wiem, czy od początku byłem bez szans, czy w którymś momencie popełniłem
błąd? Czy ona faktycznie zmieniła zdanie w sprawie swoich oczekiwań, czy może
kocha kogoś innego? A może ja pomogłem jej tylko odbudować nadwątlone rozpadem
poprzedniego związku poczucie własnej atrakcyjności i wartości? Chciałbym się
uwolnić od tego uczucia, ale to mi się nie udaje. Wciąż karmię się jakimiś
fantastycznymi złudzeniami, mam nadzieję, że może w jej sercu za jakiś czas
obudzi się potrzeba bycia kochaną i przypomni sobie o mnie( jeśli mówiła
prawdę), z drugiej strony dociera do mnie, że to może być koniec. Nie wiem, co
mam robić. Chociaż zewnętrznie jestem opanowany, czuję,że długo tak nie
wytrzymam. Mierzi mnie myśl o samobójstwie, ale naprawdę straciłem wolę
życia,prawie przestałem jeść, piję w samotności, żeby się znieczulić. Jak z
tego wyjść i jak to wszystko wygląda z waszego punktu widzenia, drogie Panie?