kaska82
16.06.09, 18:35
Stoję sobie dziś grzecznie w kolejce do kasy w hipermarkecie i nagle
słyszę dochodzące z kasy obok: "Kiedy ma Pani zamiar otworzyć
kasę?....Kasjerka coś tam odpowiedziała, nie dosłyszałam co..."Jak
JA STOJĘ to chyba można otworzyć?" Ten tekst zwalił mnie z nóg.
Kasjerka z sąsiedztwa (ta rozmawiająca z "łosiem", podeszła do kasy
obok (przy której ja stałam), żeby pomóc nowej pracownicy , bo
dziewczyna się dopiero uczy. "Łoś" przeszedł do kasy obok, stanął za
mną i odchodząc jeszcze go słyszałam drzącego ryja na kasjerkę z
którą najwyraźniej jeszcze sobie "nie porozmawiał" wystarczająco i
na Bogu ducha winną nową.
Inna sytuacja: Kasa przy której jak wół jest napisane: "kasujemy do
5 produktów", a człowiek za mną ładuje się z koszykiem wypchanym po
brzegi i z ryjem do kasjerki: "W czym Pani widzi problem?" Tym razem
miałam ochotę kasjerce pogratulować, bo odpowiedziała gostkowi: "Jak
Pan będzie tu zatrudniał.... Czy naprawdę ludzie nie mają większych
problemów w życiu??? Przecież kasjerka nie jest odpowiedzialna za
liczbę obsadzonych stanowisk, nie ona prowadzi politykę personalną,
nie jest jej winą, że jakiś towar nie wchodzi na kasę (to nie ona go
metkuje) i nie jej wina, że ktoś przed nami dużo kupuje. A nowe
kasjerki też przecież muszą się uczyć. Każdy kiedyś zaczynał. Łoś
jeden z drugim w domu swojej "starej" nie podskoczą, ale
zbluzgają "Panią Jadzię na kasie". Dlaczego? Bo mu wolno? Bo "on też
w swojej robocie ma ciężko i nikt się nad nim nie lituje"? Bo
jego "stara" mu w nocy nie dała? Bo to takie proste? Bo nie ma
żadnych konsekwencji?
Wiem, że zdarzają się ekstremalne przypadki, ale może by tak więcej
luzu? To nie takie trudne.