mada27
15.12.03, 11:14
Ostatnio o 5.00 rano obudził mnie telefon. Dzwoniła do mnie moja
przyjaciółka, która u kresu wytrzymałości psychicznej (już leczy się na
nerwicę lękową) po kolejnej awanturze z mężem chciała się pożalić. Nigdy
wcześniej nie zdobyła się na odwagę żeby głośno o tym opowiedzieć.
Okazało się, że jej mąż od początku małżeństwa wyzywa ją od najgorszych i
jest chorobliwie zazdrosny. Tym razem powodem do wszczęcia 5-cio godzinnej
awantury, w którym słowa k...a należało do najłagodniejszych było to, że była
ona ponoć prowakacyjna względem mojego męża, bo dotykała w sposób dwuznaczny
nóżki kieliszka czy coś takiego. Większej bzdury nie słyszałam, a byłam tam
więc mogę być obiektywna.
Do rzeczy kiedy do mnie zadzwoniła była w takim stanie, że była zdecydowana
go opuścić. Potem w miarę upływu dnia to jej zdecydowanie przechodziło. Ona
dobrze zdaje sobie sprawę, że kiedyś musi nastąpić koniec, zwłaszcza że już
dawno wygasły między nimi uczucia.
Chciałam jej pomóc podjąć tą decyzję, zaproponowałam pomoc finansową,
rozmawiałam z nią, ale... Ona się boi samotności. Ja jej się nawet nie
dziwię, tyle tylko, że na razie jest jeszcze młoda i miałaby szansę (może) na
ułożenie sobie normalnego życia. Ich dziecko też jest jeszcze malutkie więc
nie powinno w nim jeszcze zostać patologicznego wzoru rodziny.
Moja przyjaciółka już się leczy psychologicznie (nerwica lękowa na punkcie
męża) a co będzie za kilka lat.
Ja uważam jednak, że nie mam prawa jej przekonywać. Wiem że do pewnych spraw
trzeba dojrzeć. To jej życie i jej decyzje. tak samo jak konsekwencje tych
decyzji. Boję się jednak, że pewnego dnia może się to skończyć tragicznie.
Jak uważacie czy powinnam siedzieć cicho i w razie potrzeby po prostu być,
czy raczej starać się ją przekonywać, żeby wzieła swoje życie w swoje ręce?