dymek25 31.01.10, 17:30 www.kluczrybotycki.unl.pl/index.html, trochę wolno się otwiera, ale warto. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
venus99 Re: zachęcam do odwiedzenia 31.01.10, 18:09 niestety nie chce się otworzyć.chyba błąd w adresie. Odpowiedz Link Zgłoś
piotrzr Re: zachęcam do odwiedzenia 31.01.10, 18:13 www.kluczrybotycki.unl.pl/cele.html mnie się otworzyło - google nie bolą :)) Odpowiedz Link Zgłoś
venus99 Re: zachęcam do odwiedzenia 31.01.10, 20:14 mnie teraz też,tyle tylko,że to inny adres niż pierwszy. Odpowiedz Link Zgłoś
czesio48 Przeczytałem 14.02.10, 00:05 i dzeciństwo stanęło mi przed oczami, wspaniała ta Maria, trzeba odwiedzić latem Rybotycze. Odpowiedz Link Zgłoś
dymek25 Re: zachęcam do przeczytania 01.02.10, 16:48 www.nowagospodyni.pl/?page=artykul&id=645, także Rybotycze Odpowiedz Link Zgłoś
rodot Re: zachęcam do przeczytania 02.02.10, 15:15 Coż za wspaniała opowieść. Pod koniec lat siedemdziesiatych jako kilkunastoletni chłopak z rówieśnikami "rządzilismy" w tamtych okolicach-w Makowej, Rybotyczach, Huwnikach. Klimat opisany przez panią Stanisławę wtedy jeszcze w małych resztkach się zachował.Były to wspaniałe czasy, zero stresu, ludzie jakby dużo serdeczniejsi niż dzisiaj. Opowieść autorki to jak piękna bajka,czasy te już nie wrócą. Ocalić ich od zapomnienia mogą tylko tacy wspaniali ludzie jak pani Stanisława. Serdecznie panią pozdrawiam !. Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts Rybotycze - moja wieś, moje miejsce na ziemi 23.04.10, 22:11 Jakoś umknął mi ten artykuł, a widzę, że jest naprawdę godny polecenia i to nie tylko z powodu I miejsca w konkursie literackim "Nowej Gospodyni". Dla ludzi wychowanych w tamtych latach w Rybotyczach i okolicy to sentymentalna wycieczka w przeszłość, ale także nadzieje na dobrą przyszłość. Dla wszystkich pozostałych miłośników Rybotycz, niekoniecznie tam mieszkających, do których i ja się zaliczam - piękna i ciekawa opowieść o tej urokliwej i nieco tajemniczej perełce Pogórza Przemyskiego. "Moja wieś - moje miejsce na ziemi" Moje miejsce na ziemi to Rybotycze, malownicza wieś na Pogórzu Przemyskim. Kochać wieś to znaczy mieć w sercu miłość do tego jedynego miejsca, czerpać z niej siły do życia i działania. Jest to moje miejsce urodzenia, gniazdo rodzinne, z którego losy wojny i przemian społecznych wyganiały rodzinę w świat, każąc błąkać się po stepach Kazachstanu, składać ofiarę krwi i ciężkiej pracy rolnika. Miłość do mojej wioski ukształtowali moi bliscy. Opierała się ona na wartościach religijnych, miłości do przyrody i ludzi. Widzę ciągle te obrazy. Słyszę skrzypiące furmanki, zwijające się w pośpiechu przed nadchodzącą burzą. Widzę snopy pszenicy wyrżnięte dokładnie sierpem, wymłócone cepem na glinianym klepisku, nabierające tej ogromnej siły, o której piszą teraz ekolodzy. Prosto i zdrowo żyli moi bliscy, nie wiedząc, że ich praca była wyrazem harmonii człowieka z przyrodą. Wszystko miało swój czas i miejsce, a hierarchia wartości była wyznaczana słowami: „Módl się i pracuj”. Rybotycze – dawne miasteczko – w latach mojego dzieciństwa było już tylko spaloną wsią z resztkami murowanych i drewnianych domów, kurnymi chatami, parafialnym kościołem rzymskokatolickim, cerkwią greckokatolicką, w której składano zboże z miejscowego PGR-u, gminą, pocztą, zlewnią mleka i posterunkiem MO. W dawnej plebanii greckokatolickiej mieściła się siedmioklasowa szkoła podstawowa, a w niej uczyły się dzieci i młodzież ze wszystkich okolicznych wiosek. *Smaki dzieciństwa* O wielkości i randze szkoły decydowali nauczyciele i pani kierowniczka. Oni uczyli kochać Ojczyznę, szanować starszych, kochać zwierzęta i przyrodę, żyć pięknie. Szacunek dla nauczyciela był ogromny i przetrwał we mnie do dzisiaj. Przedwojenna nauczycielka pani Aniela Boberska, z patentem na nauczycielkę Szkół Ludowych Pospolitych z 1899 r., wychowywała i uczyła moją babcię, mamę, niezliczone rzesze krewnych i znajomych. Zamieszkiwała u nas jako emerytowany pedagog i otwierała przede mną skarbnicę swojej wiedzy, uczyła gorącej miłości do Ojczyzny. Cóż mogło być milszego niż zapach zbożowej kawy rozchodzący się po całym domu, niekończące się opowieści przy lampie naftowej i rozbudzanie mojej wyobraźni czytaniem wierszy Marii Konopnickiej, Władysława Bełzy i Adama Mickiewicza? Żyłam beztrosko wtopiona w soczystą zieleń łopianowych parasoli, kąpiąc się i łapiąc raki w Wiarze, który był najczystszą rzeką w Polsce. Wieś, dom rodzinny to również smaki dzieciństwa, pieczonego chleba, świeżego masła, pierogów, klusek, świątecznych wypieków. Trudno już dzisiaj odnaleźć ślady tamtych dni. W całej wsi pozostały tylko szczątki dwóch pieców zbudowanych z kamienia, w których piekło się chleby. Nie ma żaren, nikt nie wypieka już chleba, nie pierze w rzece. Nad rzeką nie ma stad gęsi, które sypały biały puch po całej wsi, a gdy zagrała na rynku orkiestra, podfruwały wysoko w niebo jak puchowe piłeczki. Wielkie sprawy społeczno-polityczne powojennej Polski, które w tamtych czasach przetaczały się przez wsie i miasteczka, nie dotykały beztroskiego dzieciństwa. Kiedy głos bębna informował o akcji „stonka”, gnaliśmy wszyscy z butelkami wypełnionymi naftą, zatkanymi papierowym korkiem, z ogromną chęcią zwalczania tego „dywersyjnego” owada. Legowiska na drzewach, nocne odstraszanie dzików, jeleni, opowieści snute wieczorami o wojnie, bandach UPA, duchach, sporach o miedzę, o wymyślnych przekleństwach – np. „żebyś się po śmierci do trumny nie zmieściła” – zastępowały najciekawsze filmy emitowane obecnie przez TV. *Każdy z własnym krzesłem...* Życie kulturalne kwitło w pełni – sobotnie zabawy z bufetem, bijatykami i pytaniami pod domowym płotem w rodzinnej gwarze: „Deskom cię biuł?”. We wsi działała prężnie biblioteka, na półkach błyszczały w złotej oprawie wszystkie dzieła Włodzimierza I. Lenina, bo taki był kierunek przemian. Przyjeżdżało objazdowe kino z kilkoma filmami: dla dzieci i dorosłych. Każdy szedł z własnym krzesłem, oganiał się przed pchłami, a kinooperator, pan Zdzisiu, puszczał zdartą płytę Mieczysława Fogga, który śpiewał: „Chodź panna na Kamienne Schodki, dzisiaj jest wielki bal u ciotki”... Sklep GS-u, kiosk, sklep żelazny dostarczały mieszkańcom wszystkich produktów potrzebnych w gospodarstwie domowym i obejściu. Były to „perkalowe” materiały, nafta, kosy, wiadra, gwoździe, łańcuchy. W sklepie GS-u królowała niezapomniana pani Hania, krojąc kwadraty marmolady, przepysznych „łomów”, chałwy, odmierzała cukier, który przychodził luzem, podawala śledzie z beczek. Świtem zwożono mleko do zlewni, dzwoniły bańki, stada krów wypędzano na pastwiska. *Odszedł tamten świat* Umilkło wszystko. Odszedł tamten świat i tylko smak marmolady, cukierków, urok kolorowych papierków, skrycie zbieranych na choinkę, pozostały w sercu. Nad wioską unosiły się ciągle duchy z czasów zasymilowanych trzech kultur: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Duchy unosiły się nad trzema cmentarzami: polskim, ruskim i kirkutem żydowskim, przypominając ciągle o ulotności i kruchości doczesnego życia. Z tej bogatej przeszłości ciągle rodziły się we mnie obrazy dziejów mojej przepięknej wioski, która kiedyś błyszczała jak perła na Pogórzu Przemyskim. Miała swoje prawa do targów, słynęła z wyrobu butów, była tu papiernia, huta szkła, młyny, a od XVI w. rozwijała się rybotycka szkoła pisania ikon. Ikony z tutejszej szkoły trafiały na tereny Rumunii, Słowacji, Rusi, Karpat. Miasteczko na styku różnych kultur miało swoje wzloty i upadki. Nękane najazdami Tatarów, Szwedów, epidemiami cholery, wojnami, a potem zniszczeniami wojennymi, dotkliwie obciążone obowiązkowymi dostawami i szukaniem „kułaków”, stało się szybko podupadłą wsią. Najpiękniejsze były jednak jesienno-zimowe wieczory, skrzypiący śnieg, przygotowania do świąt. Było zimno, bo kamienne piece niewystarczająco ogrzewały pomieszczenia, lecz serce radowały opowieści historyczne oraz pieśni patriotyczne, religijne i frywolne: „Bywaj dziewczę zdrowe, Ojczyzna mnie woła”, „Ja pójdę górą, a ty doliną” lub „Chciało się Zosi jagódek”. Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts Rybotycze - moja wieś... - cz. II 23.04.10, 22:22 *Słodko-gorzki zapach ziół* Patriotyzm, wiarę i miłość do skrawka rodzinnej ziemi czerpało się z atmosfery rodzinnego domu. Kiedy moje dzieci, czytając „Pana Tadeusza”, mówiły, że to „nudy”, przypominała mi się babcia, która wieczorami przy lampie naftowej, płacząc, czytała mi księgę po księdze. Na moje pytanie: „– Czemu płaczesz?”, odpowiadała: „– Teraz ci tego nie mogę powiedzieć, kiedyś ci powiem”. Dzisiaj wiem, że były to lata 1950-1955, a ona nosiła w sercu ciężar wywózki do Kazachstanu, „kułackiego” pochodzenia i samotnego powrotu po tułaczce do Polski. Piękne obrazy, które przywołuję w pamięci, to niedziela i święta. Z okolicznych wsi zjeżdżały furmanki z wiernymi na mszę świętą. Część ludzi szła boso, a potem myła nogi pod naszą studnią i wkładała tam świąteczne „meszty”. W sierpniowe słoneczne dni głosy dzwonów z pobliskiej Kalwarii Pacławskiej zapraszały wszystkich na pielgrzymkowy szlak. Szły kompanie barwne, rozmodlone, na czele przewodnik, mówiliśmy „zapiewajło”, który krzyczał: „– Uważajcie, w moście dziura, by nie wpadła panna która!” A ludzie, pomęczeni, powtarzali bezwiednie i pewnie wpadali do tych dziur. My też biegliśmy na odpust z własnym prowiantem, było to masło z serem, kiszone ogórki, mleko w butelce i ogromna chęć zobaczenia cudownego obrazu Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Wędrowaliśmy po kalwaryjskich dróżkach, a ja zawsze w osłupieniu wpatrywałam się w malownicze panoramy okolicy, spowite mgłami i odurzone słodko-gorzkim zapachem ziół. Potem wracały kompanie obwieszone obwarzankami, całuskami, sercami i świętymi medalikami. Woda ze źródełka, która pomagała i pomaga do dzisiaj na „wszystko”, niesiona była do domu i z wiarą pita przez wszystkich domowników. *Miałam dziewięć lat...* Miałam dziewięć lat, kiedy wyjechałam z mojej wsi do dalekiego Szczecina. Tam była nauka, praca, rodzina. Nadal moje życie splecione było nicią na trasie Szczecin–Przemyśl. Woziłam czwórkę swoich dzieci, męża i znajomych, potem wnuki. Marzyłam o emeryturze i powrocie na stałe do miejsca mego urodzenia. Dzieci kochały to miejsce, bo oglądały je moimi oczyma, bo same zaczęły doceniać rolę „gniazda”, kochać przyrodę, poznawać tradycję. W moim domu, do którego przeniosłam całe moje dzieciństwo, zapachy, barwy, obrzędowość, było w czasie świąt i ważniejszych uroczystości właśnie tak jak w mojej rodzinnej wsi. Centralną częścią rodzinnych przeżyć była zawsze Wigilia z barszczem, pierogami, kutią, kapustą z grochem i przesłaniem: „Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny, najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie”. *Zaczęło się od sprzątania wsi* Moje marzenia się spełniły. Wróciłam do Rybotycz. Inna jest teraz moja wieś. Przemiany, jakie się w ostatnich czasach w Polsce dokonały, dotarły i tutaj. Wielu rolników nie potrafiło odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Masowy odpływ młodzieży, starzenie się wsi, zanik więzi rodzinnych i społecznych dotkliwie odbiły się na obrzędowości, kultywowaniu tradycji. Pomyślałam: „Co ja tu mogę zrobić?”. Postawiłam na potencjał ludzi, a przede wszystkim na kobiety. Zawsze były dzielne, wrażliwe i pracowite, stanowiły zdrowy trzon społeczności wiejskiej. Pomalutku zaczęło się odradzać życie kulturalne i społeczne. Zaczęło się od sprzątania wsi, cmentarzy. Potem przyszła kolej na budowę kładek przez rzekę, malowanie mostów, tablice informacyjne z historią wsi. Powołaliśmy klub „Fikołek” przy Kole Gospodyń Wiejskich w Rybotyczach. Panie zaczęły radośnie przychodzić na gimnastykę, a przy tym „fikaniu” był czas na rozmowy o zdrowym trybie życia, odżywianiu, wymianie przepisów i recept na różne choroby. Mała iskierka rozpaliła ogromny ogień. Zaczęły ujawniać się talenty wokalne, kulinarne, teatralne, krawieckie. Zaczął działać kabaret; własne teksty, hymn klubu, scenografia do „Przygód grubego Genia” stały się naszą chlubą i radością. Hymn klubu rozbrzmiewał na spotkaniu kwadransowych grubasów w Sanoku i na imprezach gminnych. Zaczęły się sukcesy. Pierwsze miejsce za zupę z dyni, za piernik z dowcipnym napisem: „Stary piernik ci pomoże w domu i komorze”. Pełnym sukcesem był bal andrzejkowy, sylwester, bal kostiumowy dla dzieci, dożynki parafialne, pismo „Echo Rybotycz” stało się kopalnią wiedzy o działalności KGW i klubu „Fikołek”. W konkursie literackim „Z tradycją w przyszłość” zdobyłyśmy pierwsze miejsce. *Moja kropla miłości* Na początku działalności było bardzo trudno. Świetlica wiejska, dawny Dom Katolicki wybudowany w latach 1932-1933, świeciła pustką. Lata przedwojennej świetności z zabawami kotylionowymi, zespołem mandolinistów dawno minęły. A i te powojenne z kinem objazdowym i akademiami „Ku czci...” odeszły w niepamięć. Zionęło pustką, odrapane ściany, obwisłe klamki i zapach stęchlizny świadczyły o wszechobecnej niemocy. Wzięłyśmy się do roboty, pan Marek „złota rączka”, którego przyprowadziła żona, używając sobie tylko wiadomych argumentów, z entuzjazmem malował ściany, żona szyła zasłonki. Na gminie wymusiłam zakup pieca, no i mamy swój klub. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Klub jest miejscem podejmowania gości, uroczystości środowiskowych, naszych spotkań i spotkań grup młodzieżowych. Wydawałoby się, że to tak niewiele, ale jest to ta moja kropla miłości, która uwalnia ogromny potencjał pomysłów, działań jednych dla drugich i dla siebie. Brakuje wielu podstawowych rzeczy – stołów, ławek, które przenosimy z sąsiednich pomieszczeń; nieszczelne okna, stara stolarka ograniczają nasz pobyt w pomieszczeniu klubowym. *Moje miejsce jest tutaj* Rozgrzewają nas chęć działania i nowe inicjatywy – może kiermasz fasoli? Od wieków ją tu uprawiano w ogromnych ilościach, a torty fasolowe były ozdobą stołów. Są już pewne pomysły: „Kabaret na tyczce”, „Wybór fasolowego króla i królowej”, „Walka na tyki”, „Kąpiele w łuszczynach”, „Wigilijne dania fasolowe”. Wiem na pewno, że moje miejsce jest tutaj, odnalazłam się w nowej rzeczywistości, rozpaliłam to, co tliło się słabym ogniem – ludzkie możliwości i chęć tworzenia. Największym kapitałem naszej wsi są ludzie – w nich widzę szansę rozwoju i powrotu do dawnej świetności. Stanisława Cielniak www.nowagospodyni.pl/?page=artykul&id=645, Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts Wirtualna Kronika Rybotycz 02.02.10, 14:56 Fajna inicjatywa, ale przed administratorem, przedstawiającym się z imienia i nazwiska (Hubert Podgórny), jeszcze masa pracy. Ciekawe, że mimo dosyć młodego wieku, gość już coś niecoś w życiu osiągnął. W zakładce o autorze czytamy m.in.: "Hubert Zbigniew Podgórny Urodzony 1984 roku w Przemyślu - woj. podkarpackie Rodowity mieszkaniec Rybotycz, jak i jego przodkowie. Aktywista społeczny na rzecz: "Ochrony Środowiska Przyrodniczego Karpat" "Ochrony Środowiska Przyrodniczo Kulturowego Regionu" Publicysta i administrator projektów prośrodowiskowych: Ligi Ochrony Przyrody ze środków NFOŚiGW Inicjator współpracy międzynarodowej jednostek: samorządów terytorialnych, organizacji pozarządowych Specjalista z zakresu: *Gospodarki Regionalnej i Agroturystyki *Współpracy międzynarodowej *Rolnictwa Ekologicznego *Gospodarki komunalnej *Leśnictwa" Ta okolica ma szczęście do twórców stron internetowych, bo już od dawna działa serwis Kopyśna, a o Trójcy, Jamnej Dolnej i Górnej, Rybotyczach, Paportnie sporo napisała Dymek. Administratorowi strony o Rybotyczach życzę sukcesów w poznawaniu swojej miejscowości, a ponieważ sam uwielbiam to "miasteczko", być może w przyszłości dojdzie pomiędzy nami do jakiejś współpracy. Tematów na pewno nie zabraknie... Odpowiedz Link Zgłoś
hubertp_net Re: Wirtualna Kronika Rybotycz 14.07.11, 13:14 Witam serdecznie: Szanowni Państwo Strona Wirtualnej Kroniki Rybotycz nadal funkcjonuje i ma się całkiem dobrze! Informacja o przeniesieniu strony, była publikowana w ostatnim miesiącu funkcjonowania WRK. Zmieniona została jedynie jej nazwa i domena / celów jednak przyświeca nam ten sam ! ZAPRASZAM D ODWIEDZENIA NOWEGO- Rybotyckiego Portalu Internetowego na stronie: www.rybotycze.pl ZAPRASZAM DO WSPÓŁTWORZENIA STRONY I REJESTRACJI NA NIEJ ! Pozdrawiam wszystkich miłośników naszych wspaniałych Rybotycz! H. Podgórny Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts www.rybotycze.pl 14.07.11, 14:26 Dziękuję za informację i zamieszczam jeszcze raz poprawnie działający link do rybotyckiego portalu internetowego: www.rybotycze.pl/ Pozdrawiam i obiecuję częste odwiedziny! Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts Serwis nie działa 21.04.11, 12:15 Zdaje się, że "Wirtualna Kronika Rybotycz" przestała działać. Mam nadzieję, że to tylko chwilowa przerwa związana z jakimiś zaległościami płatniczymi, a nie definitywny koniec tak dobrze zapowiadającego się serwisu. A może ktoś zna inny link, pod którym teraz "urzęduje" rybotycki administrator Hubert Podgórny? Odpowiedz Link Zgłoś
hubertp_net Re: SERWIS DZIAŁA POD INNYM ADRESEM ! 14.07.11, 13:16 www.rybotycze.pl ZAPRASZAM ! Pozdrawiam, H.Podgórny Odpowiedz Link Zgłoś
tawnyroberts Serwis znowu nie działa 12.07.12, 14:27 Zowu są jakieś problemy z funkcjonowaniem serwisu internetowego o Rybotyczach. Podany równo rok temu przez administratora nowy adres strony www.rybotycze.pl niestety przestał działać. Jeśli to kolejna zmiana domeny, to proszę o informację na temat nowej ścieżki. Pozdrawiam! Odpowiedz Link Zgłoś