worrier
02.03.09, 12:55
witam. jestem żoną mężczyzny chorego na epi, z reguły radzę sobie z atakami. ostatnio jednak musiałam zawołać karetkę, bo przy upadku mój mąż uderzył się w głowę. pogotowie - to była kompletna porażka. karetka przyjechała po godzinie, zanim dotarła - nastąpił już kolejny atak, typowy grand mal, drgawki etc(gdy jest źle, to bywa ich kilka pod rząd). nie udało mi się uzyskać informacji, czy w karetce mężowi coś podano w celu przerwania "serii", gdy dojechałam do szpitala, mąż był już po następnym ataku. położono go na łóżku z 30cm barierką od strony sali, z drugiej strony łóżka był stalowy kaloryfer z ostrą krawędzią kilkanaście cm nad powierzchnią łóżka... mąż miał sporo szczęścia, że się na niej nie porozbijał. pielęgniarki na izbie przyjęć nie miały pojęcia, jak się mężem zająć, jedna z nich stała nad nim i krzyczała, żeby się uspokoił (?) - to po ataku, w momencie, gdy mąż był jeszcze zupełnie zdezorientowany i niespokojny. następnie dwie panie pielęgniarki stojąc obok nas prowadziły rozmowę n/t beznadziejnego dyżuru, "bo im tu takich przywożą". nie zrobiłam awantury, mąż musiał zostać w szpitalu na kilka dni i nie chciałam, żeby się na nim odbiło. napisałam o swoich "przygodach" w ankiecie - ale czy to coś da? w każdym razie będę się bardzo zastanawiać nad ponownym wzywaniem karetki, okazuje się, że ludzie, od których oczekujemy pomocy są niekompetentni i wręcz narażają zdrowie i życie pacjentów. będę kombinować jak wejść w posiadanie zastrzyków, które mogłyby atak zatrzymać, żeby móc sobie poradzić bez tzw "służby zdrowia". szczerze mówiąc, jestem przerażona.
czy ktoś ma doświadczenia podobne do moich? czy może uświadamianie społeczeństwa n/t epilepsji należałoby zacząć od służb medycznych?