Gość: LMB
IP: *.icpnet.pl
08.09.04, 12:18
Witam.
Piszę ten post wpod wpływem kolejnych "offtopicznych" bluzg na sąsiednim forum
(forach właściwie). Często zamiast autentycznej treści jest dyskusja w stylu
"nie znasz ortografii, zajrzyj do słownika". Jeden dyskutant bluzga drugiego
za nieznajomość ortografii.
Zastanawia mnie właściwie co to za cnota, ta "znajomość ortografii", i
dlaczego przywiązuje się do tego taką wagę? Jak to możliwe, że naród, którego
językiem mówi 40-50 milionów ludzi uczynił cnotę z tego, że poprawnie pisze
(nie mówi!) się w jego języku? Czy my nie wywyższamy się nieco? ;)
Z praktycznego punktu widzenia, zaprawdę ogromne pieniądze wydajemy na
kształcenie kolejnych pokoleń ludzi, którzy czasami dają sobie radę z
ortografią, a czasami nie. Nabijamy niezłą kasę producentom słowników
ortograficznych i wszelkiej maści oprogramowania do sprawdzania poprawności,
ale tak naprawdę w imię czego? Poprawności pisowni? Wydajemy miliardy na to,
żeby kierowca autobusu nie pisał "ałtobós"? Po co? Na prawdę jest to istotne?
(Jeśli tak, to nic dziwnego, że polski zanika pod naciskiem języków zachodnich)
Stąd dochodzę do jednego wniosku: czas pozbyć się pewnych rzeczy z języka.
Naturalny proces upraszczania języka codziennego u nas w jakiś sposób utknął w
miejscu (pewnie z powodu zaborów). Ostatnią reformę ZTCP przeprowadzono w
latach trzydziestych ub. wieku (historja -> historia). Czas uprościć
ortografię i gramatykę, żeby nie było nonsensów w rodzaju "wół-> wołu" (wielki
szacunek musimy temu wołowi oddawać, skoro ma odrębną odmianę).
Korzyści z tego są wymierne: mniejsze pieniądze na edukację, chudsze słowniki
ortograficzne i koniec z tą segregacją na "dobrego Polaka", tzn. takiego,
który nauczył się zasad języka, i na obywatela drugiej kategorii, który ma z
tym problemy. To jest podział nieuczciwy. Może jako osoby wykształcone nie
zdajecie sobie z tego sprawy, ale istnieje spora grupa ludzi, która jest
dyskryminowana z powodu problemów z opanowaniem języka. Papier o nazwie
"dyslektyk" (czy jak to się zwie) problemu nie załatwia, a jedynie oddala.
Na koniec jeszcze dodam pewną rzecz. Pisząc ten post zastanawiałem się jak
napisać pewne wyrazy (a średnią z "dyktand" w szkole miałem gdzieś ok. 4,80).
Zajęło mi to ok. 5-10% czasu pisania. To dużo. Gdyby mnie musiał zastanawiać
się czy pisze się "sharmonizować", czy tez "zharmonizować", to pisalbym ten
post szybciej. Pal licho post, ale jeśli w pracy mogę napisać 21-22 listy
zamiast dwudziestu, to jest to konkretna oszczędność. Nic dziwnego, że
angielski jest tak popularny. I nie, nie mam zupełnie problemów z pisownią
angielską - tam są standardy. A w polskim jest chaos.