Gość: Lesiek
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
03.12.03, 17:27
Najbardziej żenująca postać wśród polityków zajmujących się mediami, pan
przewodniczący-który-za-nic-nie-odpowiadał Juliusz Braun, napisał był tekst,
który ukazał się w ostatniej "Polityce". Nie ma go jeszcze w sieci i w
gruncie rzeczy nie warto czekać - stara paplanina pt. jak bardzo
skomercjalizowana jest telewizja publiczna, jak pozycje misyjne są ciągle
spychane na wieczór, jak źle, że w telewizji publicznej głównym kryterium
stała się oglądalność i jak Kwiatkowski jest paskudny. Pan Braun był przez
dłuższy czas przewodniczącym ciała odpowiedzialnego za regulację polskiego
rynku mediów elektronicznych, ale przez ten czas jakoś nie zrobił nic, żeby
ten stan rzeczy zmienić - zresztą nie przypominam sobie, żeby _wtedy_ jakoś
telewizja publiczna mu się nie podobała. Dopiero po aferze Rywina mu się
przestała podobać.
Z naszego punktu widzenia interesujący jest jednak jeden passus, w którym pan
przewodniczący dziwnie zawęża swój zakres zainteresowań:
"W tym miejscu należyu postawić pytanie o sens istnienia telewizji
publicznej. Celowo ograniczam to pytanie do telewizji, bo radio to trochę
inne medium, a także zupełnie inna ranga problemów ekonomicznych".
Szczyty hipokryzji po prostu. O ile sobie przypominam, pan Braun działał nie
w Krajowej Radzie Telewizji, tylko w Krajowej Radzie _Radiofonii_ i
Telewizji. W okresie, kiedy pan Braun był szefem KRRiT-u, Zarząd Polskiego
Radia realizował strategię prowadzącą do drastycznego obniżenia poziomu
Programu Trzeciego (W tej chwili rozpoczyna się wdrażanie analogicznych
działań w odniesieniu do Radia Bis). Ale jakoś to panu Braunowi nie
przeszkadzało - mało tego: utrącał wszelkie inicjatywy, które KRRiT mogłaby
podjąć, aby zatrzymać komercjalizację Trójki.
Kiedyś była moralność Kalego. Dziś jest moralność Brauna. Jak wstrętny
Kwiatkowski komercjalizuje telewizję publiczną, to larum się podnosi, ale jak
mój kumpel Smolar komercjalizuje radio publiczne, to "to przecież inne
medium". Większość ludzi miałaby przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby
milczeć.