stoje_i_patrze
29.11.09, 10:51
Postanowiłem założyć wątek dla tej osoby bo czasami wpadają mu ciekawe
artykuły. Wiem z jakimi ludźmi jest związane i jakei rzeczy wypisywał w
przeszłości. Nie zmienia to jednak faktu iż wiele rzeczy przedstawionych przez
niego jest na tyle unikatowe w mass mediach iż warto mu choćby dlatego
poświęcić trochę miejsca na forum.
ostatni wpis
Czy Polska utraciła kontrolę nad złotym?
Czy pozbyliśmy się tej kontroli na własne życzenie, bo nikt się z nami nie
liczy, czy też Londyńskie City jest pewne, że nie podejmiemy jako kraj żadnych
skutecznych kroków w sprawie kursu złotego? Potężna spekulacja na polskim
złotym jest dziś na rękę MF i rządowi oraz bankom inwestycyjnym. Jak to jest,
że silna waluta w naszym wypadku oznacza słabe państwo i powszechny brak
pieniędzy na wszystko?
państwo i powszechny brak pieniędzy na wszystko?
Kto i co tak naprawdę decyduje dziś o sile i słabości polskiego złotego?
Polski minister finansów J. V. Rostowski to przecież londyński finansista z
brytyjskim paszportem. Najważniejsze zaś decyzje dla polskiego złotego
zapadają właśnie w Londyńskim City. Spekulacje na polskim złotym to prawdziwe
eldorado, które trwa już od dawna. Zagraniczne banki i instytucje finansowe,
które dziś na wielką skalę realizują w Polsce strategię carry trade, czerpią z
tego pełnymi garściami. Setki milionów euro, jenów, dolarów czy franków
szwajcarskich są dziś bardzo tanio pożyczane zarówno za oceanem, jak i w samej
Europie. Tanio, bo to często kredyty na 0,25-0,5 proc., w Japonii na 0,1
proc., a czasami są to kredyty po ujemnej realnej stopie procentowej po to,
aby kupić akcje, papiery wartościowe, wysoko oprocentowane obligacje zwłaszcza
te w naszym kraju na 6-6,5 proc. lub ulokować te środki na wysoko
oprocentowanych rachunkach bankowych. Przypomnijmy, polska stopa redyskontowa
to dziś 3,5 proc. z perspektywą jej podwyższenia. Spekulanci kupują akcje,
obligacje, surowce, papiery skarbowe; kupują też waluty rynków wschodzących w
tym polskiego złotego, by w odpowiednim momencie kasując zyski, znacząco je
osłabić. Polska to kraj wśród rynków wschodzących, w którym skutecznie jest
realizowana potężna spekulacja walutowa i właśnie strategia carry trade.
Jesteśmy prawdziwą dojną krową – ten, kto podłączy się do tego przysłowiowego
cycka, może ssać do woli. To polska kura znosząca złote jaja dla tzw.
inwestorów krótkoterminowych. Zupełnie bezkarnie pozwala ona odbierać sobie
owe złote jaja, często ręka w rękę z polskim fiskusem. Inne kraje z rynków
wschodzących wykazują instynkt samozachowawczy i starają się podjąć działania
obronne przed praktykami sztucznego wzmacniania ich walut krajowych i ustrzec
się przed totalną podatnością na spekulacje. Instrumenty regulacyjne tego typu
w 1998 r. wprowadziła Malezja, a w ostatnich miesiącach Brazylia, która
wprowadziła 2,5-proc. podatek od kapitału zagranicznego napływającego w ramach
spekulacji na jej rynek akcji i obligacji oraz 1,5-proc. podatek od inwestycji
spekulacyjnych w ADR-y wyemitowane przez brazylijskie spółki. Władze
brazylijskie chcą w ten sposób spowolnić wzrost wartości brazylijskiego reala,
który od początku roku wzrósł aż o 36 proc. w stosunku do dolara. Skuteczne
działania osłabiające swoje waluty prowadzą również USA, Szwajcaria, UE,
Czechy i Rosja – zarówno poprzez swoje banki centralne, jak i poprzez stopy
procentowe. Tajwan i Korea Płd. przymierzają się do administracyjnej kontroli
przepływu kapitału, żeby przyhamować rozbójników spod znaku carry trade. Carry
trade to strategia spekulacyjna polegająca na zadłużaniu się w walucie o
niskiej stopie procentowej i walucie słabnącej i lokowaniu uzyskanych środków
między innymi w waluty krajów o wysokiej stopie procentowej i walucie
wzmacniającej się. Walutę taką dodatkowo pompuje się rekomendacjami, ratingami
czy prognozami banków inwestycyjnych często nie mającymi nic wspólnego z
prawdziwymi realiami danej gospodarki. Z reguły te hurraoptymistyczne prognozy
kryją drugie dno.
Sprzedali euro, wzmocnili złotego
W przeciwieństwie do Brazylii, której MF nie kieruje londyński finansista tak
jak u nas w Polsce, nasze MF oraz niektórzy przedstawiciele NBP czy Rady
Polityki Pieniężnej często wręcz zachęcają do niektórych działań
spekulacyjnych na polskim złotym, np. zapewniając o jego stałym dalszym
umacnianiu się w perspektywie wielu miesięcy. Wyrażają często bezkrytyczne
zadowolenia z umacniania się polskiego złotego. Polskie MF bardzo aktywnie
uczestniczy już od lutego tego roku w tym procederze, a od lata 2009 r. na
potęgę wręcz sprzedaje na naszym rynku walutowym unijne euro, jak i wymienia
euro w NBP. Łącznie może chodzić nawet o kwotę 27 mld zł po przeliczeniu z
euro na złote, które zapisane zostały po stronie dochodów budżetowych.
Wszystko po to, by ukryć prawdziwe kłopoty i stan polskich finansów
publicznych, a zwłaszcza skalę deficytu sektora finansów publicznych, jak i
deficytu budżetu państwa
Chodzi o dług – spekulacja na rękę rządowi
Najważniejszym powodem pompowania złotego przez naszego fiskusa jest jednak
chęć obniżenia za wszelką cenę wielkości polskiego zadłużenia, a więc
nieprzekroczenia magicznego 55-proc. progu relacji długu publicznego do
polskiego PKB w 2010 r. To jest jednak nieuniknione – dług będzie oscylował
pod koniec 2010 r. w granicach 60 proc., a więc progu konstytucyjnego.
Konsekwencje będą dla polskiego społeczeństwa szokujące i zaskakujące, zaś dla
władzy w obliczu wyborów kompromitujące zwłaszcza gdy trzeba będzie wprowadzić
drastyczne metody przewidziane przez ustawę o finansach publicznych – podobne
do tych, które zostały zastosowane w krajach nadbałtyckich. Z naszymi długami,
w tym długiem publicznym Skarbu Państwa jest coraz gorzej – zbliżamy się do
kwoty 700 mld zł zadłużenia; mamy ogromny dług zagraniczny rzędu około 200 mld
euro, a potrzeby pożyczkowe brutto Polski na 2010 r. to astronomiczna kwota
rzędu 203 mld zł. Przypomnijmy, w tym roku ta kwota wynosi 160 mld zł. Z
tytułu spłaty zadłużenia w budżecie na 2010 r. zaplanowano kwotę 35 mld zł –
to pójdzie na spłatę starego zadłużenia, a będziemy zaciągać nowe. Ten
wirtualnie silny złoty – silny spekulacją, a nie stanem naszej gospodarki i
stanem finansów publicznych – sztucznie obniża ten 55-proc. czy 60-proc. próg
zadłużenia, ale cena tego eksperymentu jest bardzo wysoka, dziś wręcz
niebezpieczna dla finansów państwa, jak i obywateli.
Niby wszystko ok
Minister Finansów i rząd tworzą tzw. dobre wrażenie na analitykach i rynkach
kapitałowych. Jednak najważniejszy jest PR. Niby wszystko jest pod kontrolą,
ale tylko na pozór. To zaś umożliwia MF dalsze pożyczanie, choć coraz drożej.
Życie na kredyt trwa w najlepsze. Tyle że zamiatanie pod dywan i zaklinanie
rzeczywistości bez wyasygnowania na ratowanie własnej twarzy olbrzymich kwot
pochodzących ponownie z UE w 2010 r. może się tym razem nie udać. Ta zabawa w
ciuciubabkę z zagranicznymi inwestorami, puszczanie oka czy gra w pokera
znaczonymi kartami z niby silnym złotym w rękawie stają się bardzo ryzykowne.
To blefowanie z naszej strony jest coraz bardziej widoczne. W 2010 r. nie da
się przepuścić unijnych dotacji przez budżet państwa i zapisać wymienione euro
na złote po stronie dochodów budżetowych.
Dziura budżetowa będzie gigantyczna
Deficyt budżetu państwa do końca listopada przekroczy 100 proc. zakładanej
dziury budżetowej, wycenionej przez ministra finansów na 27 mld zł, a przed
nami jeszcze grudzień. Deficyt całego sektora finansów publicznych z pewnością
przekroczy 50 mld zł. Po 10 miesiącach 2009 r. deficyt przekroczył już 24 mld
zł. Ostatnie dwa miesiące roku to zawsze okres bardzo intensywnych wydatków.
To będzie musiało oznaczać dla MF albo dalsze zamiatanie pod dywan, albo
zablokowanie prawie wszystkich wydatków resortów pod koniec roku, albo nawet
kolejną nowelizację. Na początku listopada na dwa miesiące przed końcem roku
nie ma już p