Dodaj do ulubionych

przekrety ala EU

18.04.05, 13:59
ta... dlaczego ma byc EU, no bo elity chca kasy, dlaczego schroedery czy
czyraki popieraja eu-gniota, bo w pewnym okresie moze byc dla nich
zbawieniem, szczegolnie dla czyraka na ktorego czekaja sady aby wsadzic go do
pierdla za machloje, jednak jesli dostanie cipla posadke w EU to nie ruszy go
nikt, tam nadal bedzie mogl zarzadzac "znikajacymi" ale juz eu-nijnymi
pieniazkami....
duzo tej kasy ginie, no i jaka ochrona malwerstantow, istny socjalizm gdzie
urzedas byl bozkiem ....efffff.... pieknie


www.wprost.pl/ar/?O=75470&C=57
EUNRON
Tygodnik "Wprost", Nr 1167 (17 kwietnia 2005)

Unijny budżet jest jak otwarty dla wszystkich sejf wypełniony gotówką

Nazywam się Hans-Martin Tillack. Jestem dziennikarzem tygodnika Stern. Proszę
zadzwonić do mojego pracodawcy i poinformować go, że jestem tutaj
przetrzymywany przez policję" - taką wiadomość niemiecki dziennikarz
przekazał 19 marca 2004 r. przypadkowo spotkanej osobie na korytarzu
biurowca, w którym pracował. Kilka godzin wcześniej, o siódmej rano,
policjanci ubrani po cywilnemu wtargnęli do jego mieszkania; skonfiskowali
należące do niego komputery, telefony komórkowe, archiwum dokumentów, a także
notesy, wyciągi z konta i billingi. Tillacka przewieziono do jego biura,
gdzie również dokonano rewizji i przez 10 godzin przesłuchiwano go bez
udziału adwokata. - Chcieli mnie zmusić do ujawnienia tożsamości
informatorów - opowiada "Wprost" Tillack. Wbrew pozorom nie jest on
korespondentem na Białorusi rządzonej przez dyktatora Aleksandra Łukaszenkę
ani w słynącej z naruszeń praw dziennikarzy Rosji, ale w Brukseli, stolicy
Unii Europejskiej. Tillack znalazł się na celowniku belgijskiej policji, gdyż
od lat opisuje przekręty finansowe eurokratów (m.in. ujawnił w 2003 r.
malwersacje w Eurostacie, które Komisja Europejska próbowała tuszować).
Zatrzymanie Tillacka i przeszukanie jego mieszkania (wszystko pod absurdalnym
pretekstem, że płacił za dostarczane mu materiały) miały być sygnałem dla
informatorów dziennikarzy w instytucjach europejskich, że nie mogą liczyć na
anonimowość. Zastraszając dziennikarzy, eurokraci próbują utrzymać
patologiczny system finansowania biurokracji w zjednoczonej Europie, w którym
nie ma żadnej kontroli nad tym, jak są wydawane pieniądze podatników. Zdaniem
audytorów, nie można sprawdzić, gdzie trafia ponad 90 proc. (w 2004 r. było
to 93,4 mld euro) pieniędzy z europejskiego budżetu! Nikt nic nie robi, aby
uszczelnić ten system. Urzędnicy KE zachowują się jak szefowie koncernów
Enron i WorldCom. O ile ci ostatni zostali skazani na wieloletnie więzienie,
o tyle eurokraci kpią sobie z prawa i z podatników, których pieniądze wydają.
Stosują na przykład system księgowania, którego przestano używać już w
średniowieczu, i nic sobie nie robią z tego, że Europejski Trybunał
Obrachunkowy w Luksemburgu dziesiąty (sic!) rok z rzędu odmówił zatwierdzenia
wydatków UE. Na europejski EUnron każdy pracujący Polak wydaje rocznie 666
zł.

Znikające miliardy
- Budżet unii to otwarty sejf, czekający na to, by go obrabować -
mówi "Wprost" Marta Andreasen, była główna księgowa Komisji Europejskiej.
Kiedy w 2002 r. Andreasen (Hiszpanka urodzona w Argentynie) rozpoczynała
pracę w Brukseli jako główna księgowa Komisji Europejskiej, była pierwszą
zawodową księgową na tym stanowisku w historii UE. Już na początku pracy z
ówczesną niemiecką komisarz ds. budżetu Michaele Schreyer zaszło dziwne
zdarzenie. - Z dokumentów, które jej przekazałam, wynikało, że w budżecie
Unii Europejskiej za 2002 r. jest 15 mld euro nadwyżki. Dokumenty Schreyer
wskazywały zaś, że jest to już tylko 10 mld euro. Między naszymi biurkami z
budżetu unii zniknęło 5 mld euro - opowiada "Wprost" Andreasen. 5 mld euro to
około 20 mld zł, czyli jedna dziesiąta budżetu Polski.
Andreasen szybko ustaliła, że znikające pieniądze to nie pomyłka, ale część
systemu stworzonego do okradania europejskich podatników. Komisja Europejska
ma aż 200 tys. kont w 45 bankach na całym świecie. W siedzibie KE urzędnicy
mogą swobodnie zmieniać kwoty transakcji i odbiorców przelewów. System
komputerowy został celowo tak skonstruowany, aby nie można było nawet
stwierdzić, kto dokonuje takich zmian (zwrócił na to uwagę Europejski
Trybunał Obrachunkowy w raporcie z listopada 2004 r.). W prywatnych firmach
księgowy musi zobaczyć rachunki i sprawdzić, na czyje konto przelewa
pieniądze. Tymczasem od głównego księgowego UE wymaga się, aby podpisywał
przelewy, nie widząc żadnych dokumentów, które uzasadniałyby transfer
pieniędzy. Aby łatwiej było ukryć malwersacje, Komisja Europejska stosuje
system księgowy, którym w Europie przestano się posługiwać w średniowieczu
(tzw. system pojedynczego zapisu księgowego); uniemożliwia on bowiem
sprawdzenie, gdzie trafiają przelewane pieniądze. Nikogo nie dziwi już to, że
roczny bilans z wykonania budżetu UE jest przedstawiany w formie kilku
arkuszy kalkulacyjnych wykonanych w popularnym programie Excell.

Nic się nie stało
O tym, że nie ma praktycznie żadnej kontroli nad finansami UE, wiadomo już od
1994 r., kiedy Trybunał Obrachunkowy z Luksemburga wydał swój pierwszy raport
na temat unijnego budżetu. Sytuacja powtarza się od tego czasu co rok, ale
urzędnicy KE zachowują się tak, jak gdyby nic się nie stało. Sprzyjający
malwersacjom system funkcjonuje, ponieważ w jego utrzymywaniu zainteresowani
są politycy i urzędnicy z krajów członkowskich. KE nie wymaga żadnych dowodów
na to, że pieniądze, które przekazuje do państw UE (85 proc. budżetu
teoretycznie jest przekazywane do nich), zostały wydane na właściwy cel, i
liczy na odwzajemnienie tej wyrozumiałości. W wyrywkowych kontrolach
przeprowadzonych przez Trybunał Obrachunkowy z Luksemburga okazało się, że w
2003 r. rozpłynęło się na przykład 25 proc. pieniędzy przeznaczonych na
dopłaty dla rolników we Włoszech, 23 proc. - w Grecji, 21 proc. - w Hiszpanii
i 14 proc. - we Francji. - Jeżeli się weźmie pod lupę mały procent wydatków,
a później przełoży się to na całość funduszy, wychodzą straszne liczby -
uważa Jacek Saryusz-Wolski, eurodeputowany z ramienia Platformy
Obywatelskiej, były szef Komitetu Integracji Europejskiej. - Normy wydawania
pieniędzy w UE są bardzo restrykcyjne - dodaje Saryusz-Wolski. Restrykcje
może i są, ale nie dotyczą wydawania publicznych pieniędzy.
Gdy na początku 2003 r. Marta Andreasen odmówiła podpisania się pod
wydatkami, których nie była w stanie sprawdzić, zawieszono ją w wykonywaniu
obowiązków służbowych i zakazano jej wstępu do budynków UE. Nie pomogło
oświadczenie głównego audytora KE Julesa Muisa, który oświadczył, że
informacje Andreasen są prawdziwe. Sprawę zatuszowano, mimo że zbiegło się to
w czasie z tzw. aferą Eurostatu - urzędnicy europejskiego urzędu
statystycznego zakładali anonimowe konta w jednym z luksemburskich banków i
przelali na nie 1 mln euro budżetowych pieniędzy. Wykorzystywali oni luki w
systemie kontroli finansów, na które zwracała uwagę Andreasen. Afera została
wykryta przypadkiem w trakcie śledztwa prowadzonego przez francuską policję.
Unijne organizacje powołane do zwalczania korupcji nie robiły nic.

Komisja resocjalizacyjna
Pod koniec 2004 r., po wielu miesiącach prób zainteresowania sprawą
przełożonych oraz posłów Parlamentu Europejskiego, Martha Andreasen
przekazała brytyjskim parlamentarzystom (Wielka Brytania jest jednym z
największych płatników do unijnego budżetu) dokumenty na potwierdzenie swoich
oskarżeń. Od początku roku ci oficjalnie domagają się śledztwa w sprawie
defraudacji pieniędzy brytyjskich podatników. Jedyną reakcją KE było
oskarżenie Andreasen o... brak lojalności i zwolnienie jej z pracy. Po
pozbyciu się dociekliwej księgowej finanse unii wróciły do dotychczasowej
normy - patologicznej. Przypomnijmy, że dwóch pop
Obserwuj wątek
    • viper39 Re: przekrety ala EU - cd 18.04.05, 14:00
      Komisja resocjalizacyjna
      Pod koniec 2004 r., po wielu miesiącach prób zainteresowania sprawą
      przełożonych oraz posłów Parlamentu Europejskiego, Martha Andreasen przekazała
      brytyjskim parlamentarzystom (Wielka Brytania jest jednym z największych
      płatników do unijnego budżetu) dokumenty na potwierdzenie swoich oskarżeń. Od
      początku roku ci oficjalnie domagają się śledztwa w sprawie defraudacji
      pieniędzy brytyjskich podatników. Jedyną reakcją KE było oskarżenie Andreasen
      o... brak lojalności i zwolnienie jej z pracy. Po pozbyciu się dociekliwej
      księgowej finanse unii wróciły do dotychczasowej normy - patologicznej.
      Przypomnijmy, że dwóch poprzednich szefów KE, Jacques Santer i Romano Prodi,
      miało kłopoty z prawem. Pierwszy musiał odejść ze stanowiska w 1999 r. w
      atmosferze skandalu (kierowanej przez niego komisji zarzucono korupcję i
      nepotyzm). Z kolei Prodi był oskarżany przez włoską prasę, że gdy był premierem
      Włoch, brał czynny udział w aferach łapówkarskich (stanowisko szefa KE miało
      być dla niego swojego rodzaju zesłaniem). Także w skład nowej KE zostały w
      grudniu zeszłego roku wybrane osoby będące na bakier z prawem. Dla niektórych
      praca w KE jest wręcz formą resocjalizacji. Na przykład wiceprzewodniczący KE
      Jacques Barrot był w 2000 r. skazany przez francuski sąd na dwa lata więzienia
      z zawieszeniem na 8 miesięcy za przelanie 25 mln franków (3,8 mln USD)
      rządowych pieniędzy na konto swojej partii. Barrot nadal jest politykiem, bo
      ułaskawił go jego partyjny kolega, prezydent Francji Jacques Chirac (od tego
      czasu francuscy dziennikarze nie mogą - zgodnie z prawem - pisać, że był
      przestępcą).

      Unia "oszczędza"
      Zmowa milczenia, która panuje wokół finansów UE, jest porażająca. Gdyby w
      prywatnej firmie audytor odmówił akceptacji budżetu, tłumacząc, że nie jest w
      stanie sprawdzić, czy pieniądze wydane są zgodnie z przeznaczeniem, a główna
      księgowa odmówiła podpisywania rachunków, twierdząc, że nie wie, za co one są,
      wybuchłby niebywały skandal. Akcjonariusze natychmiast zdymisjonowaliby zarząd
      i zatrudnili ludzi, którzy potrafią pilnować pieniędzy. Tymczasem nowa kadra
      unijnych urzędników zażądała zwiększenia budżetu UE z obecnych 100 mld euro do
      143 mld euro w 2013 r. Co ciekawe, Komisja Europejska już dziś nie wydaje
      wszystkich pieniędzy, które ma do dyspozycji. Na przykład w 2003 r. unijny
      budżet miał 5,5 mld euro nadwyżki, w 2002 r. - 7,4 mld, a w 2001 r. było to aż
      15 mld euro. - To podręcznikowy trik malwersantów, którzy zawyżają potrzeby
      finansowe swoich organizacji, a później wydają mniej. Dzięki temu ewentualne
      kontrole są dla nich bardziej wyrozumiałe, bo "zaoszczędzili pieniądze" -
      komentuje Marta Andreasen. Eurokraci możliwość niekontrolowanego wydawania
      naszych pieniędzy wpisali sobie do projektu nowej konstytucji, bowiem
      za "kontrolę budżetu unii odpowiada wszystkie 25 krajów członkowskich".
      Wszystkie, czyli nikt. - Unijna konstytucja zwiększa uprawnienia Komisji
      Europejskiej oraz innych organów unii, które już teraz nie radzą sobie
      problemami - mówi Andreasen. I tym razem się myli. Z problemami takimi jak
      uczciwi księgowi czy dociekliwi dziennikarze kolejne Komisje Europejskie radzą
      sobie nadzwyczaj dobrze.

      Aleksander Piński
      Jan Piński

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka