przycinek.usa
03.03.06, 04:09
Postanowiłem w sposób przejrzysty i łatwy wytłumaczyć tutaj mechanizm ryzyka
walutowego wplątany w inwestycje w obligacje USA. Proszę o uważne przeczytanie
i uwagi. Zależy mi na Waszych uwagach.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia na temat zabezpieczeń kursowych.
Wszyscy wiemy, co to są transakcje międzynarodowe i że firmy musza się jakoś
zabezpieczać przed ryzykiem kursowym. Najlepiej to porównać do ubezpieczeń.
Każdy z nas oczywiście wie jak wygląda ubezpieczenie od kradzieży auta, prawda?
Płacimy firmie ubezpieczeniowej składkę i jak nam ktoś auto ukradnie – to
firma płaci odszkodowanie. Oznacza to równocześnie, – że właściciel auta
przeniósł ryzyko straty auta z siebie (właściciela) na ubezpieczyciela. I tu
powstaje kluczowa obserwacja. Ubezpieczyciel DETALICZNY (Np. PZU) zwykle
przenosi część takiego ryzyka na innego – większego „ubezpieczyciela
ubezpieczycieli”. Wszyscy słyszeliście na pewno o firmie AXA albo ALLIANZ albo
ING. Tacy ubezpieczyciele oferują usługi polegające na przejmowaniu części
ryzyka z danego rynku. Tworzone są odpowiednie umowy pomiędzy firmami
ubezpieczającymi i ci więksi ubezpieczyciele pobierają za to cześć składki,
która płaci klient detaliczny. Przykładem jest ubezpieczenie od ryzyka
katastrofy naturalnej, kiedy składki pieniężne ubezpieczenia nieruchomości są
przekazywane np. do AXA – która potem musi płacić wiele miliardów dolarów –
jak np. wystąpi trzęsienie ziemi, albo np. huragan Katrina.
Podobnie jest z zabezpieczeniami ryzyka walutowego w transakcjach
międzynarodowych, z tą różnicą, że takie ubezpieczenie nazywa się kontrakt i
jest zakładem a nie polisą. Jedna strona umowy mówi, że „dolar na pewno nie
spadnie” – a druga strona umowy mówi, że „myśli, że spadnie” i zakładają się w
ten sposób, że jak spadnie – to jedna firma płaci drugiej pełną różnicę kursu
– a jak nie spadnie – to druga firma płaci pierwszej tylko samą prowizje,
(czyli jak w ubezpieczeniach – składkę) Cała umowa może opierać się na okresie
1 miesiąca, 2 miesięcy, pól roku itp. Mówi się wtedy, że kontrakt (zakład)
jest miesięczny, roczny albo półroczny itp.
Taki zakład polega na tym, że jest firma, która NIE NAZYWA się ubezpieczyciel
– tylko „Bank” (Najczęściej offshore) i taki bank inwestuje w takie kontrakty.
Są to operacje hedge i taka firma oferuje swoje usługi innym bankom, które są
wystawione na ryzyko. Czyli klientami są inne firmy – banki, zajmujące się
inwestowaniem pieniędzy w akcje, obligacje, albo nawet po prostu firmy
angażujące się w handel międzynarodowy na dużą skale.
I co się teraz dzieje z takim ubezpieczeniem od spadku waluty?
Od razu widać, że to jest instrument niesymetryczny. Bo z jednej strony (jako
klient) płacimy składkę (prowizję), – nasze ryzyko jest wtedy ograniczone do
tej prowizji – a tymczasem ryzyko kursowe ponosi druga strona. I co się stanie
jak kurs jednak spadnie? Wtedy jasne jest, – że oni (Druga strona) na tym
stracą i to ciężko.
Pamiętajcie, ze ryzyko walutowe – to jest takie samo ryzyko straty pieniędzy
jak kradzież samochodu – z taka różnicą, że są to zwykle większe pieniądze,
większa skala i ktoś w końcu tego łańcucha musi stracić tę różnicę. Traci
zwykle jakiś bank.
Mając powyższą wiedze na temat tych zabezpieczeń przejdźmy do kolejnego etapu
naszych rozważań, – czyli do kursu USD i zachowania rynku obligacji UST.
Wszyscy wiemy, że w połowie ubiegłego roku na rynku obligacji amerykańskich
wydarzyło się cos nieoczekiwanego. Mianowicie banki azjatyckie zdecydowanie
zmniejszyły ilość zakupów pożyczki federalnej. To doprowadziło do dziwnej
sytuacji, w której nagle zwiększyła się ilość zakupów tej pożyczki ze strony
banków z Londynu.
Cały rynek tłumaczy sobie te zaistniałą sytuacje poziomem stopy procentowej –
a nieliczni tylko zadają sobie pytanie: – dlaczego Azja dalej nie kupuje,
skoro procent wzrósł? Takie pytanie zadał sobie nasz kolega PolarBeer i
szybciutko doszedł do intuicyjnego wniosku, że tu musi tkwić jakiś ciężki
kant. I słusznie.
Policzmy to sobie matematycznie:
Mamy obecnie rentowność pożyczki amerykańskiej na poziomie około 4.5%
Równocześnie mamy rentowność pożyczki w Europie na poziomie około 3%.
Ale również wiemy, wskutek wielu opracowań analitycznych popartych wiedzą i
doświadczeniem specjalistów, że w 2006 roku dolar USA ma się osłabić i średnio
oczekuje się spadku o około 10% w stosunku do innych walut na koniec roku.
To oznacza występowanie ryzyka kursowego w wysokości 10%, prawda?
Czyli w największym uproszczeniu:
Inwestując w UST – zarabiamy 4.5% nominalnie – a potem tracimy na kursie 10% -
czyli jesteśmy do tylu na oko o 5.5%. Mamy MINUS 5.5%!!!
Inwestując w eurobligacje inwestujemy na 3% - ale nie tracimy na kursie.
Zysk wynosi tyle – ile rentowność, ale jesteśmy na plusie!
Różnica pomiędzy tymi inwestycjami wynosi 5.5+3 = 8.5% BEZ UWZGLĘDNIENIA
INFLACJI, która nasze obliczenia PODWYZSZA, bo inflacja w USA podnosi stratę,
a w eurozonie inflacja jedynie obniża zysk i jest mniejsza. Czyli różnica z
uwzględnieniem inflacji jest nawet większa, choć jest kwestią dyskusyjną o
ile. Dlatego pomińmy to milczeniem. 8.5% rocznie jest i tak wystarczająco
dużym procentem, aby się przestraszyć.
8.5 % czystego ryzyka!
Wiedząc powyższe – odpowiedzmy sobie na pytanie: kto normalny będzie
inwestował w takie obligacje przy takiej dysproporcji ryzyka? Dlaczego wobec
tego kapitał płynie z Londynu do USA, – choć logiczne byłoby oczekiwać
przepływu odwrotnego?
Można zadać nawet bardziej kłopotliwe pytanie - Dlaczego Wuj Sam wpuszcza
swojego największego sojusznika – Anglie – w taki zaułek inwestycyjny???
Czyżby Anglicy byli aż tak głupi, aby zgadzać się na takie dofinansowanie
Ameryki? Mnie ta głupota nie pasowała od samego początku. Do tej pory uważałem
ten rynek za uczciwy i przejrzysty, – ale obecnie zmieniłem zdanie. Uważam
bowiem, że skoro logicznie dowiedliśmy, że kupowanie UST jest NIEOPŁACALNE, –
więc musi istnieć jakiś inny, zewnętrzny czynnik podnoszący opłacalność tego
działania. Takim czynnikiem w systemie bankowym jest prowizja i opłaty. Musi
być jakiś nieznany nam czynnik, który powoduje, że te zakupy są opłacalne.
Czynnik na miarę różnicy 8.5% rocznie!!!!
Jednym z możliwych takich czynników – jest zabezpieczenie kursowe transakcji.
Jednak jak już wcześniej wskazałem – jest to działanie niesymetryczne a firma,
która podjęłaby się zabezpieczyć kurs rozliczenia zakupów UST (w ilości –
które jada do USA ze strony Londynu) – musiałaby być jakimś gigantem! To
musiałby być jakiś super-ubezpieczyciel, większy od 10 AXA i Allianzow
zsumowanych razem. Nawet największe katastrofy – jak trzęsienie ziemi w
Californi, albo pożar w San Francisco nie były w 100% ubezpieczone przez 1
firmę. To było ryzyko rozłożone na wiele firm!
A przecież katastrofa to jest przypadek! To zdarzenie losowe, które mogło się
nie zdarzyć! Firmy mogłyby przez 10 lat zbierać składki i zarabiać a wtedy
takie działanie ma sens i jest racjonalne. Ubezpieczenie kursu dolara w
świetle aktualnych raportów analitycznych jest działaniem nieracjonalnym. To
jest głupota. Piramidalna głupota. Jeżeli risk exposure całej grupy
inwestycyjnej z Londynu sumuje się na kwotę około 500 miliardów dolarów – to
oczekiwana przez rynek zmiana kursu na koniec roku oznacza de facto stratę w
wysokości 50 miliardów dolarów!!!!!
Kto jest gotowy stracić taka kwotę pieniędzy i nie zbankrutować? AXA? Nie.
Allianz? Niemożliwe. Fundusze prywatne z Caraibow? NIEMOŻLIWE!!!! TYLKO FED!!!!!!!
Tylko FED za pośrednictwem łańcucha podstawionych podmiotów może zawrzeć
odpowiednia ilość kontraktów NDF z bankami w Londynie – a potem po wystąpieniu
różnicy kursu WYDRUKOWAC OD