toulaa
31.05.04, 01:20
Stanley najbardziej lubił te poranki, kiedy budził go stukot kropli deszczu o
szybę okna dachowego nad jego łóżkiem- wstawało mu się od razu o wiele lepiej
niż wtedy, gdy pierwszym rannym widokiem były nieznośnie oślepiające
promienie słońca, wdzierające się pod powieki, i niszczące obrazy senne,
które chciał zachować.
Dziś niebo było szczelnie zasnute szarymi, ciężkimi chmurami, i po
przebudzeniu przez chwilę wspominał jeszcze ostatni dźwięk ze swojego snu-
był to odgłos trzepania dywanu za oknem. Ten sam odgłos obudził ich tego
ranka, gdy pojechali odwiedzić rodziców Carrie w tym mieście, którego nazwy
nie umiał nigdy powtórzyć. Pamiętał, że Carrie wytłumaczyła mu wtedy, że w
jej kraju wszyscy przed Wielkanocą trzepią dywany i myją okna- śmiał się, że
widocznie na tym polegają ich katolickie zwyczaje.
Jak dawno temu to było- pomyślał- to były ich ostatnie beztroskie dni- w dwa
tygodnie później Carrie zniknęła z jego życia, zniknęła ze świata. Teraz
jednak słyszał to trzepanie dywanu i jakieś szepty Carrie, których nie
rozumiał- zdarzało się, że zanim rozbudziła się na dobre, mówiła kilka słów w
swoim języku, co mu się strasznie podobało. Gdy ją prosił, żeby je powtórzyła
i przetłumaczyła, co znaczą, zawsze patrzyła na niego zdziwiona- po prostu
była jeszcze kompletnie nieprzebudzona i nie zdawała sobie sprawy, że w ogóle
coś mówi. Całował ją wtedy, zgodnie z ich rytuałem, po kolei- czubek nosa,
broda, policzek prawy, policzek lewy, znowu nos i dopiero usta- miała
najcudowniej wykrojone usta, jakie widział kiedykolwiek, zawsze ciepłe,
wspaniałe.
Dziś jednak zamiast jej ust, szepczących te niezrozumiałe wyrazy, jej
piegów na nosie i jej ciemnorudych długich włosów, rozsypanych na poduszce,
zobaczył obok siebie tylko dwa skręcone, jasnoblond włosy Bess, wyraźnie
ocinające się od tła granatowego, satynowego prześcieradła. Bess strasznie
wierciła się w czasie snu, to może było powodem, że po nocach, które spędzała
u niego, zawsze na wymiętoszonej pościeli znajdywał kilkanaście jej włosów.
Teraz słyszał, że bierze prysznic- nuciła coś swoim wesołym głosem; kiedy
usiadł, zobaczył, że przed prysznicem pomyślała o przygotowaniu śniadania- na
stole stał już toster, wyciskarka, koszyk z pieczywem i dzbanek z kawą. Kot,
najwyraźniej już najedzony, leżał na jego krześle.
Stanley wstał, owinął biodra ręcznikiem- po raz pierwszy od kilku
miesięcy miał ochotę zapalić, i to jeszcze teraz, przed śniadaniem. W
szufladzie, obok zapasowej broni, leżała zapomniana paczka- wyjął papierosa i
przesunął oszklone drzwi prowadzące na taras. Bess wyszła właśnie z łazienki-
na niedokładnie wytarte ciało zarzuciła jego szlafrok. Uśmiechnęła się do
niego, a on przygarnął ją do siebie, gdy przechodziła obok, i pocałował jej
mokre włosy. Przez krótką chwilę poczuł ochotę, by wrócić z nią do ciepłego
jeszcze łóżka, i znów, jak wieczorem, poczuć pod sobą jej miękkie ciało, ale
chęć na papierosa zwyciężyła. Bess znów uśmiechnęła się i poszła do kuchni, a
Stanley wyszedł na taras.
Stanął pod markizą, zapalił i patrzył na budzące się w dole miasto.
Czuł, że to, na co czekał, może przyjść, nawet dziś. Że jest gotowy na jego
przyjście. Na przyjście Nieuniknionego.