bigott
04.08.02, 20:18
Sluchalem ostatnio wypowiedzi pewnego obcokrajowca,
ktorego powinnosci dyplomatyczne rzucily do Polski.
Wypowiadal sie na wazny, bardzo delikatny temat,
starajac sie uzywac dopiero co zapoznanego jezyka polskiego.
Efekt byl do przewidzenia, pelno niezrecznosci,
czasem wrecz zenujacych...
Sluchajac tego, zdalem sobie sprawe z banalu,
ze tak naprawde, to slyszymy nie to, co on chcialby
nam powiedziec, ale tylko to co potrafi...
Nieumiejetnosc werbalizacji powodowala zupelne zakrzywienie
wartosci, tresci, intencji...
Chwile pozniej dotarlo do mnie, ze tak naprawde
byl On o tyle w dobrej sytuacji, ze zdawal sobie pewnie
sprawe z nieporadnosci i znikomej swojej skutecznosci
w przekazywaniu tego, co chcial nam powiedziec...
Wiekszosc z nas tkwi w przekonaniu, pewnosci graniczacej z pycha,
ze to co mowimy znaczy cos, znaczy to samo "cos" takze dla innych,
ze slowem potrafimy przekazac cokolwiek waznego...
Stawiamy tu wiec swoje slowa, na forum czy czacie,
i patrzymy na to, jak skrajnie rozne wywoluja reakcje,
skladajac to na karb odmiennych opinii, sadow, temperamentow...
A moze by tak przyznac sie przynajmniej przed soba,
ze nie bylo w tych reakcjach poprostu zrozumienia,
nie z braku czyjejs ochoty, mozliwosci, intencji, lecz z prostej,
naszej nieumiejetnosci wyrazania rzeczy waznych...
A moze jezyk jest narzedziem tylko do rozrywki stworzonym
i za wiele sie od niego wymaga?
b.