Dziewczyny,
siedze sobie oto w przytulnym domku udekorowanym juz na swieta, kominek
zapalony iskrzy sie od swiezo zapalonego drzewa,....... swiezo spalona zywica
drzewna wypelnia moje nozdza nadajac mi niesamowite uniesienie....,
Zapalone swiece dekoruja sciany niesamowitymi cieniami, zmieniajacymi od czasu
do czasu swoje kontury i poswiate...... moze ten stan to wspomnienia? jakas
tesknota?....
......ciezka glowa od problemow spada mi na ramie,.... ja czekam......,
czekam....., ale nie wiem na kogo? na mojego meza? ktory ma zamiar przyjsc za
godzinke z pracy? czy na kogos innego?....., ale nie wiem na kogo ja tak
czekam

moze to czekanie jest nierealne jakies wyimagowane?
Takie oczekiwania mialam bardzo czesto i sie okazywalo, ze to jednak nie moj
maz, na ktorego czekam, ktorego kocham do szalenstwa, nasilaly sie zawsze w
swieta Bozego narodzenia,....z dadejsciem narodzin dzieciatka Bozego......
Nie zrozumcie mnie zle, niby wierze, ale jestem zazdrosna o to
dzieciatko......wiem glupie, ale te swieta przysparzaja mi smutek,
przypominaja mi o niespelnionym marzeniu........, wszystko sie kreci wokol
dzieciatka, a te przyspiewki wyciskaja ze mnie ostatnie lzy: "lulaj ze
Jezuniu.......".
Mam trwoge przed tym rodzinnym przyjeciem, jak sie rodzina zbierze z glupimi
pytaniami, ze szczesliwymi matkami tulace swoje dzieciatka w ramionach........
kolejne swieta wypelnione wyczekiwaniem, ze lzami w oczach, z nadzieja
czekajace na cod.......
Zamykajac oczy wyobrarzam sobie moja mala rodzike w tym tlumie wigilijnych
gosci..., ja, moj maz, no i nasze malenstwo......, sorry ale dalej nie moge
pisac....(nie jestem masochostka)
Jak wy spedzacie swieta narodzin Jezusa? nie kojarzy sie wam z wlasnymi
marzeniami? bo ja wariuje