kristoff11
08.04.06, 16:46
Witam wszystkich!
Ponieważ od roku ma podobne problemy co Wy wszyscy tutaj obecni, postanowiłem
dla wzbogacenia forum o kolejny przypadek opisać mój problem.
Mam na imię Krzysiek. Mam 29 lat. Na początku musze stwierdzić, że RZS czy
inne choroby autoimmunologiczne nie są u mnie ani potwierdzone, ani
wykluczone. Jednak coś się dzieje...
Zaczęło się wszytko od kleszcza. Wcześniej byłem w zasadzie zupełnie zdrowy.
Początkowo pojawily się tzw. książkowe neurologiczne objawy boreliozy,
zbagatelizowane przez lekarzy, które miałem ze dwa tygodnie po ukąszeniu.
Następnie było kilkanaście dni spokoju i pewnego dnia obudziłem się z bolącym
palcem u dłoni i jakimś dziwnym, punktowym bólem pleców. Pomyślem, że to
jakiś przypadek, może spałem jakoś nierówno, może coś innego... Ale minęło
kilknajscie kolejnych dni, a to wcale nie przeszło. W związku z tym wizyta u
lekarza ogólnego na którego zalecenie przeszedłem serię badań (OB,
morfologia, mocz, Odczyn Waaler - Rosa, Latex, Kwas mocz.itp , Rtg). Te
badania nic nie wykazały. Dostałem jednak standardowe leczenie specyfikami
typu NLPZ, które z co dwutygodniowymi zmianami na inne brałem bez żadnego
skutku przez cztery miesiące. W tym czasie miałem znowu powtórzone badania,
które i tym razem niczego niepokojącego nie wykazały. Lecz w między czasie
bolący palec spuchł do tego stopnia, że nie mogłem go zupełnie zgiąć, pojawił
się mocny ból prawego śródstopia, lewego kolana. Następnie drugie kolano wraz
z bólami jakby ścięgien - były poważne problemy z rozprostowaniem nóg do np.
długiej jeździe samochodem, druga stopa i kciuk lewej dłoni (również, jak
palec u prawej dłoni - opuchnięty). W końcu, po tych czterech miesiącach na
NLPZ sam udałem się na prywatne badanie w kierunku boreliozy (pamiętając tego
kleszcza) i wyszły lekko pozytywne wielkości przeciwciał w klasie IgM testu
Elisa. Dostałem więc miesiąc antybiotyku (co w przypadku boreliozy jest
leczeniem zdecydowanie za krótkim - o tym można poczytać na forum
gazety "Borelioza"). Po tym leczeniu, żadnych zmian (poprawy) nie
stwierdziłem. Dlatego, już na własną rekę zorganizowałem sobie kolejne
półtora miesiąca intensywnego leczenia antybiotykowego, co również nic nie
dało. Powtórzyłem testy na boreliozę (trzy Elisy , WB i PCR) - wszystkie
ujemne. Lekarze zaczeli więc podejrzewać jednak jakieś choroby reumatyczne,
wywołane być może infekcją spowodowaną przez zainfekowanego borelią kleszcza.
I znowu badania ogólne i reumatoidalne - i znowu wszystko OK, tylko OB
wzrosło do 17 (na poczatku było 5). Diagnoza - seronegatywne zapalenie
stawów. Sulfosalazin + metypred (metypred któcej). Oczywiście żadnych efektów
pozytywnych. Zaś negatywnych owszem, owszem - pojawił się ból w prawym
biodrze, ból lędźwiowego odcinka kręgosłupa, kolejny palecstał się w zasadzie
nieczynny (tym razem prawy kciuk). I tak to dotrwałem do dziś. Z bóli
odpuściły trochę jedynie kolana i stopy, ale za to rozbolały inne miejsca...
Najbardziej martwią mnie dłonie, które są przecież tak potrzebne do
wszystkiego, a które regularnie "tracą" palec po palcu. Ten pierwszy palec,
który został zaatakowany już nawet się skrzywił (podgiął się do góry) w
najmniejszym stawie (przy paznokciu).
Wniosek: wciąż upieram się przy boreliozie, która jeśli była, to została
tylko pobieżnie przeleczona, a nie wyleczona i dlatego wciąż może robić wiele
szkód. Do tego na boreliozę wskazywałyby moje problemy neurologiczne -
otępienie, problemy z koncentracją, pamięcią, stan potwornego ciągłego
znużenia (a robiłem różne badania neuro i oczywiście wszystko dobrze) i
kardiologiczne (przyśpieszona akcja serca, podwyższone ciśnienie) oraz brak
tzw. porannego zesztywnienia, charakterystycznego dla RZS. Jednak te
popuchnięte palce dłoni, których jest popsutych coraz to więcej i inne
nieswoiste objawy mogą wskazywać jednak np. RZS - może nawet, jak to u mnie
bywa - pechowo - seronegatywne w całej rozciągłości!
Obecnie musze zrobić sobie jeszcze badania przeróżnych przeciwciał (ANA, CCP
itp.). I zobaczymy...
W każdym razie jestem ja Zoombie. Pracuję tylko tyle co muszę, bo jest
ciężko. A moja praca to praca w terenie, którą w zasadzie naprawdę lubiłem,
teraz mnie już nie cieszy. Wszelkie plany na rozwój firmy, podróże, sport,
przestały w zasadzie istnieć. W głowie tylko ból i stach o to, że następnego
nia obudzę się i nie będę w stanie zejść z łóżka... a co będzie za rok, dwa ,
pięć... Zgroza! Trudno coś robić z przekonaniem i radością w takim stanie i
to w stanie który, mimo różnych leczeń, badań, wizyt u specjalistów, które w
ciągu roku pochłonęły mi już z 6 tys. zł. wciąż się pogarsza. Nie wiem co
będzie dalej. Poprostu boję się, z żalem wspominam dni swojej "świetności"
sprzed roku i zazdroszczę tym, którzy funkcjonują normalnie - żyją bez bólu,
mają planu na życie, które realizują, mają wspaniłe rodziny, chęć i radość do
życia. Szczęściarze!
Pozdrawiam wszystkich
Krzysztof D.