Gość: 130rapid
IP: *.pila.cvx.ppp.tpnet.pl
20.01.04, 16:21
Byłem świadkiem takiej akcji na drodze.
Przeźmierowo, długa kolumna aut przede mną i za mną. Przelotowa szybkość
zaczyna nam niepokojąco spadać. 50, 40, 30 km/h. Zaczyna śmierdzieć palonym
olejem silnikowym. Chwilę później wjeżdżam na wiadukt nad dwupasmówką w
kierunku Baranowa i widzę sprawcę smrodu.
Na przedzie ogonka toczy się biały, kilkuletni Fiat Ducato. Toczy się to
mocno powiedziane. On się wlecze, w tempie zmęczonego rowerzysty pod stromą
górę. Ledwie widać go przez kłęby niebeskiego dymu, które się za nim ciągną.
Dymi, dymi, nagle w połowie podjazdu na szczyt wiaduktu dym zanika i Ducato
stoi. Pół minut później omijam go powoli, patrzę kątem oka. Spod maski walą
kłęby pary wodnej.
Wyglądało to jakby silnik musiał długo jechać ze zbyt niskim poziomem płynu,
przegrzał się do tego stopnia, że przytarł pierścienie tłokowe (być może stąd
ten niebieski dym), a doprowadzony do granic wytrzymałości zatarł się, albo
(lepszy scenariusz) zabrakło mu mocy na podjazd pod górę.
Jeśli faktycznie tak było, to co za dupa wołowa siedziała za kierownicą??
Czy nie było w tym wozie wskaźnika temperatury silnika??? Nawet jeśli był
zepsuty, to są jeszcze inne objawy wskazujące, że dzieje się coś niedobrego -
choćby to, że w kabinie zaczyna śmierdzieć glikolem.
Jeżeli to był samochód służbowy (a chyba był), to takiego "kierowcę", na
miejscu jego pracodawcy, wypierdzieliłbym dyscyplinarnie z pracy. Z wilczym
biletem, żeby więcej nie zarżnął firmowego samochodu.