chaladia
28.08.05, 20:41
Dziś około 18 na Płochocińskiej w Warszawie widziałem scenkę niemal dokładnie
jak z rekalmowych skeczy PZU. Gdyby to nie było przerażające, to by było
całkiem zabawne.
Jechałem sobie spokojnie, 70 km/godz w kolumnie innych samochodów w stronę
Warszawy. Nikt się nie śpieszył, bo każdy wiedział, że przed nami sa światła
przy Białołęckiej. Zostawiłem sobie z 40 metrów "wolnego" do poprzednika
wiedząc, że zaraz będzie hamowanie. Nagle w lukę "wpadło" Audi 80, czarne,
rocznich chyba około 1990/92. OK, myślę sobie, gość się śpieszy,
była "dziura", miał prawo, nikomu nie zakłócił jazdy. Ale co dalej. Tak się
złożyło, że na światłach gość był pierwszy pod czerwonym. Myślę sobie, dobra
nasza, przynajmniej szybko ruszy. Akurat! Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn
dopiero parę sekund po zmianie światła na zielone Audi skoczyło i zgasło.
Zatrąbiłem ja, zatrąbili inni za mną. Na to gość, zamiast złapać za kluczyk i
ponownie odpalić silnik, wpierw opuścił szybę, pokazała nam Faka i dopiero
potem zabrał się do uruchamiania samochodu. W końcu ruszył, złośliwiw wolno.
Przez myśl by mi nie przeszło wyprzedzać osobnika tak niepewnie prowadzącego
po prawej, ale mam taki odruch, że zaraz za tym skrzyżowaniem przechodzę na
prawy pas. Toż więc zrobiłem. Gdy gość to zobaczył w lusterku, natychmiast
skręcił jak szalony w prawo, tak gwałtownie, że aż dotknął kołami krawężnika,
cały samochód się zakołysał od nagłego manewru i przyśpieszył tyle, ile mu
fabryka dała 20 ćwierć wieku temu, cały czas prowadząc jedną ręką i pokazując
Faka lewą ręką (a musiał zmieniać biegi)... wyglądało to tak, że przy każdej
zmianie biegu cały samochód się skręcał, bo gość puszczał kierownicę.