Dodaj do ulubionych

poćeshće... :(

22.04.07, 21:54
pamńentaće Simbóśa?

img46.imageshack.us/my.php?image=yard0162hj5.jpg
ómar sad((((((((((((((
Obserwuj wątek
      • okrent9 Re: poćeshće... :( 22.04.07, 23:53
        dzięki... Wyjeżdżając ostatnio ze Stanów zastanawiałam się czy jeszcze zobaczę
        Bonnie, która jest starsza - była starsza... sad Ale nie przyszło mi do głowy,
        że Simbie coś się stanie sad Wczoraj były urodziny syna dentystki i rozmawiałam
        ze wszystkimi przez telefon, z kotami też... i nie wiedziałam, że z Simbą coś
        jest nie tak sad bo dentystka nie myślała że to tak poważne i nie chciała mnie
        martwić... zwłaszcza że to były urodziny i byłam już i tak smutna, że mnie tam
        nie ma sad I dopiero dziś się dowiedziałam, na pół godziny przed jego śmiercią,
        że chyba jest z nim bardzo źle sad(((( a tak się złożyło, że nawet nie mogę
        pogadać z nikim teraz bo koniecznie na jutro trzeba coś przygotować (wycena
        domu)... z dzieciakiem pogadałam przez 40 min ale nie chciałam jego bardziej
        przygnębiać więc się starałam tylko miłe rzeczy wspomniać sad A jest mi tak
        smutno. Spacer nie pomógł. To dlatego tutaj o tym napisałam...

        tutaj jeszcze dwie fotki:
        img254.imageshack.us/my.php?image=simbahx9.jpg
        img440.imageshack.us/my.php?image=digiapril2006025mv5.jpg
        • wave32 Re: poćeshće... :( 23.04.07, 00:39
          Wiem, co teraz czujesz....
          Trzymaj się Okręciku.
          I nie martw się.
          Moje zwierzaki, które polują na niebiańskie myszki w Krainie Wiecznych Łowów już zaopiekowały się Simbą.
          • okrent9 Re: poćeshće... :( 23.04.07, 15:56
            Dziękuję jeszcze raz, Wave. Chciałam odpisać od razu w nocy, ale coś się stało
            z połączeniem. Dzisiaj wcale mi niewiele lepiej sad Kilka moich kotów też jest
            już od lat "po drugiej stronie mostu", i wiem, że Simbie niczego już teraz nie
            brakuje... ale tak mi źle, że nie mogłam mu pomóc, kiedy tego potrzebował, w
            tych ostatnich chwilach... Dentystka powiedziała, że widać było, że chce być
            głaskany... on był trochę dzikusem, żartowaliśmy zawsze, że któraś jego babcia
            miała chyba kochanka rysia... Simba był nieśmiały i długo przywykał do nowych
            ludzi, nie pchał się też specjalnie na kolana w porównaniu z Bonnie. Ale tuż
            przed śmiercią widać było, że chce być głaskany. I tak mi smutno, że nie mogłam
            tam być z dentystką i też go pogłaskać sad
      • okrent9 Re: poćeshće... :( 26.04.07, 18:09
        Ja to wiem, mamóńó. Ale trudno to praktykować będąc tak daleko... sad To właśnie
        tak boli sad

        To była/jest pierwsza prawdziwa śmierć w życiu syna dentystki (16 lat). I
        widzę, że dzieciak wyciągnął z tego smutnego wydarzenia odpowiednie wnioski...
        Kiedyś dowcipkował sobie ze mnie, że pozwalam kotom sobą rządzić smile kiedy np.
        męczyłam się pisząc jedną ręką, bo drugą musiałam potrzymywać zsuwającą się z
        moich kolan uśpioną kotkę... Teraz już to rozumie.
            • vauban Re: poćeshće... :( 28.04.07, 00:58
              Piękny kot...
              Ja zasadniczo jestem człowiekiem nie bardzo wierzącym. Właściwie, to całkiem
              nie. Ale, jeśli to, co nam mówią, jest choć w części prawdą, to kiedy już umrę,
              bez problemu zorientuję się, gdzie wylądowałem.
              Jeśi zapakuje mi się natychmiast na kolana kilka kotów, będzie jasne, że jestem
              w niebie, bo one są tam u siebie smile
              Tak mi przykro. Ale zdarza się. Pomyśl, że jego duch jest teraz w jakimś małym,
              biednym, piszczącym kociątku, i weź sobie kolejnego kota. Będzie Cię kochać tak
              jakby nigdy nic się nie stało...
              • okrent9 pogrzeb 28.04.07, 02:44
                vauban... ja w zasadzie też jestem człowiekiem wierzącym nie bardzo a właściwie
                to całkiem nie... ale Twoja wizja nieba bardzo mi się podoba i od teraz będę
                się nią pocieszać smile

                Dzisiaj Simbuś został skremowany.
                img249.imageshack.us/my.php?image=simbacertyfikatpn3.jpg
                Właśnie niedawno dentystka wróciła z cmentarza i wszystko mi opowiedziała.
                Spytali ją tam i jej córkę, czy chcą jeszcze na chwilę na Simbę popatrzeć, a
                kiedy powiedziały, że tak, położyli go na pięknej aksamitnej poduszce...
                Dziecko (choć 19-letnie) biedne się znowu popłakało i nie mogło już potem
                przestać... Ja pewnie też bym się tam popłakała. A potem wzięli naszego kotka i
                włożyli do takiego specjalnego pieca i można było jeszcze oglądać przez chwilę,
                jak ogarniają go płomienie... Potem zasłonięto "okno"... Później włożono prochy
                do urny.

                A właściwie do dwóch, bo chyba wezmę część do Polski... Simbie na pewno by się
                tutaj u mnie podobało. Łąki, pola... "Marnują się", bo ja, Vauban, nie mam
                tutaj kota od lat. Cały problem z moim "braniem sobie kota" polega na tym, że
                jestem to tu, to tam... nie bardzo mogę zostawiać kota na pół roku albo
                oczekiwać, że ktoś się będzie moim zwierzakiem zajmował kiedy jestem w USA...
                To dlatego już od lat, kiedy mojego ostatniego "polskiego" kota przejechał
                traktor sad(((( nie mam tutaj w kraju "swojego" kota... w Chicago, nawet jeśli
                dentystka wyjedzie do mnie na parę tygodni, są dzieci, które się mogą
                zwierzakami zająć... Jeśli kiedyś przyjadą wszyscy, też będziemy mieć problem,
                co z opieką nad kotami - kotem... i psem... ale to nie będzie na pół roku,
                tylko najwyżej na kilka tygodni...

                Moje koty w Polsce były chowane w ziemi... tak było prościej i naturalnie...
                Ale tam nie można ot tak sobie pochować kota we własnej (i jego własnej) ziemi.
                Przepisy nie zezwalają. Dlatego zdecydowałyśmy się na kremację. Można też
                chować na tym cmentarzu dla zwierząt w ziemi, ale wtedy Simba już zawsze byłby
                w tym jednym miejscu, bez względu na nasze podróże i przeprowadzki... wśród
                obych zwierząt... a on był taki płochliwy i unikał obcych. Więc kremacja, żeby
                jego prochy można było zabrać z sobą do ogrodu, gdzie lubił obserwować ptaszki.

                Od dnia śmierci Simby naoglądałam się mnóstwa stron w internecie z wszystkim,
                co jest potrzebne do pogrzebu zwierzaka... To cała branża... Jeśli ktoś patrzy
                na to z zewnątrz, może myśleć o tym różnie. Ale te wszystkie przedmioty i
                usługi bywają naprawdę potrzebne... Wyobrażam sobie, że zwłaszcza starszym
                osobom, samotnym, dla których pies czy kot był najbliższym przyjacielem...
                • ciociapolcia Re: pogrzeb 28.04.07, 09:20
                  Zerkają na nas czasem te nasze pociechy, wygrzewając się na słońcu, czasem
                  przypomną swoim cieniem, przebiegając drogę... często bliżsi niż ludzie.
                  Okrentku, współczuję. Sama mam dwie duszyczki w Koniku Nowym (Cmentarz dla
                  Zwierząt pod Wawą), i choc minęło juz sporo lat, serce mi się ściska i łzy
                  zbieraja w oczach jak o nich myśle (np. teraz).
                  Teraz mam dwa kocuru i wiem, że jeden z nich ma w duszy moją Czarną Mańkę.
                  Ściskam.
                  • okrent9 Re: pogrzeb 28.04.07, 16:09
                    dziękuję, ciociupolciu... pewnie przez jakiś czas jeszcze na myśl o tym, że
                    Simba już nigdy nie spróbuje się winsynuować na moją głowę (uwielbiał włosy)
                    będzie mi bardzo smutno... Właśnie opowiedziałam o wszystkim mojej mamie i
                    popłakałam się przy tym, a potem osobno nieletniej bratanicy i też z trudem
                    udało mi się powstrzymać łzy.

                    Być może personifikujemy trochę nasze koty, psy i inne zwierzaki... Czasem dla
                    pocieszenia się próbuję pamiętać, że wg przeróżnych badań naukowych nie mają
                    one świadomości tego, co to jest przyszłość, więc na swoje szczęście nie znają
                    strachu przed śmiercią w takim sensie, w jakim jest on udziałem człowieka. Na
                    pewno, niestety, znają ból... A nas ludzi w obliczu cierpienia i śmierci
                    zwierzaka najbardziej chyba boli niepewność, czy czegoś przypadkiem nie
                    zaniedbaliśmy i tym samym nie przyczyniliśmy się do ich cierpienia albo
                    odejścia... Ten ból można zminimalizować jeśli się o naszych ulubieńców na co
                    dzień odpowiednio troszczymy... ale pozostaje jeszcze żal, że wszystkie te
                    piękne chwile które razem przeżyliśmy od teraz będą powracać już tylko we
                    wspomnieniach sad

                    Ciociupolciu, obejrzałam stronę cmentarza o którym wspominasz. Urokliwe
                    miejsce. Twoje dwie duszyczki nie mogły sobie wymarzyć piękniejszego zakątka.
                    • ciociapolcia Re: pogrzeb 28.04.07, 18:09
                      Oczywiście, że personifikujemy, nawet trudno było by nie... wink Przecież mają
                      różne charaktery, umiejętności, zachowania i żyjąc z nimi pod jednym dachem
                      trudno tego nie zaobserwować, nie doświadczyć.
                      Też się pocieszam, że to "tylko zwierzęta", że nie znaja tego strachu co my,
                      jednak nie wierzę, że nie wiedzą, bo pamiętam spojrzenie Mańki ostatniej nocy...
                      Przychodzą, odchodzą... A my w ich krótkim życiu powinniśmy zrobić jak
                      najwięcej dobrego... Może gdzieś czeka na Ciebie zagubiona duszyczka Simby,
                      potrzebująca pomocy... Nie namawiam, po pierwsze przez podróże, a po drugie
                      sama wiem jak trudno wziąć "nowego" kota (u mnie problem był z zajęciem
                      miejsca, w sercu też, po Mańce, odczuwałam strach przed pewnego
                      rodzaju "zdradą"), ale czasem tak los układa drogi... wink
                    • wave32 Re: pogrzeb 29.04.07, 00:22
                      okrent9 napisała:


                      > Ciociupolciu, obejrzałam stronę cmentarza o którym wspominasz. Urokliwe
                      > miejsce. Twoje dwie duszyczki nie mogły sobie wymarzyć piękniejszego zakątka.

                      I moje trzy...
      • vauban Re: patrzcie :) 15.05.07, 22:14
        Widźmy wink Pjenkny koteg, ródy i wogule. Takiego to tczszeba hyba karmidź
        wyłoncznie Szebą i Gurmetę, bo Wiskasa nje rószy ?


        A poważnie, to cholernie się cieszę. Cudny jest rudzielec, i na pewno będzie
        miał u Was wspaniały domek smile
        • okrent9 Re: patrzcie :) 15.05.07, 22:30
          no, domek to u mnie, tu w Polsce... ale już został uczuciowo zaadoptowany
          transatlantycko... nawet telefony były tam i z powrotem: co z kotkiem? brać,
          nie brać? bo ja tyle czasu spędzam poza Polską... ale jednak biorę smile Moja mama
          zobowiązała się nim opiekować podczas moich wyjazdów smile

          A tak w ogóle, to ja wcale nie szukałam kota... jakoś przypadkiem zobaczyłam
          ogłoszenie, że ktoś "odda kotki", i zobaczyłam, że jest tam malutkie zdjęcie...
          i kliknęłam z ciekawości... I zobaczyłam tego sobowtóra Simby z czasów jego
          dzieciństwa, jak maszeruje prosto do mnie... i coś mi się w głowie
          przestawiło tongue_out Gdybym miała w planach wzięcie kotka, to po prostu szukałabym
          jakiegoś biedaczka... ale ten akurat jakoś tak "przyszedł do mnie"...

          A co jada jeszcze nie wiem o.o Wiem tylko że ma długą sierść po mamie (pers???)
          ale nos po tacie (ponoć nie-pers).

          Jeśli adopcja dojdzie do skutku, niedługo zasypię Was fotkami smile
          • wave32 Re: patrzcie :) 16.05.07, 17:43
            okrent9 napisała:

            > ale nos po tacie (ponoć nie-pers).

            I całe szczęście! Persy mają wielkie problemy z przegrodą nosową, co za tym idzie - z oddychaniem.

            > Jeśli adopcja dojdzie do skutku, niedługo zasypię Was fotkami smile

            Okrętko - super koton! smile
            Ciesze się razem z Tobą! smile
            I czekamy na fotki.

                • wave32 Re: patrzcie :) 17.05.07, 23:28
                  Okrent - mam 3 w zanadrzu jakby co... smile Tricolor, buras i prawie tricolor - z przewagą białego wink
                  Mają tydzień.
                  Aaaaaaa, i tydzień temu u sąsiadki okociła się biało - czarna przybłęda...
                  Jakby co... smile
                  • bei Re: patrzcie :) 18.05.07, 07:24
                    códny....taki kodek z osoblivym kodem smile...ja troszke wjeże w reinkarnacjem-
                    wendrufka emocji...

                    kolor navet nie ródy a płovy- taki póztynny bardziej....dłógom droge pszebył-
                    miendzykontynentamismile
                    Okrentko- śliczny...i ózdrawjajoncysmile
                  • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 11:07
                    Lada moment powinna do mnie dotrzeć Pani z Kotkiem... który ma u mnie zostać smile
                    Nie wiem nawet jeszcze dokładnie jak wygląda. Wszystko Wam opowiem wieczorem.

                    A Ty, Wave, nie kuś... tongue_out
                    • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 11:15
                      ach to czekanie... mam nadzieję, że Pani trafi... Przyjeżdża z dosyć daleka i
                      nie zna moich okolic.

                      Ponieważ i tak nie mam nic innego do roboty jak tylko wypatrywanie, czy Kot nie
                      nadjeżdża, może Wam opowiem trochę więcej. Otóż kiedy dowiedziałam się, że
                      tamten rudy kotek do mnie nie przyjdzie (bo poszedł do kogoś innego sad ...),
                      zaczęłam szukać kotów w internecie. No i znalazłam taką koteczkę z Katowic,
                      która szukała domu przez fundację For Animals. Skontaktowałam się z fundacją.
                      Okazało się, że trzeba sprawdzić, czy kotka jest jeszcze do wzięcia, czy już
                      znalazła jakiegoś opiekuna. Pani obiecała zadzwonić wieczorem z informacjami.
                      Wieczorem okazało się, że tej kotki już nie ma, ale jest pewien kot, który
                      strasznie chciałby mieszkać w domu z ludźmi... Oczywiście powiedziałam, że
                      czekam smile

                      No i teraz czekam i ze skóry wychodzę... Kocisko ma przygotowane jedzenie i
                      kuwetę i nawet domeczek, i nie wiem co jeszcze mogłabym w tej chwili zrobić...
                      więc siedzę tutaj i Wam opowiadam.
                      • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 11:36
                        W powyższym poście była wersja skrócona. Są jednak w tej historii interesujące
                        szczegóły.

                        1. Kiedy zadzwoniłam do fundacji po raz pierwszy, potraktowano mnie ze słusznym
                        dystansem. Chce kota i to już? czy to normalne? Oczywiście nikt tych pytań nie
                        zadał wprost. Pytano mnie, czy dzwonię z jakiejś firmy. Wyjaśniłam, że
                        prywatnie i że znalazłam ogłoszenie w internecie... I wieczorem miałam czekać
                        na wiadomość.

                        W ciągu dnia doszłam do wniosku, że w sumie to normalne, że w takiej fundacji
                        nikt nie tryska szczęściem tylko dlatego, że ktoś dzwoni i chce kota.
                        Pomyślałam, że mogli pomyśleć, że np. kot jest mi potrzebny do jakichś obrzędów
                        satanistycznych indifferent Przecież jestem obcą osobą, skąd mają wiedzieć, co ja chcę
                        zrobić z ich kotem... Czekając na telefon napisałam więc do fundacji e-maila z
                        informacjami o mojej sytuacji mieszkaniowej, warunkach jakie mogę zapewnić
                        kotu, o moich poprzednich kotach, o kotach dentystki, i wysłałam serię zdjęć z
                        w/w kotami na moich kolanach itd. smile Krótko mówiąc, "sprzedałam się" jako kocia
                        mama smile Pani z fundacji zadzwoniła do mnie jakieś pół godziny później i rozmowa
                        była już zupełnie inna smile Taka kociarza z kociarzem smile

                        Szczegół drugi. Pani opisując mi kotka (7-9 miesięcy) powiedziała, że MIAŁ
                        NOWOTWÓR NA USZKU. Wycięto mu go i jest OK. Ale ja i tak wpadłam w panikę. Od
                        razu zobaczyłam się za kilka tygodni z kotem umierającym mi na rękach. Omal się
                        nie popłakałam. Pani zapewniła mnie, że to był nowotwór niezłośliwy, była
                        robiona biopsja i okazało się, że wszystko jest w porządku, że zabieg był
                        wykonany ok. miesiąca temu i kot jest całkiem OK, i ona nawet da mi
                        zaświadczenie od weta, że kotek nie ma raka. I że słyszy. Kiedy powtórzyła to
                        trzy razy, wreszcie do mnie dotarło. Powiedziałam, że w takim razie czekam na
                        tego kotka. I spytałam jeszcze jak wygląda. Pani powiedziała, że ma dłuugie
                        nogi (od razu skojarzyło mi się z Simbą) i jest biało-buro-jakiś tam (byłam tak
                        podekscytowana, że nawet nie pamiętam). Wtedy spytałam, którego ucha mu
                        brakuje, a Pani wytrzeszczyła na mnie przez telefon oczy: "ależ jemu żadnego
                        ucha nie brakuje! to coś co mu wycięto było malutkie!" tongue_out

                        Szczegół trzeci. Wczoraj napisałam Pani dokładne wskazówki, jak do mnie
                        dojechać, ale nie pamiętałam nazwy pewnego ronda, a chciałam ją podać, więc
                        zadzwoniłam do kumpeli która powinna była to wiedzieć. Przy okazji
                        opowiedziałam jej, że biorę innego kota (nie tego rudego), i pokrótce
                        zrelacjonowałam jej swoje kontakty z fundacją. Kiedy doszłąm do punktu, w
                        ktorym powiedziałam, że doszłam do wniosku że chyba najpierw wzięli mnie za
                        satanistkę... któa potrzebuję zwierzęcia na ofiarę indifferent kumpela powiedziała, że
                        być może nawet nie to, może pomyśleli sobie, że potrzebuję KARMY DLA WĘŻA!!!!
                        Nawet nie wiedziałam, że coś podobnego jest możliwe... :\
                        • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 11:39
                          sorry ze te moje posty takie chaotyczne, ale spałam tylko 3 godziny...

                          Idę powiększyć drzwi w domu dla kotka. Doszłam do wniosku, że skoro ma długie
                          łapy i ma już te 7-9 miesięcy, to może się nie przecisnąć przez obecny otwór.
                          • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 11:48
                            Drzwi są większe. Pani nadal nie ma (15 minut spóźnienia od podanej mi przez
                            nią godziny późniejszej). Czekam i czekam i czekam i marznę, bo jestem
                            niewyspana.
                            • okrent9 Re: patrzcie :) 19.05.07, 12:00
                              co chwilę wydaje mi się, że podjeżdża jakiś samochód... a to albo sąsiedzi,
                              albo traktor, albo kosiarka, albo wiatr, albo omamy? :\ Pani ma już prawie pół
                              godziny spóźnienia... Mam nadzieję, że po prostu dłużej niż myślała zeszła jej
                              inna adopcja, która miała załatwić przed przyjazdem do mnie.. i że za chwilę
                              jednak tu będą...
                                  • okrent9 Re: kot w całej okazałości 19.05.07, 17:02
                                    i jeszcze tu:
                                    img181.imageshack.us/my.php?image=kot022jp0.jpg
                                    a tu kota zaczyna morzyć sen:

                                    img294.imageshack.us/my.php?image=kot028tb0.jpg
                                    smile

                                    Teraz wreszcie biedaczek śpi. Okazało się, że miał objawy choroby lokomocyjnej
                                    w drodze do mnie, więc już samo to nieźle nadszarpnęło jego siły. Potem musiał
                                    zwiedzić dom, przewrócić stosik książek, zrozumieć, że choć kabelki mogą czasem
                                    wyglądać jak żywe, nie należy ich gryźć (wystarczyło kilkakrotne "psik" i wyraz
                                    dezaprobaty w moich oczach! mam kota geniusza smile))) Kiedy przewrócił za moimi
                                    plecami książki - żadna tragedia, ale trochę się przestraszyłam i wyrwało mi
                                    się jakieś "o-o" - zrobił w tył zwrot i poszedł do holu. Po chwili wyjrzałam,
                                    żeby sprawdzić, czy czegoś nie psoci. Siedział grzeczniutko na środku podłogi,
                                    zwrócony w stronę drzwi do mojego pokoju "komputerowego", a głowę miał,
                                    przysięgam, opuszczoną na znak przeprosin. Powiedziałam mu że może wejść i że
                                    się nie gniewam. Wszedł. Po chwili zaczął się interesować modemem. Ja na
                                    to "psik" - kot wychodzi. Zaglądam po chwili do holu - znów siedzi jak uczniak
                                    wyrzucony z lekcji, taki potulny. Na jego widok najtwardsze serce by
                                    stopniało smile Zawołałam go do środka (pokazywałam dentystce jego pierwsze
                                    fotki), i wtedy pierwszy raz sam wskoczył mi na kolana a po chwili zajął się
                                    komunikacją elektroniczną tongue_out Potrafi pisać szybciej niż ja wink Wtedy wysłałam
                                    Wam tego posta pisanego przy współudziale. smile

                                    Teraz wreszcie się trochę uspokoił i śpi w promieniach słońca... przez pół dnia
                                    chodził za mną krok w krok i łasił się nieustannie. Panie z fundacji
                                    powiedziały, że był w lecznicy w klatce "wystawowej" przez o ile dobrze
                                    zrozumiałam dwa miesiące... sad i kiedy ostatnio próbowały go zabrać na spacer,
                                    wszedł z powrotem do klatki zanim przymocowały mu szeleczki... taki był
                                    zrezygnowany. Przekonany, że jego życie ogranicza się do klatki... sad

                                    No, u mnie szybko zapomni big_grin
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka