joseph80
19.06.04, 12:18
Na myśli mam jednak płyty nagrane przez muzyków, którzy w chwili nagrywania
solowego albumu, w dalszym ciągu byli oficjalnie członkami jakiegoś zespołu,
a ten zespół, rzecz jasna istniał:). Pierwszy przykład, Steve Hackett "Voyage
of Acolyte", nagrany z dwoma kolegami z zespołu Philem Collinsem i Mike`em
Rutherfordem. Album wielki, album piękny, magiczny, urzekający klimatem.
Album porównywalny z najlepszymi dokonaniami macierzystej formacji muzyka,
czyli Genesis. Śmiem nawet twierdzić, że kładący na łopatki kilka klasycznych
dokonań Genesis:D. Album jest dobrym przykładem art rockowego grania,
słychac, że Steve w tamtym okresie miał głowę pełną pomysłów. Album nie ma
właściwie słabych punktów, na szczególną uwagę zasługuje najpiękniejszy, a
zarazem najdłuższy na płycie "Shadow of The Hierophant", w którym bajecznie
zaśpiewała Sally Oldfield. Chyba najpięknieszy utwór jaki kiedykolwiek nagrał
Hackett (na solowej płycie). Szkoda tylko, że późniejsze jego płyty są nieco
gorsze
pzdr
Jos