k123456
24.09.04, 19:31
Jutro minie 24 lata od bezsensownej śmierci Bonzo - Johna Bonhama. Jego
śmierć, podobnie jak 10 let wcześniej równie bezsensowne odejście Jimiego
Hendrixa, oznaczała koniec pewnej epoki. Koniec "złotych lat" muzyki rockowej
z najwyższej półki. Pomiędzy Nimi pożegnaliśmy Janis Joplin, Alana Wilsona,
Paula Kossoffa, Garry Thaina i wielu innych.
Z całym szacunkiem dla Billa Bruforda, Alana White`a, Carla Palmera, Iana
Paice`a, B.J.Wilsona i wielu innych, których nie sposób tutaj wspomnieć - było
w muzyce rockowej dwóch gigantów perkusji. Ginger Baker i John "Bonzo" Bonham.
Jego gra, zarówno na płytach studyjnych, jak i na koncertach stanowiła
niedościgniony wzór. Wstęp do When The Levee Breaks był jednym z najbardziej
odkrywczych pomysłów w historii rozwoju sposobu gry na perkusji w zespole
rockowym. Bonzo nigdy nie zawodził. Mógł Jimmy Page mieć złamany palec
i z konieczności "grać na pół gwizdka", mógł Robert Plant mieć grypę
i ledwie śpiewać. Z tyłu siedział John Bonham, który gdy była potrzeba, czynił
z Moby Dicka lub Over The Top główną atrackję koncertu. Miał zresztą z prawej
strony niezrównanego Jonesey`ego na basie.
Jego występ 31 maja 1973 roku, w dwudzsieste piąte urodziny doczekał się 67
wydań płytowych, a urodzinowe solo na perkusji jest po prostu niedoścignione.
O zmarłych nie wypada mówić źle. Mam nadzieję, że nie tylko z tego powodu, nie
zabraknie w tym wątku wpisów P.T. Forumowiczów.
BONZO, WE MISS YOU!!!