cze67 24.02.05, 18:04 W tym wątku będę zamieszczał dotychczasowe recezje (płyt, koncertów) forumowiczów tego forum. Ot tak, coby się nie zapomniały. O ile to możliwe, proszę o niewpisywanie się tutaj. Chyba, że ktoś koniecznie musi... Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
cze67 Bielizna w Trójce, by piżmak31, 18.06.04 24.02.05, 18:06 Wprawdzie Kostrzewa sie nie rozebral, ale i tak bylo na co popatrzec wczoraj na koncercie Bielizny w Trojce. Po pierwsze Michał Kusz, gitara, gral takie solowki, ze podczas jednej z piosenek nie wytrzymalam i wydalam swoj charakterystyczny wysoki pisk. Z emocji. Po drugie Jarek J., ktory pod koniec koncertu sie niezle rozbujal i az powialo stara dobra Gdanska Scena Alternatywna. Po trzecie i niestety, a moze i dobrze, utwory z pierwszej plyty Bielizny brzmialy w studiu tak, jakby je napisano miesiac temu. Mialy taka sile, taki nastroj i przestrzen, ze czas im kompletnie nie zaszkodzil (chyba ze nie umiem obiektywnie ocenic, bo przeszkadza mi brak dystansu). Milosc w Jugoslawii, Kasjerka, Taniec Lekkich Goryli, Terrorystyczne Bojowki, Dr Granat zagrali swiezo, z wykopem i radosnie. Czuc bylo, ze do tych uwtorow musycy maja najwieksze przekonanie, nawet w pewnym momencie Janiszewski powiedzial, ze utwory te pochodza ze wspanialego okresy GSA. Paradoskalnie najnowsze utwory Klon, TKM, Dziwna dziewczyna sa niezle zaaranzowane i maja fajne teksty (oprocz moze TKM, ktory jest banalny i smetny w warstwie slownej), saksofonik i ciekawy rytm, brzmia juz na starcie starzej niz najstarsza Bielizna. reasumujac, szostka dla Kusza, piatka dla perkusisty, cztery i pol dla JJ a dla pozostalych chlopakow po czworce (bo grali lekko bezplciowo). I mimo wszystko chyba ta nowa Bielizna czyli W dzikim Kraju bedzie lepsza od Pani Joli. Odpowiedz Link
cze67 RADIOHEAD Com Lag, nemrrod, 24.06.04 24.02.05, 18:08 Dlaczego Japończycy są uprzywilejowani? Dlaczego co drugi wykonawca wydaje w Japonii specjalne wydawnictwa, zbiory rzadkich nagrań, a do albumów dodaje bonusowe utwory? Zastanawiam się czym na to sobie Japończycy zasłużyli. Może nie korzystają z p2p, tylko kupują mnóstwo płyt i w ten sposób utrzymują przy życiu koncerny płytowe? Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że Radiohead szykują specjalne wydawnictwo z niepublikowanymi nagraniami i remiksami, które ukaże się tylko w Japonii. Fani z reszty świata poczuli się zawiedzeni i rozczarowani, ale część nie poddała się wydając mnóstwo kasy, kupując Com Lag w sklepach internetowych (43$ na Amazonie). Okazało się jednak, że Com Lag to wcale nie zbiór rzadkich, niewydanych dotąd nagrań. Wydawnictwo ma podtytuł "2+2=5" i jest po prostu rozszerzonym singlem. Wszystkie utwory, które się na nim znalazły ukazały się wcześniej na singlach There There, Go To Sleep oraz 2+2=5. Wersja live utworu 2+2=5 to zdaje się jedyny "rarytas". Cóż z tego, skoro jest to jedynie przyzwoite, wierne oryginałowi wykonanie...A co dalej? Cenię Cristana Vogel'a. Można powiedzieć, że to on wprowadził mnie w świat elektroniki. Ale Remyxomatosis, jego remiks Myxomatosis, jest słaba. Zimny beat, jakieś stukanie, nie współgrają z wokalem. Utwór niby ma jakąś dramaturgię, niepokojąca atmosfera gęstnieje, ale dla mnie jest to nieprzekonujace. I Will (L.A. Version) - ładne nagranie w wersji unplugged, melancholijna melodia, ale od Radiohead spodziewałbym się czegoś więcej. To, że umieją grać takie piosenki to ja wiem. Lubię utwory, które znalazły się na singlu There There. Paperbag Writer - niepokojący, z ciekawą partią smyków, trochę egzotyczny, w sumie dość zaskakujący. Where Bluebirds Fly, kończący Com Lag, jest jeszcze bardziej niepokojący, mroczny, z elektronicznym beatem i wokalem, który mi kojarzy się trochę z Dollars&Cents. I Am A Wicked Child - lekko bluesowa, z harmonijką ustną. I tu podobnie jak z I Will - fajny utwór, ale jak na Radiohead... Następny jest I Am A Citizen Insane. Beat jak w koncertowej wersji Idioteque, pozytywny klimat, czekam kiedy pojawi się wokal, albo jakaś melodia. A utwór nagle się kończy... Nie jestem wielkim fanem twórczości Four Tet. A Skttrbrain, remiks Scaterbrain, utrzymany jest w bardzo fourtetowym stylu - nerwowy beat, trochę dziwnych dźwięków i charakterystczne dzwonki. Wypada to lepiej niż remiks Voglel'a. Gagging Order - ta sama historia co w przypadku I Will i I Am a Wicked Child...zwykła akustyczna ballada, nawet gorsza chyba od poprzednich. O co chodzi? Czy to jakiś żart? Czy panowie postanowili wyluzować i odciąć się nieco od swojego "intelektualistycznego" wizerunku? Czy chcieli pokazac, że potrafią jeszcze grać zwykłe piosenki? Fog to ładny utwór (ukazał się na Knives Out). Ale wersja live jest jest jeszcze ładniejsza. W ogóle utwory Radiohead zagrane na fortepianie mają swój urok. Mój typ ostatnio to Like Spinning Plates. Patrz też zaaranżowane na fortepian wersje Christophera O'Riley'a. Fog (Again) rozwija się bardzo ładnie, ale konczy jakby w połowie, trwa nieco ponad dwie minuty. A potem tylko "Goodnight everybody"....i prawie koniec. Jest jeszcze wspomniane Where Bluebirds Fly. Reasumując: 1.sens tego wydawnictwa jest dla mnie niejasny 2.nie są to jakieś super-rzadkie nagrania 3.nie są to jakieś wybitne utwory 4.jak na Radiohead są to rozczarowujące utwory 5.płyta jest niespójna, ma jakby dwa bieguny: elektroniczny i akustyczny 6.Quo vadis, Radiohead? Dziękuję za uwagę. :) Odpowiedz Link
cze67 TORTOISE It's All Around You, nemrrod, 16.06.04 24.02.05, 18:11 Na swój recenzencki debiut na Forum wybrałem płytę ważnego dla mnie zespołu, uznawanego także (przynajmniej swego czasu) za jeden z najważniejszych w ogóle, mającego na koncie jedną z ważniejszych płyt lat 90. Mowa o Tortoise. Prawie trzy miesiące temu ukazała się ich piąta (nie licząc albumu z remiksami i kolaboracji z The Ex) płyta pod tytułem "It’s All Around You". "DELIVER ME FROM SWEDISH FURNITURE!" Słowa bohatera Fight Club cisną mi się na usta w trakcie słuchania tej płyty. Dodam, że skojarzenie z IKEĄ nie jest mojego autorstwa. Do mebli tej szwedzkiej firmy porównano płytę Tortoise na Pitchforku... Może jest to przesadzone porównanie, ale jednak coś w tym jest... Nowoczesny design i skandynawski chłód, funkcjonalność i sterylność... Takie jest mniej więcej brzmienie "It’s All Around You". Syntetycznie brzmiące perkusja i bas, nie ma śladu po tej fascynującej symbiozie organicznych, analogowych i cyfrowych brzmień obecnej na debiucie czy "Millions Now Living Will Never Die". Cóż, pan John McEntire jest bardzo pewien swoich realizatorskich i producenckich umiejętności. Oczywiście można powiedzieć, że płyta jest doskonale wyprodukowana, a brzmienie dopracowane i dopieszczone do ostatniego szczegółu. "It’s All Around You" brzmi syntetycznie, cyfrowo. Ale brakuje mi tu na wpół żywego, wpół elektronicznego brzmienia charakterystycznego dla poprzednich płyt Tortoise, jak tzw. post-rocka w ogóle. Brakuje tego specyficznego "brudu" obecnego na "Standards". Brakuje świetnych, wybuchających nagle jazzujących motywów i zagrywek. W ogóle "Standards" to dla mnie album wybitny, dzieło pełne, wyznaczające nowe standardy. Na jej tle widać jak słabą i nieciekawą płytą jest "It’s All...". "Standards" to płyta barwna, dynamiczna, zmienna, iskrząca pomysłami, wybuchowa, na której słychać niesamowity potencjał, kreatywność i wyobraźnię członków zespołu. "It’s All..." jest monotonna, jednolita i spójna w negatywnym tych słów znaczeniu. Kompozycje w większości są nudne, nieciekawe, bez pomysłu. Nie oznacza to jednak, że całkiem złe. Utrzymane są na "przyzwoitym" poziomie i, jak wcześniej pisałem, świetnie wyprodukowane, w końcu to Tortoise...ale właśnie od Tortoise oczekiwałbym czegoś znacznie więcej. Właściwie to zaniepokoić powinna mnie już okładka. Idealistyczny, bajkowy, prawie kiczowaty krajobraz... Ale nie zważałem na to, zatopiony w ciepłym, uroczym, melodyjnym otwierającym płytę utworze tytułowym. Brzmi on niczym skrzyżowanie "Standards" i "TNT" – charakterystycznie brzmiąca gitara i rytm coś a'la bossa nova. Klimat i luz jak na płytach The Sea And Cake. Nie podejrzewałem, że ten utwór może być zapowiedzią czegoś złego. Oznaką zmiany stylu zespołu. Kolejny utwór "The Lithium Stiffs" brzmi jak jakiś przerywnik, wypełniacz. Cóż, można by to przeżyć, tyle tylko, że kolejne utwory brzmią podobnie! Numeru 3 wolałbym nigdy usłyszeć. Miała to być chyba muzyczna ilustracja do okładki. Jest podniośle, sentymentalnie, rzewnie, mdło. Porażka. Kolejne dwa utwory brzmią niemal identycznie, zlewają się. Jest miękko i apatycznie. Rozczarowanie. Ile można słuchać tak samo brzmiących perkusji, basu i wibrafonu? Z uśpienia i apatii wyrywa nas dopiero numer 6 "Dot/Eyes". Zaskakujący, mroczny, niepokojący, z perkusją jak w "Morning Bell" i rzężąco-skrzeczącą gitarą. To najciekawszy kawałek na płycie, z gęstniejącą atmosferą i narastającym zakończeniem. Trochę nie w stylu Tortoise, odstający od reszty - na korzyść. Potem znowu jest przeciętnie. I dochodzimy do "Salt the Skies", utworu w którym udało się wskrzesić ducha "Standards". To najlepszy utwór na płycie. Szkoda tylko, że to już koniec... Po "Standards", płycie która brzmiała momentami jak żywiołowy, spontaniczny jam, dostajemy "It’s All Around You", być może tak bardzo przemyślaną, zaplanowaną i dopracowaną, że aż pozbawioną życia, werwy i temperamentu... Szkoda, bo to nie jest mój wymarzony kierunek rozwoju tego zespołu. Odpowiedz Link
cze67 7.VI.2004-Sala Kongresowa -YES, joseph80, 7.07.04 24.02.05, 18:12 Witam, Mam niesamowitą chęć podzielić się z Wami moimi wrażeniami z koncertu Yes, który odbył się 7 czerwca w Sali Kongresowej. Długo żyłem emocjami związanymi z tym niesamowitym spektaklem, ale teraz gdy już doszedłem do siebie, mogę na spokojnie opisać ten koncert. Zarówno przed, jak i po koncercie miało miejsce kilka bardzo dla mnie miłych zdarzeń np. Spotkanie z zespołem:), ale nie będę tutaj ich opisywał. Wróćmy zatem do samego koncertu. Pierwsza sprawa która się rzuciła w oczy po wejściu na salę, dużo mniej osób niż w zeszłym roku, na szczęście w miarę upływu czasu sala zaczęła się zapełniać, co nie zmienia faktu, że była zapełniona w najlepszym wypadku w 80%. Nie zapominajmy jednak, że to był poniedziałek, a w Warszawie są STRASZNE problemy by się w nocy wydobyć z tego miasta (w tym miejscu pozdrowienia dla PKP, za brak pociągów). Niestety na polski koncert przyjechała tylko część scenografii, specjalnie zaprojektowanej przez Rogera Dean`a na tę trasę. I tak oczy fanów od pierwszych chwil cieszył widok jakiejś potężnej ośmiornicy, która swoimi mackami całkowicie obejmowała i zasłaniała perkusję White`a. W czasie gdy z głośników dobiegły mnie pierwsze delikatne dźwięki „Firebird Suite” Stravinskiego, utworu który otwiera niemal każdy występ grupy, gdy cześć widowni jeszcze sobie beztrosko rozmawiała, ta gigantyczna „ośmiornica” zaczęła powoli unosić się do góry, powoli rozchylając swoje macki;). Po chwili wyszli wszyscy muzycy, już pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, byli jacyś wyluzowani, pełni pozytywnej energii, uśmiechający się, i tak gdy kończyły się ostatnie takty Firebird Suite, zespół uderzył z grubej rury, na pierwszy ogień zagrali „Going For The One”. Mnie w tym momencie ogarnął dreszcz emocji i wzruszenia, że już 3 raz mam okazję podziwiać mój ulubiony zespół na żywo. Pierwszy utwór wspaniale sprawdził się w roli „otwieracza”, niestety brzmienie było lekko rozmyte, i w ogóle jakieś dziwne, na szczęście od utworu nr 2 wszystko było na najwyższym wspaniale, inżynier dźwięku poprawił wszystkie niedociągnięcia. No a samo G4F1, wspaniale, że miałem okazję usłyszeć jeden z moich ulubionych utworów Yes na zywo, co prawda był zagrany wolniej niż na studyjnej płycie, ale nie zapominajmy, że członkowie zespołu to już prawie 60-latkowie. Drugi utwór rozpoczął się od potężnej solówki White`a (no może mini solówki), która trwała ok. 30 sekund, a w której to po raz pierwszy użył swej nowej zabawki, mianowicie Robo-Kicks. Czyli dużych kotłów które były rozmieszczone wokół zasadniczej części perkusji, a które były elektronicznie sprzężone ze stopą bębna basowego, i przy użyciu siłowników dudniły aż miło:) , a dodatkowego efektu dodawał fakt, że uderzały one asynchronicznie!! Ta mini solówka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo, że znałem całą set listę na pamięć w tamtym momencie nie mogłem sobie przypomnieć, jakiego utworu przedsmakiem jest ta solówka, i tak wyłoniły się pierwsze dźwięki Sweet Dreams, najstarszego utworu zagranego tamtego wieczoru. Wersja wyśmienita, myślę, że trwająca ponad 6 minut. Przede wszystkim dużo mocniejsza i bardziej dynamiczna niż oryginał, a wspaniałe popisy solowe Howe`a i Wakemana spowodowały, że studyjną wersję Sweet Dreams odbieram jako dalece niedoskonałą. Oczywiście gwoli ścisłości dodam, że Anderson był jak zwykle w niesamowitej wokalnej formie, i odnieść można wrażenie, że zarówno jego jak i jego głosu, czas się nie ima;). Kolejnym utworem był utwór I`ve Seen All Good People, zagrany na dużym luzie i z dużą radością. Podczas trwania utworu w pewnym momencie zgasło światło, i zostały tylko trzy reflektory. To zdarzenie oczywiście było niezamierzone, Anderson zaczął nawoływać i machać do Ricka, którego w ogóle nie było widać, zresztą tak jak i Alana (swiatła były skierowane na Jona, Chrisa i Steve`a) , zespołowi nie zaszkodziło to w perfekcyjnym wykonaniu tego utworu, jeszcze można dodać, że Howe w pewnym momencie (tuż po zgaśnięciu świateł) podszedł do mikrofonu i zaczął wołać chyba obsługę techniczną, a w tym czasie Anderson dalej śpiewał. O właśnie, przypomniało mi się, że wokal Steve`a był głośno zmiksowany, zazwyczaj chórki są lekko wyciszone w porównaniu do głównego wokalisty, a tu Steve`a było głośno słychać, na pewno głośniej od wokalu Chrisa. Kolejnym utworem był Mind Drive, a właściwie pierwsza jego część. Wspaniałym przeżyciem było usłyszeć ten utwór na żywo, wypadł chyba bardziej przekonująco niż studyjny odpowiednik, niesamowite brzmienie basu, niemal rozdzierające powietrze w Sali Kongresowej. Myślę, że ta pierwsza część miała ok. 6 – 8 minut. Zakończenie tej części było poprzedzone kilkoma liniami wokalnymi i melodycznymi, których nie znajdziemy na wersji oryginalnej. Utwór zaczął się powoli wyciszać a publiczność usłyszała dźwięki wiatru. Ja już wiedziałem, że to South Side Of The Sky, co skwitowałem krzycząc ile sił w gardle ten tytuł, w chwilę później pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały z niewyobrażalną siłą. To był bez wątpienia jeden z najwspanialszych momentów koncertu. Ten utwór ma niesamowitą siłę, którą dopiero ukazuje wersja koncertowa. W pięknej, lirycznej, środkowej części utworu, w której słuchać fortepian Wakemana, facet siedzący przede mną głośno powiedział: to jest niesamowite!!! I to chyba jest najlepsza recenzja tego utworu, jak i całego koncertu. Lecz prawdziwa muzyczna uczta zaczęła się w ostatniej, improwizowanej części utworu, patent zastosowany już w czasie zeszłorocznej trasy. Czyli wymiana solówek miedzy Wakemanem i Howem, tyle tylko, że zdecydowania dłuższa niż w zeszłym roku. Rick podczas tych pojedynków ze Stevem po raz pierwszy zagrał na legendarnym Moogu, brzmienie na żywo tego instrumentu jest zabójcze;), te zabawy i solówki trwały ok. 3 minut, w tym czasie reszta zespołu grała w tle jeden motyw, tworząc piękny podkład, Jon grał na akustyku wspomagając rytmicznie Squire`a. Jeśli już jesteśmy przy roli Jona jako muzyka, jest ona nieoceniona dla muzyki Yes. Jego umiejętności nie są może imponujące, ale potrafi wspaniale ozdobić i urozmaicić tło, grając na gitarach, klawiszach, i niezliczonej ilości instrumentów perkusyjnych. Po tym utworze Kongresówka całkowicie oszalała, wszyscy zgotowali niesamowitą owację na stojąco. I być może właśnie dlatego, kolejny utwór Turn Of The Century wypadł jakoś tak blado, wg mnie. Może to właśnie efekt tej energii i siły poprzedniego utworu. Turn of The Century to utwór delikatny, nastrojowy, a ja jakoś nie mogłem wciągnąć się w ten klimat. Może lepszym pomysłem była by zamiana kolejnością tych dwóch, wspomnianych wcześniej, utworów. Następnie zespół zagrał drugą część Mind Drive, nieco krótszą niż pierwsza. Nie jestem pewien, ale zdaje mi się, że niektóre momenty studyjnej wersji Mind Drive zostały pominięte. Po tym wspaniałym utworze zespół zakomunikował, że zagra jeszcze jeden utwór, a następnie uda się na krótką przerwę, na ciastko i herbatę. A po chwili usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Yours Is No Disgrace. Kolejny utwór z którego obecności byłem bardzo zadowolony. Wersja mocno zmieniona w stosunku do oryginału, zdecydowanie bardziej rozimprowizowana, Howe miał tu kilka momentów w których uraczył nas wyśmienitymi solówkami. W gruncie rzeczy wersja podobna do tej która znajduje się na House of Yes, ale nieco dłuższa. I tak doszliśmy do przerwy;), która trwała ok. 20 minut, i która pozwoliła nieco uspokoić emocje i przygotować się na dalszą część tego wspaniałego show. W czasie przerwy obsługa trasy przygotowała akustyczne instrumenty, wniesiony został fortepian dla Rycha, mały zestaw dla White`a. Pierwszy się pojawił Rick, który miał króciutki popis solowy, z którego wyłonił się The Meeting. Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście taki Odpowiedz Link
cze67 Sala Kongresowa -YES II, joseph80, 07.07.04 24.02.05, 18:14 Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście taki „domowy” klimat utrzymał się przez cały akustyczny set. Tu mogliśmy się przekonać o tym jakimi gadułami i jak wyluzowanymi ludźmi są członkowie Yes. Usłyszeliśmy kilka zabawnych anegdot i oczywiście dużo porządnej muzyki. Zespół w tym secie zagrał Long Distance Runaround, Wonderus Stories (przepiękna wersja), piękny Time Is Time, Bluesową wersję Roundabout, Show Me (jaka szkoda, że ten utwór jeszcze nie został oficjalnie wydany) i bardzo fajną wersję Owner Of A Lonely Heart . White udowodnił, że potrafi grać również delikatnie i z wyczuciem, nie tylko młócić rockowo;) . Steve zagrał Second Initial w czasie którego został zniesiony akustyczny sprzęt, i tak usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Rhythm Of Love. Obawiałem się tego utworu, nie należy on do moich ulubionych, ale Yes pokazał jak wspaniale można go zagrać. Jon podczas utworu zbiegł po schodkach i kilka wersów śpiewał biegając między fanami. Trzeba obiektywnie przyznać, że podczas tej wycieczki w publiczność to raczej krzyczał niż śpiewał;), ale na ten fakt mało kto zwracał uwagę, ponieważ cała publiczność strasznie się tym podnieciła i niemal szalała z radości;). W tym utworze Steve zagrał bardzo ciekawą solówkę, nadając kolorytu temu utworowi, podobnie poczynił Rick, i dzięki temu wersja ta wydłużyła się o kilka minut w porównaniu do wersji z BG. And You And I, kolejny utwór, kolejny którego nie mogło zabraknąć. Brak mi słów by opisać piękno utworu i to co przeżywałem, gdy zespół grał AYAI. Wersja tradycyjnie z dodaną partią na harmonijce ustnej w wykonaniu Squire`a w części The Preacher The Teacher. Utwór ten miał jeszcze dodatkowe smaczki, np. dziwny powtarzający się dźwięk, którego do tej pory nigdy nie słyszałem w żadnej wersji utworu. I co ciekawe nie zauważyłem kto odpowiadał za ten dźwięk (sorry ale naprawdę nie mogę nawet spróbować go opisać, był dziwny a zarazem śmieszny, i co jakiś czas się powtarzał;), podejrzewam, że mógł go generować White na elektronicznych bębnach, lub Wakeman, ale nie jestem pewien. W ostatnich sekundach Wakeman też zagrał kilka bardzo fajnych i ciekawych dźwięków, ot taki smaczek;). Kolejny utwór Ritual, wielka muzyczna podróż trwająca ok. 30 min na koncertach. I o ile utwór zrobił na mnie piorunujące wrażenie na trasie Yessymphonic, tym razem jednak tak nie było. I nie wiem za bardzo dlaczego, może uprzedziłem się do niego gdzieś w podświadomości, w końcu tak bardzo chciałem usłyszeć na żywo Revealing Science of God, z tej samej płyty co Ritual. Nie oznacza to jednak, że utwór był wykonany źle, w żadnym wypadku. Wysoki poziom jak zwykle. W środkowej części solowe popisy Squire`a spowodowały, że serce mocniej zaczęło mi bić, jego dialog z Wakemanem. W jednej z części po raz kolejny Alan odpalił Robo Kicks. Trzeba przyznać, że trochę ten wynalazek niewykorzystany został. Może ze 3 minuty w ciągu całego koncertu. Ale z drugiej strony to wielka siła tych bębnów do innych utworów w żadnym wypadku by nie pasowała. I po Ritual pierwsze zejście ze sceny zespołu. Po chwili dużego aplauzu zespół się pojawił jeszcze raz, nawet za długo nie trzeba było na niego czekać, i zagrał Starship Trooper, utwór wspaniale spisujący się w roli zamykającego koncert. Szkoda tylko, że druga, ta bardziej luźna część nie była tak długa jak np. na Keys To Ascension, ale i tak było świetnie, każdy z muzyków miał krótki popis swoich możliwości. Tak po ok. 3 godzinach koncert się zakończył. Był to bezapelacyjnie najlepszy koncert Yes na jakim byłem. Nie oznacza to jednak, że muzycy wystrzegli się błędów każdy z nich miał jakieś mniejsze, bądź większe potknięcia, ale przecież nie są automatami bezdusznie odgrywającymi muzykę. To co w muzyce Yes najważniejsze czyli klimat, emocje, magię dostałem w pełnym wymiarze. A też co ważne Yes jest jedynym chyba zespołem potrafiącym tak zaczarować publiczność, stworzyć tak unikalną atmosferę. Jon ma rewelacyjny kontakt z publicznością, jakiego mógłby mu pozazdrościć każdy muzyk. Jeśli przyjadą za rok, również zjawię się w Warszawie. Ale mam nadzieję, że zjawią się na trasie, która będzie promowała ich nową płytę. Na pocieszenie, dla tych co byli, i dla tych co nie byli, a żałują;), w tym roku ma wyjść koncertowe DVD z trasy 35 lecia. pzdr Jos Odpowiedz Link
cze67 The Liars, Jazzgot, dziewczyna_m., 05.08.04 24.02.05, 18:16 moja przyjaciolka wlasnie stwierdzila, ze dawno nie bylam tak podekscytowana opowiadajac o czyms (przed chwila zdawalam jej relacje z tego, co dzialo sie dzis w jazzgocie) i kazala obiecac, ze napisze o powodach tej mojej ekscytacji. nie bedzie to latwe, bo to zdarzenie nie do opisania: psychodelicznie ekspresyjny ekshibicjonizm. tak w trzech slowach. a teraz w kilku wiecej ;) the liars nijak nie wpasowuja sie w ramy, w ktore dziennikarze chca ich wtloczyc - ich energia, prawie zwierzeca, zupelnie odbiega od ubranych w ladne trampki the strokes, czy white stripes. niewiele tez w tym ich pozornie chaotycznym jazgocie (coz za wspanialomyslny wybor miejsca koncertu, heh..) jest czystego punku, czy nawet punk rocka. to byl show. autentyczny show trojki indywiduuow: wysokiego i gietkiego charyzmatycznego wokalisty, obslugujacego rowniez gitare na wszystkie mozliwe sposoby niepozornego chlopaczka o nieco autystycznym sposobie bycia i nieobecnego duchem przez wiekszosc czasu perkusisty poczynajac od pierwszego utworu (i pierwszej kreacji wokalisty - czerwonego pobazgrolonego kombinezonu i stylowej szmacie w kratke na glowie), przez wspaniale partie perkusyjne pozostalej dwojki (jeden z najmocniejszych punktow calego koncertu to wlasnie panowanie nad perkusja i budowanie nia nastroju kolejnych kawalkow), az do mega-psychodelicznego finalu the liars pozostali szczerzy sobie. to na pewno. wszystko, co dalo sie wycisnac z tej ich pokreconej muzyki soczyscie splynelo na sluchaczy. pozostaje pod wrazeniem i ladunkiem tej zywotnosci i energii, ktorej brakuje strokes'om i pochodnym. mordowanie niemalze jednego motywu przeradzalo sie w niesamowicie klimatyczny trans, do ktorego odczuwania nie byly potrzebne zadne wspomagacze. szalone tance wokalisty, wygibasy, drgawki i plasy w stylu isadory duncan. szal w oczach (chyba tak mu na imie) juliana, ktory za swoim sprzetem wygladal jak latynoska dziwka zagubiona gdzies pomiedzy brudem riffow kolegi a pojekiwaniami na wokalu. i kontrastujace z tym odciecie od reszty swiata wypisane na twarzy pozornie najspokojniejszego z calej trojki. takiej muzyki opisac nie sposob - bo i nie o muzyke tak naprawde chodzi. oni na plycie brzmia inaczej. czy lepiej? zastanmy przy inaczej. tutaj chodzilo raczej o totalne zespolenie pomiedzy wizja wykonawcy a odbiorca. i to nastapilo, przynajmniej w moim przypadku. mozna tanczyc jezioro labedzie perfekcyjnie technicznie, ale gdy brakuje w tym czegos z wnetrza, dostajemy tylko poprawnie wykonana sekwencje krokow. podobnie jest z muzyka: mozna grac swietne technicznie pokazowki bez serca, ale zagrac takie pozorne nieudacznictwo, taki chaos i balagan, rozgardiasz, zgielk i poplatanie dzwiekow i styli to dopiero sztuka. musze przyznac, ze taka akrobacje muzyczne w wykonaniu panow z brooklinu baaardzo mi odpowiadaja :))) Odpowiedz Link
cze67 Čechomor, Jaz Coleman "Promeny", mmakowski 24.02.05, 18:18 Zaczęło się od tego, że Jaz Coleman, znany głównie jako wokalista i klawiszowiec postpunkowo-nowofalowej grupy Killing Joke, przyjechał do Pragi koncertować. W hotelu, w którym się zatrzymał, skąpili na prawa autorskie za elevator music, więc zatrudnili Karela Holasa, żeby na skrzypcach przygrywał gościom jeżdżącym między piętrami. Colemanowi tak się spodobały ludowe melodie Holasa, że z miejsca, jeszcze zanim wysiadł z windy, zaproponował mu nagranie z orkiestrą symfoniczną. Tak na prawdę było zupełnie inaczej, ale równie dobrze mogło być właśnie tak Odpowiedz Link
cze67 GOLDFRAPP "Black Cherry", pagaj_75 24.02.05, 18:19 GOLDFRAPP "Black Cherry" (2003) Z oceną tej płyty wielu słuchaczy i recenzentów ma pewien, dość spory problem. Przyznam się, że ja również. Może to się wydawać dziwne, zważywszy, że to całkiem udany album. Dość jednorodny stylistycznie, nie sprawiający wielkiego problemu z zaszufladkowaniem. Już okładka stanowi zapowiedź tego co zawiera krążek. Wokalistka Alison Goldfrapp w stroju kabaretowo-karnawałowym spoglądająca zalotnie ze zdjęcia sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z muzyką typowo imprezową, jeśli można tak to nazwać. I rzeczywiście. Od pierwszych dźwięków "Crystalline Green" atakuje nas miarowy, taneczny rytm automatu perkusyjnego i odrobinę zgrzytliwe brzmienia syntezatorów analogowych. Jeszcze wyraźniej stają się one słyszalne w singlowym "Train". Drugi z singli, "Strict Machine", zdaje się wprost i bez zbytniego zażenowania zdradzać główną inspirację dla muzyki z tej płyty. A jest to mianowicie disco lat siedemdziesiątych, zwłaszcza piosenki Donny Summer, której wpływ na śpiew Alison właśnie w tym utworze słychać najwyraźniej. Jednak muzyka nie brzmi archaicznie, wręcz przeciwnie. Mamy więc tu mieszankę prostych, ale porywających rytmów, elektronicznych brzmień, niezłych melodii oraz seksu (w tekstach i głosie Alison). Wszystko to powoduje, że możnaby uznać ten album za całkiem niezły przykład nowoczesnego popu, idealnego do zabawy ("Train", "Tiptoe", "Twist", "Strict Machine"), jak i do słuchania w zaciszu własnego domu ("Black Cherry", "Forever"). W czym więc problem, o którym wspomniałem na początku? Ano w tym, że ci sami Alison Goldfrapp i Will Gregory popełnili trzy lata wcześniej płytę "Felt Mountain". Płytę przepiękną, emanującą jedynym w swoim rodzaju nastrojem, kojarzącą się bardziej z zimową wyprawą w góry, niż z karnawałową prywatką. Płytę będącą absolutnym przeciwieństwem "Black Cherry". Tak dramatyczna i niespodziewana zmiana stylistyki powoduje, że ci, którzy pokochali Goldfrapp za "Felt Mountain" odrzucają "Black Cherry" z obrzydzeniem, na otarcie łez odsłuchując z niej od czasu do czasu "Deep Honey" i "Hairy Trees", jedyne przebłyski dawnego brzmienia. Natomiast ci, do których mogłaby trafić, czyli fani naprawdę dobrego popu z ambicjami, tudzież klubowych brzmień, i tak ją lekceważą zajęci swoimi ulubieńcami. Smutne to, bo, jak wspomniałem, jest to naprawdę całkiem udany kawałek muzyki. Odpowiedz Link
cze67 Daydream Nation - Bella Vendetta, janek0 24.02.05, 18:20 Jejku, jaka dobra płyta ! I w dodatku jak fajnie się zespół nazywa ! Nie mają wprawdzie nic wspólnego z Sonic Youth, bo muzycznie to zupełnie inny kontynent, ale to nic nie szkodzi. Płyta jest znakomita w swoim rodzaju, i nic nie szkodzi nawet to, że ten rodzaj jest już nieco zapomniany. Możnaby może nawet powiedzieć, że ta płyta jest neo, albo nu. Oczywiście, gdyby nie to, że "nu-shoegaze" (albo, hehe, shoegaze revival) brzmi jakby trochę głupawo. Tak czy siak, Bella Vendetta to podobno druga płyta Daydream Nation, i z całą pewnością jest to płyta w najlepszej tradycji takich zespołów jak Ride, Slowdive czy My Bloody Valentine - ciągnące się gitary, "ściany gitarowe", przyjemnie pulsująca sekcja, lekka psychodelia. W sieci widziałem też porównania do Oasis (attn. kol. Ilhan), chyba jednak troche nietrafione. Faktem jest, że bardzo przyjemnie się tego słucha, nawet jeśli takie płyty mieszczą się w kategorii muzyki łatwej i niezbyt skomplikowanej. Wydała to wydawnictwo wytwórnia pt. Elephant Stone (słyszeliście o takiej ? bo ja nie), a członkami zespołu są min. niektórzy osobnicy z Brian Jonestowm Massacre (słyszeliście o takim czymś, mam nadzieję ?). A morał jest taki, że szanowna publiczność zainteresowana rzępoleniem w stylu brytyjskim (bo DN jest z Kanady) powinna się koniecznie zapoznać. Odpowiedz Link
cze67 RADIAN - Juxtaposition, nemrrod 24.02.05, 18:22 Oto jest - moja płyta roku 2004. Już nie pamiętam, by jakaś rzecz tak mnie zachwyciła samym brzmieniem. A tylko tyle dało się wychwycić z tych kilkuminutowych fragmentów, które znałem dotychczas. Przy pierwszym, pobieżnym przesłuchaniu można pomyśleć, że ta muzyka to po prostu post-rockowa klisza. Można zarzucić, że zastosowano tu typowy, zużyty już postrockowy schemat - bas, perkusja plus różne elektroniczne efekty, tła, szumy. Ale ważne jest kto po te schematy i narzędzia sięga i w jaki sposób je wykorzystuje. A Radian to bynajmniej nie debiutanci. Trzech wiedeńczyków zasłużyło się już na polu eksperymentalnej elektroniki. Wydawali w niemalże kultowej austriackiej wytwórni Mego, działają w wielu pobocznych projektach, kolegują się z Fenneszem itp... Ważna jest naturalnie również osoba producenta. A jest nim nie kto inny jak John McEntire, którego przedstawiać chyba nie muszę ;-) McEntire jest niewątpliwie zdolnym producentem, co bardzo chciał udowodnić na ostatnim albumie swojej macierzystej formacji - Tortoise. Cóż, nie do końca mu się to udało. Bliski byłem posądzenia McEntire'a o megalomanię i zbytnią wiarę we własne umiejętności ;-) Tym razem jednak McEntire nie przesadził z produkcją. A nawet udało mu się zrehabilitować. "Juxtaposition" to chyba najlepiej wyprodukowana i najlepiej brzmiąca rzecz jaką ostatnio słyszałem. Elektroakustyczne brzmienie jest dopracowane w każdym szczególe, każdy dźwięk, czy to wydobyty z "maszyny", czy z "żywego" instrumentu, sprawia wrażenie dokładnie przemyślanego. Wszystkie składniki i proporcje są idealnie wyważone. Żywe instrumentarium (za które odpowiedzialny był McEntire) idealnie współgra z precyzyjnymi, detalicznymi elektronicznymi tłami i inkrustacjami. Transowy rytm, minimalistyczne linie basu i noisowy zgiełk, cyfrowy szum - wszystko wspaniale zrównoważone. Oczywiście słychać tu echa wczesnego Tortoise. Tyle tylko, że charakterystyczna medytacyjno-transowa aura została przeniesiona przez Radian na współczesny grunt, na grunt nowej elektroniki. Mgliste brzmienie zostało zastąpione krystalicznie czystą, przejrzystą, wyrazistą cyfrową produkcją. Analogowe plamy dźwiękowe zastąpiono tysiącem drobnych detali. O tym, że Radian przynależy do świata nowej elektroniki najlepiej świadczy wspaniały, wybuchający nagle utwór "Ontario", kojarzący mi się chociażby z produkcjami Fennesza czy Tima Heckera. Perkusyjno-basowe pasaże zatopione w cyfrowych szumach, zasypane cyfrowym piaskiem tworzą zimny, sterylny krajobraz, co stanowi znacznie ciekawszą i bardziej wartościową przeciwwagę dla ciepłych i rozlazłych pejzaży z "It's All Around You". Tortoise zawiedli, na szczęście jest Radian :-) Odpowiedz Link
cze67 Sunday All Over the World - Kneeling at the Shrine 24.02.05, 18:34 - pagaj_75 Dziwna z nich para. Ona - ekstrawetyczka, urodzona gwiazda, piosenkarka, aktorka, prezenterka telewizyjna. Najwyraźniej bawi ją sława jaka otacza ją w rodzinnej Wielkiej Brytanii. On - ponoć chłodny, trudny, nieprzystępny, z wielką niechęcią udzielający wywiadów. Wyraźnie irytuje się gdy ktoś nazywa go gwiazdą. Ona na początku kariery była kojarzona z punk rockiem, choć trzeba przyznać, że raczej był to punk wygładzony, jakby przylizany, popowy. Za nim ciągnie się (mimo wielu prób odżegnywania się i zmian image'u) nieprzyjemny, zwłaszcza w Anglii, zapach rocka progresywnego. A jednak muzyka ich połączyła i od 18 lat są małżeństwem. Jednak przez te wszystkie lata Toyah Willcox i Robert Fripp, bo o nich mowa, zrealizowali tylko jeden, krótkotrwały zresztą, wspólny projekt. Ich zespół, który początkowo nazywał się Fripp Fripp (że niby taka aluzja do państwa Fripp) i został szybko przemianowany na Sunday All Over the World, powstał pod koniec lat osiemdziesiątych i z mniejszymi lub większymi przerwami działał (głównie koncertowo) do roku 1991, kiedy to ukazała się jej jedyna płyta, "Kneeling at the Shrine". W zespole oprócz pani (wokal) i pana F. (oczywiście gitara) grali Trey Gunn na sticku (na kilkanaście następnych lat miał się on stać nierozłącznym współpracownikiem Frippa) oraz perkusista Paul Beavis. Fripp od końca lat siedemdziesiątych lubił straszyć swoich fanów zamiarem nagrania płyty z muzyką pop. I w pewnym sensie robił to, jednak na swój własny, przewrotny sposób. Bawił się tą konwencją i naginał ją do własnych potrzeb i upodobań, co owocowało płytami popowymi, które za cholerę nie brzmiały jak pop. Taka już była jego solowa płyta z 1979 roku, "Exposure". Takimi próbował również uczynić płyty King Crimson w latach osiemdziesiątych. Jednak to muzyce z "Kneeling at the Shrine" chyba najbliżej do nazwania mianem popu. Choć oczywiście trudno tu mówić o jakiejkolwiek komercjalizacji, czy puszczaniu oka do publiczności. Takie przypuszczenia szybko rozwiewa już pierwsze przesłuchanie tego albumu. Muzycznie Fripp pozostaje tu w kręgu tego, co robił w latach osiemdziesiątych, czyli jego własnej odmiany nowej fali. Jednak zdecydowanie mniej tutaj rytmicznych łamańców, tak charakterystycznych dla King Crimson czy League of Gentlemen. Większość utworów trzyma się zaskakująco sztywno metrum 4/4. Jednak nazwisko Fripp zobowiązuje. Płyta, która teoretycznie powinna być przystępna dla zwykłego zjadacza chleba, zawiera niesamowitą dawkę dość mocno pogmatwanych melodii, tekstów dalekich od popowej sztampy, zróżnicowanych nastrojów i wirtuozerskiej gry wszystkich muzyków. Fripp jak zwykle czaruje niezwykłymi solówkami, Gunn po raz pierwszy publicznie błyska swym wielkim talentem, a Beavis pokazuje, że nie trzeba zaraz wymyślnych podziałów metrycznych, żeby wykazać się pomysłowością w stukaniu w garnki. Same kompozycje również wydają się udane. Od rozpoczynającego płytę, pełnego typowo frippowskich zagrywek "Sunday All OVer the World", przez krótki (choć wzruszający, zwłaszcza w ostatniej minucie) "Blue Bruise Tattoo", czarujący niepowtarzalnym nastrojem utwór tytułowy, przebojowy (!) "Don't Take It Away", połamany rytmicznie (ach, to metrum 5/4) "Strange Girls", fajnie bujający "Answered with a Smile", po wolny, mocno osobisty, kończący "Freedom" - nie ma tu właściwie słabych, wyraźnie odstających od reszty, punktów. Jednak wszystkich to przyćmiewa głos pani Willcox. Głos, który z jednej strony nieodparcie kojarzy mi się z Lizą Minelli (tak tak), ale z drugiej mający też coś z timbre'u Elizabeth Fraser czy Anneli M. Drekker, a nawet odbrobinę Kate Bush. Jej śpiew potrafi brzmieć raz słodko, cicho i przyjemnie, by zaraz stać się podniosłym i lekko demonicznym. Do tego dochodzą teksty, które Toyah napisała samodzielnie i w całości, o mocno feministycznym zabarwieniu. Warto posłuchać tej płyty choćby dla samej pani Fripp. Sporo entuzjastów twórczości Roberta Frippa nawet nie słyszało o tym albumie, a jeśli nawet, to nie dotarli do samej muzyki. A szkoda, bo to naprawdę udana płyta. I szkoda również, że skończyło się na jednej. Ale wtedy już Fripp myślał o reaktywacji King Crimson. "Kneeling at the Shrine" do historii nie przejdzie, ale mimo to bardzo przyjemnie słucha mi się tych piosenek. Odpowiedz Link
cze67 Slipknot, Vol.3 - jam_niczek 24.02.05, 18:36 Na początek: płyta jest tak samo beznadziejna jak "Slipknot" i "Iowa"; spodziewałam się, ze może będzie się to nadawało do słuchania na trzeźwo, ponieważ producentem jest Rick Rubin (Slayer, Red Hot Chili Peppers --> można nie lubić, ale nie można nie doceniać). Okazało się, że moje czternastoletnie znajome jednak nie do końca znają się na tym, co uwielbiają: wydawnictwo zostało określone jako genialne. Na płycie panuje totalny chaos, ale w sumie to dobrze: nie można się nawet zorientować czy to jest nagrane równo ;) Zaczęło się od „Prelude”. Gitara jakby z czegoś zerżnięta (jak się o 2 w nocy obudzę to sobie przypomnę z czego). Jedynym plusem tego nagrania jest jego tępo: wolne. Przez co byłam w stanie odróżnić utwór od następnego. Przynajmniej w miarę spokojnie było, to mnie tak nie drażniło: potem mamy dwa utwory, w których słyszymy sam łomot i darcie ryja (więcej nie pamiętam). A kiedy już przyzwyczajamy się do tego krzyku, wokalista funduje nam nieudaną podróż w rejony Linkin Park. Następnie „Duality”. Zapamiętałam tytuł, bo u znajomej w tv na vivie to leciało z 4 razy na dzień :/ Przeżyłam. W sumie to chyba najlepszy utwór na tej cudownej płycie, ale może to sprawa speców od marketingu, którzy polują na biedne czternastolatki takie jak ja? Potem mamy łomot przeplatany ze śpiewem w stylu Backstreet Boys (było cos takiego, czy mi się zdaje?). Niestety panowie ze Slipknot na balladach się nie znają (a na czymś się znają?) i drugiego Don't Cry nie stworzyli. Czasem Corey Taylor (jak dobrze mieć pod ręka najlepszą gazetę w Polsce – po Bravo i Filipince - Teraz Rock) próbuje szeptać ale to mu również nie wychodzi. Muzyka jest bez składu i ładu, balladki są do przetrawienia (po dwóch piwach) ŕ ja piwa nie pijam bom niepełnoletnia ;) Z tej płyty zapamiętałam cztery utwory: Prelude, Duality i Circle, i Vermilion. Nie są lepsze, ale jakoś się z tego chaosu wyróżniają. Pewnie nawet pomyliłam tytuły, ale i tak nie ma różnicy, więc po co przepłacać. Za darmo można sobie posłuchać mojego sąsiada, którego nie stać na porządną wiertarkę i wierci w tych cudownych ścianach w bloku tym syfem z hipermarketu. Co do płyty to więcej nic nie mam, bo (prawie) wszystkie utwory są takie same (ale jak spece w Bravo Ci wmówią, ze świetne i będziesz tru metalem, to nie masz wyboru: kupuj w ciemno). Nie analizowałam dokładnie tekstów, gdyż nie pozwala mi na to średnia znajomość języka angielskiego, ale czytając je, nie zauważyłam „perełek” w stylu „People=Shit”, więc można stwierdzić, że panowie poczynili pewien postęp. I teraz uwaga do zespołu: po co im dziewięciu muzyków?! Ja tam słyszę czterech, przy bardziej rozbudowanych kompozycjach (?!) ewentualnie pięciu. Nie no wiem, ze Iowa to biedny stan, sami rolnicy i chłopcy nie mieli zajęcia, ale np. mogliby pracować na kombajnie, albo traktorze. Niech się nie męczą w tych maskach, bo im się pryszcze jeszcze porobią czy coś. A w ogóle, to ktoś (w Teraz Rocku? nie wiem, nie chce mi się czytać całej wkładki) stwierdził, ze to marna kopia Slejera: przynajmniej tak brzmi w niektórych momentach. Mylił się.... to brzmi jak odgłosy pracy w kamieniołomie. A w ogóle to zajefajny zespól i zajefajna płyta, a ja jestem totalnym ignorantem i się nie znam. Bądźmy tru, słuchajmy Slipknota i AVE SATAN! ;) Odpowiedz Link
cze67 The Secret Machines: Now Here Is Nowhere 24.02.05, 18:38 - ilhan Wszystko wskazuje na to, że to jedna z najważniejszych płyt tego roku. Poznałem ją kilka dni temu i od tej pory słucham po kilka razy dziennie. Trio to gra długie, niebanalne, momentami rozjechane (przez to przywołujące skojarzenia z wykonawcami spod znaku shoegaze jak My Bloody Valentine czy Ride) kawałki gitarowe, ocierające się też o stylistykę Radiohead czy The Cooper Temple Clause (notabene wg mnie ciekawiej niż robią to ci drudzy).Trafiają się elektroniczne smaczki. Ogólnie jest w tej muzyce dużo przestrzeni, ale że przy tym, jak trzeba, to The Secret Machines nie boją się tych gitar używać, bywa też głośno. Całość tworzy kapitalną całość, choć już pierwsze dwa utwory, dziewięciominutowy, potężny, transowy "First Wave Intact" (niesamowita jazda zaczyna się tuż przed siódmą minutą, kiedy wchodzi chórek, by po chwili ustąpić miejsca narastającemu hałasowi) i dysponujący przepięknym refrenem "Sad And Lonely" robią kolosalne wrażenie. A potem jeszcze siedem nie mniej ciekawych kompozycji kończących się znów długaśnym, wielowątkowym utworem tytułowym - łącznie wszystko trwa 50 minut. Polecam wszystkim. Odpowiedz Link
cze67 Lamb, Sheperd's Bush Empire - dziewczyna_m 24.02.05, 18:40 13.09.2004 w shepherd's bush na prawie-przedmiesciach grywali wielcy (bowie na przyklad), a takze prawie wszyscy popularniejsi ostatnimi czasy grajkowie wszelkiej masci i gatunku (poczawszy od oasis, przez radiohead, bluetones, a nawet jakies anastacie i tym podobne kiszki) tym razem grali lamb. koncert zaczal sie od swietnego supporting act, ktorym okazala sie byc nieznana mi wczesniej grupa lucky four. graja fajnie, taki britpop lamany przez altcountry, jesli mialabym to jakos zaklasyfikowac. jak gdzies dorwiecie jakies ich nagrania, to prosze o kontakt:) ale do rzeczy. glowna czesc - czyli wystep gwiezdy wieczoru rozpoczal sie od pokazu okolo polgodzinnej animacji laczonej z normalnymi zdjeciami, lekko psychidelicznej, happeningowej - trudno opisac o czym, duzo symboliki, dowcip, ironia, no i jako soundtrack muzyka lamb. po tym pokazie, zdjeto ze sceny gigantyczny ekran i weszli na nia po kilku minutach muzycy lamb. jedyne na o mnie stac w tej chwili to stwierdzenie: bylo zajebiscie. nie myslalam, ze tak dobrze moze brzmiec na zywo "gabriel", tego, ze "gorecki" zabrzmi genialnie sie spodziewalam... wokalistka byla nieomylna w kazdej nucie, swietnie modulowala glos, bardzo zywiolowo reagowala na muzyke, tanczac w powloczystej spodnicy po scenie. koles odpowiedzialny za olbrzymiaq konsole, klawisze i jakies bebny byl przepelniony energia totalnie. podobnie basista, ktory swietnie dawal czadu, zmieniajac co jakis czas bas na kontrabas. polecialo mnostwo wspanialych kawalkow, koncert trwal dlugo (mniej wiecej 2h, bez filmiku)... szczegolnie utkwilo mi w pamieci " heaven" i "all in your hands" Odpowiedz Link
cze67 Lech Janerka w Dekadzie - pizmak31 24.02.05, 18:41 14.09.2004 00:42 Wow, Lech Janerka wyszedl na scene w teszircie zielonym, bojowkach maskujacych, czarnej czapeczce na glowie i okularkacg lenonkach w kolorze czarnym. Zona Bozena, mlodsza z kazdym rokiem, siedziala w wdziekiem przy wiolonczeli ubrana na bialo-czarno. No i zagrali. Fajnie, bo bylo pol na pol Klausa Mittfocha i solowych plyt. Bardzo dynamicznie i z wykopem. Bylo wsystko co najlepsze: ewo, rewo i ja, ogniowe strzelby, konstytucje, mul pancerny, paragwaj, wyobraz sobie, ze zawsze masz czas, lola, strzez sie tych miejsc. Janerka w swietnej formie, pod koniec - a koncert byl z przerwa, o ktorej Janerka powiedzial, ze nie spotkal sie jeszcze z czyms takim, ale okej - lekko juz wariowal, kiedy wszyscy razem spiewali: spij aniele moj, bez kolacji. Bisy byly dwa i bylby trzeci, gdyby nie to, ze Janerka wyszedl bez okularow i powiedzial, ze ma juz tyle lat ile wszyscy tu razem wzieci i ze po prostu jest zmeczony. Publika odspiewala mu jeszcze przez 5 minut refren z Jezu, jak sie ciesze i koncert sie skonczyl. Gral dwie godziny i naprawde bylo to bardzo dynamiczne i swieze. Zalowalam, ze nie ma Niewalczyka i Wszyscy inteligentni meszczyzni i ze za malo zagral utowrow z Piosenek, ale coz..... Na koniec o publicznosci. Do Dekady podobno wpuszcza sie osoby powyzej 25 roku zycia, wiec na sali byli sporo adekwatnych menadzerow, ktorzy to .... uwaga.... zamawiali sobie w czasie koncertu placki ziemniaczane ze sosem lub tez ziemniaki podsmazane z kotletem. I sluchajac Janerki zarli, ruiszajac rytmicznie glowami. Kilka wiekow temu pewnie byli alternatywna mlodzieza, ale niewiele z nich pozostalo. Jeden z takich menadzerow, podjadlszy sobie zdrowo, robil zdjecia przy pomocy telefonu komorkowego. Myslalam, ze umre ze zgrozy. Ja nawet lyka piwa przez koncert nie moglam wypic tak sztuka przejeta bylam, no ale coz.... Chcialam wyrazic podziekowania Ilusiowi, ktory zawiadomil mnie o koncercie i wyrazic ubolewanie, ze Pan Nefil nie dotarl. Darz bor Odpowiedz Link
cze67 buckley, grace (legacy edition) - dziewczyna_m 24.02.05, 18:42 nastroj mam do bani dzis, wiec postanowilam podzielic sie z wami moimi odczuciami na temat rozszerzonej wersji debiutu jeffa buckleya, ktorego wydanie mialo miejsce w tym roku. wlasciwie napisze chyba glownie o dodatkowym (muzycznym, bo mamy jako trzecia plyte dvd, ktorego jeszcze nei widzialam) disc two, bo podejrzewam, ze disc one, czyli po prostu grace jest znane mniej lub bardziej wszystkim. zaczyna sie od pieknego utworu "forget her", nagranego podczas "grace sessions" w '93 roku i slychac spojnosc z klimatem "grace". zostala usunieta z pierwszego wydania grace (podobno z powodow osobistych) i zastapiona rownie niesamowitym "so real". po "forget her" dostajemy w prezencie tzw alternative take kawalka "dream brother" - jest to wczesna wersja tego utworu, z nieco innym tekstem. "lost highway" to cover hanka williamsa, ktory potwierdza, ze buckley posiadal wrodzona zdolnosc do znakomitego wychwytywania nastroju nawet nie-swoich piosenek - tak, ze wlasciwie piosenki te przylegaja do niego i czlowiek nie potrafi juz sobie wyobrazic innej wersji, niz buckleyowska. "lost highway" to bardzo ladna ballada, z linia melodyczna typowa dla gatunku country. buckley fajnie modeluje tu glos tak, ze dopasowuje sie do konwencji. gitara, choc gra motyw country, brzmi troche jak w "last goodbye". "aligator wine" zaczyna sie oszczedna bluesowa gitara i suchym perkusyjnym rytmem, by zaraz ustapic miejsca dziwnie dracemu sie wokaliscie. mimo swego rodzaju dziwacznosci brzmienia wokalu, buckley sprawia wrazenie goscia, ktory dobrze sie bawi, odgrywajac przed sluchaczem jakas role, zgrywajac sie raczej, niz majac na mysli cos na serio. kolejny cover to "mama you been on my mind" to wyraz uwielbienia i podziwu, jakim buckley darzyl dylana. to taka typowa dylanowska ballada, pol spiewana, pol mowiona, oszczedna instrumentalnie, bardzo kameralna. kolejny utwor to rowniez buckleyowska interpretacja czyjegos utworu - a dokladniej antyrasistowskiego bluesa autorstwa bukki white'a (sorry za te odmiane, ale nie jestem lingwista;) ). glos znow dopasowany do stylistyki, tym razem typowo bluesowej, z surowa gitara akompaniujaca. "the other woman" to takze kawalek pierwotnie wykonywany przez przedstawicielke gatunku jazz-blues, czyli wielbiona przez buckleya nine simone. utwor delikatny, smutnawy, nastrojowy, jeff buduje klimat wlasciwie samym glosem, gitara poczatkowo jest prawie nieslyszalna. momentami prawie-wokalizy buckleya przypominaja spiewanie dziecku kolysanki. potem nastepuje czternastominutowy "kanga-roo" , stosunkowo ostry, szeroki, rozwijajacy sie stopniowo, podobnie, jak "so real", z tym zapetlaniem sie gitarowego motywu wokol niewidzialnej osi. "i want someone badly" ma piekne chorki i rzadko spotykane u buckleya deciaki w tle. utowr zupelnie z innej bajko niz utwory z pierwotnego nagrania "grace", ale, o dziwo, zupelnie nie przeszkadza to w odbiorze, wrecz znakomicie urozmaica. poza tym, podkresla zdolnosci wokalne buckleya i umiejetnosci kameleona roznych gatunkow muzycznych, w ktorych czuje sie rownie dobrze, jak w kawalkach typowych dla siebie. nastepna jest tzw road version "eternal life", nagrana po ktoryms wystepie live jako druga wersja utworu z "grace". "kick out the jams" to ostry kawalek, z zachrypnietym buckleyem na wokalu, krotki, soczysty, punk-rockowo brudny. zaraz po nim nastepuje lekko zhinduizowany mix "dream brother". swoja droga, bardzo ciekawy. disc two legacy edition konczy "strawberry street" - znow ostre, brudne gitary, buntowniczy wokal - taki buckley tez jest wspanialy, choc zupelnie inny niz na "grace", "last goodbye" czy "mojo pin". Odpowiedz Link
cze67 Mark Knopfler - " Shangri-La " - ihopeyouwilllikem 24.02.05, 18:43 Przesluchalem wlasnie kilka utworow z nowej plyty Marka ( nie mam dzis juz czasu na cala, jutro to zalatwimy ), i tak sie zastanawiam, jak to sie dzieje, ze ten pan moze kolejny raz sprzedac to samo, a i tak tylu ludzi bedzie oczarowanych ? Zadnych rewolucji, zadnych eksperymentow, zadnych zmian, zadnych poszukiwan, zadnych zaskoczen ( oczywiscie przypominam, ze nie sluchalem jeszcze calej plyty, ale mam dziwna pewnosc, ze reszta jest taka sama ). Ale wciaz ta sama gitara ( rozpoznawalna po pierwszej sekundzie ), i wciaz ten sam glos... I niewazne, czy zwrocimy uwage na porywajacy riff " Boom Like That ", czy wzruszymy sie, slyszac direstraitsowe klawisze w " Everybody Pays ", czy tez zatanczymy w latynoskim stylu " Postcards From Paraguay "... Niewazne. Wazne, ze On wrocil, ze wciaz gra to, co podpowiada mu serce, nie zwracajac uwagi na reszte swiata, listy przebojow i nowe trendy. Wielkie thx Mark. Jestes wielki. Odpowiedz Link
cze67 Czechomor w Londynie - mmakowski 24.02.05, 18:46 04.10.2004 19:49 Dnia drugiego listopada wybralem sie do klubu Spitz, mieszczacego sie przy Commercial Street. Na parterze miesci sie dosc obskurna knajpa, ja swoje kroki skierowalem na pierwsze pietro, gdzie w nieduzej salce ze scena po srodku mieli grac. W niedlugim czasie w salce zgromadzilo sie ok. 200 osob, w przewazajacej wiekszosci poslugujacych sie jezykiem czeskim. Na poczatek wystapila jakas panna, ktora ciekawy, jasny glos rownowazyla monotonia wykonywanych utworow oraz kiepska gra na gitarze i fatalna na harmonijce. Towarzyszyl jej statysta przygrywajacy na bebenku, flecie, saksofonie i jeszcze jakichs malo ciekawych rzeczach. Kolejny punkt programu stanowili chlopcy grajacy folk-grunge. Folkowe byly skrzypce i podzialy na 3, grungowe akordy, linia basu i image grupy Odpowiedz Link
cze67 Nils Petter Molvaer w Filharmonii Narodowej 24.02.05, 18:47 - pagaj_75, 11.10.2004 Moim zdaniem - znakomity koncert. Nawet jeśli wziąć pod uwagę dziwne uczucie, że połowa dźwięków leciała z zaprogramowanego wcześniej laptopa, przy którym dzielnie klikał Nils Petter. Nie będę wymieniał tytułów, bo szczerze: słabo je kojarzę. W dodatku, najwyraźniej poszczególne utwory mocno się zmieniły w porównaniu z wersjami z płyty... Co do zespołu - razem z Piżmakiem byliśmy zgodni: rewelacyjny perkusista (no wybijał jakieś szamańskie, plemienne rytmy, a i trochę drum'n'bassu w czasie rzeczywistym :)), didżej, której zmieniał płyty jak szalony, przez co tak naprawdę nie wiadomo co z tych płyt tak naprawdę dobiegało naszych uszu, no i pan miotający się przy konsoletach (to jakieś nowoczesne pomysły, żeby dźwiękowca dawać na scenę, żeby sobie chłopak potańczył :)) Brakowało mi gitarzysty, który na płytach grał tak zjawiskowo momentami. Główny bohater w formie, biegał od z trąbką laptopa do mikrofonu i z powrotem, sprzęgał tą trąbkę z jakimś syntezatorem, no dużo hałasu robił generalnie :) Teraz wady: zdecydowanie za krótko, mógł być jeszcze jeden bis (choć ten jedyny był powalający), no i ta filharmonia. Taki koncert jednak lepiej wypadłby w jakimś klubie. Jedyna zaleta tego miejsca to bardzo dobra akustyka - słychać było nawet trzaski winylu :) Trochę sztywna, filharmonijna organizacja, włącznie z tymi kwiatami na koniec dla Molvaera (mocno się chyba zdziwił), no i sztywno ustalonym czasem koncertu. - i piżmak31 No wiec tak, dla mnei 2/3 koncertu rewelacyjne, 1/3 po prostu nuda, czyli te dwa dluuuugie utwpry chyba antywojenne z glosem Busha jeden, a drugi - z glosem jakiegos Irakijczyka. Dluzyzna i nuda. Poza tym, jak sie zgodzilismy z Pagajem, to nie jest koncert na filharmonie, mimo, ze byly swietnie swiatla, ale kompletnie nie ta atmosfera. Swietny, porywajacy bis, tu tez jest zgoda, mnie troche nie usatysfakcjonowal Maly Indianin - to taki sztandarowy utwor Nilsa, co nawet jego video jest na stronie internetowej, zabrzmial mniej magiczniej niz sie go slucha z komputera i troche byl jakis taki za krotki. W ogole granie muzyki na trabce i laptopie jest dla mnie dyskusyjne i brakuje mi tam szalu tworczego, eskatazy, przejecia. ale moze ja juz stara jestem. Generalnie koncert na cztery plus, ale nigdy juz nie pojde do filharmonii. Odpowiedz Link
cze67 Linki do recenzji 25.02.05, 15:05 Zgodnie z sugestią kolegi mmakowskiego, podaje linki do recenzji, bo może ktoś będzie chciał się do nich odnieść. Bielizna by piżmak: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13537688 Radiohead by nemrrod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13692810 Tortoise by nemrrod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13491865 Yes by joseph80: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14024218 The Liars by dziewczyna_mickiewicza: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14705109 Cechomor by mmakowski: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14719217 Goldfrap by pagaj_75: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13804947 DaydreamNation by janek0: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18133091 Radian by nemrrod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18282730 Sunday All Over The World: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15025890 Slipknot by jam_niczek: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15054109 The Secret Machines by ilhan: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14838481 Lamb by dziewczyna_mickiweicza: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15726622 Lech Janerka by pizmak31: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15746794 Buckley by dziewczyna_mickiweicza: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16126023 Mark Knopfler by ihopeyouwilllikem: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16177854 Cehomor (koncert) by mmakowski: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16387430 Nils Petter Molvaer by pagaj_75 i pizmak31: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16572872&wv.x=1&v=2&s=0 Uff... Nastepne recenzje będą już zawierały linki. Odpowiedz Link
cze67 I Am Sam - dziewczyna_mickiewicza 25.02.05, 15:23 "i am sam" to tytul znakomitego filmu z seanem pennem. filmu, ktory wzruszyl mnie wlasnie po raz enty (nie wiem, juz przestalam liczyc). ale, choc to film wspanialy i moglabym o nim napisac duzo, nie o filmie bedzie, a o muzyce w nim wykorzystanej. na soundtracku do "i am sam" znajduja sie... tylko the beatles. a wlasciwie ich piosenki, wykonywane przez tak roznych i znakomitych artystow, jak sarah mclachlan, the vines, stereophonics, nick cave czy eddie vedder. pomysl zbudowania tla muzycznego filmu opartego na the beatles wynika z postaci glownego bohatera - sama (sean penn), ktory zespol ten szczerze uwielbia, a ich piosenki uwaza za kopalanie zyciowej madrosci. w filmie, oprocz muzyki, nawiazania do the beatles sa bardzo czeste: corka sama, lucy, dostaje imie na czesc "lucy in the sky with diamonds" (coveruja black crowes); na siodme urodziny dotaje od taty "help!", a sam lubi swoja pania prawnik, bo ma na nazwisko harrisson... moim ulubionym nawiazaniem do the beatles jest jednak fragment rozmowy sama z lucy: - tato, a czy biedronki to tylko dziewczynki, czy tez chlopcy i jak sie nazywaja? - nazywaja sie the beatles :))) chcialam napisac o tym filmie i jego sciezce dzwiekowej, bo laczy fascynacje the beatles z tym, o czym the beatles najczesciej spiewali - miloscia. bo to nie tylko film dla ojcow, nie tylko film dla corek. tak samo, jak plyta z muzyka do niego nie jest plyta tylko dla fanatykow the beatles. i covery nie sa wcale lepsze, czy wybitne - sa po prostu niezwykle i tworza wspaniala calosc wraz z tym obrazem. moze sie nie podobac nieco udziwnione "let it be" cave'a czy "mother nature's son" crow, ale calosciowo to cos nadzwyczajnego. wiem, ze muzyka powinna przemawiac sama przez sie, ale namawiam do posluchania jej najpierw w trakcie ogladania "i am sam", mimo ze nie jest to ani film o beatlesach, ani rejestracja nagrywania ktorejs z ich plyt, ani cokolwiek innego stricte o chlopcach z liverpoolu. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15507082 Odpowiedz Link
cze67 The Fiery Furnaces "Blueberry Boat" - kubasa 25.02.05, 15:26 Co tu duzo gadac, o 0.1 pkt nawet nie przesadzil Pitchfork dajac tej plycie 9.6. Na razie to moja druga plyta roku, zaraz po "Antics" Interpolu. Chodzi o to, ze duet bedacy przy okazji rodzenstwem - Eleonor i Mathew Friedberger nagrali plyte, ktora powinien nagrac Jack White gdyby siostre zastapil zestawem porzadnych muzykow. I tak wykorzystujac podobne "tlo" muzyczne (jakis blues, Bacharach, ale tez troche elektroniki) Fiery Furnaces wzniesli sie na wyzyny dla White Stripes niedostepne. "Blueberry Boat" opowiada, cyt. AMG o, "pirates, Spain, a love triangle, a girl kidnapped into white slavery, World War I, making music, and (of course) blueberries". Jedna z piosenek zawiera np. tak odkrywcza teze jak "I learned that the lowest form of life is the buffer nabber/Even worse than the dicer stabber." W innej z kolei otrzymujemy wzruszajaca historie: "…I kicked my dog I was mean to him before I guess that’s why he walked out my door. I really wish I could see him some more. I looked under the mats and I asked all the cats I went to the vet have you heard anything yet My dog was lost but now he’s found My dog was lost but now he’s found" Muzyka idealnie pasuje do tekstow. Te 76(!) minut muzyki przypomina jedna wielka improwizacje, w ktorej udzial biora jacys dziwni goscie, ktorzy akurat przytoczyli sie do studia. Nie ma sie jednak ani przez chwile poczucia nudy. Wszystkie pojawiajace sie instrumenty, motywy, pokraczne solowki poglebiaja wrazenie uczestniczenia w dzwiekowej zabawie, w ktorej czlowiek grzeznie tak, ze zapomina o wszystkim innym. Nie ma na tej plycie zadnych przebojow. Piosenki sa zwykle dlugie i nie sa ograniczone przez zadna melodie. Z wiekszosci utworow wykroic mozna by bylo 5 krotszych. Ja takie plyty lubie. Ostatnio coraz gorzej przyjmuje krazki typu Nevermind - kilkanascie swietnych hitow, ale jednak jakiejs calosci w tym nie czuc. A tu od poczatku do konca plyty plyne wraz z ta muzyka, od czasu do czasu trafiajac na jakas perelke jak np. "Chris Michaels". Jest tez utwor("Spaniolated"), ktory chyba pasowalby do watku Janka. Generalnie to dla mnie najwieksza niespodzianka tego roku, jego prawdziwy czarny kon. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14675295 Odpowiedz Link
cze67 "Love is Hell" Ryan Adams - dziewczyna_m 25.02.05, 15:28 "love is hell" to plyta, ktora wyszla w dwoch czesciach. pierwsza tego samego dnia, co zrownany przez krytyke z ziemia "rock'n'roll", druga miesiac pozniej. tak jak wiekszosc opinii na temat "r'n'r" byla jednostronna - na niekorzysc, tak w przypadku "love is hell" zdania sa skrajnie podzielone. od pitchfork, ktory uwaza ja za pozbawiona wdzieku kalke buckleya i coldplay (mam wrazenie, ze tym gosciom placa za doczepianie sie na upartego i wyszukiwanie w kazdej nucie i kazdym drzeniu glosu czyjegos wplywu) po ciekawa i najtrafniejsza chyba recenzje z nme. tak wiec teraz, pol roku po premierze, tuz przed wznowieniem przez adamsa trasy po uk, przyszla kolej na mnie:) "rock'n'roll" nie staralam sie bronic na sile, choc adamsa uwielbiam i plyty tej slucham dosc czesto z wielka przyjemnoscia. mialam wrazenie, ze tylko trzy osoby na swiecie wiedza, o co chodzilo jej tworcy tak naprawde - ja, steve sutherland ( www.nme.com/reviews/11443.htm ) i sam adams (no dobra, moze jeszcze parker posey, ale kto ja tam wie...). jesli zas chodzi o "love is hell", sprawa ma sie zupelnie inaczej. ta plyta (moge juz tak napisac, bo niedawno wyszla jako calosc) jest piekna. dowody? prosze bardzo. jest ich dokladnie pietnascie. plyte otwiera "political scientist" z tekstem a la przeslania greenpeace ( swoja droga to tekst, pomijajac finalowy wers, jest najslabszym punktem tego utworu). klimat troche jakby coldplay rzeczywiscie, jesli mozna to z czyms porownywac, tyle ze jest ta rezygnacja, marazm w glosie i klaustrofobicznie powtarzane, niczym zaklecia hipnotyzera (dosc czesty zabieg na "love is hell") "there's no guarantees". nastepnie niesamowicie melancholijny, kolysankowy "afraid not scared" - jakby ostatkiem sil rzucane wyzwanie demonom. muzycznie caly czas spokojnie, kolyszaco, bezsilnie proszaco... "just let me down..", ktore rownie dobrze brzmi, jakby celowo zmiekczane jako "just let me die.." nabieramy tempa - mam na mysli tempa w rozumieniu adamsa, nie bedzie to sprint, tylko raczej maratonski rozped. i..przenosimy sie w czasie. ostatnio troche sluchalam morrisseya, troche wiecej smiths niz zwykle i tak - zarowno na "this house is not for sale", jak i tytulowym "love is hell" czuje jakby tamte nagrania zostaly zgrabnie przefiltrowane przez mozgownice mojego ulubionego niegrzecznego chlopca. mnie to nie przeszkadza, panom z pitchforka jak najbardziej. coz, biedacy, jesli nie moga przez to spac po nocach... zaraz potem zwrot o 180 stopni - najlepszy cover, jaki zdarzylo mi sie slyszec - piosenki, zdawaloby sie, totalnie juz ogranej przez wszystkie mtv i im podobne. mowa o "wonderwall". napisze tylko, ze byc moze magia tkwi w tym specyficznym poglosie, ktory wznosi klimat ponad pierwowzor. trzeba posluchac samemu. zostajemy w przygnebiajacych klimatach. trzy akordy. pamietacie "are you still mad" alanis? podobny patent. tam byly pojedyncze dzwieki, tu sa 3 (slownie: trzy) akordy, zagrane rowno, niczym z metronomem, a jednoczesnie rozciagniete w nieskonczonosc. akordy, ktore buduja najpiekniejszy i najmroczniejszy zarazem utwor na calej plycie - "shadowlands". od propozycji alanis odroznia go wspaniale przeprowadzone rozwiniecie. najpierw smyczek, potem akustyczna, stopniowo wchodza glebsze akordy, nastepnie jakas perkusja w tle wybijajaca rytm i wlasciwie nic poza tym, na koniec pieknie gitara. perfekcyjne zakonczenie. wciaz jakby zamkniete to wszystko w obrebie trzech poczatkowych schodkow. przepraszam, za drazenie tematu jednej piosenki, ale to naprawde jest... hmm jaki? przygniatajacy? przygnebiajacy? melancholijny? wspanialy? piekny? niewiarygodny, tak, to dobre okreslenie, niewiarygodny kawal muzyki. dla rozbudzenia adams serwuje "world war 24". bardzo ladny tekst. wokal troche buckleyowski (pitchfork znowu sie gotuje) - chociaz, dopiero jakis czas temu zaczelam sie zapoznawac z tworczoscia jeffa (tima jeszcze nie ruszylam), zgadzam sie, ze te charakterystyczna maniere glosu slychac takze i tu. ale, z drugiej strony, czemu za grzech uwaza sie spiewanie z lekkim buckleyowskim zabarwieniem, podczas gdy na obecnej scenie rockowej co drugi zespol ma identyczne brzmienie wokalu i co drugi wlasnie uznawany jest za objawienie? paranoja, ale ja nie o tym chcialam. "avalanche" niewiele ma wspolnego z lawina, raczej z ciepla lawa, ktora splywa wlasnym, spokojnym tempem, znajdujac swoj idealny rytm. "you all over me..ain't that sweet my little gal?" to juz slowa kolejnej propozycji - rozleniwionej do granic mozliwosci "my blue mannhattan". krociutka, znakomicie oddajaca charakter calej plyty, jak to ktos ladnie okreslil muzyki spod znaku "the morning after" i cieplego kubka kawy wypijanej w powalanym miloscia lozku. to jest jak historia... poranek, widok za oknem na rozbudzajacy sie nowy jork, potem strach, ze ona nie wroci, choc zeszla jedynie na dol po papierosy ("please do not let me go") i zaczyna padac... (city rain, city streets). sa ludzie, ktorzy sluchajac muzyki, nie wsluchauja sie w tekst - adams zmusza do utoniecia w swoich slowach. prowadzi dialog o piatej nad ranem z wlasnymi demonami (jak w "i see monsters"), probuje je przekonac, ze jest mu teraz dobrze, ze jest szczesliwy..sluchajac jego wyznan trudno oprzec sie wrazeniu, ze to tak, jakby wydarl sobie serce i dal nam popatrzec, zebysmy mogli zrozumiec, co on tak naprawde czuje. byc moze ktos uzna to za zabieg zbyteczny - muzyka powinna sama sie obronic, taka szczerosc jest niepotrzebna, bla bla bla...ktos, kto pamieta "call me on your way back home" czy "la cienga just smiled", wie, ze to bzdura. adamsa trzeba zaakceptowac razem z jego szczeroscia i pojsc w ciemno dalej. idziemy wiec. "english girls approximately" to jedna z tych optymistyczniejszych piosenek - troche pamflet, troche pean na czesc brytyjskiej dziewczecosci (istnieje cos takiego?). wokal przechodzi bardziej w maniere folkowa, jednak nie przesadnie, wciaz jestesmy w obrebie tej samej estetyki. ja tam niewiele slysze dylana, moze jedynie refren. "thank you louise" to przyjemna odmiana, choc jedynie muzycznie, tekstowo nadal tkwimy po kolana w szlamie przygnebiajacych historii ("her borther lay upon the bed/with busted teeth and broken head/he hears the phone and knows his brother's dead"). jednak melodia jest na tyle chwytliwa i przyjemna (ach, cudowne brzmienie skrzypiec i wiolonczeli w tle). i final, grande finale powiedzialaby nawet - czyli barowo-sentymentalny diament w postaci otulonego papierosowym dymem "hotel chelsea nights". w tym hotelu podobno nocowaly takie slawy jak jim morrisson - odpowiednio do jego legendy, utwor ma niesamowity wrecz klimat. pierwsza sylaba zaspiewana przez adamsa przypomina wejscie.. prince'a w zwrotke w "purple rain". i to jedyny moment, kiedy mozna nasunac skojarzenie z tym kawalkiem - dalej jest to wspaniale rozpisana aranzacja przepelnionej po brzegi zmeczeniem tesknota piosenki. partie zagrana na wurlitzerze brzmia cudownie wrecz, wokal, lekko niesiony, z charakterystyczna z "demolition" marlboro-styled chrypka... no i te chorki, magicznie wplecione w refren westchniecia - majstersztyk. to jest kawalek, ktory, mimo dosc smutnego tekstu, zawraca z balkonu, na ktory wychodzisz, zeby skoczyc po wsluchaniu i empatycznym wczuciu sie w atmosfere calej plyty... opierasz sie o chlodna szybe, patrzysz na zamierajace miasto, zapalasz fajka, robisz sobie drinka i pijesz zdrowie swoich demonow. i to juz koniec. naprawde koniec. zawsze czuje niedosyt (ja chce jeszcze, czemu to przerwal w TAKIM momencie) i jednoczesnie nasycenie totalne (juz nie dasz rady wiecej, bo peknie ci serce, ale uczucie jest tak wspaniale, tak przygniatajace, ze wypelnilo cie calego po brzegi) ale wiecej nie ma. Odpowiedz Link
cze67 Re: "Love is Hell" Ryan Adams part II 25.02.05, 15:28 jaka jest ta plyta? napisalam, ze piekna. mozna na niej znalezc rzeczy, w ktore obfituja plyty buckleya i dylana, a ktorych brakuje plytaom wspolczesnie nagrywanym. czy to zle? czy naprawde oznacza to, ze adams jest artysta (no, pardon, to nie moze byc artysta w takim razie - wiec - rzemieslnikiem) wtornym? kazdy mial jakiegos poprzednika. mickiewicz kopiowal zagranicznych tworcow, potem mu odbilo i napisal dziady (przepraszam za wstawke, jakos tak mi sie skojarzylo). wszedzie slychac inspiracje - dzieki temu powstaja wspaniale rzeczy. gdyby nie gram parsons, nie byloby whiskeytown. gdyby nie beatles, nie byloby oasis. gdyby nie buckley nie byloby adamsa... na "love is hell" jest to, czego na wielu plytach brakuje - wiem, powtarzam sie. to zabieg celowy. jeden z recenzentow wspaniale to okreslil: "we’re talking pianos, acoustic guitars, the kind of thing to send The Strokes running away screaming". to wsystko, czego brakowalo na "rock'n'roll", a do tego niesamowita melancholia, chec znalezienia ze soba samym jakiegos porozumienia, piekne teksty, utwory dopracowane bardzo szczegolowo, zarowno jesli idzie o ich koncepcje, jak i aranzacje. padly zarzuty o zbytni smithsizm, ze tak sie wyraze... zapewne kwestia producenta, j. portera (ktory produkowal wlasnie the smiths), a takze preferencji muzycznych samego adamsa. gdybym ja sama zaczela spiewac, pewnie zarzuconoby mi kopiowanie alanis. wystarczyloby tylko napisac kilka powaniejszych tekstow, dodac do tego klimatyczna gitare z klawiszami w tle. i nie modulowac glosu, tylko dac mu spokojnie plynac. alanis murowana. tak niewiele trzeba, zeby podczepic kogos pod cos, zaszufladkowac, wyszukac w jednym dzwieku kopie dylanowego brzmienia. mysle, ze adams nie za wiele sobie z tego robi. w koncu porownuja go do tych najwiekszych. tekstowo ta plyta to zupelnie czysty adams. jak dla mnie tylko on potrafi tak opisac rzeczywistosc, ze po piatym przesluchaniu znajdujesz w tekscie prosta historyjke o problemach finansowych, a po pietnastym ten sam tekst opowiada ci o tragicznej love story... mowi sie o przepracowaniu adamsa, o jego wypluciu po nadprodukcji przez niego uskutecznianej przez ostatnie dwa lata od czasow "gold" (zeby chociaz wspomniec ostatni duzy projekt poboczny, post-punkowy the finger i ich 21 kawalkow zgranych na dwie ep-ki)... ktos, kto insynuuje takie glupoty musi byc gluchy, jesli twierdzi tak nadal po wysluchaniu "love is hell". i jeszcze na zakonczenie fragment z recenzji, ktora najbardziej pokrywa sie z moimi odczuciami: "And what about that love? Well, the love that we find on 'Love Is Hell' is a lot like the album itself. At times self-involved, at times filled with moments of unbearable poignancy. At times flirting with cliché, occasionally knowing, sometimes even flirting with other people. Most often, though, it’s a painful but beautiful business, that keeps you coming back. As Adams himself once hinted when talking about Coldplay, it’s full of contradictions. "Fuck you, Coldplay," he said. "Fuck you for being so good." You know what? Fuck you, too, Ryan Adams." forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14379925 Odpowiedz Link
cze67 The Zutons - " Who Killed The Zutons " 25.02.05, 15:30 - ihopeyouwilllikeme Kim, do cholery, są The Zutons ??? Aaaaa, to ci, co ich pewna " Bardzo Obeznana I W Ogóle No " recenzentka pewnego Bardzo Popularnego magazynu ( spokojnie, akurat nie o tą chodzi, co myślicie ) zjechała na tegoż pisma łamach. Co ona im tam zarzucała ? Że chcą brzmieć staroświecko, i im to ( niestety ) wychodzi. A owszem, wychodzi im. Całkiem fajnie nawet. Że za dużo country. No, dość dużo. Na tyle dużo, że nawet fajnie się tego słucha. Że mało oryginalne. Tak, racja, bardzo mało. Tak mało, że podczas słuchania co i rusz pojawia się pytanie: " gdzie ja to już słyszałem ??? ". Bardziej osłuchanej głowie z pewnością przypomną się nazwy konkretnych zespołów, niestety moja głowa osłuchana nie jest, więc konkretów nie będzie. Mogę natomiast napisać odrobinę konkretniej, co na płycie słychać: Pierwszy numer, " Zutons Fever ", rzeczywiście może powodować gorączkę, czyli gorączkowe poszukiwania w pamięci, gdzie się już wcześniej słyszało ten riff. Ja nie znalazłem, ale polecam spróbować, nie zawiedziecie się. Bardzo fajny jest za to wokal ( taki... no, fajny :D i saksofon, który może nie byłby aż tak porywający, gdyby nie to, że gra na nim prześliczna Abi Harding, aż bym się na koncert wybrał. " Pressure Point " rozpoczyna się takimi dziwnymi zawodzeniami " au-u-u ", co też je gdzieś słyszałem, ale nie pamiętam gdzie. Ok. 3 minuty wokalista zaczyna opętańczo ( no, powiedzmy... z zapałem ) drzeć mordę słowem "pressure ", i ten fragment też mi się z czymś kojarzy. Ale jest taki problem, że te wrzaski za cholerę tu nie pasują. Do takiego miłego i ładnego ( a częściowo pięknego :) zespoliku. " You Will You Won't " to zdaje się singiel, ok, jest przebojowy, można sobie zanucić np. na spacerze z psem. Ale za to " Confusion " to bardzo ładna ballada. Fajna gitara akustyczna, dobra melodia, prosty tekst. I co, zachęciłem Was ? To teraz Was zniechęcę: to jest country................... przeszły mdłości ? Idziemy dalej. Choć właściwie nie bardzo jest sens omawiać te kawałki po kolei - dalej jest np. " Creepin' An' A Crawlin' " znowu z tym dziwnym " au au " ( skąd ja to znam ???? ), i z partią saksofonu kojarzącą się z Czerwoną Panterą. Jest też kolejna ballada, " Railroad ", może i infantylna, ale to by się jeszcze przebolało, gdyby nie to country... ależ co to jest, my nie cierpimy country ! " Not A Lot To Do " ma uroczą melodyjkę, może by to pod swing podciągnąć ? W ogóle, jeśli miałbym określić tą płytę jednym słowem, napisałbym: " urocza ". A w zamykającym album " Moon And Horror Shows " odzywa się chyba Abi ! Mało z krzesła nie spadłem... aha, i ok. 1:38 minuty jest tu świetne przełamanie, zwykła balladka country przechodzi w taki fajny, roztańczony, śródziemnomorski klimat... hej, panno Gacek ! Jak zachwycało się " Take Me Out ", to tym się też zachwycić ! Natychmiast ! Że co ? Że country ?... aha. Wokalista Zutons mówi, że chce grać połączenie Talking Heads, jazzu, soulu, country, funku... e, jak ? Heh, ktoś tu powiedział że niektórzy artyści nie powinni udzielać wywiadów :) Ale najważniejsza jest muzyka, a Zutons wysmażyli całkiem fajną płytkę, która powinna świetnie sprawdzić się na wakacjach. Jeżeli oczywiście nie mamy nic przeciwko country... e ? Jest taki ktoś ? Halooooooo.... <powiedzmy, że wprowadzę system oceniania w skali 1-10 :D:D> 6/10 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14256288 Odpowiedz Link
cze67 Explosions in the Sky - jack9 25.02.05, 15:31 W Fabryce Trzciny ... Od tego trzeba zaczać bo Fabryka to pierwsze zaskoczenie Co mozna powiedzieć o Fabryce Trzciny? Ano nic... Ano nic... złego powiedziec sie nie da... Choćbym sie uparł nie wymysle ... Wszystko na wysokim poziomie...nagłośnienie, oswietlenie, wnetrza, bar, toalety, obsługa...acha wewnetrzny parking - ogromny plus... Byliśmy pod wrażeniem miejsca - jeżeli macie okazję wybrać siedo Fabryki zróbcie to ...Lambchop wkrótce - jest okazja... A Explosions...zagrali niesamowicie energicznie, czasami delikatnie, z pasją, nie oszczędzając sie, aż do padnięcia ...Na kolanach...Pierwszy raz widziałem by trzech facetów z gitarami klęczało brzdąkając i waląc w struny. To troche taka jakby Mogwai grał mnije melodyjnie ale mocniej...tak pomyslałem...Jedyne co nas zdziwiło to ze grali tylko 65 może 70 minut i ...bez bisów ...ale nameczyli sie tak ze sił im nie starczyło na bis. Ale grali bez przerw między utworami nie dali nam wielu szans na oklaski. A porównania z Mono...nie, no nie ma porównania...jedyne wspólne z Mono to że prawostronny gitarzysta rónież grał w konwulsyjny sposób... forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14219769 Odpowiedz Link
cze67 The Decemberist - The Tain ep - jazzkam 25.02.05, 15:32 Płyta, która mnie urzekła i rozwaliła. Około 19 minut czasu trwania. 5 piosenek. Poprawka - V piosenek. No, utworów. Opowiada historię, na podstawie bodajże celtyckiego utworu literackiego (hehe). Po kolei śpiewają inne postacie, na uwagę szczególnie zasługują dwa finałowe utwory (w tym ten uroczy głos perkusistki), ale one nie mają szans zachwycić, bez posłuchania tych poprzedzających. Tę epkę trzeba słuchać razem, jest jedną całością (zresztą 19 minut to nie tak dużo), a wszelkie przerwy między utworami są wysoce niewskazane. W sytuacji, kiedy często zastanawiam się, czemu zespół wydając singla nazywa go epką, Decemberist pokazują, jak powinna wyglądać klasyczna epka. Tych utworów nie powinno być na następnej pełnej płycie. One nie pasują do niczego innego, tylko do siebie samych. Tego trzeba posłuchać, koniec gadania. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14097446 Odpowiedz Link
cze67 Brian Eno - Here Come The Warm Jets 25.02.05, 15:35 różni recenzenci: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13908141&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Koncert The Flower Kings, mmakowski 25.02.05, 16:36 Znow z braku innych zajec wybralem sie na koncert. Tym razem lokal byl porzadniejszy Odpowiedz Link
cze67 Sleepytime Gorilla Museum, pixie 25.02.05, 16:38 Sleepytime Gorilla Museum zarekomendowano mi jako najlepszy współczesny zespół amerykański. Sama bym z tym polemizowała (chociaż co ja tam wiem o współczesności). Ale słuchanie jego debiutanckiego albumu „Grand Opening and Closing” z 2001 roku sprawiło mi wielką niespodziankę. Podobno grupa ta gra progresywny metal i w pewnych miejscach rzeczywiście daje ostro czadu. Z drugiej strony ma bardzo spokojne, aczkolwiek niezbyt zrównoważone utwory, bardziej podchodzące pod awangardę lub rock eksperymentalny, całość zaś jest na tyle przystępna, że spodobała mi się już od pierwszego przesłuchania. Tak się jednak składa, że nie znam się na tego rodzaju muzyce i nie potrafię ocenić, jak bardzo oryginalny i twórczy jest ten zespół. Chętnie bym więc poznała opinie osób lepiej obeznanych z takim graniem. Ze strony zespołu można ściągnąć dwa utwory z debiutu: „Sleep Is Wrong” - bardzo ciekawy i dość reprezentatywny obraz twórczości SGM oraz „1997” - urywa głowę i niszczy słuch. www.sleepytimegorillamuseum.com/multimedia-audio.html Nowy album o nazwie „Of Natural History” ma zostać wydany 25 października tego roku. Na razie poraził mnie pierwszy utwór: zaczyna się od włos jeżących na głowie odgłosów dzikiego zwierzęcia, potem wokalista głębokim barytonem złego wilka śpiewa wyciskającą łzy z oczu balladę. Efekt wstrząsający :)) Właśnie zauważyłam, że na stronie zespołu są też do ściągnięcia utwory z „Of Natural History”. Szkoda, że bez „A Hymn to the Morning Star” :( forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16792821 Odpowiedz Link
cze67 Old Time Radio - teddy4 25.02.05, 16:39 Zaczęło się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Już w czasie próby wokalista zespołu Old Time Radio zapuścił tekst do organizatora/akustyka. "Wokal jest za głośno. A ma być jak w majbladywalentajn, a nie jak w bajm!". A zaraz potem zaintonował "You Don't Know Why I Love You", stary kawałek House Of Love, jakby ktoś nie wiedział. Old Time Radio jest najbardziej introwertycznym i niekorokendrolowym zespołem z Polandu, jaki widziałem na żywo. Panowie (wokal plus gitara, bas plus radziecki syntezator ELEKTRONIKA) wyglądają, jak dwóch mocno wychudzonych przedstawicieli gatunku piosenka studencka (jak najbardziej brody, okulary i swetry).Jest też w zespole pani, która ładnie udziela się w chórkach, tudzież przytomnie wciska klawisze. Na perkusji chyba grał Dr. Avalanche (schowany w laptopie), Muza naprawdę miła, chociaż bez przyłojenia. Dopiero na koniec było głośno. Warto poznać, choćby dlatego, że OTR w niczym nie przypomina zespołu Coma:)))). Przed zespołem OTR zagrały Elementy. Zespół osłabiony brakiem gitarzysty, który odszedł dzień wcześniej. Prawdopodobnie muzycy nie mieli odwagi, by zaproponować zastępstwo właścicielce klubu. A szkoda - bo nie tylko piękną kobietą jest, ale i wymiata zdrowo. Być może wtedy uwadze publiczności jakoś uszedł by fakt, że saksofonista gra na saksie od miesiąca, i że klawiszowiec jest tylko trochę lepszy od Andy'ego Fletchera z Depeche Mode:). Zespół włożył niewątpliwie dużo inwencji w tytuły utworów, które zapowiedział. Trochę mniej w harmonię utworów. Za dużo kwint zmniejszonych i septym molowych, a za mało undecym choćby. Podobno basista miał zaprezentować tzw. walking bass, ale warunki techniczne sceny skutecznie pokaz uniemożliwiły. Zaprezentował natomiast tzw. klang, chociaż bez wizualizacji optycznej. Chodziły pogłoski, że to Wojciech Pilichowski "strzela z basu", ukryty gdzieś pod sceną. Najciekawsze dźwięki wieczoru zabrzmiały, gdy już prawie wszyscy sobie poszli i kol. DJ (nie dosłyszałem ksywy) zapuścił nieznany mi bend o nazwie UTER. Piękny, nowofalowy instrumental. Trochę jak Wire, trochę jak Danse Society, trochę jak Minimal Compact i takie tam inne. A grane współcześnie! A tak w ogóle - to fajny klub ta Diuna. Szkoda, że Forum tym razem jakoś olało imprezę. Ale wypiliśmy z Nierymkiem Wasze zdrowie:). forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17072753 Odpowiedz Link
cze67 APC - "Emotive" - lostdog 25.02.05, 16:40 No i w końcu ukazała oczekiwana płyta A Perfect Circle... Jest to na swój sposób concept-album, poruszający tematykę wojny i polityki Mr. Busha - bardzo tendencyjnie zresztą, nie ma się co dziwić ;). Już sama okładka wiele mówi - na pierwszym planie wielka, kamienna, lekko sfatygowana pacyfka, na drugim coś, co wygląda na zarys płonącego WTC... Co istotne, na płycie znajdują się tylko dwie kompozycje APC, reszta to covery. Pierwszy utwór, utrzymany w konwencji typowej dla zespołu "Annihilation" (Crucifix), przywołuje na myśl poprzednie albumy. Ot, takie sobie intro. Następny jest "Imagine" (wiadomo czyje)... I tutaj coś mi zaczyna już zgrzytać. Można powiedzieć, że miejscami melodia jest zachowana, charakterystyczne motywy są, ale... Nie jestem przekonany czy komuś, kto zna (i lubi) oryginalną wersję, ta przypadnie do gustu. Dalej "Peace, Love and Understanding" Elvisa Costello - moim zdaniem najsłabszy kawałek; lekko irytujący wokal Keenana, monotonny podkład, a poza tym wszędzie te smyczki ;)... "What's Going On" Marvina Gaye już nieco lepszy, chociaż dziwię się, że zespół wybrał akurat ten utwór (dość nietypowe rozwiązania harmoniczne jak na APC). Teraz pierwsza autorska kompozycja - "Passive" - solidne wykonanie, właściwie niczego nie mogę tu skrytykować, chociaż kawałek niczym wyjątkowym się nie wyróżnia. Delikatny, akustyczny wstęp, potem duży udział sekcji rytmicznej i oczywiście gitarowy podkład+klawisze. Idźmy dalej. "Gimme Gimme Gimme" (Black Flag), niespodzianka - agresywne wejście Keenana, po którym następuje coś w rodzaju rozpaczliwej, schizofrenicznej intonacji... Ciekawe wykonanie, zostaje w pamięci. Następny jest cover Depeche Mode, "People Are People", którzy - szczerze powiedziawszy - brzmi jak kolejny remix DM. Warte uwagi śmieszne chórki w tle ;). "Freedom Of Choice" - ten utwór najbardziej przypadł mi do gustu, a - co ciekawe - jest dziełem Devo, do którego to zespołu nigdy nie mogłem się przekonać... Wpada w ucho po prostu, taki chwytliwy, popowy hicior ;). Dalej, "Let's Have a War" punkowego zespołu Fear, w zupełnie nie-punkowym wykonaniu (raczej coś pod trip-hop podchodzącego), takie sobie. "Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of War the Drums" to drugi utwór APC, który doczekał się już nawet teledysku. Industrialny wstęp kojarzy mi się z "Die Eier Von Satan" Tool'a ;). Dużym zaskoczeniem jest wykorzystanie w tym utworze tesktu i melodii "Pet" (z poprzedniej płyty, "Thirteenth Step"); budzi to we mnie ambiwaletne odczucia: z jednej strony fajny pomysł, takie nawiązanie do własnej twórczości, ale z drugiej... powstaje nieprzyjemne wrażenie, że zespół po prostu nie ma pomysłów i musi sięgać do swojego archiwum... Dalej jest "When the Levee Breaks", powiem tylko że wykonanie odbiega od przyjętych standardów. Płyta kończy się coverem utworu Joni Mitchell (!) "Fiddle and Drum", bardzo ładnie zaśpiewanego a capella na dwa głosy Maynarda i Keenana ;). Podsumowując: MOIM ZDANIEM płyta nie wyróżnia się w żaden sposób, jest po prostu przeciętna. Nie wykluczam, że komuś może się bardzo podobać, jednak przywołując poprzednie płyty zespołu, pojawia się rozczarowanie. Tylko dwie autorskie kompozycje, w tym jedna, która w rzeczywistości nie jest nowa. Radzę przesłuchać w sklepie zanim ktoś zdecyduje się na zakup (bo cena - a jakże by inaczej - nie jest niska). forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17311665 Odpowiedz Link
cze67 British Sea Power - ilhan 25.02.05, 16:42 BRITISH SEA POWER The Decline Of British Sea Power Rough Trade "British Sea Power?s Classic". Zuchwały napis na okładce nie kłamie. Ta płyta to coś więcej, niż zbiór przypadkowych jedenastu kompozycji. To opowieść, niezwykle piękna i mądra. A zarazem zwariowana, nieobliczalna i inna niż wszystkie pozostałe. Yan, Noble, Hamilton i Wood potrafili wyczarować coś z niczego. W roku 2003, wychodząc od oklepanej do bólu konwencji dwóch gitar, basu i perkusji, byli w stanie stworzyć jedyne w swoim rodzaju, fascynujące zjawisko: począwszy od zielonych, wojskowych mundurów, liści i gałęzi, a skończywszy na poetyckich tekstach i czarodziejskich dźwiękach. Ta cała otoczka i najmniejszej oznaki ściemniania. Muzyka broniąca się przed każdymi zarzutami. Wciskam "play" w odtwarzaczu po raz czterdziesty, może pięćdziesiąty... Chóralnego intro "Men Together Today" w zasadzie mogłoby nie być, takie było moje wrażenie kilka miesięcy temu. Teraz nie potrafiłbym sobie wyobrazić innego rozpoczęcia tej płyty. Następujące po nim "Apologies To Insect Life" to jedna z najbardziej zwariowanych stron A singli ostatnich lat. Wokalny popis Yana. Przymknijcie oko na to, że manierą wokalną przypomina Davida Bowie. Przy okazji tej muzyki w ogóle odrzućcie wszelkie skojarzenia, naprawdę warto. Drugi utwór płynnie przechodzi w równie szalone "Favours In The Beetroot Fields". Niespełna półtorej minuty uderza iście punkową energią. "Something Wicked" - tu zaczyna się ta właściwa część tej płyty. To, obok późniejszego "Blackout", najbardziej melancholijny fragment "The Decline Of..." Ta i kolejnych pięć piosenek to muzyka brytyjska u szczytu swoich możliwości. Już nie będziecie w stanie wyłączyć tego albumu. Singlowe "Remember Me" i "Fear Of Drowning" porywają natarczywymi, jazgotliwymi riffami i podniosłymi refrenami. Solo w drugim z nich należy do najbardziej hałaśliwych. W kolejnym "The Lonely" pojawiają się klawisze, czaruje poetycki nastrój. Wydaje się, że już niczego większego tu nie zaznamy. Jakże mylna to myśl ? nadchodzi "Carrion"! Dla niżej podpisanego bezdyskusyjnie hymn 2003 roku. Chwytliwy riff, chóralny refren, energia, podniosłość, liryzm ? w tej piosence jest wszystko, czego można oczekiwać od muzyki rockowej. Melancholijnie popowy "Blackout", w odróżnieniu od swoich poprzedników, jest pozbawiony hałaśliwych gitar. Tę przestrzeń wypełniają znów akcenty klawiszowe. Jest pięknie. Już wiem, że obcuję z najbardziej niezwykłym albumem początku wieku, jaki dane mi było poznać. Patrzę na licznik ? zostało jeszcze 19 minut! Aż 14 z nich rezerwuję na "Lately". Połowę utworu wypełnia podniosła ballada. Potem wpadają w trans. To będzie kilkaset sekund różnego rodzaju wrzasków, pisków, gitarowego rzężenia. Rozwijających kilka różnych motywów jednocześnie. Liryczne "A Wooden Horse" wieńczy dzieło. Dzieło? Tak, nie mam wątpliwości. "The Decline Of British Sea Power", patrząc z perspektywy kilku miesięcy po wydaniu tego albumu, to album dojrzały, ale zarazem świeży. Idealne połączenie wrażliwości i hałasu, poetyckiej melancholii i agresji, przebojowości i oryginalności. Przejmująca opowieść, bez której rok 2003 muzycznie byłby dla mnie pustką. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13434102 Odpowiedz Link
cze67 Amon Düül, Akkerman i inni - mmakowski 25.02.05, 16:50 -------------------------------------------------------------------------------- Na imprezę pod tytułem Progeny 2004 Odpowiedz Link
cze67 The Ukrainians w CDQ - nefil 25.02.05, 18:31 Dziewczyny ubrane w dlugie, biale rubaszki z czerwonymi ornamentami, mlodzi okularnicy lekko podchmieleni napojami wyskokowymi i spiewajacy po ukrainsku czterdziestolatkowie. Mala, duszna salka wypelniona po brzegi, pot splywajacy z sufitu. Tak wygladal mniej wiecej koncert The Ukrainians w warszawskim CDQ. Nietypowe instrumentarium jak dla rockowej kapeli- mandolina, akordeon, skrzypce, no i oczywiscie bas, bebny i gitara. Ale czad taki, ze zwalalo z nog i nawet jesli czlowiek nie mial akurat ochoty na pogo to i tak nie mial wyjscia, bo reszta publicznosci wciagala w kociol. Nie znam na tyle tworczosci grupy, zeby wyszczegolnic wszystkie utwory, ktore pojawily sie na koncercie, ale zagrali na pewno- Duraka, Europe, UkrainaAmeryka, Vorony i Polityke (polecam szczegolnie) i troche mniej przekonujacy cover Sex Pistols- Pretty Vacant. Pelen przekroj pracy tworczej, okazja bylo wydanie skladankowego albumu "Istoria". Kto nie byl niech zaluje i odklada pieniadze na kolejny polski koncert Ukraincow. Przyjada na pewno, bo tak dobrze bawiacej sie publicznosci nie widzialem od czasu ostatniego warszawskiego koncertu New Model Army. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16957812 Odpowiedz Link
cze67 Archive, Stodoła 9.11.2004 - miecio4 25.02.05, 23:39 Po pół godzinie chciałem wyjść, a po skończonym koncercie do dziś jeszcze nie mogę dojść do siebie. Nieświadomy przyszłych emocji jakie były na koncercie, zająłem miejsce pod sceną, tuz przy mikrofonach. Sala wielkości Stodoły pękała w szwach, a nagłośnienie było perfekcyjne. Jak tylko zaczęli to wiedziałem jedno: bez Craiga to nie ten sam zespół. Pani całkiem ładna, ubrana na czarno nijak nie pasowała do muzyki. Udało nam sie z dwa razy spotkać wzrokiem, tak że w pewnym momencie pomyślałem że wyciągnie mnie z tłumu byśmy odtańczyli wspólnie "Again". Pan fałszował trochę, ale ogólnie nie było tragedii. Zawsze gdy reflektory oświetlały jego twarz śmiałem się pod nosem, bo jest niesamowicie podobny do mojego kumpla. A muzyka? Tego się nie da opisac. "Meon", "Numb", "Waste" czy "Pulse" to całkiem inne nagrania niż te nagrane na płytach. Był taki moment w utworze "Pulse" gdzie ściana dźwięku stawiała włosy na karku a ciarki na plecach wydawały się być wielkości grochu. Trzy keyboardy, trzy gitary i perkusja grały równocześnie coś co na zawsze pozostanie w moich uszach. I wówczas gitarzysta wyskoczył do góry i uderzył jeszcze mocniej w struny- umarłem wtedy... Koncert mimo wspaniałego przyjęcia był krótszy od warszawskiego- nie było "Sleep" na końcu. Nie wiem z jakich powodów. Słyszałem za to że zespół był bardzo zadowolony z polskiego koncertu i wiem że następnym razem nie pojadę na nich do Niemiec, mimo tego iż powrót do domu zabrał mi rekordową godzinę. Craig wracaj a wtedy na pewno juz będziecie najlepszym zespołem na świecie. ps. Tego odtańczenia "Again" z Marią na scenie nie było niestety- za dużo sobie wyobrażałem:) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17505588&wv.x=1&a=17614242 Odpowiedz Link
cze67 Drake, Basiński - pytajnick 25.02.05, 23:41 Nick Drake to jeden z tych niezwykłych, niepozornych bardów zamierzchłych lat. Artystów, którzy potrafili samym głosem i delikatnym szarpaniem strun gitary wyczarować prawdziwą magię i zawrzeć ją w prostych, 2-3 minutowych kompozycjach. Moje kojarzenia biegną do Donovana, do Johnny'ego Casha, do Jeffa Buckleya. Niekoniecznie chodzi mi tu o samą muzykę - raczej o podobny typ wrażliwości, o skromność wyrazu, o tę samą głębię smutku, którego doszukać się można nawet w pozornie pogodnych utworach. Drake to postać jakby zapomniana, ale podobno odkrywają go właśnie Wyspiarze, a być może wkrótce i doceni go cały świat - ponad trzy dekady po przedwczesnej śmierci (26 lat). Za życia zdążył nagrać i wydać trzy albumy: 1969 Five Leaves Left 1970 Bryter Layter 1972 Pink Moon Ja rozpocząłem przygodę z nim od płyty ostatniej i ją chciałbym Wam na początek polecić. Skrajnie subiektywnie, bo wszystkie trzy są wysoko i przeważnie równie wysoko cenione. Jeśli nie chce się Wam ściągać całego krążka (choć trwa zaledwie 26 minut!), to spróbujcie chociaż odnaleźć "Pink Moon" i może "Road". W zasadzie dzięki tym utworom artystę poznałem - zespół no-man (czyli Tim Bowness i Steven Wilson, jeden z moich ulubionych) nagrał kiedyś śliczne kowery tych dwóch piosenek. Tradycyjnym już wilsonowym szlakiem postanowiłem dotrzeć do pierwowzorów - jak się okazało równie dobrych, choć kompletnie innych, jak będące przyczyną wszystkiego kowery. Najważniejszy okazał się jednak inny utwór. Utwór będący dla mnie swego rodzaju esencją tego, czego w muzyce usilnie poszukuję. Głębia wszelkich odcieni emocji, od pochwały życia po strach przed śmiercią, odarta ze wszystkiego szczerość, cudowna melodia i coś jeszcze, czego w słowach zawrzeć nie potrafię. W każdym razie to coś kilka miesięcy temu sprawiło, że nagle porzuciłem aktualnie wykonywaną czynność i zdębiały wsłuchiwałem się w głos Drake'a. Nie umiem wskazać piękniejszej piosenki lat siedemdziesątych, ona dorównuje największym dziełom tamtych czasów. I to mimo - a może dzięki? - jej niezwykłej skromności. To tylko gitara i głos, to tylko 4 minuty. Z tego samego powodu, przez swą niepozorność, bardzo trudno jest jej przekonać do swego ulotnego piękna, chyba jej nawet na tym nie zależy. Doskonale rozumiem tych, dla których to tylko piosenka, tylko ładna piosenka. "Things Behind The Sun" (Tylko, błagam, nie słuchajcie tego utworu sprawdzając pocztę, jedząc śniadanie, wysyłając smsa...) Dodam jeszcze, że płyta powstała w sposób również wyjątkowy - Drake mocno już strawiony problemami z samym sobą i depresją, o północy przyjeżdża do studia i w kilka godzin nagrywa materiał na całą płyte. Następnego dnia, rezygnując z dopracowanych aranżacji smyczkowych znanych z wcześniejszych nagrań, dodaje tylko fortepian w utworze otwierającym. Reszta pozostaje niezmieniona. Stąd nieraz można usłyszeć brzęczenie źle dociśniętej struny, spóźnone dźwięki. To nie jest płyta wybitna, to nie jest płyta genialna - takich słów nie używa się w stosunku do tak skromnych dzieł ludzi, którzy nie podbiajają świata, ale najzwyczajniej dzielą się ze słuchaczem swoimi intymnymi piosenkami. Jeśli ten zechce tylko oderwać się na chwilę od codziennych zajęć i skupić przez kwadrans albo dwa uwagę na kilku gitarowych akordach i matowym, pozornie beznamiętnym głosie, który wyrażają tak naprawdę wszystko, co ten nadwrażliwy człowiek chciał po sobie pozostawić. *** William Basiński. Można zajrzeć na Porcys - pomijając zabawne określenia typu "przestrzeń audialna", naprawdę dobra recenzja z genialnym zakończeniem. A dokładnie jego "Disintegration Loops". Odnalazł kiedyś swoje tasmy z lat 80. i zapętlił je zgrywając jednoczesnie na bardziej trwały nośnik. Z czasem że taśmy zaczęły sie rozsypywać, kolejne dźwięki ginąć pozostawiając po sobie znaczącą pustkę. Basiński z tego wielodniowego rozpadania się wydobył esencję, choć i tak to niszczenie jest tak powolne, że trzeba się skoncentrować na muzyce, by wychwycić momenty gdy kolejne liście odrywają się od gałęzi tego ambientowego drzewa. Nikt chyba jeszcze nie nagrał płyty (a właściwie wielgachnego zestawu 4 płyt), która lepiej oddawałaby charakter, znaczenie i nieuchronność przemijania. Analitycznie "Disintegration Loops" to tak naprawdę zbiór takich rozsypujących się, łagodnych tematów - zaledwie kilkusekundowych, powtarzających się przez kilka minut lub nawet przez pół godziny. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego te proste pętle się nie nudzą. Niezwykle uspokajająca muzyka, idealna by zapuścić sobie do snu. Doskonale przewidywalna, oczywista, nie próbuje nawet maskować swojego przekazu. Jednocześnie go nie narzuca pozostawiając słuchaczowi, na jakim poziomie chce muzykę odbierać - jako przyjemne tło, czy też doskonałe narzędzie do wprowadzenia się w stan refleksji nad własnym życiem, czy raczej jego ulotnościa. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18505402 Odpowiedz Link
cze67 Koncert Laibacha - marxx 25.02.05, 23:44 Heja! Wczoraj bylem na koncercie Laibacha, czekalem na ta chwile kilka latek no i sie doczekalem. Przed koncertem balem sie troszke , ze rura im zmiekla i bedzie to troszke jak Kombii :))) ale pomylilem sie!!! Zagrali cudowny koncert, sila i moc NSK byla z nimi!!!:) Glosno, technicznie, gitarowo, wokal prawidlowy ...jak z piekla, do tego sliczne dwa slowenskie dziewczatka na froncie, spiewajace w chorkach (calkiem mily uklad choreograficzny...damskonacjonalistyczny) Niedawno wydali album 2CD "Anthems" takie Laibachowskie debestof, i praktycznie caly ten album byl zagrany (i ciut wiecej) Na koncercie i plycie nie bylo nagran instrumentalnych, na 2giej CD sa mixy (bardzo dobre) razem 31 piosenek i rewelacyjna ksiazeczka z info zespole i NSK:) Nawet jesli ktos niespecjalnie chialby kupic ta plyte (bo to kolejny skladak) to jest tam jedno nowe nagranie dla ktorego TRZEBA to wydawnictwo posiadac piosenka... "Mama Leone" orginal byl pani Nana Mouskouri cudo, cudo, cudo...150% stary dobry Laibach a slyszec to na koncercie, bajka!!!! PS: tak mi sie podobalo, ze dzisiaj ide drugi raz:) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17643121 Odpowiedz Link
cze67 Bela Fleck "Live At The Quick" - mmakowski 25.02.05, 23:46 Odwiedziłem dzisiaj Media Markt i zakupiłem m.in. najtańsze interesujące mnie DVD jakie udało mi się znaleźć Odpowiedz Link
cze67 The Zombies - honey_power 25.02.05, 23:47 Brytyjski zespół z lat 60... Pod głupkowatą nazwą kryją się być może najwięksi popowi geniusze w historii. Ich "Odessey & oracle" jest nazywane brytyjskim "Pet sounds"... Ale z nieznanych przyczyn jest znacznie mniej popularne, przynajmniej u nas. Ta płyta brzmi świeżo i ponadczasowo (z "Pet sounds" czas obszedł się mniej łaskawie) - melodie są wręcz nieludzko piękne, nieporównywalne z niczym - np. moje ukochane "Changes" czy cholernie słynne "Time of the season". Album powstał bez ingerencji producenta (wytwórnia postawiła na Zombies krzyżyk) i dzięki temu muzycy mogli w pełni zrealizować swoje cele, bez nacisków w stronę list przebojów itp. Powstały piosenki, które mogłyby być dziełem Mozarta, gdyby ten żył w latach 60. XX wieku.. Zauważyłem, że wiele osób z forum zachwyca się tegorocznym "Smile" Wilsona. Tym polecam szczególnie (o ile nie mieli okazji poznać): poszukajcie "Odessey and oracle" The Zombies forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18886718 Odpowiedz Link
cze67 Massive Attack "Banny the Dog" - argus1 25.02.05, 23:48 Cichcem jakoś i bokiem jak na tak znany zespół. Wydali płytę. Może tak na spokojnie to wyszło - bo to muzyka do filmu. Krótkie miniaturki - 1,2 lub 3 minutowe.Ułożone w całość. Z przepięknym motywem przewodnim, który wraca co jakiś czas, a w pełni rozkwita w 14 utworze "Two rocks and a cup of water". Na taką płytę czekałem. Bez wokali - które nie zawsze mi w tym zespole odpowiadały. To jest płyta instrumentalna. Wciągająca - o sile jaką ma choćby "Mezzanine" - ale jest to siła innego typu. Na tej płycie Massive Attack wydaje się dojrzalszy. Wyciszony. Już nie tak narkotyczny, lecz kontemplujący świat i chwilę. I na nich skupiony. Podsumowując w trzech słowach - Piękna, przejmująca płyta. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18914874 Odpowiedz Link
cze67 The Kinks - honey_power 25.02.05, 23:49 Z zachwytem odkrywam dla siebie genialnych The Kinks. Dlaczego tak późno? Mam ich 3 najwyżej oceniane płyty, wszystkie powstałe pod koniec lat 60.: "something else by the kinks" "village green preservation society" "arthur or the decline and fall of the british empire". Zostałem nimi absolutnie zmiażdżony, zachwyt nie pozwala mi spać, nie pozwala spokojnie iść na świąteczne śniadanie. Cały czas próbuję zebrać szczękę z podłogi, gdzie z hukiem opadła. Część tych piosenek dystansuje nawet uwielbianych przeze mnie (i przez Was) The Beatles. No i mimo bogatych aranżacji mają fajną aurę jakby pre-indie ;) ale to pewnie dlatego, że większość zespołów grających indie-pop siedzi w kieszeni u The Kinks. Jak się pozbieram, to napiszę może coś konkretnego o tych trzech arcydziełach.. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18859987 Odpowiedz Link
cze67 Gentle Giant "Scraping The Barrel" -mmakowski 25.02.05, 23:49 Wkrótce po wydaniu w 1997 roku boksu "Under Construction" z kręgów dobrze zorientowanych docierać zaczęły informacje o planowanym sequelu -- trójpłytowym wydawnictwie "Scraping The Barrel". Okazało się, że przejrzenie wszystkich archiwalnych taśm oraz wybranie i rekonstrukcja ciekawych fragmentów zamiast planowanego roku trwało siedem lat. Czy warto było czekać? Pudełko nie prezentuje się specjalnie atrakcyjnie Odpowiedz Link
cze67 Gwen Stefani - " Love. Angel. Music. Baby " 25.02.05, 23:50 - ihopeyouwilllikeme Gwen wysmażyła solową płytę. Widocznie potrzebują z Gavinem nowych okien do ich wspólnego domu. Ale mniejsza o to. Natomiast odnośnie tego, co na płycie jest, no to jest 12 utworów + jeden bonus. Ja widzę to tak: 1. " What You Waiting For " - przeciętny kawałek, z prostackim bitem 2. " Rich Girl " feat. Eve - koszmarne " nanana ", a melodia... z tytułu wydedukować łatwo. Ew. Hey Baby vol.2 3. " Hollaback Girl " - Lumidee. Nawet fajne. 4. " Cool " - o, coś jakby rock. Być może tak powinna wyglądać ostatnia płyta No Doubt. Ale to już musztarda po obiedzie. Ładne. Za dużo tych kiczowatych klawiszy, jak ze Scootera. 5. " Bubble Pop Electric " feat. Johnny Vulture - musical Chicago ( Techno Dub Club Remix ). Tylko gadki Gwen z Johnnym za bardzo przypominają Britney vs. Max Martin. Złe, zdecydowanie złe. 6. " Luxurious " - utwór idealny na listę przebojów Radia Eska. O ile ktoś odróżni go od innych. Chociaż nie, tam takie drobiazgi nie stanowią problemu. Fajny bas - znany tu i ówdzie Tony Kanal gra. 7. " Harajuku Girls " - zajebisty wstęp. A później... Hey Baby vol.3. Da się słuchać. Zwłaszcza tych fragmentów ze smykami i harfą - naprawde świetne. 8. " Crash " - hmm, Janet Jackson ? Znowu Tony Kanal na basie, skubaniec, zawsze go słychać. Fajny numer do dyskoteki, choć lekko monotonny. 9. " The Real Thing " - Madonna. Refren na pewno gdzieś już słyszałem... Fuck, nie przypomne se... no nic, taki przebój, może być. 10. " Serious " - przerażające smyki na początku. Ciężko to znieść. Aranżacje zostały zrobione na moim starym Casio. A w refrenie znów Madonna. Niedobre. 11. " Danger Zone " - ... no, to jest piosenka popowa. Trwa 3:37 minut. Nazywa się " Danger Zone ". Nie wiem, co by tu jeszcze ciekawego o niej napisać. Aha, w środku jest coś, co udaje solówkę gitarową. 12. " Long Way To Go " feat. Andre 3000 - coś ciekawego. Jakby jeszcze tego beatu nie było, byłoby całkiem dobrze. Świetne klawisze, takie soulowe. A kończy się jak niezapomniana płyta No Doubt - " Tragic Kingdom " 13. " The Real Thing " ( bonus track ) - inna wersja utworu nr.9. Bardziej balladowa, bez elementu tanecznego. I już wiem, skąd się wziął refren i cały kawałek - było kiedyś takie coś jak Aqua, pamiętacie ? Okazuje się, że nadal potrafią być inspirujący. Hahahaha. To tyle. Nie powiem, żebym słuchając tej płyty doświadczał jakichś mąk piekielnych. Ogólnie rzecz biorąc jest to dość przyjemny, popowy album, pod tym względem z pewnością udany. To już coś, zważywszy na oczywisty fakt, iż nagrany został dla kasy, sławy i legendy. Pierwsze dwa elementy zapewni artystce bez problemu, o trzeci będzie ciężko. Legenda musi się bardziej wyróżniać... Tylko łezka się czasem w oku zakręci, że nie ma już ( i pewnie nie będzie ) starego, rockowo-punkowo-reggaeowo-skaowo-eksperymentującego No Doubt, które tak uwielbiałem... Gwen ma teraz inne priorytety. Ok, Gwen, życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Mnie już to nie dotyczy. P.S. Aha, tytuł płyty... może przyjmiemy, że ta płyta nie ma tytułu, co ? Tak będzie lepiej. To jest self-titled. I wszystko ok. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18827300 Odpowiedz Link
cze67 Robotobibok "Nawyki Przyrody" - honey_power 25.02.05, 23:51 Nie ustaję w zachwycie nad nową płytą najlepszego zespołu z mojego miasta, który jest zarazem chyba najlepiej rokującym kolektywem w naszym kraju (jeśli chodzi o karierę zagraniczną m. in.). "Nawyki" to płyta powalająca, oryginalna i poruszająca wyobraźnię. 9 kawałków, 40 minut - intrygujące i niezwykle przemyślane partie dęciaków nie dominują już tak wyraźnie nad całością, gitara i klawisze to już klimaty niezal-postrock-kraut-i-tak-dalej: niezwykła wyobraźnia, slowiańskie podejście do rdzennie zachodniej materii i powstał nowy indywidualny styl, ktory powala. Okładka też pikna... No, to ich trzecia płyta, ale pierwsza zasługująca na miano nowobrzmieniowego arcydzieła. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18580176 Odpowiedz Link
cze67 Mars Volta - 'Frances the Mute' - mameluch 25.02.05, 23:53 jak wiadomo oficjalnie plytka owa ma ukazac sie 28 lutego, ale od czego jest internet? muzyki recenzowac nie umiem i nie lubie, wiec krociutko tylko napisze o moich subiektywnych odczuciach. jak pewnie czesc z Was wie tworczosc Cedrica B. i Omara R. jest mi dosc bliska, glownie ze wzgledu na ATDI. nie bylem zachwycony ich rozpadem i powstaniem Mars Volty, ale 'De-loused in the Comatorium' na poczatku mnie zachwycilo. pozniej entuzjazm troche opadl, ale i tak uwazam ja za bardzo dobra plyte, takie polaczenie emo-corowego (nie wiem czy to odpowiednie okreslenie) ATDI z pomyslami panow C i O. balem sie tylko ze na nowym krazku owe pomysly stana sie dominujace i niestety moje obawy sie potwierdzily. chyba jednak mam zbyt prosty gust muzyczny i wole proste kompozycje niz rozwlekle 'suity'. nie zeby sluchalo sie tego zle (zreszta mam za soba jak na razie chyba tylko trzy przesluchania), ale nieodparcie mam wrazenie przerostu formy nad trescia. w teksty jeszcze nie zdazylem sie wglebic (chociaz pewnie kiedy juz znajde czas i tak nie zrozumiem zbyt wiele), moze tam tkwi sila tej plyty? a moze zachwyci mnie, jak zazwyczaj czynia to ukochane plyty, po kilkunastokrotnym przesluchaniu? jednak jak na razie jestem troszke rozczarowany i z dwoch zespolow powstalych na gruzach ATDI, po wydaniu w obu przypadkach dwoch plyt, zdecydowanie blizsza jest mi prosta Sparta. wstepna ocena 'Frances the Mute' - 6-6,5/10. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19442386 Odpowiedz Link
cze67 Armia i goscie, Stodola, 27.01 - pizmak31 25.02.05, 23:54 -------------------------------------------------------------------------------- Nooooooo, prosze Panstwa, jezeli za 20 lat hip hop bedzie brzmial tak swiezo, jak wczorajszy koncert Tomka Budzynskiego i gosci, to nie nazywam sie pizmak31 i nie jestem mlodym chudym punkiem. Tom Bombadil wyszedl na scenie, w czymze mogl innym wyjsc na glowie, niz w czapeczce trefnisia. Duzy mezczyzna, ladny, w spodenkach do kolan i koszuli zawiazanej w pasie. Po swojej prawej stronie mial Banana z waltornia i w czapeczce, po lewj gitarzyste Slawka Golaszewskiego. Rozpoczeli ostro i tak juz zostalo do konca. Zagrali chyba cala Legende, normalnie gesia skorka i az w podloze wdeptywalo, troche Triodante (ale nie znam tej plyty), no i to, co najmocniejsze z pierwszej plyty. Z najnowszej - tylko dwa kawalki chyba, no i bardzo dobrze, bo klasyki bylo potrzeba. Najmocniejszym atutem koncertu byla sama Armia, najslabsi goscie (oprocz Maleo), a wsrod gosci najslabszy byl Zigzag z Tzn Xenny. Niestety, facet cierpial na niedopieszczenie sceniczne i jak zaczal spiewac z Budzym: Nie jestem stad, to nie umial slow i spieprzyl cala piosenke. Potem Budzy mu podziekowal i chcial, zeby sie koles oddalil, ale on niestrudzenie dobiegal do mikrofonu i spiewal w chorkach, zakladajac jakas idiotyczna maske z irokezem. Z Budzym zaspiewal Kazik i to bylo fajne, no i jak wszedl Maleo i wyopalil trzy regalowe utwory, to ludnosc sie mocno rozbujala. Byl tez Guma z Moskwy, ale niestety, jakos za malo wiarygodny w swoim przekazie punkowym sprzed 20 lat. Za to sztuka Budzego wprost uniwersalnie brzmi, pieknie, bardzo pieknie. Slucha sie tego z podobna sila, jak kilkanascie lat temu, kompletnie sie ten czad nie zestarzal, tez ze wzgledu na swietna poetyke tekstow. jak skonczyli grac, to fan klub Armii wreczyl Budzemu duzy miecz do walki ze zlem. Budzy go pocalowal i uniosl w powietrze. Miecz zamiast siekiery - powiedzial ktos ze sceny. No i potem Armia poleciala Siekiera. Byli Misiowie Puszysci i siekiera siekiera i uwaga, co ucieszy bardzo mojego brata, zagrali Wojne. Nie, no naprawde zachwyt mialam duzy. I refleksja mnie naszla, ze chlopaki duzo po 40-tce bujaja sie po scenie, niezle im to wychodzi, chociaz Kazik z brzuchem to juz tak troszke groteskowo, a nastepcow brak z takim powerem. No bo kto? Ma taka sile? Chyba jednak nikt. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19981803 Odpowiedz Link
cze67 ferment osjanu - hanbei 25.02.05, 23:56 + dodaj do ulubionych wątków + odpowiedz cytując + odpowiedz -------------------------------------------------------------------------------- miałem okazje dowiedzieć się w sejnach od cze, iż ukazał się ów podwójny album osjanu i zabiło mi z wrażenia szybciej serce (od '88 nie mieszkam w polsce). pamiętam koncert osjanu w gliwicach, zdaje się około '82 roku, przeżycie było wspaniałe... znający okolicę cze wyniuchał jeden egzemplarz fermentu w suwałkach... dwa dni musiałem zadowolić się lekturą, zanim płyty mogły zostać odtworzone. i tu sen się skończył. cover księgi liści kojarzy się niewątpliwie z estetyką zenu i jest po prostu bardziej niż udany. jednak muzykę można śmiało nazwać "produktem" i to miernym. jest to płyta, w której kompletnie brak dialogu muzycznego, a same opanowanie techniczne instrumentów jest pod przysłowiowym psem. może już dlatego ten dialog wydaje się być niemożliwym. słuchacz zastanawia się, czy to naprawdę work zrobiony przez twórców "księgi chmur", lub "głową w dół"? niestety tak. sitar został zgnieciony, jak powiadamiają omawiani panowie, ale zostało parę innych instrumentów. na przykład tablas. nada brahma, jak mówi stara mądrość hinduska: świat jest dźwiękiem i z niego się zrodził. tablas, sitar, i nie tylko (do tej grupy należy również tampura, sarod, bansuri czy pakawaj), są instrumentami pochodzącymi z tradycji hinduistycznej, ale tylko w sensie ogólnym. dokładniej chodzi tu wpływ północnoindyjski (hindustański), a ten opiera się głównie na improwizacji (w przeciwieństwie do południowoindyjskiego, zwanego karnatyjskim). podany temat w tej "szkole" zostaje więc przejęty, zmodulowany i zaimprowizowany przez danego interpreta. głównym instrumentem hindusów jest ludzki głos i rozwój wszystkich instrumentów, jakie ta kultura wydała na świat opierał się właśnie na nim. monomelodyjność, nacisk, ornamentyka pozwalająca mu zabrzmieć właśnie tak a nie inaczej, były korzeniem, na którym oparła się idea stworzenia instrumentu. nie są to puste słowa, mające na celu upiększenie tego tekstu: kwestia ta jest tak znaczącą, iż muzykalna i artystyczna wartość instrumentu w indiach jest po dziś dzień oceniana na podstawie tego, jak bardzo dźwięk tegoż instrumentu przypomina ludzki głos. chałę, którą moim zdaniem jest płyta osjanu, postaram się w miarę krótko przedstawić na przykładzie jednego instrumentu. właśnie tabli. tabla jest najważniejszym instrumentem rytmicznym "szkoły" północnoindyjskiej; składa się z dwoch bębnów, mniejszego dayan z drewnianego korpusu i większego bayan, z miedzi lub mosiądzu. instrument ten powstał około 13 wieku, a jego "rodzicielem" była tromla długa arabskiego pochodzenia, podobna do wymienionego już wyżej pakawaja. tabla "mówi" poprzez kozią skórę, którą są napięte obydwa bębny. ale to nie wszystko, sercem jest tak zwany "czarny kleks", który robi się mieszając pył żelaza z mąką ryżową (zwie się go gaab lub shyahi), i który jest naprowadzony na skórę. to dlatego zwłaszcza mniejszy dayan brzmi tak charakterystycznie. kleks ten, co jest jeszcze bardzie fascynujące, da się stroić przy pomocy swego rodzaju kamertonu... a jak się gra na tej "istocie muzycznej"? dayan uderzany jest (najczęściej) za pomocą palców prawej ręki: wskazującego, środkowego i serdecznego. dotrzymujący mu kroku bas bayana wytwarzają niejako "slapujące" szarpnięcia palców wskazującego i środkowego dłoni lewej, przy czym podbicie tej dłoni leży na skórze (zwanej puri), aby modulować (tłumić lub wzmacniać) wydobyty dźwięk. nauka gry na tabli nie trwa dwa dni. impresja muzyczna, do jakiej zdolny jest ten instrument, nie leży jednak tylko w czystym dźwięku, ale i w rytmie. rytm, to nie tylko coś, co przeciętny człowiek postrzega jako "rytmiczne" czy "muzykalne". tabla dzięki niemu może mówić, gadać, plotkować, gdakać, chrzanić, śmiać się, krzyczeć, pieprzyć czy płakać. moje rozczarowanie obudziło się w momencie, w którym kurtis zaczyna "klepać na bębnie", włącza się do tego mętna gitara waglewskiego i "transowy" głosik (głosiki?), powtarzający w koło macieja jedno i to samo. płyta jest gwałtem dla uszu. a ponoć koncert był właśnie epicentrum umiejętości osjanu - jego żywiołem. mam wrażenie, że muzycy ci zignorowali siebie, swoje dawne umiejętności, założenie istnienia tej akurat "kapeli", a nade wszystko, i to jest nie tylko, wydaje mi się, smutne, ale w jakiś sposób makabryczne, słuchaczy. ma się wrażenie, iż ten podstarzały "improwizujący quartet" wyszedł z założenia, że publika, czy pojedynczy słuchacz są tak głupi, w muzykalnym tego słowa znaczeniu, iż można im postawić plewy, nazywając je jednocześnie z uśmieszkiem kretyna gourmet. jak na ironię losu, dzień po zakupie widziałem, bodaj pierwszy raz od tych starych czasów, waglewskiego w telewizji. bródka a la gabriel, modna łysinka, czarny, skórkowy kostiumik, i dość up to date - wymyka mi się słowo badziewiasty - tatuaż na karku. niby ukryty pod golfem, ale jednak. jeśli przerost formy nad zawartością został już zrealizowany w osobie muzyka, po cóż lamentować nad płytą... płyta jest tak kiepska, iż za drugą nie miałem siły, a może ochoty, się zabrać i można rozłozyć ją na części zamienne pod kątem każdego instrumentu. ale za długość takiego wywodu cze67 wyrzuciłby mnie pewnie z forum, i wtedy... wpadłbym w depresję tworząc z tego małą pracę magisterską. ;o) piżmak31 może potwierdzić, że jestem... gadułą i streszczanie się nie jest moją mocną stroną... aby te słowa nie były takim zupełnie wyjałowionym splotem słow, polecam parę dobrych lektur, ukazujących, jak te instrumenty mogą brzmieć, lub jak można na nich grać. jeśli nie ma tych płyt w pobliżu, mogę je chętnym udostępnić. słuchając ich, ma się dreszcze (nie tylko moje odczucie), co chyba wymownie świadczy o tym, że ta muzyka żyje. trilok gurtu, "living magic" track 3: dialog tabli z saksofonem track 4: tutaj już tabla "mówi". przesłuchując ten kawałek (do końca) rozumie się, co chciałbym powiedzieć, mówiąc o tworzeniu przestrzeni: niektóre z instrumentów grają w którymś momencie pod prąd tworząc "fale", pomiędzy grzbietami których powstają łuki dźwiękowe pozostałych instrumentów i głosu ludzkiego track 6: opowiada o tym, jak tabla potrafi rozmawiać z głosem ludzkim, a jednocześnie ukazuje znaczenie tego instrumentu. w zasadzie wystarczyłby on sam. pod warunkiem, że grający na nim ma pojęcie o spektrum, w jakim z tym instrumentem można się poruszać. zakir hussain, "making music" track 1: najpierw jest tylko flet i sitar. następnie miesza się tabla i przejmuje centrum, wokół którego ustawia się saksofon, gitara (mająca prawie hiszpańskie brzmienie. ma się wrażenie, iż gra na niej paco de lucia) track 3: tutaj znowu tabla trzyma środek, natomiast flet mówi po ludzku track 5, takie możliwości czają się w głosie! w tym kawałku głos i tabla osaczają się nawzajem, przypierają do muru i koziołkując w "zapaśnym" uścisku uwalniają się na nowo ze swoich objęć. a najlepsze jest to, iż śpiewa i gra jedna i ta sama osoba... john mclauglin, zakir hussain, t.h. "vikku" vinayakram, hariprasad chaurasia / "remember shakti", 1997 tutaj w zasadzie muzyka jest tak mało "jazzowa" (w porównaniu do poprzednich), że da się przesłuchać z zachwytem całość, czyli obydwie płyty. zarzucić można, iż jest to już "typowym" przykładem współpracy muzyki etno i jazzu, lub wykręcić się argumentem, iż grają tu "tylko" mistrzowie. no cóż, sir alec quiness powiedział kiedyś "szlachectwo zobowiązuje". a to oznacza, iż byłoby lepiej pozostać przy starych płytach osjanu i paru dobrych wspomnieniach. ps. czy ktoś grający prawie wszędzie na tablas, potrafi też coś innego? otóż tak. jeśli posłucha się, co trilok gurtu wyczynia w trio mcloughlina na instrumentach perkusyjnych (john mcloughlin trio, “live at the royal festival hall, november Odpowiedz Link
cze67 Jim White NO SUCH PLACE - grimsrund 26.02.05, 10:57 Jim White NO SUCH PLACE, Luaka Bop 2001, wyd. polskie EMI Taaak... W końcu zdecydowałem się popełnić pierwszą niby-recenzję, w myśl zasady "chcesz żeby coś było zrobione porządnie - zrób to sam". Pan Jim White to bardzo ciekawa postać, o czym można się przekonać choćby czytając jego biografię na Allmusic. Wychowany na protestanckim Południu surfer i model, któremu piła łańcuchowa szpetnie poharatała kiedyś rękę, co jednak nie powstrzymało jego kariery muzycznej. Utalentowany człowiek, który ze swoimi demówkami dotarł do samego Davida Byrne'a i jego wytwórni Luaka Bop. Nawiasem mówiąc, twórca Talking Heads i dziwny kapelusznik z Florydy najwyraźniej przypadli sobie do gustu, czego rezultatem była wydana jednocześnie z NO SUCH PLACE bardzo ciekawa płyta zawierająca przeprowadzony przez Byrne'a wywiad-rzekę z twórcą albumu. Pierwsze "pełnometrażowe" dzieło White'a, THE MYSTERIOUS TALE OF HOW I SHOUTED WRONG-EYED JESUS! ukazało się w 1997 roku i wywołało spore zamieszanie wśród miłośników alternatywnego country. White'a zaczęto nawet nazywać nowym Tomem Waitsem (aczkolwiek trzeba przyznać, iz jego głosowi sporo jeszcze brakuje do firmowej chrypy Toma). Tak czy owak w realizacji krążka maczali swoje paluchy Ralph Carney (współpracownik Waitsa, Billa Laswella i Victorii Williams), sama Victoria Williams oraz inny wielki, acz niedoceniany twórca szeroko pojętego alt-country - Joe Henry. Zakręcone teksty byłego ujeżdżacza fal obracały się częstokroć w apokaliptyczno- pijackich "waitsowych" klimatach, świadcząc o nader osobliwej wyobraźni swojego twórcy, tudzież o jego ponadprzeciętnej wrażliwości. Album ten wpadł również przez przypadek w ręce pewnego młodego angielskiego filmowca, co zaowocowało zdarzeniami, o których będzie mowa za chwilę. Międzynarodowa renoma, jaką zdobył White po debiutanckiej płycie sprawiła, że w nagrywaniu NO SUCH PLACE pomagała mu kolejna grupa niezwykłych muzyków, tym razem z różnych stron świata. Trzy utwory (HANDCUFFED TO A FENCE IN MISSISSIPPI, THE WOUND THAT NEVER HEALS oraz 10 MILES TO GO ON ON A 9 MILES ROAD), zarazem najbardziej dynamiczne fragmenty płyty, to rezultat starań Paula i Rossa Godfrey'ów z brytyjskiego zespołu Morcheeba, którzy zagrali na swoich instrumentach i współprodukowali owe piosenki. Podczas słuchania tych kawałków nogi same wyrywają się do tańca - choćby nawet owym tańcem miałby być taniec św. Wita. Nieco przypominały mi one klimaty ostatnich płyt Wolfgang Press oraz twórczość wspaniałej, acz niestety mało znanej brytyjskiej grupy Scott 4 (uprawiającej gatunek, który dla własnych potrzeb nazwałem "Kraftwerk na Dzikim Zachodzie"). Po jednym zaś utworze zrobili na płytę White'a dwaj cenieni Japończycy: Sohichiro Suzuki (założyciel i lider grupy World Standard) to współautor najbardziej poruszającej kompozycji NO SUCH PLACE - ponad siedmiominutowego, niemal akustycznego CHRISTMAS DAY, zaś Toshihiro Nakanishi pomagał przy równie skromnie zaaranżowanym CORVAIR. Produkcją czterech innych piosenek zajął się Andrew Hale, podpora grupy towarzyszącej Sade i lider grupy Sweetwater, zaś po dwie - hiphopowy DJ z Florydy Q-Burns Abstract oraz własny zespół White'a, 144,000 (wbrew swojej nazwie liczący jednakże nieco mniej członków). NO SUCH PLACE to bardzo ciekawa mieszanka stylów, która po raz kolejny może skłonić do rozważań na temat: jak wyglądałaby dzisiejsza scena folkowo/kantrowa gdyby nie wielki głównonurtowy sukces Becka? Podobnie jak u tamtego twórcy mamy tu z jednej strony "nowoczesne" skrecze i loopy, a z drugiej "wstydliwe" banjo, mandoliny, gitary slide itp. - instrumentaria, które na pozór nijak do siebie nie pasują, a jednak razem potrafią stworzyć niepowtarzalną całość, która za każdym przesłuchaniem brzmi równie świeżo. W takim właśnie "sosie" pływa sobie Jim White, śpiewający (często "przez słuchawkę telefoniczną"), skandujący, mruczący i jodłujący swoje dziwaczne (choć już nie tak bardzo jak na pierwszej płycie) teksty; o miano najlepszego tytułu na płycie walczą u mnie GHOST-TOWN OF MY BRAIN oraz GOD WAS DRUNK WHEN HE MADE ME. Jako swoisty dodatek do NO SUCH PLACE można potraktować film telewizji BBC W POSZUKIWANIU ZEZOWATEGO JEZUSA (SEARCHING FOR THE WRONG-EYED JESUS) z 2003 roku. Jego autor, Andrew Douglas, zafascynowany płytowym debiutem White'a, namówił twórcę do wspólnej wyprawy szlakiem inspiracji muzyka - przez bagniska, więzienia, obskurne bary i motele rodzinnej krainy twórcy. Film, który co jakiś czas pokazuje stacja Planete, prezentuje tak osobliwe panoptikum muzyków-amatorów, szaleńców, więźniów, dziwek, militarystów i religijnych fanatyków, jakie rzadko spotkać można na małym ekranie. Znakomity dokument puentuje utwór CHRISTMAS DAY, w którym Jim White przejmująco śpiewa o złamanym sercu... Where in the world did you come from my dear? Did some mysterious voice tell you I'd still be here? I bought this ticket to Mobile, but I been stranded all day... P.A. said the bus broke down ten miles away from the station So seldom a door...so seldom a key... So seldom a lock like the love between you and me But seldom comes happiness without the pain Of the devil in the details since I saw The smile on your face as I was crying in a Greyhound station On Christmas Day... in 1998 The burden of love is the fuel of bad grammar You stutter and stammer--what a bitch to convey the crux of the matter When the words you must utter are hopelessly tangled In the memories and scars you show no one So seldom a door...so seldom a key... So seldom a hit like the hurt you put on me But seldom comes happiness without the pain Of the devil in the details since I saw The smile on your face as I was crying in a Greyhound station On Christmas Day... in 1998 I remember quite clearly, a bad Muzak version Of James Taylor's big hit, called "Fire and Rain" was playing As you crouched down and tearfully kissed me And I thought, "Damn, what good fiction I will mold from this terrible pain" So seldom a door...so seldom a key... So seldom a gift like the gift you gave me But seldom comes happiness without the pain Of the devil in the details since I saw The smile on your face as I was crying in a Greyhound station On Christmas Day... in 1998 Amazing grace, how sweet the smile upon the face I never thought I'd see you again... Especially here in this Greyhound station... On Christmas Day... in 1998 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20516093 Odpowiedz Link
cze67 Under Byen - pagaj_75 26.02.05, 18:40 W ciągu ostatnich kilku(nastu) lat Skandynawowie jakby mieli coraz więcej do powiedzenia w muzyce (niezbyt) popularnej, zwłaszcza jeśli chodzi o głosy żeńskie. Szwedzi dali nam np. Stinę Nordenstam, Islandia pchnęła w świat Bjork i Mum, Norwegowie mają Anję Garbarek. Jedynie Finowie się w tym względzie ciągną w ogonie. No i do niedawna wydawało mi się, że Duńczycy również. A tu mała niespodzianka - jest! Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, w dodatku tak słabo widzialna i słyszalna, ale mimo wszystko miło posłuchać. Nie szukajcie recenzji ich płyt na pitchforku ani porcysiu. Nie znajdziecie też informacji o nich w AMG. To wszystko jeszcze przed nimi ;) Anyway, Under Byen (nawet nie wiem jak poprawnie wymawiać tą nazwę) są, jako się rzekło, z Danii i jest to ośmioosobowy kolektyw, iście postępowy w kwestii płciowej: cztery panie i czterech panów, w dodatku to panie tam rządzą! A konkretnie wokalistka Henriette Sennenvaldt i pianistka Katrine Stochholm, bo one to są głównymi twórczyniami repertuaru UB. Instrumentarium składa się ze smyków, różnorakich instrumentów klawiszowych (pianino, wurlitzer, syntezator Mooga), dęciaków, basu i perkusji, choć w użyciu są również różne nietypowe instrumenty takie jak ukulele, piła, czy melodica. Prawie zero gitary. I śpiewają wyłącznie w ojczystej mowie, co mnie akurat nie przeszkadza. Muzyka jaką razem tworzą nie jest zbytnio odkrywcza. Ba, zaryzykowałbym twierdzenie, że jest bardzo wtórna i wywołuje wiele skojarzeń. Największe skojarzenia powoduje chyba głos wokalistki, która często brzmi jak Bjork po ciężkim załamaniu nerwowym i na środkach antydepresyjnych :) Reszta ansamblu utrzymuje brzmienie w klimatach, nazwijmy to z grubsza i umownie, skandynawskich, a więc właśnie takich mumowo-nordenstamowo-garbarkowych. Wydali dotąd dwie płyty długogrające: "Kyst" (1999) i "Det Er Mig Der Holder Traeerne Sammen" (2002) i obie wydają się godne polecenia ludziom, którzy lubią takie jesienno-zimowe, melancholijne granie. Pierwsza jest dość surowa i siermiężna produkcyjnie niczym meble z IKEI, ale zawiera kilka cudnych tematów (jak choćby tytułowy czy "Hjertebarn") obok których jakoś nie mogę przejść obojętnie. Druga już brzmi (technicznie) lepiej i ma kilka naprawdę przemiłych fragmentów, jak choćby "Plantage" czy finałowy, 12-minutowy "Om Vinteren". Jak dotąd pozostają raczej nieznani poza ojczystą Danią (a i tam pewnie do gwiazd nie należą), choć powoli może się to zacząć zmieniać. W zeszłym roku Niemcy z Rammsteina poprosili Under Byen o zremiksowanie ich utworu "Ohne Dich", a w tym roku mają szansę pokazać się szerszej publiczności (również zagranicznej) na festiwalu w Roskilde. W internecie poza oficjalną stroną zespołu znalazłem kilka witryn prowadzonych przez fanów, również taką z angielskimi tłumaczeniami tekstów UB. Zespół ten świata pewnie nie zmieni, ale dla paru osób może uczyni go bardziej kolorowym (tak jak dla mnie). PS. Nie szukajcie ich płyt w amazonach i innych. Kupić je można tylko w kilku duńskich sklepach internetowych. Jakby ktoś był zainteresowany, mogę podać namiary na ten, w którym sam kupiłem, bo transakcja przebiegła absolutnie bezproblemowo. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20554731 Odpowiedz Link
cze67 Patricia Kas w Kongresowej - pizmak31 26.02.05, 18:41 Dzieki uprzejmosci kolezanki Martolki oraz uprzejmosc kolegi M.K (imie i nazwisko znane redakcji) wybralysmy sie nie koncert Patricii Kaas, co ja tylko znalysmy ze slyszenia i tyle o niej wiedzialysmy, ze jest Francuzka. I ze pop gra oraz ladnie interpretuje Brella. No i tak bym powiedziala: 2/3 muzyki mozna wyrzucic przez okno, bo nic nie zostaje w glowie, taki francuski pop-rock raczej nie do zniesienia. natomiast w utworach lirycznych i balladka - baaardzo pozytywnie. Sama Patricia wie za co dotaje pieniadze, bo sie nie oszczedzala na scenie, chociaz jej choreografia chwilami przypominalam ruchy Ally Pugaczowej badz Beaty Kozidrak z zespolu Bajm. Muzycy byli dobrzy, ale musieli grac beznadziejnie konwencjonalne solowki gitarowe. Pod koniec koncertu KOngresowa wstala na nogi i ludnosc sie zaczela bujac i musze przyznac, ze z Martolka takze sobie poruszalysmy nogami oraz rekami. Pod koniec nawet wygladalo, ze Patricia wyzwolila sie z jakiejs takiej beznadziejnej manieru ruchowej i zaczela zwyczajnie skakac jak Ilus podczas i i drugiej edycji Indiepopnight. No i swiatla. Swiatla byly najpiekniejsza rzecza w tym koncercie. Scena byla z czterema abazurami zawieszonymi w polowie i kolory byly niebianskie. jednym slowem, za darmo mozna isc, a jak bedzie jakas przecena w sklepie to moze nawet i kupie plyte tej pani. merci beaucoup pour votre attention :)))) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20837136 Odpowiedz Link
cze67 New Order "Waiting For The Sirens Call" - ilhan 26.02.05, 18:43 1. Who's Joe Rozpoczyna klasyczne neworderowe intro klawiszowe, dalej całość w średnim tempie. Z pewnością robi coraz lepsze wrażenie z każdym kolejnym przesłuchaniem, a refren (podtrzymuję) to nowe "Crystal". Ocena: 8,5/10 2. Hey Now What You Doing Gitarowy riff w stylu "Get Ready", ale potem bardziej w guście "Dream Attack" z "Technique" z tą melancholijną melodią i wokalem Sumnera. Ocena: 9/10 3. Waiting For The Sirens' Call Now that's a classic one. Najlepszy utwór na płycie i prawdopodobnie najlepszy utwór New Order od 16 lat. Coś więcej niż początkowe skojarzenie (zagubione ogniwo "Technique"). Wreszcie prawdziwie znakomity motyw basu Hooka. Musi być przebój. Jeśli ktoś ma wątpliwości, musi poczekać do 4:21. Ocena: 10/10 4. Krafty W kontekście płyty to znakomity wybór pierwszego singla. Rasowy neworderowy pop. Ocena: 8/10 5. I Told You So OK, więc nie byłem jedyną osobą, która skojarzyła to z Ace Of Base (ktoś pamięta "All That She Wants"?). Brzmi jak sympatyczny, ale za długi odrzut z "Republic". Ocena: 6/10 6. Morning Night And Day Pierwszy tak dynamiczny, typowo taneczny utwór. Nie można chyba nie słyszeć jak przefajny jest ten moment kiedy wchodzi refren i wszystko zyskuje o 100% na skoczności. Bernard wciąż nie jest tekściarzem wszechczasów (I just want some action / Give me satisfaction), ale solidna robota. Ocena: 8/10 7. Dracula's Castle Znów coś w stylu gitarowych momentów "Technique". Ładne. Ocena: 7,5/10 8. Jetstream Gościnny udział babeczki na wokalu. Nie jestem przekonany do tego utworu (jeszcze?). Przypomina te mniej ciekawe momenty "Get Ready" jak "Vicious Streak" może, choć refren ma dość chwytliwy. Ocena: 6,5/10 9. Guilt In A Useless Emotion Tu płyta dokonuje podziału fanów New Order na prawdziwych wyznawców i fake'owców, którzy mają ich za zespół rockowy :D Damskie chórki w refrenie irytują w stylu singlowego miksu "Sub-culture". Dyskotekowy kawałek w najlepszym wydaniu, gdyby nie ta kobieta w refrenie, grrr. Ocena: 7,5/10 10. Turn Znów wariacja w temacie "Dream Attack", ale melodia kapitalna. Ocena: 8,5/10 11. Working Overtime Na koniec rock'n'roll, gdzie New Order pokazują miejsce w szyku 90% kapel new rock revolution ;) Nie powala, może nie powinno kończyć płyty, ale mimo wszystko fajne. Ocena: 7/10 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19325441&wv.x=1&a=20527127 Odpowiedz Link
cze67 Gary Moore-Power of the Blues - ihopeyouwilllikeme 28.02.05, 13:00 Płyta jest miła, choć mało odkrywcza ( czyt. wszystko to juz było, i to wiele razy ). Zaczyna się ostrą jazdą ( adekwantnie do tytułu pierwszego kawałka, będącego jednocześnie tytułem płyty ), potem zwalniamy tempo ( " There's A Hole ", kojarzą mi się z czyms te akordy, ale zapomniałem z czym ). Świetne " Tell Me Woman ", z fantastycznym wykorzystaniem efektu " wah wah ", poprzedza klasyczny już przebój " I Can't Quit You Baby " ( Gary Moore inspirował się raczej wersją Led Zeppelin niz oryginałem ). " That's Why I Play The Blues " to blues balladowy, mogący kojarzyć się z największymi przebojami artysty. Żeby nie było monotonnie dalej mamy ciężki, oparty na rwanych riffach " Evil ". Naprawdę daje kopa ! Ostatnie cztery utwory na płycie to po prostu kolejne bluesy, raz szybsze, raz wolniejsze ( pyszny " Torn Inside " ), ale żaden z nich nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Warto natomiast posłuchać ze względu na gitarowe popisy Moore'a, które momentami naprawdę urywają głowę. Polecam umiarkowanie. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13440693&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 RHCP-z koncertu + mooreash 28.02.05, 13:01 Amsterdamski stadion Arena robi wrazenie niemal tak duze jak katowicki spodek. Nie moge sie doszukac ile tam wlazlo ludzi, ale podejrzewam, ze okolo 50 tysiecy. Zabrali nam aparat, wiec wieczor nie zaczal sie zbyt przyjemnie. Zroznicowanie wiekowe wprawilo nas w swoisty szok. Na marillion znacznie zanizalismy srednia wiekowa, a tutaj byly i dzieci (bo na oko jakies 8-10 lat) i ludzie, ktorzy pamietaja jeszcze czasy kiedy mieczyslaw fogg skakal w krotkich spodenkach po podworku. Kolejny raz zaczalem sie zastanawiac dlaczego tak drazni mnie przychodzenie na koncert w koszulce wystepujacego zespolu. Podejrzewa, ze okolo polowa ludzi miala na sobie koszulki RHCP z czego trzy czwarte kupilo je na tymze koncercie (za jedyne 30 euro) wchodzimy, miejsca siedzace, trzeci rzad. Przed nami plyta boiska, scena po drugiej stronie, jakby nie ekrany to bym nic nie widzial. Zachcialo sie nam miejsc siedzacych, nigdy wiecej! Zboczenie zawodowe (i pragnienie) kazalo mi zwrocic uwage na ciekawa maszyne do nalewania piwa. Taca z trzydziestoma kubkami podstawiana pod maszyne z szescioma rurkami, szybko, efektownie i kupa piany na podlodze. Punkt dziewietnasta (zgodnie z rozkladem) zaczyna sie “show”. Supporty- 1. chicks on speed- I tu pojawil mi sie kolejny raz ten sam problem- czy zespol grajacy koncert ma wplyw na to kto gra przed nim? Wiem, wiem- jestem nietolerancyjna malpa, ale CO TO KUUURWAAAA MA BYC???? Trzy panny (gdzies w polowie wyskoczyla czwarta, ale tylko skakala po scenie jakby siadla w mrowisku) przy czym co do plci nie jestem pewien. Skakalo toto po scenie, krzyczalo jakies dziwne teksty po sngielsku I po niemiecku, stroje zywcem wyjete z technoparty w berlinie zachodnim pietnascie lat temu, makijaze jak polaczenie kiss I antoniny krzyszton, podklad-techniawka w tle, I tak z pol godziny… ciezko bylo, oj ciezko. Jedna babka (?) wygladala jak maryla rodowicz, tyle ze troche chudsza, nlodsza I z czarnymi klakami. Z tego co zauwazylem wiekszosc ludzi siedzacych na trybunach byla bardziej zainteresowana golebiem, ktory wlecial jakos do srodka I nie mogl wyleciec (ajax ma kryty stadion) latal biedny od jednej trybuny do drugiej, ciekawe jaki mialo to wplyw na jego psychike- halas, ktorego ja nie moglem zniesc, dym z papierosow (tak, w holandii pala tez papierosy) I zamknieta przestrzen… no, ale nie o ornitologii mialem tu dzis pisac. 2. the roots. O ile w pierwszych minutach ich wystepu drugi raz zadalem sobie pytanie czy nie pomylilem stadionow, to jednak pozniej sie rozkrecili. Zaczeli od jakichs hiphopsiupujacych fajansow, ale pozniej zrobilo sie ciekawiej. Dwoch gitarzystow (z czego jeden do zludzenia przypominal philipa michaelà thomasa z majami wajs) basista (z cygarem w zebie, perkusja, klawisze. Jak spiewal PMThomas to bylo ok, jak wokalista to zaraz sie z tego robila kaszana. Zaskoczyli mnie tym, ze pomiedzy numerami basitsa zagral dosc rozbudowanie I trzeba przyznac, ze ciekawe solo. Jak sie na to patrzylo to si emialo wrazenie ze koles odgania sie od krowich bakow, ale jak zamknac oczy to nawet ciekawie to brzmialo. Jeden z gitarzystow tez zagral pozniej solo w ktorym wykazal sie uwielbieniem hendrixa, grajac za plecami nad glowa, miedzy nogami I wkilku innych pozycjach. Nie wybzykal I nie podpalil jednak wiosla wiec do jimiègo mu jeszcze troche brakuje. Nie byli tacy strasznie, ale mimo to odetchnalem kiedy juz zeszli. Myslalem, ze to jakies miejscowe obiboki, ale na stronie RHCP jest napisane ze graja z nimi dosc czesto. No I do rzeczy. Dosc dlugo trwalo zanim wlezli wreszcie na scene. Dodatkowe dwa telebimy odpalone co ulatwilo mi ogladanie widowiska. Zaczeli we trzech od kawalka ktorego nie znam, ale zaraz po nim na scenie pojawil sie anthony (ubrany w biala koszule, krawat I taki zajebisty kubraczek) I polecialo “can`t stop” wywolujac u mnie ta zajebista, jedyna w swoim rodzaju gesia skorke. Niestety nie mialem nic do pisania zeby przekazac wam teraz kolejnosc numerow, al ei tak nei bylaby ona zbyt dokladna bo nie jestem jakims znawca zebym znal ich wszystkie ich kawalki. Ciekaw jestem ilu obecnych tam ludzi odkrylo RHCP dopiero po “by the way”. Sodzac po wrzaskach I piskach jakie wywolal “zephyr song” sporo. Ktos kiedys stwierdzil ze red hoci to bardzo dobry zespol, ale na koncertach duco traca. I ja, z wilkim bolem musze sie z tym zgodzic.dlaczego? 1. strasznie zle naglosniony wokal. Wiem, ze to nie ich wina, ale mimo wszystko powinno to byc dopilnowane. 2. strasznie dlugie przerwy miedzy piosenkami. 3. dwa czy trzy razy mialem wrazenie, ze nie wiedza co maja zagrac, zaczynali sobie brzdeakac po czym przerywali I zaczynali jakis inny numer. Dziwnie to brzmialo I wygladalo. Po zespole z ich doswiadczeniem scenicznym spodziewalem sie nieco wiecej. 4. odnioslem wrazenie, ze forma wokalna anthonyègo nie jest najlepsza. Ale, jak juz wyzej napisalem moze to po prostu naglosnienie. 5. nie zagrali mojego ulubionego “black sugar…”J ale nie bylo tak strasznie- teraz o plusach. 1. forma wizyczna wokalisty- zajebiscie podoba mi sie ten uklad choreograficzny przypominajacy polaczenie wscieklego orangutana I krakowiaczek-ci-ja. 2. kilka ciekawych przerywnikow. Teoretycznie mozna to bylo rowniez uznac za minus tego koncertu, mozna to bylo debrac za swoista zapchaj-dziure, ale mnie sie to jednak podobalo. Napiejrw basista kolejny udowodnil, ze potrafi wycignac z tego instrumetu rewelacyjnie brzmiace dzwieki, bylem w szoku. Zawsze podziwialem wlasnie jego sluchajac RHCP, ale gdy zagral sam- wtedy dopiero pokazal co potrafi. Zreszta pozniej wprawil mnie w zadziwinie wychodzac na scene z… trabka. Nawet mu niezle na tej trabeczce szlo. Frusciante w tym czasie bawil sie przesterami (delay, flenger i inne takie) rozciagajac brzmienie trabki na wszystkie strony. Pozniej kilka krotkich acz pieknych solowek zagral perkusista. Miedzy innymi wstep do “good times, bad times”cepelii. W sumie mozna na te przerywniki popatrzec rowiez z drugiej strony. Wygladalo to tak jakby reszta schodzila ze sceny podpiac sie pod kroplowke czy cos I w tym czasie trzeb abylo cos wykombinowac… ale nie bede sie juz czepial. Zabisowali tylko raz, ale za to jak…. Najpierw Frusciante powiedzial, ze jak byl mlodym, jedenastoletnm punkowycm chlopcem to byl to jeden z jego ulubionych numerow po czym zagarli cos co brzmialo jak black flag lub the x, a pozniej zlazl troche nizej ze sceny I polecialo “under the bridge”… Podsumowujac odczulem delikatny niedosyt. Moze nie moglem sie do konca wyluzowac bo holenderska kolej jezdzi tylko do polnocy wiec patrzylem co chwile na zegarek zeby sie nei spozniec na ostatni pociag. A moze po prostu za duzo zobie wyobrazalem. To tyle. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13576582&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
sonia34 Re: Drake, Basiński - pytajnick 09.03.05, 20:43 Witam! Też kocham Drake'a:)Ja zaczęłam Go słuchać od ''Five Leaves Left''.Do dziś mam łzy w oczach gdy słucham''Day Is Done''.Brak mi słów... Pozdrawiam:) Odpowiedz Link
cze67 Elvis Costello - The Delivery Man - pixie 15.03.05, 13:20 Po „When I Was Cruel”, a zwłaszcza po „North” z pewną nieufnością podeszłam do najnowszej produkcji pana Costello. Trudno przewidzieć, w jakim kierunku mógł pożeglować po płycie wypełnionej jazzującymi balladami. W pewnym sensie Costello wraca do punkowej energii „When I Was Cruel”, a konkretnie jednego utworu - „Tear Off Your Own Head (It's a Doll Revolution)”. Taka jest płyta „The Delivery Man” - poraża energią i emocjonalnością, do której mnie przyzwyczaiła wczesna, najdoskonalsza twórczość tego pana. Nie da się ukryć, że Costello nagrał ten album w stanie Mississippi, ale bez obaw, on odkrywał nowe obszary muzyki. Country-punk. Blues-punk. I jeszcze soul-punk. Krótko mówiąc, country, bluesa, soulu i całej tej rdzennej muzyki amerykańskiej jest tyle, ile trzeba, aby album „The Delivery Man” brzmiał świeżo, surowo i interesująco. Albo ja się nie znam na country. Bardzo mnie cieszy obecność na tej płycie Steve’a Nieve, a raczej że tę obecność tak dobitnie słychać. Jego fortepianowy riff w skądinąd znakomitym „Country Darkness” porywa przy swojej genialnej prostocie. Utwór ten jako jeden z wielu udowadnia również, że energia u Costello niekoniecznie oznacza szybkość. Jest on specjalistą od dynamicznych ballad, które brzmią tutaj jak cisza przed burzą. Nie będę opisywać pojedynczych utworów, nie warto rozbijać tę płytę na kawałki. Słuchając po raz kolejny „The Delivery Man”, odkrywam na nowo powody, dla których album ten nie tylko znajdzie się na czele mojego tegorocznego rankingu (o co u mnie nietrudno), ale przede wszystkim dlaczego zaliczam go do najlepszych dokonań Elvisa Costello - a sporo się ich już nazbierało. Podczas nagrywania "The Delivery Man" wspomagał Costello instrumentalnie zespół the Imposters (perkusista Pete Thomas i klawiszowiec Steve Nieve z the Attractions oraz basista Davey Farragher), a wokalnie - Emmylou Harris i Lucinda Williams. Oficjalnie płyta pojawi się w sprzedaży od 21 września (no co ja poradzę, pokusa była zbyt silna ;). forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15913310&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Jeff Buckley''Grace'' - sonia34 15.03.05, 13:23 Gdy usłyszałam tą płytę zaprzedałam jej całą duszę,sześć dni nie słuchałam nic innego!Bezbrzeżne piękno,pure esence muzyki.Odtrutka na wyzuty z uczuć muzyczny fast-food, serwowany przez komercyjne rozgłośnie,czysta magia. Tego nie da się opisać słowami,tego albumu trzeba po prostu posłuchać,poczuć tę nostalgię ''Lilac Wine'',zatopić się w smutku''Grace'',poddać się melanholii ''Hallelujah'' .Tego się nie słucha ot tak...tej muzyce trzeba poświęcić całkowicie, nauczyć się słuchać.No bo tak po pierwszym przesłuchaniu...co to właściwie jest?Śpiewa sobie jakiś tam facet o miłości, ...ale za to jak !!!Jeff dotknął absolutu,osiągnął wyżyny sztuki niedostępne dla innych.Nie zanudza banalnymi wyznaniami w stylu ''Baby I love you'',tu każda piosenka została nagrana z potrzeby serca,płynie z głębi ludzkiej duszy.Jeff powiedział kiedyś:''Nie tworzę muzyki dla wytwórni,tworzę muzykę dla ludzi''.Ten album chwyta za serce... po prostu!Przywraca wiarę w to,że muzyka jest sztuką.Nawet ''zwykły'' szept(czasem szeptem można wyrazić więcej niż krzykiem) w ''So Real ''przyprawia o dreszcze: I love you But I'm afraid to love you I love you But I'm afraid to love you... A ''normalne''piosenki o miłości- ''Last Goodbye'' i ''Lover, you should've come over' ' mają w sobie tyle uroku,że wystarczyłoby na kilkadziesiąt utworów innych wykonawców.A ''Grace'' to nie tylko album z genialnymi piosenkami,Jeff od początku poraża słuchacza swym niezwykłym glosem(ok pięciu oktaw)-''Mojo Pin'',w jednej chwili zmienia normalny śpiew w histeryczny krzyk-''Grace'',śpiewa falsetem-''Corpus Christi Carol'',czy zaskakuje rockową drapieżnością-''Eternal Live''. Genialne!!!!!! To płyta,która przypomina nam o Naszym człowieczeństwie,że mamy duszę PS.John Lennon twierdził,że za pomocą muzyki można zbawić świat...muzyka Jeffa daję nadzieję,że to prawda. PS.Bono powiedział o Jeffie:''Był czystą kroplą w ocenie hałasu'' Przeczytalam kiedyś o płycie ''Starsailor''Tima Buckley'a(ojca Jeffa) To już na prawdę momentami nie jest muzyka. To serce Tima Buckleya wydzierające się na zewnątrz, krzyczące, płaczące, kochające, śmiejące się... Ja to samo mogę powiedzieć o ''Grace''.Jeff...ojciec napewno byłby z Ciebie dumny. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21518799&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 puking and crying - janek0 16.03.05, 22:08 Ta płyta jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Jenn Ghetto, gitarzystka, basistka, klawiszowiec, wokalistka, producent i w ogóle jedyny uczestnik projektu pt. "S", ma rzadki dar komponowania muzyki dojrzałej artystycznie (wśród muzyków tzw. indie rocka rzecz nieczęsto spotykana) i zarazem poruszającej emocjonalnie. Wykorzystuje do tego proste środki - niebardzo wirtuozerską grę na gitarze i tylko trochę zmanierowany wokal, w większości utworów wykorzystywany zresztą raczej oszczędnie. Dużo więcej się tu nie usłyszy - czasem może trochę klawiszy, często mechaniczną (czy raczej elektroniczną) perkusję. Do tego poetyckie, osobiste teksty, i nieprzeciętna osobowość. Prosta forma, potężny przekaz. Gdyby poprzestać na takim opisie, ktoś mógłby pomyśleć, że chodzi o jakiegoś damskiego klona Sama Beama z Iron and Wine. Skojarzenie o tyle dobre, że podobno pierwsza płyta S została nagrana po prostu w sypialni autorki, podobnie jak pierwsza płyta Pana z Brodą. (Czy była to ta sama sypialnia, źródła milczą). Ale "Puking and Crying" to nie jest folkowa płyta, i nawet koło folku nie leżała. Wcale nie jest też aż tak prosta, jak dzieła w/w autora z Miami. Nie mamy do czynienia z Kobietą z Brodą. O nie ! Przede wszyskim, dzieło "S" to płyta rockowa, ale też elektroniczna. Coś jakby Cat Power spotkali się z Boards of Canada, gubiąc po drodze 3/4 instrumentów. I próbowali nadrobić braki w sprzęcie za pomocą majstrowania przy wielościeżkowym magnetofonie i samplerze. Na tym właśnie polega skomplikowanie "Puking and Crying". Mimo, że instrumentarium, melodie i brzmienie są proste (by nie powiedzieć prymitywne), to elektroniczno-producenckie manipulacje się udały, i faktura dźwiękowa (niniejszym ogłaszam błyskawiczny konkurs im. A. Gacek na jeszcze bardziej nonsensowne i pretensjonalne określenie, nagrodą będzie uścisk dłoni p. Księżyka) tej płyty jest całkiem skomplikowana. Oszczędne granie zostało przetworzone tak, że czasami grają dwie gitary, śpiewają dwie Jenn i gra szesnastu perkusistów. Przy tym, zupełnie nie mamy do czynienia z bawieniem się elektroniką dla bawienia się elektroniką. Okazało się mianowicie, że samotne siedzenie w sypialni na różnych działa różnie, bo o ile płyty Iron and Wine emanują spokojem, to "Puking and Crying" jest jakoś emocjonalnie rozedrgane. I właśnie do wyrażenia tego nastroju służą Jenn jej elektroniczne zabawki. Niektóre z jedenastu utworów umieszczonych na tej płycie osiągają odrealniony, niemal dream popowy klimat, i wydają się rozciągać w nieskończoność ("I'm fine, Bye bye", "Part II"), inne zaś uderzają w słuchacza niczym lawina (fenomenalne "Crushed",i równie genialne "100X") Na innych ("The Last Song", "The Coffin of Your True Love") spokojny, jakby wyprany z emocji wokal kontrastuje ze skomplikowaną, rozwichrzoną i niespokojną linią rytmiczną, i setką "przeszkadzajek". Są też kawałki wyraźnie depresyjne, ("Bells", "You Decide"). Jednocześnie, wszystko to przenika niepokój; ma się wrażenie, jakby Jenn od szeptu miała zaraz przejść do krzyku, albo spokojne gitary miały nagle zamienić się w jakieś piekielne łojenie. Nigdy jednak to się nie dzieje - zostaje tylko dziwne uczucie dyskomfortu. Najwięcej skomplikowanych rzeczy Jenn przekazuje za pomocą tego, czego nie nagrała i nie zaśpiewała. Duża sztuka. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17348616&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 THE CORAL ''MAGIC AND MEDICINE'' - sonia34 22.03.05, 14:45 Śmierć rocka wróżono od dawna.Na szczęście publiczności znudziły się silkonowe laski i żelowe lalusie... i rock znów jest w modzie .Na fali Nowej Rockowej Rewolucji wypłynęło wiele nowych zespołów.Niestety nie brakuje wśród nich pozbawionych talentu hochsztaplerów z koszmarnym Yeah Yeah Yeahs na czele.Odziwo krytyka nie poznała się na tej tandecie i nazywa Karen O.-wokalistkę grupy, nadzieją roka.Jeśli tak ma wyglądać współczesna muzyka to wolę ogluchnąć!!!. Na szczęście nie wszystkie nowe zespoły są takie beznadziejne -BRMC,The White Stripes i główni bohaterowie tej recenzji: The Coral nagrywają naprawdę dobre albumy. Druga płyta zespołu nie przynosi wielkich zmian stylistycznych.To nadal kapitalne piosenki retro.The Coral nie grają jakiejś odkrywczej muzyki(równie dobrze mogliby nagrywać w latach 60'-tych).Jednak w ich prostych,swobodnych kompozycjach jest jakaś sila.Ich urok polega na spontaniczności,szczerości.Brak tu efekciastwa ;skoplikowanych,rozbudowanych melodii.Jakkolwiek trudno się oprzeć wrażeniu,że to muzyka pełna uczuć,a wokalista J.Skelly ma coś istotnego do przekazania(mimo,że trudno teksty w stylu:''jestem w lesie/tak rzadkim i boskim/To jest miejsce gdzie tracisz umysł...''uznać za szczególnie wybitną lirykę).Rewelacyjny album!Jednak mam świadomość,że większość słuchaczy przejdzie obok ''Magic and Medicine""obojętnie bo: nudne,niemodne i smętne,ale mała gartska oszołomów (do których należy także niżej podpisana)zachwyci się nim bez pamięci i nie wytrzyma ani jednego dnia bez ''Don't think you are the first'',''In the forest'',czy ''Confession of A.D.D.D.'' PS.Dawno nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia!(eh,żeby wszycy młodzi wokaliści śpiewali jak James Skelly!He,he.Jak tak dalej pójdzie to jeden z moich idoli Thom''the coolest man in United Kingdom''może się poczuć zagrożony.No może trochę przesadziłam,ale Yorke gdy był w wieku Skelley'a śpiewał jak przeciętniak i tyle! forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21703876&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Blur - Think Tank - sonia34 22.03.05, 14:46 Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że Blur nagra album, który już w chwili ukazania się zostanie zaliczony do klasyki rocka... to odesłałam bym go do psychiatry. Co prawda, zawsze grali sympatyczne, przebojowe piosenki, ale do klasyków było im daleko. W 2000 roku wydali "The Best Of" - kompilacje swych największych hitów umieścili na niej jeden premierowy utwór "Music is my radar", (jedno z najlepszych nagrań w całej karierze zespołu) który był zapowiedzią muzycznej ewolucji grupy. Pierwszy singiel z płyty "Out of Time" od razu przypadł mi do gustu, nie był to kolejny utwór Bluru z cyklu "ładna piosenka na listy przebojów" (ma w sobie to coś, co nie pozwala o niej zapomnieć już po pierwszym przesłuchaniu). Cały album to w zasadzie eksperymenty z nowoczesnymi brzmieniami (np. "Ambulance") mieszanka rocka, elektroniki (jednak nie jest to typowa elektronika do której nigdy nie miałam przekonania, towarzyszą jej rockowe gitary i ...jazzowy saksofon - "Jets"). Na uwagę zasługuję piękna ballada "Caravan". W czasach gdy bardzo wielu wykonawców stawia na perfekcyjną produkcję i napchanie portfela forsą, Blur nagrali utwór prosty, ale poruszający (eh coraz mniej powstaje takich nagrań niestety). Ten album to nowa jakość, tzw. kamień milowy w historii muzyki. Czyżby nowy "Ok Computer"? Nie spodziewałam się po Blur tak dobrej, dojrzałej płyty. Gdy Damon Albarn kilka lat temu powiedział, że stworzy lepszą muzykę niż Radiohead uśmiechnęłam się z politowaniem. Teraz stało się to całkiem prawdopodobne, że to Blur będzie najważniejszą grupą na wyspach. Polecam tę płytę, zachęcam do przebrnięcia przez tą niebanalną muzykę! Naprawdę piękna płyta! PS.Graham Coxon chyba nie mówił prawdy, że nie żałuje odejścia z Blur. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21704006&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Interpol - Antics - kubasa 23.03.05, 15:02 Po dwunastokrotnym przesluchaniu "Antics" potwierdzam swoja opinie, ze jest to plytalepsza od rewelacyjnego debiutu. Wreszcie Interpol wyzwala sie z podejrzen o kopiowanie Joy Division czy Television. Jest to krok w jakas strone, nie wiem czy w przod czy w bok, ale na pewno jest to inna plyta niz "Turn On The Bright Lights". Swoj latwo rozpoznawalny styl z pierwszego albumu zdecydowanie rozwineli nadajac utworom jeszcze bardziej "interpolowy" charakter. Nie jest sztuka wydac znakomity debiut. Mamy do czynienia przeciez z materialem napisanym przez lata istnienia zespolu. Ale druga plyta! To jest dopiero wyzwanie. Mieli dwa lata na wymyslenie materialu i przygotowali zupelnie powalajacy krazek. Najlatwiej porownac ich do Joy Division z "Unknown Pleasures" i mniej chwytliwym "Closer". Bo na "Antics" nie ma chyba potencjalnych przebojow w stylu "PDA". Jest pasja i talent, ktore powoduja ze nawet dosc proste zagrywki jak przejscie perkusyjne w "Public Pervert" brzmiace wyjatkowo przestrzennie, robia ogromne wrazenie. Wielka sprawa jest tez wokal. Dla Banksa wersy, zwortki to umowny podzial, spiewa bardzo plynnie, ani razu jego spiewanie nie zmienia sie w zalosne skandowanie. I co tu duzo gadac, reszta zespolu choc bez zadatkow na wirtuozow gra znakomicie. Ja juz przywyczailem sie do kazdej piosenki, ciezko mi jakas wyrozniac. Moze "Next Exit", piosenka o niezlym potencjale melodycznym? A moze "NARC" z tym swoim charakterystycznym, na poczatku troche irytujacym mnie riffem? A moze "Slow Hands"? A moze dwa fantastyczne, niemal podniosle utwory "Not Even Jail" i wspominany juz "Public Pervert"? Kazdy moze sam sobie udzielic odpowiedzi na to pytanie. Strasznie ciesze sie z tego albumu. Interpol zdecydwoal sie na bardzo ryzykowny krok. Wydali naprawde niepodobna do "Turn On The Bright Lights" plyte i zrezygnowali, a widac ze swiadomie, z napisanie prostych, przebojowych kawalkow jak chocby "Obstacle 1". Zaryzykowali i wygrali. Wychodzac na fali popularnosci garage rock revival osmeiszyli ograniczenia gatunku po raz drugi i jako jedyny zespol z tej fali otworzyli sobie droge na karty historii muzyki rockowej. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13913052&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Syd Barrett - Barrett - joseph80 31.03.05, 09:45 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16297321&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Roots Manuva "Awfully Deep" - glebogryzarka1 11.04.05, 10:17 Entuzjastą dużej części twórczości Rodneya Smitha byłem od usłyszenia "Witness the Fitness" (czyli w sumie od niedawna). Wyposażyłem się zarówno w pierwszy album "Brand New Second Hand", jak i w drugi "Run Come Save Me", darowałem sobie "Dub Come Save Me" i wpadając w niekłamany zachwyt zwłaszcza nad liryczną, refleksyjną stroną Manuva MC (tak jak w "Sinny Sin Sins" czy "Dreamy Days") czekałem na nowy album. Mam go - i słucham - od dwóch tygodni, czas na przemyślenia: 1) Mind 2 Motion Dubowy pełzający bas, afrykańskie talking drums, spogłosowana gitarka, dobrze brzmiący rimshot (a może to piccolosnare) - stopa za sucha. Roots w refrenie proponuje wielogłosowy toasting (ten patent powtórzy się jeszcze na albumie wiele razy). Fajne niby-dęciaki z syntezatora. Ogólnie mało jednak tu syntetyków i dlatego to numer niereprezentatywny dla całego albumu. Na otwarcie niezły, bo konkretny, mimo braku kopa. 7/10 2) Awfully Deep Kopa otrzymujemy natomiast tu. Gruba stopa, świetny bas z analoga, numer brzmi jakby cały aranż zrobiono na analogu właśnie, z zamiarem wykreowania czegoś w rodzaju atmosfery horroru. Oparty na sekundowej progresji, ze znakomitym refrenem i Rootsem w wybitnej formie - fraza "they said Mr Smith, please calm down, we're not here to hurt you" zostaje w głowie na długo. 9/10 3) Cause 4 Pause Najlepsze, najtłustsze beaty na tym albumie pojawiają się w skitach (których naliczymy dwa). Skity to również jedyna okazja, by usłyszeć bazę z gitary basowej, a nie syntezatora. Dlaczego to nie jest pełnoprawny utwór? Może za wolny? 8/10 4) Colossal Insight Rozwija się długo, rządzące tu niepodzielnie syntezatory (Korg Triton?) na pograniczu fałszu ale jednak nie, faaaajne. Dość ciekawy beat z hihatami wysterowanymi gdzieś w okolice 12 kHz (GWIŻŻŻDŻŻŻĄ) i werblem wyłącznie na cztery. Doskonały refren (to był pierwszy singiel z płyty), Roots po swojemu pływa po beacie ale tu jak gdyby z mniejszym tzw. tyłem, czyli jest bardziej osadzony niż spóźniony. 8/10 5) Too Cold Drugi singiel z albumu. Dla mnie pogrzeb. Cienki beat, beznadziejne rymy (każdy takt pierwszego wersu kończy się słowem "man" - co to jest?, a druga ma zamknięcie zupełnie bez sensu, w połowie frazy). Gwoździem, niestety do trumny, jest podkład oparty o sample z muzyki klasycznej. Przypomina amerykański trend sprzed paru lat, kiedy to producenci brzmieli jakby masowo wykupili zeszyty z serii "Muzyka mistrzów". Jedyne, co trochę ratuje numer, to refren. 2/10 6) A Haunting Taaaaaak! Czegoś takiego już dawno nie słyszałem! Kurwa, to brzmi jak powrót The Specials z pierwszych dwóch płyt (tylko bez Terry Halla - hehe). Bardzo reggae'owe i zgodnie z tytułem niepokojące, molowe. Zajebiste dęciaki, brak właściwie beatu (zamiast tego mamy darbouka, djembe i takie tam - niesposób odróżnić). Dużo charakterystycznych bulgoczących efektów dźwiękowych z analogów. Roots na zupełnym offbeacie, wraca w puls tylko na refren - tradycyjnie bardzo dobry. 9/10 7) Rebel Heart O, a to kawałek reprezentatywny dla brytyjskiego hip hopu AD 2005. Tak jakby Manuva chciał zacząć rymować jak Taz. A zważywszy, że nie jest to styl najświeższy (czy nie przypomina Busta Rhymesa z końca ubiegłego wieku - na ten przykład proszę kogo?), minus dla mnie. Do tego podkład nieciekawy, cykający. 4/10 8) Chin High Zupełny odjazd. Mój kolega muzykolog nazwał ten numer "Centrum Sztuki Współczesnej". Gdyby nie fajny emceeing, nie byłoby za wiele do słuchania, bo całość jest do tego cholernie powtarzalna. Refren żaden. Dla odmiany. Ciekawe, że remiks (Manuvadelics Version), brzmiący jak electropunk w rytmie drum'n'bass, jest o kilka klas lepszy i dostałby ode mnie maksymalną notę. 3/10 9) Babylon Medicine Wchodzimy powtórnie w klimaty reggae, tym razem z posmakiem orientalnym hinduskim, także dzięki syntezatorom (które tym razem brzmią jak Roland SH). Beat oparty o bębny nyabinghi (charakterystyczne dla dubu). Stonowany numer, buja bardzo. Na mikrofonie jest świetnie, typowa dla Smitha swobodna fraza ze sporadycznym podśpiewywaniem. 7/10 10) Pause 4 Cause Skit jak Cause 4 Pause, tylko z inną gadką i nieco innym aranżem, bardziej rozbudowanym. Ponieważ to jednak powtórka, ocenę dzielę na dwa. 4/10 11) Move Ya Loin Zapowiada się na bardziej klasycznie hip hopowy, ale reggae'ową patykowatą gitarę tłumioną na mostku i dęciaki w refrenie mamy, a pod koniec dochodzi jeszcze akcentowane na parzyste ósemki coś i robi się ultrajamajsko. Gościnny Lotek ma dobry zachrypnięty głos (którego nie żyłuje - plus, bo zrobiłby się growling), ale jest za mało zrelaksowany jak na taki styl. Znów wodnisty, dubowy bas, trochę szkoda, i parę eksperymentów z beatem pod koniec. Bardzo porządny numer. 7/10 12) Thinking Stanowczo syntetyczny numer (większość soundów trąci albo sinusoidą, albo piłą, jak generatory dźwięku ze starych komputerów), brzmienie bardzo pełne (za beat nagroda specjalna - naturalne hihaty, dość gruba stopa, może przydałoby się mniej pogłosu na rimshot), linia basu mistrzowska. Znakomity refren, absolutnie mistrzowskie rymy. Klimat bardziej refleksyjny. 10/10 13) The Falling Najlepszy numer z płyty. Czegoś tak zamyślonego Manuva nigdy jeszcze nie nagrał - może "Sinny Sin Sins", ale tamten nie miał tak dobrego podkładu. Beat jak na ten album wręcz prostacki (ale soundowo, dla odmiany, bez zarzutu - to jakaś zależność chyba, że im prostszy beat tym więcej czasu na dopieszczenie brzmienia ;>). Ciekawe akordy zaznaczane kosmicznie brzmiącymi padami, na nich grają sobie akustyczne, superciemne piano i jaśniejszy hammond. Bas oszczędny i bardzo dobrze. Między zwrotkami w charakterze mostka pojawia się sekcja dęta z prostym, ale szlachetnym motywem. Pod koniec jest nawet gitara, też ładna (przester + pogłos) i pasuje. Głos Manuvy bardzo spokojny, niski, z delikatnym reverbem, rymy na najwyższym poziomie. Brak refrenu nie przeszkadza. 10/10, ale mógłbym na spoko dać 11/10, wątpię czy w tym roku usłyszę jeszcze coś lepszego. 14) Toothbrush Zaczyna się mocno przerobioną (chorus) gitarą, potem mamy typowe sekundowe przesunięcia punktowane właściwie tylko przez syntezator, coś co brzmi jak pianet Hohnera, analogowy bas (tłustszy niż zazwyczaj) i suchy, zbyt suchy beat. Gitara wraca w toastowanym (tu nieco przesadnie operetkowo - ale utwór w końcu nazywa się "Szczoteczka do zębów", nie?) refrenie. Wersy niezłe, ale słyszałem już lepsze, może trochę za gęsto z tekstem. 6/10 Ogólnie 8/10. Trochę zbyt nierówno, ale przynajmniej cały czas coś się dzieje, a perełki jak już są to rozpieprzają. Nie jestem ani trochę zawiedziony. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22367518&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 DAVID SYLVIAN "The Good Son vs. The Only Daughter: 11.04.05, 11:00 pagaj75: -------------------------------------------------------------------------------- DAVID SYLVIAN "The Good Son vs. The Only Daughter: The Blemish Remixes" Nigdy nie byłem entuzjastą remiksów. Uważam, że jest z nimi jak z teledyskami: źle się stało, że w którymś momencie stały się wręcz obowiązkowe. Konieczność wyprodukowania klipu i conajmniej jednego remiksu do każdego singla powoduje, że 95% takiej twórczości to masówka bez pomysłu i polotu. Informację o wydaniu takiego albumu jak "The Good Son vs. The Only Daughter" przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony niepokój, z dwóch przyczyn. Pierwszy powód już podałem. Drugi to fakt, że remiksowane miały być utwory z "Blemish" - dość szczególnej płyty wyjątkowego (dla mnie) artysty. Płyty bardzo osobistej, o surowym, trudnym brzmieniu. Nawet znajoma, która zna Sylviana i "Blemish" ironicznie pytała: 'i co to będzie? house? 2step? breakbeat?' Ale z drugiej strony w pamięci miałem nowe wersje "Wave" i "Mother and Child" z kompilacji "Camphor", które totalnie odbiegały od obiegowego wyobrażenia o tym, czym jest remiks. Pełen nadziei, że to będzie jednak ten drugi przypadek, zamówiłem płytę i... nie zawiodłem się. Więcej, rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. To co słychać na "The Good Son..." przypomina bardziej natchnione covery niż remiksy. Kilka ponoć znanych (niestety, do tej pory nie mnie) postaci współczesnej elektroniki zaskoczyło mnie zupełnie. Zero typowych dla remiksów dłużyzn, nachalnych bitów, które zupełnie niepasowałyby do tych kompozycji. Ba! Niektóre z tych kawałków nie mają nic lub prawie nic wspólnego z elektroniką. Tak jest z otwierającym album "The Only Daughter". Fortepian, flet, smyki tworzące jakieś niezwykłe harmonie i głos Sylviana, przy pierwszym przesłuchaniu wydający się jakby od czapy. Ale tylko przy pierwszym. Nie wiem jaką elektronikę na codzień tworzy Ryoji Ikeda, ale współczesna muzyka "poważna" wychodzi mu całkiem nieźle. Niemiec Burnt Friedman dorwał się do tytułowego nagrania z "Blemish" i również wyszedł z tego obronną ręką. skrócił utwór, dał podkład, który czaruje dość naturalnie brzmiącymi intrumentami perkusyjnymi, klarnetem i gdzieś w tle brzdąkającą gitarą i elektronicznymi szumami. Brytyjski duet Sweet Billy Pilgrim przy okazji "The Heart Knows Better" również stawia na klarnet oraz egzotyczne instrumenty akustyczne. Na razie jest nieźle. Ale przychodzi numer 4 i... tu się zaczynają dziać rzeczy niesamowite. Francuz Jean Philippe Verdin ukrywający się pod nazwą Readymade FC bierze na warsztat "Fire in the Forest", odziera go z Fenneszowej elektroniki i dodaje własną. Kojarzące się trochę z "Nanou" Aphex Twina brzmienie pozytywki miesza się z szemrzącym bitem z komputera, a wreszcie gdzieś w środku rozbrzmiewają sentymentalnie skrzypce. Jak to usłyszałem pierwszy raz, to potem zasnąć nie mogłem. Żabojad jakby od niechcenia poprawia jedną z najpiękniejszych piosenek Davida. Dla mnie bomba. Nie od dziś wiadomo, że Sylvian ma małą fiksację na punkcie Japonii i jej kultury. A konkretnie wiadomo od roku 1978, kiedy zadebiutował on ze swoją formacją Japan. Znana jest jego przyjaźń i współpraca choćby z Ryuichim Sakamoto. Nic dziwnego więc, że wśród remiksujących "Blemish" znalazło się aż trzech Japończyków. Charakterystyczne jest to, że wzięli się oni za najtrudniejsze utwory z tej płyty, te stworzone przez Davida do zadziwiających improwizacji gitarowych Dereka Baileya. (Jedyny utwór z "Blemish" jaki pominięto to kilkudziesięciosekundowy "She is Not".) Niejaki Yoshihiro Hanno wykorzystuje odrobinę tych chorych dźwięków Baileya w swojej impresji na temat "The Good Son". Do gitary i głosu dodaje trochę typowo elektronicznych perkusyjnych stuków oraz elektryczne piano. W sumie niby nic specjalnego, ale całość jakby stała się przystępniejsza i bardziej przykuwająca uwagę nieprzygotowanego słuchacza niż oryginał. Numer 6, powraca Burnt Friedman, który znęca się nad "Late Night Shopping". Znów pojawia się klarnet, elektronika schodzi na drugi albo i trzeci plan. Dla porównania ze strony www.davidsylvian.com można sobie ściągnąć remiks tego kawałka wykonany przez samego Sylviana. (Ten poszedł w drugą stronę - dodał do utworu głośne, przesterowane gitary. Efekt powalający ;) ) Może i trochę mętnie opisuję to co się dzieje na tej płycie, ale w większości tych utworów brak mi jakiegokolwiek punktu odniesienia, brak wyraźnych podobieństw do czegokolwiek. Choć może po prostu za mało w życiu słyszałem. Ale wtem... "How Little We Need to Be Happy" w obróbce Tatsuhiko Asano (trzeci Japończyk po Ikedzie i Hanno) brzmi jakby za ten utwór zabrali się panowie z Air lub innego Zero 7. Jeden z najjaśniejszych punktów tej płyty, którego głównym atutem jest nastrój leniwego letniego wieczoru. Wielkie brawa dla Asano za to, że nie pogubił się w zagmatwanej melodii i harmoniach tego utworu. No a na koniec zostają robiące ciut mniejsze wrażenie powtórki z rozrywki: "The Only Daughter" tym razem w interpretacji Jana Banga i Erika Honore, którzy kiedyś tak miło przerobili "Mother and Child". I tym razem zaprosili do współpracy Nilsa Pettera Molvaera, ale cała trójka nie była w stanie wycisnąć już nic nowego z tej kompozycji. Zwłaszcza, że mieli taką konkurencję jak Ryoji Ikeda. Płytę zamyka niewiele odbiegający od oryginału, powoli wygasający, rozpływający się w ciszy "Blemish" Akiry Rabelais. Dla numerów 1, 4 i 7 naprawdę warto posłuchać tej płyty. Panowie remiksatorzy odkryli w surowych utworach z "Blemish" harmonie, których wydawać by się mogło tam nie ma. No i pokazali, że remiks może być dziełem sztuki, a także, że niekoniecznie musi się on opierać na house'owych lub techno bitach. No i że czasami warto wydawać takie płyty. Nie wiem czy "The Good Son vs The Only Daughter" przekona tych, których nie zadowala odpowiedź 'bo jest taka możliwość, więc czemu z niej nie skorzystać' na pytanie 'ale po co w ogóle remiksować?' Mnie przekonał. Myślę, że to będzie dobry rok, jeśli zaczyna się od takiego albumu. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21138875&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Piano Magic "Disaffected" 2005 - pop_up 25.04.05, 11:06 PIANO MAGIC "DISAFFECTED" Gdzieś pomiędzy zakurzonymi książkami, wśród błąkających się duchów, z mgły i pustki zimowych nocy, z dźwięków spadających płatków śniegu powstała muzyka. A może nie... Może było inaczej... Może to był tylko sen. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy aura tak na mnie wpływa ale nowy album Piano Magic wydaje się być pogodniejszy od swoich poprzedników. Dalej jest melancholijnie, spokojnie, dźwięki płyną delikatnie, ale zmarznięty zimowy krajobraz nabrał zielonych odcieni choć są to raczej barwy wiosennej nocy niż słonecznego dnia. Rozpoczyna się dość klasycznie: subtelne elektroniczne plamy, mocny powolny rytm, rozmyta gitara i głos mężczyzny powoli wygłaszającego swoją kwestię: "You can hear the room if you just be quiet..." Usiądźcie więc spokojnie w fotelu i zatopcie się na 45 minut w świecie Piano Magic. Tylko nie myślcie że uśniecie, bo to pozorny spokój, który przeplata się z niepokojącym ujadaniem psów, rozedrganymi gitarami ("the night of the hunter") i beatem (tytułowy "disaffected"). To spokój burzony przez "najwiosenniejszy" "love & music", ale także przez swego rodzaju, powolne i duszne, odtańczone na zakurzonej scenie, flamenco ("theory of ghosts"). Chciałoby się powiedzieć że jest to dobra muzyka aby wejść w środku nocy na dach swojego budynku, rzucić się w czarną czeluść i lecieć podziwiając migocące w dole światełka opustoszałych ulic przy dźwiękach np. "your ghost" czy zachaczając o kipiące nocnym życiem artrie wsłuchać się w zdecydowanego faworyta na tej plycie "deleted scenes". Szósty już bodajże studyjny lp tej mało u nas znanej ale oryginalnej i ciekawej brytyjskiej formacji pod wodzą Glena Johnsona prezentuje najprawdopodobniej najbardziej wyrównany poziom. Nie chciałbym porównywać go w kategoriach gorzej-lepiej w stosunku do poprzednich dokonań grupy, ale mogę stwierdzić, że nie ma na nim słabych momentów. Odnajdziemy tu fascynacje elektroniką budującą eteryczne przestrzenie i miarowy rytm, ale także grupami ze stajni 4AD (z którą grupia miała krótkotrwały "romans" owocujący albumem "writers without homes"2002) takimi jak This Mortal Coil. Na "Disaffected" nie brakuje też "pianomagicowych" klasyków jak wspomniany "deleted scenes", dorównujący "no clousure" (z albumu "Artists' rifles") czy "the season is long" a w jednym z utworów możemy usłyszeć użyczającego swojego głosu Johna Granta z The Czars. Polecam lubiącym nastrojową tajemniczą i oniryczną muzykę. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22990045&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Autechre "Untilted" - pagaj_75 25.04.05, 11:09 Nowy album Seana Bootha i Roba Browna ukazuje się dokładnie jutro (ciekawe kiedy dotrze do Polski), ale już można go posłuchać (w całości i w dobrej jakości) całkowicie legalnie w internecie: www.bleep.com/mediaplayer/launch_playlist.php?march/untilted "Untilted" (nie mylić z Untitled) ma również być do kupienia przez internet w formacie FLAC (czyli bezstratna kompresja). Wrażenie po pierwszym słuchaniu: no cóż, logiczna kontynuacja kierunku obranego na ep-ce "Gantz Graf" i poprzednim albumie "Draft 7.30", czyli tracenia starych fanów ciąg dalszy ;) Dobry album, chociaż chyba niewiele nowego. No ale jak ktoś już stworzył tyle wizjonerskich płyt muzyki elektronicznej, to może sobie pozwolić na nagrywanie po prostu dobrych kolejnych dzieł w wykrystalizowanym stylu. Natomiast jeśli są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy łudzą się, że Ae wrócą do grania z czasów "Amber" i "Tri Repetae" to ta płyta ich chyba ostatecznie dobije. ;) Na razie dobrze słyszały mi się utwory: "LCC", "Pro Radii", "Fermium" i "The Trees", ale to są akurat te najłatwiej strawne. Resztę będę rozgryzał jak dorwę oryginał. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22835478&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Poe "Hello" - glebogryzarka1 19.05.05, 15:45 Ta płyta ukazała się dziesięć lat temu. No to w okrągłą rocznicę będę apelował, eee... hajpował, eee... bo w sumie mało to znany materiał, a szkoda. Z trzech powodów: - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny i nie ma żadnego słabego - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny i nie ma żadnego słabego, a przy tym całość nie robi wrażenia przypadkowej zbieraniny dzięki silnej osobowości szefa przedsięwzięcia Szef prezentuje silną osobowość i płeć żeńską, głosowo jest to, powiedzmy, Sophie Ellis-Bextor (ale kto był pierwszy? no na pewno nie Sophie) przyprawiona amerykańskim college'em i dymem z fajek. Z pomocą producencką pospieszyli RJ Rice (kto to jest? "Hello" udowadnia, że majster i przekozak, tylko jakoś mało znany) i Dave Jerden. 1) Hello Na, literalnie, dzień dobry, mamy hiphopowy beat, przestrzenne smyczkopodobne pady, ultraniski bas i smakowite oszczędne zagrywki gitary z kaczką. Słyszycie to? :) Poe prezentuje już tu w pełni swój dualny styl: w zwrotkach jest zblazowana i zrezygnowana (tak śpiewa częściej), w refrenach dziewczęco- erotyczna. 2) Trigger Happy Jack Gramy ostrzej: Dean Pleasants na gitarze, Matt Sorum na bębnach. Utwór brzmi niedbale, trochę garażowo, wznosząca się po skali melodia w refrenie i ryzykowne wielogłosy zaraz potem - sam miód. Tekst ciut schizofreniczny, ale ciekawy. 3) Choking The Cherry A to już zupełny garaż. Akompaniuje zespół Vibe#5, brzmiący jak mniej otumaniony toksynami Kyuss. W zwrotce głos wokalistki przepuszczony przez fuzzbox, bardziej skoczny, czysty refren wpada w ucho. Ciekawostka: twórcy płyty uznali za stosowne umieścić przy utworze adnotację, iż "nagrano go w całości przy użyciu systemu Pro Tools". Taki był to ewenement w roku 1995, czy taka umowa z firmą Digidesign? 4) That Day Dwie i pół minuty głosu Poe (która mniej śpiewa, a bardziej mówi) plus wiolonczeli Camerona Stone'a - coś mi to nazwisko przypomina (na zmianę pizzicato i ostro ciągnięte, przesterowane akordy). Dziwne, ale ciekawe, chwila oddechu w sam raz. 5) Angry Johnny Zdecydowanie najciekawszy numer na płycie, także jedyny który od biedy można nazwać reprezentatywnym (i pewnie dlatego to był singiel). Śmieciarski beat, kapitalna linia basu (pojechana właściwie na samych kwartach i kwintach), dużo dziwnych dźwięków z samplera, schowana w tle gitara (i po raz kolejny brawa dla gitarzysty za wyjątkowe wyczucie). Nie do opisania numer - z niczym mi się nie kojarzy. Poe śpiewa leciutko, numer wpada w ucho jak cholera, a klimat ma zupełnie wyjątkowy - taki, powiedzmy, sadystyczno erotyczny. Tylko proszę nie kojarzyć tego określenia z Army of Lovers, bo zeżrę. 6) Dolphin Tłusty beat, lekko funkowy bas, ogniskowe pajączki na gitarze i fluegelhorn z samplera. Utwór robi się gęstszy i gęstszy, na końcu pojawia się solo na pudle, a zaraz potem mamy kapitalną dramatyczną końcówkę z Poe zbliżającą się do trzykreślnej oktawy. 7) Another World Zrobiony na czarno, uliczne rytmy z przełomu lat 80/90. Podajcie mi mój ghettoblaster. Tylko Poe śpiewająca jak knajpiana diva przypomina, że nie słuchamy Public Enemy. Tęskny, bardzo ładny refren. W mostku punkowe krzyki i klawiszowe plamy. 8) Fingertips I zjeżdżamy w klimaty triphopowo-soulowe. Piano rhodesa (gra Amp Fiddler), śliczna trąbka z tłumikiem, wokal tak niewinny, że można się zakochać. Jeden z najlepszych momentów płyty. 9) Beautiful Girl I powrót do rocka, a właściwie nawet do folkrocka. Hmm, z czym mi się tak zbudowana piosenka może kojarzyć? Fiona Apple? Alanis Morrissette? Ten zdecydowanie akustycznogitarowy aranż jakoś wciąż cofa numer w czasy protest singerów, chociaż tekst jest poetycki, a nie polityczny. 10) Junkie Zaczyna się doskonałą zagrywką basu. Wchodzi mocny beat i mamy "podwodny" aranż (rhodes z ekstremalnym panningiem/vibrato, bas z reverbem, krótkie zagrywki na klawiszach i gitarze) i świetne dęciaki. Leniwie to wszystko, nomen omen, płynie. Potem dochodzi jeszcze telefonowaty clavinet. Zwrotka bardziej chwytliwa od refrenu. Ogólnie kawałek z charakterem jak cholera, cały czas coś się dzieje (tak jak zresztą we wszystkich numerach z tej płyty, na dobra sprawę), choć to tylko trzy minuty. 11) Fly Away Idealne, bardzo liryczne i spokojne zamknięcie płyty. Fortepian (gra sama wokalistka) i flet, i nic więcej nie jest potrzebne. Zero pulsu, dużo grania pauzami. Po drugiej minucie ciekawszy, więcej zmian akordów, pojawia się też wyciszenie z demonstracją gry stylem jednopalcowym. Sędzia Collina rzecze: daję tej płycie 9/10. I git. Trochę ponad czterdzieści minut muzyki, a tyle radochy. A o drugim albumie ("Haunted") to niech już pisze Ayya albo ktoś inny :) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=23803872&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 New Order "Waiting For The Sirens Call" - ilhan 19.05.05, 15:47 1. Who's Joe Rozpoczyna klasyczne neworderowe intro klawiszowe, dalej całość w średnim tempie. Z pewnością robi coraz lepsze wrażenie z każdym kolejnym przesłuchaniem, a refren (podtrzymuję) to nowe "Crystal". Ocena: 8,5/10 2. Hey Now What You Doing Gitarowy riff w stylu "Get Ready", ale potem bardziej w guście "Dream Attack" z "Technique" z tą melancholijną melodią i wokalem Sumnera. Ocena: 9/10 3. Waiting For The Sirens' Call Now that's a classic one. Najlepszy utwór na płycie i prawdopodobnie najlepszy utwór New Order od 16 lat. Coś więcej niż początkowe skojarzenie (zagubione ogniwo "Technique"). Wreszcie prawdziwie znakomity motyw basu Hooka. Musi być przebój. Jeśli ktoś ma wątpliwości, musi poczekać do 4:21. Ocena: 10/10 4. Krafty W kontekście płyty to znakomity wybór pierwszego singla. Rasowy neworderowy pop. Ocena: 8/10 5. I Told You So OK, więc nie byłem jedyną osobą, która skojarzyła to z Ace Of Base (ktoś pamięta "All That She Wants"?). Brzmi jak sympatyczny, ale za długi odrzut z "Republic". Ocena: 6/10 6. Morning Night And Day Pierwszy tak dynamiczny, typowo taneczny utwór. Nie można chyba nie słyszeć jak przefajny jest ten moment kiedy wchodzi refren i wszystko zyskuje o 100% na skoczności. Bernard wciąż nie jest tekściarzem wszechczasów (I just want some action / Give me satisfaction), ale solidna robota. Ocena: 8/10 7. Dracula's Castle Znów coś w stylu gitarowych momentów "Technique". Ładne. Ocena: 7,5/10 8. Jetstream Gościnny udział babeczki na wokalu. Nie jestem przekonany do tego utworu (jeszcze?). Przypomina te mniej ciekawe momenty "Get Ready" jak "Vicious Streak" może, choć refren ma dość chwytliwy. Ocena: 6,5/10 9. Guilt In A Useless Emotion Tu płyta dokonuje podziału fanów New Order na prawdziwych wyznawców i fake'owców, którzy mają ich za zespół rockowy :D Damskie chórki w refrenie irytują w stylu singlowego miksu "Sub-culture". Dyskotekowy kawałek w najlepszym wydaniu, gdyby nie ta kobieta w refrenie, grrr. Ocena: 7,5/10 10. Turn Znów wariacja w temacie "Dream Attack", ale melodia kapitalna. Ocena: 8,5/10 11. Working Overtime Na koniec rock'n'roll, gdzie New Order pokazują miejsce w szyku 90% kapel new rock revolution ;) Nie powala, może nie powinno kończyć płyty, ale mimo wszystko fajne. Ocena: 7/10 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19325441&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 16 Horsepower "Secret South" - glebogryzarka1 19.05.05, 15:48 16 Horsepower to jedna z kapel, które mogłyby spokojnie zostać wrzucone do wora z napisem "alternative country" razem z takim Calexico czy Wilco, i pasowałyby tam dobrze, ale według mnie zespół ten ma w rękawie obok szczególnych względów dla amerykańskiej - i nie tylko - muzyki folkowej coś szczególnego. To coś jest łatwe do zdefiniowania - David Eugene Edwards, lider przedsięwzięcia. Gość ów wygląda, śpiewa i pisze teksty jak wędrowny kaznodzieja, taki Jim Casy z "Gron gniewu" Steinbecka; typ, który szczerze i ekstatycznie naucza i rozmawia z Bogiem, by niedługo później zabawiać się w towarzystwie karczemnych dziewek i butelki burbona. Bardzo częste przywoływanie biblijnej symboliki, odtańcowywanie w czarnym fraku tradycyjnych jigów i reeli (vide starsze teledyski i książeczki do płyt 16 Horsepower), wreszcie nieprawdopodobny modlitewny żar w głosie (narzuca się porównanie z Jeffem Buckleyem, ale bez jego żyłowania gardła i wygładzających barwę, typowo rockowych naleciałości) - oto cały Edwards. Dodajmy do tego mistrzostwo wyciągania - pomysłowymi aranżacjami i pełnym pasji wykonawstwem - maksimum efektu z prostych, opartych czasem na przysłowiowych trzech funtach kompozycji (Dylan, Cave i wczesny Cohen się kłaniają, a jakże), oraz umiejętność obsługi kilku instrumentów (gitara, banjo, bandoneon). Zespół nagrał kilka albumów - mam pierwsze trzy, w kolejności chronologicznej są to "Sackcloth & Ashes" (1996), "Low Estate" (1998) i "Secret South" (2000). Ten ostatni, maksymalnie zróżnicowany i dopracowany, najlepiej chyba oddaje styl 16 Horsepower, pierwszy jest najoryginalniejszy i najbardziej surowy (co w przypadku tego składu pozostaje zaletą, a nie wadą), drugi zawiera największą ilość ukłonów w stronę indie-rocka (jest także najmroczniejszy i najcięższy w odbiorze). Ponieważ dwa pierwsze albumy pożyczyłem i nie mam ich pod ręką, opowiem o "Secret South". Są tu niemal wszystkie charakterystyczne wątki, jakie w twórczości 16 Horsepower były kiedykolwiek obecne. Zgrzytliwe, melancholijne, stale rozwijające się, utrzymane w wolnych tempach utwory (dedykowany Markowi Sandmanowi z Morphine "Splinters", fenomenalny "Cinder Alley" z solem na skrzypkach - nie skrzypcach, opis mówi 'fiddle', nie 'violin'). Szybkie, porywające do tańca całą stodołę rednecków przytupy ("Praying Arm Lane", do pewnego stopnia "Strawfoot" i dylanowskie "Nobody 'Cept You"). Elegijne, surowe - fortepian, kontrabas, perkusja traktowana miotełkami - ballady ("Silver Saddle", "Just Like Birds", wreszcie mój ulubiony, przepiękny i piekielnie smutny "Burning Bush"). Szarpane, energiczne, najbliższe rocka, ale pozostające w klimacie tytułowych tajemnic południa Stanów wykopy (otwierający album "Clogger"). I w końcu utwory totalnie korzenne, natychmiast przywodzące na myśl drewnianą werandę, fruwające kłaki bawełny i wieśniaków wyśpiewujących swoje smutki po dniu ciężkiej pracy ("Wayfaring Stranger"). Płyta wyprodukowana jest tak, by produkcji niemal nie było słychać. Wszystkie instrumenty brzmią bardzo naturalnie i brudno - perkusja (bębniarz 16 Horsepower, Jean-Yves Tola, jest jednym z najlepszych fachowców, jakich słyszałem, a wygląda jak piękny chuligan z utworu Partii), bas lub kontrabas, rozwijające przez słuchaczem całe spektrum możliwych brzmień gitary (od typowych dla Edwardsa zagrywek techniką slide, poprzez klasyczne pudłówki, do elektrycznego jazgotu na przesterach), wspomniane już skrzypki, okrągły ciemny fortepian, banjo i sporadyczne wejścia na bandoneonie oraz organach. Teksty podejmują motywy standardowe (samotność, wyobcowanie, rozpacz, zwątpienie - nieprzypadkowo na koncertach zespół wykonuje własną, genialną wersję "Day of the Lords" z repertuaru Joy Division), ale w niestandardowy sposób. Z podwyższenia, z którego głosi prorok Edwards, płynie język archaizujący, stylistycznie bliższy Księdze Psalmów niż pseudopoetyckim rockowym komunałom (próbka miłosnej liryki a la 16 Horsepower: "little johanna girl of my prairie / help me fill this house with living words / further up an' further in / let 'em fly from our lips / just like birds"). A zmęczony, ale pełen emocji głos lidera - ślizgającego się od jednej blue note do następnej - sprawia, że nabierają one wiarygodności. Kto nie uwierzy facetowi, który śpiewa jak Hiob widzący twarz swego stwórcy i kata zarazem? Oddalił się, nędzny grzesznik, na pustkowie, by szukać Pana poprzez modlitwę i post, we włosiennicy i popiele. No i sam kurwa popadłem w starotestamentową poetykę. Czas kończyć. Serdecznie polecam i namawiam znających pozostałe albumy kapeli (także solowe wybryki Edwardsa, również te sygnowane Woven Hand) do dokładania swoich pięciu eurocentów i recenzowania opisywania. Wasz wytrwale spożywający grunt glebogryzarka aka. afro forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24104209&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
pszemcio1 EEls - Blinking lights and other revelations 20.05.05, 02:55 Powiem szczerze - nie wierzyłem!!! Nie wierzyłem, że to możliwe! Nie sądziłem, że Mark Oliver Everett jest jeszcze w stanie stworzyć płytę tego formatu...ekhm...sorry - dwie płyty. Najpierw były zapowiedzi. Niesmiało docierały do nas pierwsze recenzje. Abum życia? Album o życiu. Były achy i ochy. Trudno jednak brać zachwyty zachodniej prasy na poważnie. Szczególnie gdy zna sie wszystkie albumy Eels na pamięć i gdy wiadomo, że zespół nigdy nie nagra juz płyt na miarę Beautiful freak czy Electro - shock - blues. I dziś tylko jedna myśl przychodzi do głowy - "nigdy nie mów nigdy" No właśnie, Blinking lights and othe revelations to jednao z najlepszych (najlepsze?) dzieł zespołu, swoiste opus magnum, piękna opowieśc o niezbyt pięknym (a może jednak?) życiu. Trudno doprawdy pisać o tej muzyce. Dość powiedzieć że mr E nigdy jeszcze nie zaatakował nas tak sporą dawką melancholli, smutku i...subtelności. Tak, subtelność tych nagrań to pierwsze skojarzenie jakie wpadło mi do głowy. W porównaniu do Shootenanny czy Souljackera nowe piosenki porażają wręcz delikatnością. Cała frajda tkwi w szczegółach, we wplatanym tu i ówdzie dźwięku saksofonu, jakiejś trąbki, pięknego brzmienia pianina (ech ten cudny Ugly love). Doprawdy trudno tu wymieniać pojedyncze utwory. Trudno wyróznić cokolwiek by nie umniejszać wartości pozostałych nagrań. Ale trzeba wspomnieć, że obok momentów spokojniejszych zdarzaja się i radosne pieśni, przy których nawet najwiekszy ponurak poczuje silniejsze bicie serca (Hey man, railroad man,going fetal). I nie trzeba dodawać, że wszystkie kompozycje mogłyby (gdyby tylko wielcy "szołbiznesu" tego chcieli)z powodzeniem zajmowac czołowe pozycje na listach przebojów. Trudno nie napomknąć o tekstach, słodko-gorzkich, smutnych i ironicznych zarazem, dających do myślenia, prostych, a jednoczesnie skomplikowanych, niby jasnych, a tak naprawdę pokręconych przez chorą wyobraźnię Everetta. Dokładnie tak samo jak ta muzyka, która wzrusza i cieszy, daje nadzieję i poraża smutkiem...zachwyca chylę czoła, podziwiam, brak mi słów, ....album roku Odpowiedz Link
cze67 Cloud Cult - Advice From The Happy Hippopotamus - 31.05.05, 12:49 ethan26 czyli dostałem między oczy i jestem wstrząśnięty. to bodaj 4 płyta długogrająca tego zespołu z minneapolis. nie znam niestety jeszcze wcześniejszych ale: myślałem że "tradycyjny" bright eyes i anthony będą jeszcze długo dzielić moje prywatne miejsce nr 1 2005 a tu klapa bo pojawiła się ta płyta. takie albumy pojawiają się raz ja jakiś czas. druga płyta neutrali, moonowe modest, glow 2 microphones, czy zeszłoroczne arcade fire. na forum screenagers pisałem już troszkę o tym. napiszę jeszcze raz. "marzyło Wam się połączenie moon and antarcticy z dokonaniami arcade fire, doprawione czymś za co lubicie lub nie bright eyes?". dodajcie sobie "jeszcze szczyptę geniuszu microphones i melancholię neutral milk hotel." wydaje się żeby nagrywać wielkie płyty trzeba przeżywać wielkie tragedie. tak było w przypadku arcade fire i ich pogrzebowej płyty, tak jest w przypadku Craiga Minowy i jego zespołu. przed trzema laty zmarł nagle w nocy jego 2-letni syn, chwilę potem odeszła jego żona, gdyż jak twierdziła Craig zbyt mocno przypominał jej zmarłe dziecko... Training Wheels, That Man Jumped Out the Window, What comes at the end. trzy rdzenie tej niesamowitej godzinnej podróży. no i cytat z nagrania Younga, którym wspomniany artysta oddawał szacunek panu rottenowi. i jeszcze: nie można nie wspomnieć o washed your car. "tam gdzie flaming lips spotyka sparklehorse czyli transistor radio też cudowne". moving to canada to nagranie podkradzione arcade fire (wspominałem już o tych podobieństwach) podczas ich pogrzebowej sesji. ja tam jestem w szoku od dwóch dni, ze łzami i śmiechem na twarzy... nie mogę doczekać się przebudzenia gdy znów będzie mi dane usłyszeć. może ktoś z szanownych forumowiczów również doznał? forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24155813&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 koncert Pata Metheny - Torwar, 22.05.05 - maff1 31.05.05, 12:51 Koncert miał zaczac sie o godz. 19 . Ale o 19 wyszedł Adamiak i powiedział ze koncert zacznie sie punktualnie o 19.15 . O 19.20 wyszedł Pat i jak to on zaczął cos tam przygrywac. Dopiero pózniej wyszli pozostali muzycy i zaczeli grać suitę The way up. W 12 min Pat "trzymał" dzwiek przez ok. 6 min. prawie w całkowitej ciemności, w tym czasie siedział na scenie w kucki z kims przy laptopie. By w końcu ogłosic ze mają usterke techniczną i muszą zacząć wszystko od początku ale po przerwie. Zdarza sie. O 20tej wyszed Kydryński i przeprosił stwierdzające ze pierwszy raz Patowi cos takiego sie przytrafiło ale juz jest wszystko OK i koncert zaczał sie jeszcze raz. Suita Way Up zabrzmiała o wiele lepiej niz na płycie - ale to ostatni standard niestety u Pata. Płyty brzmią jak "demo" . Ponadto pat brzmiał bardziej jazzrockowo niż jak zazwyczaj. Po suicie zespół zagrał kilkanascie kompozycji z lat wczesniejszych - no i tu zaczął sie problem. Oni tzn. PMG nie potrafili grać starszych utworów. Dobrze przygotowane były tylko Last Train Home i Are You going with me, do wytrzymania był Farmer's trust z wstepem na fortepiane - śadze ze to kopozycja solowa Lyle Maysa. Z przykroscią stwierdzam ze grupa niczego nowego, ciekawego nie pokazała, a zrobienie z Antonio Sancheza (perkusja) drugiego frontmana jest dla mnie nieporozumieniem - które uciaszy tylko fanów perkusji. Sanchez walił w bebny dobrze i mocno - ale jakoś brakowało w tym "melodii" - a przecież znamy przykłady grania muzyki(melodii) na bebnach. Brakowało w PMG indywidualnosci na miare choćby Richarda Bony znanego z poprzedniej płyty. Zresztą zgadzam sie z opinią ze poprzedni kład PMG był jednym z najlepszych. Lyle Mays tym razem wydawał sie być drugorzednym muzykiem zespołu. Wg mnie to jakieś nieporozumienie. Efektem takiego składu i tak przydzielonych ról w nim było to, ze zespół zagrał tylko JEDEN bis, a koncert trwał ok 2,5 godz. A tym bisem była słabo przygotowana jedna z wczesniejszych kompozycji PMG. A przecież na bisy zostawia sie rzeczy najbardziej "znane" - dzieki którym zespół jest rozpoznawalny. Poprzedni koncert na torwarze trwał ok. 3 godz i był w mojej skali na 5 . Na dodatek mielismy przykład ewidentnego grania z półplaybacku (mysle ze dlatego musieli zagrac suite jeszcze raz od poczatku) co było nad wyraz widoczne w "The Roots Of Coincidence" z płyty Imaginart Day. Muzyka - ten wspaniały podkład z "mlaskajacymi" tinami - grała z głosnikow a nikt z zespołu na niczym nie grał. Mam wrazenie ze potraktowano nas publicznośc na tzw "odwal sie" bo: - przypadkowy skład zespołu - drugi frontman - Sanchez -na perkusji - Lyle Mays głał jak przeciętny jakis tam klawiszowiec - słabo przygotowane (lub nieprzygotowane) kompozycje z wsześniejszych płyt - 1 bis i to marny - krótki - jak na PMG czas koncertu - wobec powyzszego nie dziwi usterka techniczna sprzetu (komputera z podkładami - moze zawiesił sie) Ponieważ byłem przy samej scenie widziałem co sie stało. Dodatkowo, ceny biletów stanowczo za wysokie, Torwar wypełniony w połowie - to widac jak fani oceniają obecne dokonania PMG. 3 lata temu bilety były wyprzedane na miesiąc przed, a widownia zapełniona po brzegi. Podobnie było przy "secret Story Tour". A kydryński zawsze o PMG bedzie gadał w samych superlatywach - bo miał w tym swój biznes. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24208695&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Jim White DRILL A HOLE IN THAT SUBSTRATE 31.05.05, 12:53 grimsrund: Jim White DRILL A HOLE IN THAT SUBSTRATE AND TELL ME WHAT YOU SEE Luaka Bop, 2004 wydania polskiego brak (oczywiście) Zachęcony gremialnym i entuzjastycznym odzewem Forumowiczów na mój tekst dotyczący poprzedniej płyty Jima White'a NO SUCH PLACE z 2001 roku, postanowiłem skrobnąć parę słów o najnowszym dziele tego bardzo średnio znanego w Lechistanie Artysty. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20516093&v=2&s=0 Przygotowując swój trzeci album Jim White postanowił podziękować za współpracę zamorskim muzykom, którzy pomagali mu przy poprzednim dziele. Tym razem nie uświadczymy brytyjskiego desantu, a także japońskich samurajów jeżdżących wielkimi amerykańskimi ciężarówkami. Twórca oparł się tym razem na znamienitych rodakach oraz Kanadyjczykach, których na DRILL A HOLE... reprezentują dwa zespoły z Toronto: Barenaked Ladies i The Sadies. Do ekipy wspierającej White'a wrócił za to Ralph Carney (zaufany pomocnik Toma Waitsa), współtwórca mrocznego, balladowego debiutu White'a (THE MYSTERIOUS TALE OF HOW I SHOUTED WRONG-EYED JESUS!), co nie pozostało bez echa na końcowy efekt starań twórców. Lekkiej zmianie uległa także sama muzyka - na DRILL A HOLE... nie uświadczymy już "tanecznych" niemal utworów, które na NO SUCH PLACE podpisali muzycy Morcheeby, brak też tym razem nawet śladów wygrzewu rodem z południowego rocka, nieśmiało zaznaczających się na albumie z 2001 roku. Kierunku, w jakim całość materiał podąży, można się było zresztą domyślić już w momencie wyboru głównego producenta albumu, w osobie Joe Henry'ego. Ten niezwykły twórca, który nad blichtr rockowego gwiazdorstwa przedłożył opiekę nad swoimi dziećmi (nawiasem mówiąc, siostrzeńcami Madonny) i cyzelowanie dźwięków w doskonale wyposażonym domowym studio, z płyty na płytę tworzy muzykę coraz bardziej wyrafinowaną i coraz odleglejszą od dynamicznego alternatywnego country proponowanego przez twórców pokroju Ryana Adamsa czy 16 Horsepower. Henry flirtuje raczej z muzyką soulową i jazzową, osiągając rezultaty pokrewne dziełom zespołu Lambchop. I takie też podejście najwyraźniej bliskie było White'owi, gdy wspólnie pracowali nad wciągającymi, bogatymi dźwiękowymi podkładami pod głos kapelusznika z Florydy. W odgłosach sączących się z DRILL A HOLE... nadal jednak słychać wpływy muzyki gospelowej i bluesowej, surowych dźwięków rodem z Appalachów, a także, rzecz jasna, Toma Waitsa (nie bez udziału Ralpha Carney'a), aczkolwiek Waitsa wyciszonego i z pewnością nagrywającego na trzeźwo. Na pozór zniknęły otwarcie apokaliptyczne klimaty snute na pierwszej płycie, lecz i tutaj niemal każda z piosenek obrazuje mocowanie się bohaterów z Absolutem, pojmowanym często z typowo amerykańską bezpośredniością (tu gratulacje za tytuły piosenek: IF JESUS DROVE A MOTOR HOME oraz PHONE BOOTH IN HEAVEN) Jako się rzekło, i tym razem Jim White oparł się na utalentowanych gościach. Płyta rozpoczyna się od STATIC ON THE RADIO, uroczego duetu z wielką Aimee Mann, jednym z najwspanialszych głosów balladowej Ameryki. W COMBING MY HAIR IN A BRAND NEW STYLE (najbardziej "soulowo" zabarwionym utworze płyty) rolę chórzysty przyjął na siebie Marc Anthony Thompson (znany bardziej jako Czekoladowy Geniusz), diva alternatywnego country Mary Gauthier pełni analogiczną rolę w PHONE BOOTH IN HEAVEN (gdzie produkuje się także wybitny gitarzysta M. Ward), zaś jazzowy gigant Bill Frisell skromnie akompaniuje swoją gitarą w piosence OBJECTS IN MOTION. Wspomniani Barenaked Ladies i The Sadies współtworzą natomiast odpowiednio kompozycje ALABAMA CHROME i BORROWED WINGS. Na trzeciej płycie Jim White po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z wielu niedocenianych skarbów narodowych Ameryki. Jego muzyka przy każdym przesłuchaniu robi ma na mnie wrażenie swoją pomysłowością, zaś sam Artysta wymusza wprost szacunek dla otwartości, z jaką przyjmuje różne muzyczne wpływy i lepi z nich własne, piękne kompozycje. I z każdą chwilą marzę coraz mocniej, by kiedyś doczekać się płyty, którą wspólnie podpiszą Jim White i Lambchop albo nawet Jim White i Spiritualized... Gdyby któreś z szacownych Forumowiczów trafiło kiedyś przypadkiem podczas swoich muzycznych podróży na muzykę tego Pana - nie należy zwlekać z jej przesłuchaniem. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24333466&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Otomo Yoshihide's New Jazz Ensemble, 21.05.2005 31.05.05, 12:55 grimsrund: Owóż wybraliśmy się z kolegą Humbakiem do Katowic (Jazz Club Hipnoza) na to niecodzienne wydarzenie. Sama nasza wyprawa obfitowała w ucieszne przygody (dość rzec, że w poszukiwaniu bankomatu jednego z polskich banków zwiedziliśmy niemal całe nocne Katowice), ale nie czas tu i miejsce na ich smakowanie, godne są one bowiem, by poczekać na pióro od naszych znamienitsze. Koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, podczas którego to opóźnienia wszyscy widzowie otrzymali pomarańczowe okularki od pomarańczowo-lwiego sponsora imprezy, zaś organizatorzy koncertu umiejętnie podnosili napięcie, produkując informacje o awariach technicznych sprzętu a potem krotochwilnie oznajmiając, że koncertu dziś nie będzie, ale za rok na pewno się już uda (lub coś w tym stylu). Sprzedający płyty swoich podopiecznych oraz innych Japończyków Marcin "Wschodnie Triady" Witkowski (promotor trasy) w chwilę później podłamał nas wyznaniem, że nie będzie już w przyszłości żadnych Japończyków sprowadzał, zaś swoje koncertowe przygody ograniczy do festiwalu cieszyńskiego. W końcu jednak rzecz się rozpoczęła, a moje uszy wylądowały na podłodze już po pierwszym zagranym utworze (znalazłem je pod siedzeniem dopiero pod koniec koncertu :) ). Zespół w składzie: gitarzysta (sam Otomo), dwóch saksofonistów, perkusista, kontrabasista, wibrafonistka, modulatorka fal zmiennych (Sachiko M.) i wokalistka (śliczna jak laleczka Kahiki Karie) zaiste dali widowni do wiwatu. Moimi faworytami byli: niezwykle energetyczny wielobębniarz Yasuhiro Yoshigaki (który pod koniec występu złapał nawet za.. trąbkę!) oraz kontrabasista Hiroaki Mizutani, cały czas namiętnie tulący się do swego wielgachnego instrumentu. Sam Mistrz dał również pokaz talentów dyrygenckich, koordynując kolegów i koleżanki bez batuty wprawdzie, jeno za pomocą machania łapą. Po pierwszych utworach, wgniatających słuchaczy w glebę potwornym jazgotem, muzycy dali nam odetchnąć, serwując w drugiej części występu kompozycje generalnie łagodniejsze. Wtedy też pojawiła się Kahiki Karie, która słodkim głosikiem podśpiewywała sobie po japońsku, francusku i angielsku. W tym ostatnim języku wykonała ona ostatni utwór bisu, nastrojową kompozycję z repertuaru zespołu Kinski. braineater: First of all - wystarczyło wyjśc z Hipnozy i skręcić dwakroć w lewo i po minucie już mielibyście chłopaki bankomat:) Dwa - koncert masakra, koncert rewelacja, no po prostu czysta muzyczna msza - póltorej godziny na klęczkach i z śliną ściekająca z pyska. I nic to, że spóźniony, i nic to, że w zmienionym składzie - przede wszystkim obaj obłędni saksofoniści i Kahimi, która jeszcze lepiej wygląda niż śpiewa, a spiewa tak, że wcale nie musi do tego wyglądać, spowodowali, że naprawdę totalnie odpadłem. 3 - publiczność - tak jak się spodziewałem, pierwsze objawy bólu egzystencjalnego pojawiły się u przypadkowych osób po pierwszych 5 minutach koncertu, kiedy chłopcy ze spokojnej pijacko knajpianej melodii przeszli w regiony sonicznej masakry z użyciem sine-wawe i znoisowanych saksofonów w klasycznym Zornowym stylu. Kilka pań siedzących nieopodal mnie zakrywszy uszy rękoma i wymieniając spłoszone spojrzenia podjeły milczącą decyzje o natychmiastowej ewakuacji - cóż - wystarczyło poczytać zapowiedzi, by wiedzieć czego można się spodziewać. 4 - bisy - zdecydowanie Otomo et consortes, zostawili dwa najlepsze numery na bis, i dopiero wtedy można było zobaczyc cały rozrywkowy potencjał tej muzyki, która mimo całego formalnego skomplikowania, pretensji do amuzyczności, pokazała, że przy dobrze rozhulanym kawałku na dwa saksofony, wibrafon, kontrabas, perkusję, gitarę i elektronikę można zmusić do radosnego podrygiwania każdą publiczność. 5- koncert zdecydowanie za krótki, ale patrząc na wykonawców tuż po, wcale się nie dziwię. Zero ściemy, zero tanich zagrywek na pamięciowych patentach, tylko pełna radocha z totalnie fristajlowej improwizacji. Po Medeskich w Warszawie i Naked City tamże, zdecydowanie jeden z naj koncertów na jakich byłem. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24228909&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Joanna Newsom - braineater 31.05.05, 12:57 w dodatku z gatunku dziwnych, bo nic o pani artystce nie wiem:) Płytka trafiła do mnie kanałami jakimis tajemnymi i spowodowała dośc długie zawieszenie słuchu na dźwiękach zeń rozlegających się. Pani zwie się Joanna Newsom i to praktycznie wszystkie wieści, jakie o niej niesie wujek internet. Sadząc po fotach, dziewcze raczej młode, raczej urodziwe, ale tego akurat na płycie nie słychać:) Na stronce www.bbc.co.uk/dna/collective/A3212740 wyczytałem, że pani podgrywała supporty przed Devendrą Banhardtem i to akurat mnie nie dziwi, bo muzycznie rzeczy w klimatach grają zblizone - czyli coś, co wychodząc od country i amerykańskiego folka przeradza się w muzyke kompletnie niedookreslona i przedziwna. Zestaw skojarzeń jaki mi sie wykreował po pierwszych słuchaniach to Bjork z okresu 'Glin-glo", Bob Dylan - charakterystyczna kozia maniera wokalna i Tori Amos - podobne traktowanie fortepianu i klawesynu. Do tego dochodzą jeszcze cokolwiek porąbane teksty o wspólczesnym city life z perspektywy bardzo dziecięcej i bardzo nietypowy sposób spiewania, przywodzący na mysl rozkapryszona dziesięciolatkę. Generalnie bardzo dziwna wesoła muzyczka na upały z jednym hiciakiem totalnym - Casiopea. Na stronce zlinkowanej wyżej możecie spojrzeć na video i samodzielnie ocenić czy Wam taka muza pasuje. A jesli jeszcze Was nie przekonałem, to mogę jedynie powiedzieć, że od czasu jak zacząłem puszczać "Milk-eyed mender", to moja zona wreszcie zrezygnowała, oby na długo, z muzycznej diety złożonej z pierwszego The Black Heart Procession i płyt Victora Malloy'a:) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24441060&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Chris Joss - braineater 31.05.05, 12:58 Tak żeby się wkupić w forumowe łaski, rozpocznę od mojego chwilowo najnowszego odkrycia, czyli pana znanego jako Chris Joss, mając nadzieję, że ktoś z Państwa miał już okazję słyszec choc jedną z 3ch płyt jego autorstwa. Karierę rozpoczął w roku 96 nagrywając przedziwny soundtrack do nieistniejącego serialu tv - "The man with suitcase", momentalnie zresztą dostając przydomek nowego Isaaca Hayes'a. Mocne funkowe basy, bujające melodyjki i upalony dźwięk hammondów + gitara namiętnie traktowana wah-wah, pojawiły się znowu i wszem i wobec udowodniły, że czas takiego grania jeszcze do końca nie przeminął. I tylko jedna rzecz była cokolwiek zaskakująca - ta maksymalnie bogatą aranżacyjnie, instrumentalnie płytę, nagrał jeden człowiek w swoim domowym studio, obsługując po kolei wszystkie instrumenty, po czym zgrywając kolejne ścieżki. I okazało się, że wcale nie trzeba monstrualnej kasy na kilkudziesięcioosobowe bandy, by stworzyć album z totalnym wykopem. To samo powtórzyło się przy okazji dwóch następnych płyt - "Dr. Rythm" i chyba najlepszej - "You've been spiked", gdzie do elementów znanych z wcześniejszych nagrań doszło jeszcze przemyślne wykorzystanie cytatów z klasyki filmowego blxipolation czy lekko zdubowane pogłosy w niektórych utworach, dodająca i tak bardzo otwartym kompozycjom dodatkowej przestrzeni. Porównanie do Hayes'a przestało dziwic, a do bezpośrednich inspiratorów Jossowego grania zaczęto zalicząć także Bootsy Coolinsa i cała scenę P-Funku. Tak więc, jeśli macie ochotę na trochę grania w stylu retro, nie zmasakrowanego naddatkami elektronicznych ulepszaczy lub po prostu na klasyczną impreze z fryzurami afro i butami na platformach - zdecydowanie z Jossem kontakt polecam. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24314779&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Oasis - "Don’t Believe The Truth" - ilhan 31.05.05, 13:02 Dobra, to teraz pozwolicie, że ja parę wrażeń na gorąco, bo od soboty cieszę się egzemplarzem i właśnie słucham chyba ósmy raz. 1. Turn Up The Sun - wspominałem wyżej, znakomicie brzmiące, psychodeliczne gitary, rock'n'rollowy ciężar, świetne. 2. Mucky Fingers - nastawiałem się na jakąś wpadkę, tymczasem bardzo mi się podoba. Patent z VU jest aż nazbyt oczywisty, żeby o nim wspominać. 3. Lyla - zyskuje na płycie. 4. Love Like A Bomb - fajowe gęste akustyki i rosnąca z każdym przesłuchaniem, letnia, słoneczna melodia. Bardzo bardzo. 5. The Importance Of Being Idle - Kinks/ La's/ Coral czyli zaskoczenie, bo Oasis nie mieli jeszcze takiego wywleczonego z liverpoolskiego doku numeru. Raczej drugorzędny utwór tutaj, acz nie można mówić o jego słabości. Fajne organy. 6. The Meaning Of Soul - nie wiem jak traktować to coś. Przerywnik? Pełnowartościowy utwór? W pierwszej kategorii nawet dość rozrywkowe. Może lepiej pasowałoby na bisajd? 7. Guess God Thinks I'm Abel - też raczej w cieniu reszty. Tzn. podoba mi się (bo nie ma tej płycie utworu, którego bym się czepiał), z tym że na pewno zbędne jest to "przywalenie" na koniec (dlaczego kojarzy mi sie to z Irą?). 8. Part Of The Queue - najlepsza z piosenek Noela. Dopieszczona pod każdym względem, z klimatem dusznego, nerwowego miasta w lecie. 9. Keep The Dream Alive - oj czuć znów rękę Andy'ego Bella, z tym że może bardziej z czasu Hurricane No 1 niż Ride. Jak dla mnie ewidentny kandydat na drugiego singla. 10. A Bell Will Ring - Noel miał rację, kiedy podkreślał związki z "Revolverem". Brzmi jak zgubiony przez Lennona w 1966 roku (te gitary na początku). Jedna z najlepszych partii wokalu Liama na płycie. 11. Let There Be Love - najspokojniejszy na płycie, z fajną końcówką, zdaje się, że ich najlepszy closer od czasu "Champagne Supernova". I chyba powinien rządzić na koncertach. Podsumowując, jestem strasznie miło zaskoczony. I słucham praktycznie non stop. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22170493&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Nocturnus - "Ambitny" metal - tomash8 14.06.05, 17:31 Hmm od czego by tu zaczać, często można wyczytać opinie, jakoby metal, a zwłaszcza jego cięższe odmiany były prymitywną muzyką, w której nie ma nic ciekawego. Wprawdzie jest mnówstwo grup potwierdzających tą opinie, ale zdarzają się też bardzo pozytywne wyjątki. Do jednych z nich należał na pewno amerykański Nocturnus. Zespół powstał w drugiej połowie lat 80 - tych, a jego założycielem był bębniarz Mike Browning, który grał w pierwszym składzie Morbid Angel, na początku przz zespół przewinęło się wielu muzyków, m.in. Vincent Crowley, późniejszy założyciel znanego w pewnych kręgach Acheron, i Wolfen Society. w 1987 zespół wydaje taśme "Nocturnus" zawierającą dość konwencjonalny Death metal, dopiero druga demówka "The science of horror" nagrana z klawiszowcem Louie Panzer'em przynosi zespołowi pewnien rozgłos, co troszke później owocuje podpisaniem kontraktu ze słynną Earache recods, a w konsekwencji prowadzi do nagrania i wydania jednego z najciekawszych albumów death metalowych, czyli "The Key"(1990) - album rozpoczyna w niezłym stylu kompozycja "Ring of fire", która rozpoczyna się dziwnym klawiszowym intrem, by po niecałej minucie przejść w ostry, death metal. Jednak już tu rzucają się w uszy wie rzeczy - po pierwsze: - mimo dość gęstego i ciężkiego grania bez problemu można wychwycić melodie po drugie, i najważniejsze - klawisze cały czas towarzyszą gitarom, nie stanowią jedynie tła dla popisów wioślarzy(na tym albumie - Mike Davis i Sean McNenney). Każdy utwór zaskakuje czy to zmianami tempa, partiami klawiszy(szczególnie Andromeda Strain), zespół za pomocą stosunkowo prostych środków potrafi stworzyć niesamowity klimat(Neolithic, Droid sector), a utwory takie jak BC/AD czy Destroying the manger po prostu wpadają w ucho. Warto dodać, że na tym albumie, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach wokalami zajął się Mike Browning, równocześnie grający cały czas na perkusji, co sprawia że partie bębnów nie są aż tak gęste jak u innych death metalowców. A sam wokal? no cóż, Mike nie dysponuje jakąś świetną barwą głosu, ale nie wydziera się też tak jak inni "wokaliści" w tym nurcie, jego śpiew jes nieco schowany, prawie nigdy nie wchodzi na pierwszy plan - zarezerwowany dla gitar i klawiszy. Ogólnie mówiąc, ten album jest jednym z najlepszych, ale równocześnie najbardziej niedocenionych albumów metalowych. CD jest praktycznie niedostępne Po nagrniu "The key" do zespołu dołączył wokalista Dave Izzo, i w takim zesawieniu powstał dość kontrowersyjny album "Thresholds"(1992, Earache). Wg. niektórych zespół troszkę za bardzo "odjechał" od metalowych standartów. Może jest to prawda, ale nie zmienia to faktu, że ta "kosmiczna" płyta jest na pewno warta uwagi. Już rozpoczynający całość utwór "Climate controller" zwiastuje zmiany - najpierw "mroczno - kosmiczne" intro, a potem zdecydowane, ostre wejście bardzo cięzkich death metalowych gitar, i niski ryk wokalisty, po minucie powolnej i typowo "śmiertelnej" jazdy, zaczynają się typowe dla tego zespołu zmiany tempa, wchodzą śmielej klawisze, a wszystko prowadzi do... dość melodyjnego refrenu. Od razu słychać różncę w brzmieniu - niestety gitary słychać głośniej i częściej niż klawisze, które jednak cały czas "pracują" w tle. Po prawie 8 minutowym otwieraczu, następuje utwór Tribal vodoun, z fajnymi zwolnieniami w środkowej części, w których Mike Browning robi uzytek z tomów. 3 utwór to niespełna 3 minutowy, świetny, bardzo klimatyczny "Nocturne in brn" gdzie wreszcie lepiej słychać klawisze, a i gitarzyści pokazują na co ich stać. Utwór ten jest wprowadzeniem do "Arctic cript" moim zdaniem najlepszego utworu jaki ten zespół keidykolwiek nagrał. Kawałek ten jest utrzymany w stylu "The key", ale miniej więcej w połowie, pojawia się akustyczna wstawka, a potem świetne, nieco art rockowe solo gitary, płynnie przechodzące w death metalową młóckę, znowu brawa dla klawiszowca. Z pozostałych utworów na pewno warto wymienić "Subterrean infiltrator" czy "Aquatica" Niestety, po wydaniu tego albumu zespół się rozpadł. w 2000 roku niespodziewanie pojawił się nowy album "Ethereal tomb"(Season of mist) nagrany w składzie... no właśnie. Zabrakło Mike'a Browninga. Muzycy, którzy nagrali ten album to: Mike Davis- Gitary Sean McNenney- Gitary Emo Mowery- Bas/vocal Louis Panzer- klawisze Rick Bizarro- perkusja Niestety, album nie dorównuje swoim wielkim poprzednikom. Czegoś zabrakło. Przede wszystkim wokal. Emo wydziera się jak typowy "szatan" co kompletnie nie pasuje do muzyki zespołu. Co gorsza reszta muzyków podąrza momentami jego tropem("the killing" mimo fajnej wstawki pod koniec).. najlepsze momenty to otwierający płytę "orbital decay" oraz długaśny "Search for trident", natomiast mometami grupa nie bardzo wie czego chce... "paranormal states" miał być chyba powrotem do klimatu z "the key", ale brzmi jak Samael, czy inny dark metal. Naszczęście ostatni utwór - instrumentalny "Outland" poozstawia świetne wrażenie. To nie jest zła płyta, ale niekoniecznie powinna być wydana jako Nocturnus, bo ten zespół bez Browninga nie tylko moim zdaniem nie ma racji bytu. Mike założył w 1999 "konkurencyjny" zespół, nazwany najpierw Nocturnus AD(grał tam cały pierwszy skłąd Nocturnusa, czyli ludzie, którzy opuścili zespół jeszcze przed nagraniem "The Key" - Gino Marino -git, Richard Bateman - bas), obecnie zespół nazywa się After Death, i nagrał jedną demówkę, dostępną na: www.afterdeath666.com/ Oprcz opisanych przeze mnie wydawnictw wyszła jeszcze kompilacja zawierająca obydwie demówki zespołu w całości, oraz DVD "Farewell to planet earth" Jak ktoś zna, czekam na opinie, jeśli nie znacie - zachęcam do poznania. Moim zdaniem warto. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24791490&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Dream Theater "Octavarium" 14.06.05, 17:34 lukas_log: Czy juz ktos z forumowiczow sluchal (nie zeby to byl bardzo popularny tu zespol,ale moze jednak?)? Co prawda Portnoy sciemnia,ze wersja,ktora wyciekla do sieci nie jest "final",ale chyba mozna na jej podstawie powiedziec,ze jest dobrze.Nawet bardzo.Powrot do brzmien z I&W i SFAM ,czyli spokojniej niz ostatnio,nacisk na melodie i gre ZESPOLOWA, brak tak nielubianych przez nie- muzykow "bezsensownych cyberiad" (oczywiscie solowki sa,ale nie na zasadzie szkolki dla dorastajacych gitarzystow).I ladne melodie.I klawisze bardziej klawiszowe niz ostatnio.I wokal LaBrie nie drazni.Slowem pieknie....premiera dzis/jutro,ale w MM pewnie juz od soboty lezy. P.S."I walk beside you" to najlepsza piosenka U2 ;-)) grimsrund: Jak dla mnie - bardzo dobra płyta... w części. To znaczy siedem bardzo dobrych, na ogół grzmiących utworów, pośrodku których zespół nasadził kupsko pod tytułem I WALK BESIDE YOU (czas 4:29, o radiu sie myślało, co chłopaki?), tak siermiężne i nieudolne popisko, że podczas jego słuchania miałem ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Ten ekskrement ewokował w moich uszach jakichś żałosnych epigonów średniego U2, a nawet Gazebo z jego nieśmiertelnym hitem I LIKE CHOPIN (te plastikowe klawiszyki...). Puściłem toto znajomemu, który zrobił oczy wielkie: "TO jest Dream Theater???" A ja mu na to: "Skoro ja cierpię, i Ty pocierpisz" :)) Poza tym płyta w porządku, przekonałem się nawet do łagodnego THE ANSWER LIES WITHIN, rozumiem, że chłopaki pozadrościły Porcupine Tree LAZARUSA, no rozumiem - "my nie gorsi, też se pierdykniemy takom pastorałke, że hej". Nie hej, bo kawałek Wilsona jest o wiele ładniejszy, ale przynajmniej uszy mi nie uschły. W sumie - żal trochę bezkompromisowej napierdzielanki TRAIN OF THOUGHT, ale jest nieźle. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24841776&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Morrfffinowa Rodzynka w Skarpie 11/06/05 14.06.05, 17:35 pizmak31: O ludzie drodzy, co to jest za kobieta ta Roisin!!! Zaznaczam, ze z Moloko znam jedna plyte i podoba mi sie, ale daleka byla od upajania sie. Natomiast po koncercie po prostu odpadlam. Roisin zagrala z kilkuoosobowym bandem: trzech trabkarzy, perkusista, basista (bezprogowy) i pan za komputerem dyrygujacy calym przedstawieniem. Pierwszy kostium Roisin to byla kusa lososiowa swiecaca sukienka w stylu Grace Kelly. Jak ta kobieta spiewa i jakie ma poczucie humoru i autoironie, to po prostu niewiarygodne! Miala dwa mikrofon, jeden do samplowania, drugi normalny. Przy pierwszym utworze, kiedy zaspiewala do samplowanego i potem koles przetworzyl i lecial jej spie, kiedy nie spiewala, zrobila mine pt. Patrzcie, jaki komfort, nie spiewam, a brzmie. A potem robila takie zajebiste numery w stylu, ze stepowala i nagrywala stepowanie do samplowania, grala na perkusji w kosmicznym kostiumiku albo wystapila w pokutniczym plaszczu z oblbrzymim drewnianym rozancem na szyi, a pod spodem miala wieczorowa aksamita ciemnozelona sukienke. Aranzacje utworow byly kompletnie odjechane, naprawde swietnie i inteligentne wykorzystanie technicznych mozliwosci w muzyce. Babeczka laczy w sobie niemiecki ekspresonizm z cudownym poczuciem humoru (kiedy tanczyla z pioropuszem na czole i w tej wieczorowej sukience, myslam, ze umre ze smiechu). Jednym slowem, jestem ogromna fanka tej pani, bo rzadko sie zdarzaja na scenie muzycznej kobietki z dystansem do siebie, muzycznej tradycji i w dodatku tworczo wyciagajace z tego najlepsze co mozliwe :) forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25137031&wv.x=1&v=2&s=0 Odpowiedz Link
cze67 Jamie Lidell - Multiply - nemrrod 22.06.05, 16:32 To będzie moja płyta lata 2005 :] (Ech, jak ja lubię rzucać takie hasła :)) Przedstawiam Państwu Jamiego Lidella - freaka, który dał się najpierw poznać jako twórca zakręconego, skorodowanego, eksperymentalnego techno, a następnie w duecie Super_Collider (wraz z Cristianem Voglem) zajmował się wykręconym, kwasowym p-funkiem. Współpracował również z Matthew Herbertem przy "Goodbye Swingtime". A teraz wydaje zwariowaną i zabawną so(u)lową płytę pod tytułem "Multiply", na której wskrzesza ducha klasycznego soulu i funka, filtrując wszystko przez swoje wcześniejsze doświadczenia, a przede wszystkim przez swoją chorą, nieskrępowaną wyobraźnię. Momentami brzmi jak przywrócony do życia, odmłodzony i nafaszerowany substancjami psychoaktywnymi James Brown (sprawdźcie "When I Come Back Around"), by zaraz zapodać jakąś klasyczną balladę a'la Al Green ("What Is This Time?"), a za chwilę zaskoczyć spontanicznym jamem ("Newme") albo soulową mantrą ("A Little Bit More"). Nie to, żebym ostro hajpował, bo niekoniecznie spodoba to się każdemu. Poza tym możliwe, że to wszystko już było, możliwe, że to tylko postmodernistyczna kupa (w recenzjach padają takie nazwy jak: Quincy Jones, Isaac Hayes, Prince, Jamiroquai, Beck, Stevie Wonder, George Clinton, Marvin Gaye... LOL), możliwe że się nie znam, ale słuchanie tej płyty sprawia mi tyle radości, że musiałem o niej napisać :) Luźna i lekka, ale niebanalna, błyskotliwa, ale bez przesadnych ambicji, imprezowa, ale niegłupia płyta. I jeszcze jedno słowo musi tu paść: groove :) Aha, i żeby było ciekawiej, to płytę wydał Warp :) Yo! forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25297581 Odpowiedz Link
cze67 Kult w Konstancinie (19.06.05) - nefil 22.06.05, 16:33 Bardzo dawno nie bylo mi dane widziec grupy Kult w akcji, chociaz w okresie licealnym bywalem na ich koncertach dosyc czesto. Srednia wieku publiki nie zmienila sie od tamtych zamierzchlych czasow. Wiekszosc osob wciaz stanowia licealisci. Rozbawil mnie tiszert jednego z fanow-"Kazik zyj wiecznie". Nigdy nie bylem fanem kultowych albumow, wydaje mi sie, ze jest to typowy koncertowy zespol. I kto, nie widzial ich na zywo, nigdy nie zrozumie fenomenu Kultu. Kazik rzadzi na scenie, ma swietny kontakt z publicznoscia, to rowniez nie uleglo zmianie. Zagrali bardzo duzo starych kawalkow- Oni chca Ciebie, Rzad Oficjalny, Celina, K... Wedrowniczki i praktycznie cala plyte "Spokojnie". To byl dobry wybor, nowe piesni Kultu nijak sie maja do utworow z lat 80-tych. Koncert trwal ok. 3 godzin, ale dla nich to norma, sie nigdy nie oszczedzali. Zreszta nie bylem (i nie jestem) w stanie pojac "kultowych" zespolow z zagranicy, ktore, przyjezdzajac do Polski, koncza koncert po godzinie. Bisy oczywiscie byly. Zagrali Polske, ktorej fani, krzyczac "Polska, Polska..." domagali sie od poczatku koncertu (ktos, kto nie zna tworczosci grupy moglby pomyslec, ze znalazl sie na zlocie Mlodziezy Wszechpolskiej). Potem jeszcze Konsument, Krew Boga i bylo po koncercie. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25413335 Odpowiedz Link
cze67 Common "Be" - glebogryzarka1 22.06.05, 16:34 Właśnie dostałem do łap album, który jak na razie jest dla mnie albumem roku. Tym przyjemniejsza jest ta konkluzja, że niespodziewana. Fanem artysty, który ów album firmuje, nigdy bowiem nie byłem. Tu potrzebna będzie krótka introdukcja. Wiele lat temu alfa-und-omega hiphopowej branży, magazyn "Source" ogłosił wielki konkurs dla MCs pozostających bez kontraktu płytowego - Unsigned Hype. Nagrodą główną oczywiście była umowa z wytwórnią, a wygrał ją chicagowski raper Common Sense. Pod tą ksywką zarejestrował dwie płyty, "Can I Borrow a Dollar?" i "Resurrection" - na tej drugiej znalazł się utwór "I Used to Love H.E.R.", bezpardonowy atak na sprzedajnych pozerów w biznesie ogólnie, a na Ice Cube'a szczególnie, który zapewnił Common Sense'owi nieco rozgłosu. Na trzecim albumie "One Day It'll All Make Sense", sygnowanym już ksywką Common, nasz bohater spróbował zdyskontować nowo nabyty image i cofnął się do korzeni swojej osobistej historii i historii muzyki w ogóle, nagrywając płytę ciepłą i sympatyczną; aczkolwiek straszliwie nierówną i miejscami rażącą specyficznym pojmowaniem kodeksu moralnego ("Retrospect for Life"), a jego emceeing zbliżył się do granic absolutu w dziedzinie ignorowania beatu. Potem było pod tym względem jeszcze gorzej. O ile "Like Water for Chocolate", kolejna propozycja Commona, została uratowana przez muzyczny geniusz producentów ?uestlove'a i Jaya Dee, o tyle następnej, "Electric Circus" uratować nie mogły nawet radykalne (i całkiem udane, trzeba przyznać) eksperymenty, zbliżające ów album miejscami wręcz do progrocka. Common eksploatował bowiem wciąż na obydwu wspomnianych płytach gówniany, skrajnie offbeatowy brak pulsu i akcentów, ze znacznym spiętrzeniem rymów typu "action/resurrection/direction/satisfaction". Co sprawiło, że prywatnie uznałem sobie decyzję jury konkursu Unsigned Hype za kwas stulecia. Aż do teraz. "Be" jest bowiem płytą genialną. Od pierwszego do ostatniego utworu równą, wypełnioną doskonałymi rymami, tłustymi beatami, soulem i funkiem ze starych winylowych płyt. Od masakrującego cudnymi smyczkami, groove'em kontrabasu i przyjemnie chrupiącym werblem utworu tytułowego, do lirycznego, ozdobionego gospelowymi chórkami Bilala i ultrabasowym głosem ojca Commona (którego syn umyślił sobie wpuszczać na ostatni track na każdej płycie) zamknięcia "It's Your World". Całość zawarta pomiędzy liczy 11 tracków, trwa niecałe 43 minuty, skitów (śmiesznych zawsze tylko za pierwszym razem) brak, wypełniaczy także. "Be" można ponadto potraktować jako elementarz hiphopowej produkcji. Już widzę, jak realizatorzy w całej Polsce zgłębiają rozliczne, według swojego pojęcia (wyznaczanego przez kamienie milowe w stylu Creed i Nickelback), błędy w miksie. Bębny na wierzchu, stopy dudnią, blachy nie mają dość góry, werble tym bardziej, a wokal z kolei schowany z wybitą mocno górą. Ej, no przecież czytałem w "Estradzie i Studio", że tak się nie robi. Tymczasem Kanye West i Jay Dee (odpowiedzialni za podkłady na "Be") pokazują mi monstrualnego wała, stawiając na cieplutkie, niedbałe brzmienie. I dzięki, i chwała im za to. 1) Be (2:24) Pierwsze pół minuty gra tylko kontrabas, potem wchodzi prostokątny analog (co za piękna melodia!), potem oszczędny fortepian, wreszcie śmietnikowy, miażdżący, równo odmierzający ćwiartki beat i równie miażdżące swoją urodą smyczki. Wreszcie Common - i mój Boże, co za odmiana! Ten facet trzyma się beatu! Nie kurczowo, tylko tak jak najbardziej lubię - swobodnie. Zrelaksowany flow, najeżony podawanymi na akcentach rytmicznych rymami i z pauzami robionymi tu gdzie powinny być, a nie tu gdzie muszą być, żeby MC się nie udławił. A jednak można. 10/10 2) The Corner (3:45) Najbardziej hardcore'owy i "uliczny" numer z płyty. Wolne tempo daje Commonowi dużo czasu na precyzyjne strzelanie piętrowymi rymami. Gościnny udział legend czarnej muzyki, The Last Poets, zastępuje refren, co w tak surowym kawałku akurat doskonale pasuje. 7/10 3) Go (3:44) Szybszy, przestrzenny kawałek z ultrafunkowymi bębnami i świetnym, choć natrętnie powtarzanym przez Kanye Westa refrenem. Wersy Commona to majstersztyk - wpakowane co dwa takty, samplowane wezwanie "go, go, go..." jest niemal idealnie zgrane z tekstem. 8/10 4) Faithful (3:33) Patent z przyspieszanymi zaśpiewami wziętymi ze starych soulowych płyt zaczął już Was nużyć ostatnio? Mnie też. Jest to jedyna wada tego numeru, mocno trącącego gospel (to piano, te wielogłosy na końcu - rany boskie, to jest właśnie czarna muzyka, tak powinno to brzmieć!). 8/10 5) Testify (2:36) Tu aż się chce klaskać. Dyskretny groove basu i hihatów sprawia, że "Testify" idealnie pasowałby na ścieżkę dźwiękową jakiegoś blaxploitation movie z lat 70. Common w wersie rozpoczętym słowami "the court awaited as the foreman got the verdict from the bailiff..." pokazuje, jak silny potrafi być jego emceeing, gdy jest zgrany z rytmem. Wyśmienity numer, wpada w ucho od razu. 9/10 6) Love Is (4:10) Romantyczny kawałek z melodyjnym refrenem (pochodzącym tym razem z ust Commona, a nie z wosku pod igłą). Bardzo przyjemny, mimo że trochę, powiedziałbym, playlistowy. Ale ja bym sobie życzył, żeby każdy kawałek na listach przebojów miał tyle klasy i smaku co ten. 7/10 7) Chi City (3:27) Miaucząca gitara, dobrze cięte dęciaki i młócąca bezlitośnie w dole stopa. No i bezkompromisowo walczący na mikrofonie Common ("The name Com' has never been involved wit' run, unless its DMC, or runnin' these broads to bein' free"). Bujamy głowami po raz kolejny, aż do sforsowania karku. Refren w stylu DJ Premiera - złożony z cutów. 7/10 8) The Food (3:36) GENIALNE. Mistrzowski numer, z wolnym pulsem i prostym, efektywnym aranżem. Jeśli "The Food" was nie skłoni do szerokiego uśmiechu, dajcie sobie spokój z hip hopem w ogóle. Ja nad tym kawałkiem nie potrafię przejść do porządku dziennego, szczególnie nad pierwszym wejściem Kanyego w refrenie ("I walked in the crib, got two kids, and my baby mama's late") - tu jest więcej melodii, radości i luzu niż w całej dyskografii takiej powiedzmy Mariah Carey. 10/10 9) Real People (2:48) Funk lat 70 we frontalnym natarciu, dęte na dwóch planach, rasowy rhodes i typowa progresja molowa I-VII, złamana tylko pomiędzy zwrotkami (które są jedynym momentem na albumie, gdy przypominamy sobie o starej manierze rymowania Commona, niestety). 9/10 10) They Say (3:57) Potężny beat z szesnastkowym hihatem i soulowym śpiewem Johna Legenda. Znów śliczny rhodes i oszczędna, refleksyjna, spogłosowana gitara. Powtarzam się nie mogąc napisać nic konkretniej, po prostu posłuchajcie. To dobry objaw, kiedy nie mam co pisać, bo oznacza, że utwór jest dobry i zawiera wartości nieprzetłumaczalne na tekst pisany. Poza tym ja zawsze najwięcej piszę o dźwiękowym syfie. 7/10 11) It's Your World (8:33) Jedyny nowocześniejszy (co w kontekście tej płyty oznacza, że i tak oldschoolowy, ale jaśniejszy, z większą zawartością żylety w werblu i blachach) beat w zestawie. Znów widzę kościół w niedzielę, kiwających się lewo prawo śpiewaków oraz mistrza ceremonii z misją i mikrofonem przed nimi. Kwintesencja czarnej muzyki po raz nie wiem który. Stary Commona na końcu swoją gadką jak zwykle wprowadza trochę pretensji; do wybaczenia, w końcu to tradycja, a jest to słowo-klucz do zrozumienia "Be". 8/10 No to sumuję. Polecam centralnie wszystkim, może poza jednostkami mającymi totalną alergię na Murzynów. Jeśli wcześniej ktoś dotarł do rzeczy typu D'Angelo, Erykah Badu, Jill Scott, albo klasyki gatunku z lat 60/70, a mimo to hip hop wydaje mu się niestrawny - niech posłucha. Jeśli ktoś postrzega trendy pozwalające wybijać się miernotom w rodzaju 50 Centa za ubliżające dobremu smakowi - niech posłucha. Jeśli ktoś szuka doskonałej płyty hip hopowej - niech posłucha. 9,5/10 i idźcie z Bogiem po ten album. <a href="ht Odpowiedz Link