Dodaj do ulubionych

Recenzje forum Strawberry Fields

24.02.05, 18:04
W tym wątku będę zamieszczał dotychczasowe recezje (płyt, koncertów)
forumowiczów tego forum. Ot tak, coby się nie zapomniały.
O ile to możliwe, proszę o niewpisywanie się tutaj. Chyba, że ktoś koniecznie
musi...
Obserwuj wątek
    • cze67 Bielizna w Trójce, by piżmak31, 18.06.04 24.02.05, 18:06
      Wprawdzie Kostrzewa sie nie rozebral, ale i tak bylo na co popatrzec wczoraj
      na koncercie Bielizny w Trojce. Po pierwsze Michał Kusz, gitara, gral takie
      solowki, ze podczas jednej z piosenek nie wytrzymalam i wydalam swoj
      charakterystyczny wysoki pisk. Z emocji. Po drugie Jarek J., ktory pod koniec
      koncertu sie niezle rozbujal i az powialo stara dobra Gdanska Scena
      Alternatywna. Po trzecie i niestety, a moze i dobrze, utwory z pierwszej
      plyty Bielizny brzmialy w studiu tak, jakby je napisano miesiac temu. Mialy
      taka sile, taki nastroj i przestrzen, ze czas im kompletnie nie zaszkodzil
      (chyba ze nie umiem obiektywnie ocenic, bo przeszkadza mi brak dystansu).
      Milosc w Jugoslawii, Kasjerka, Taniec Lekkich Goryli, Terrorystyczne Bojowki,
      Dr Granat zagrali swiezo, z wykopem i radosnie. Czuc bylo, ze do tych uwtorow
      musycy maja najwieksze przekonanie, nawet w pewnym momencie Janiszewski
      powiedzial, ze utwory te pochodza ze wspanialego okresy GSA. Paradoskalnie
      najnowsze utwory Klon, TKM, Dziwna dziewczyna sa niezle zaaranzowane i maja
      fajne teksty (oprocz moze TKM, ktory jest banalny i smetny w warstwie
      slownej), saksofonik i ciekawy rytm, brzmia juz na starcie starzej niz
      najstarsza Bielizna. reasumujac, szostka dla Kusza, piatka dla perkusisty,
      cztery i pol dla JJ a dla pozostalych chlopakow po czworce (bo grali lekko
      bezplciowo). I mimo wszystko chyba ta nowa Bielizna czyli W dzikim Kraju
      bedzie lepsza od Pani Joli.
      • cze67 RADIOHEAD Com Lag, nemrrod, 24.06.04 24.02.05, 18:08
        Dlaczego Japończycy są uprzywilejowani? Dlaczego co drugi wykonawca wydaje w
        Japonii specjalne wydawnictwa, zbiory rzadkich nagrań, a do albumów dodaje
        bonusowe utwory? Zastanawiam się czym na to sobie Japończycy zasłużyli. Może
        nie korzystają z p2p, tylko kupują mnóstwo płyt i w ten sposób utrzymują przy
        życiu koncerny płytowe?

        Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że Radiohead szykują specjalne
        wydawnictwo z niepublikowanymi nagraniami i remiksami, które ukaże się tylko
        w Japonii. Fani z reszty świata poczuli się zawiedzeni i rozczarowani, ale
        część nie poddała się wydając mnóstwo kasy, kupując Com Lag w sklepach
        internetowych (43$ na Amazonie).
        Okazało się jednak, że Com Lag to wcale nie zbiór rzadkich, niewydanych dotąd
        nagrań. Wydawnictwo ma podtytuł "2+2=5" i jest po prostu rozszerzonym
        singlem. Wszystkie utwory, które się na nim znalazły ukazały się wcześniej na
        singlach There There, Go To Sleep oraz 2+2=5.

        Wersja live utworu 2+2=5 to zdaje się jedyny "rarytas". Cóż z tego, skoro
        jest to jedynie przyzwoite, wierne oryginałowi wykonanie...A co dalej?
        Cenię Cristana Vogel'a. Można powiedzieć, że to on wprowadził mnie w świat
        elektroniki. Ale Remyxomatosis, jego remiks Myxomatosis, jest słaba. Zimny
        beat, jakieś stukanie, nie współgrają z wokalem. Utwór niby ma jakąś
        dramaturgię, niepokojąca atmosfera gęstnieje, ale dla mnie jest to
        nieprzekonujace. I Will (L.A. Version) - ładne nagranie w wersji unplugged,
        melancholijna melodia, ale od Radiohead spodziewałbym się czegoś więcej. To,
        że umieją grać takie piosenki to ja wiem. Lubię utwory, które znalazły się na
        singlu There There. Paperbag Writer - niepokojący, z ciekawą partią smyków,
        trochę egzotyczny, w sumie dość zaskakujący. Where Bluebirds Fly, kończący
        Com Lag, jest jeszcze bardziej niepokojący, mroczny, z elektronicznym beatem
        i wokalem, który mi kojarzy się trochę z Dollars&Cents.
        I Am A Wicked Child - lekko bluesowa, z harmonijką ustną. I tu podobnie jak z
        I Will - fajny utwór, ale jak na Radiohead...
        Następny jest I Am A Citizen Insane. Beat jak w koncertowej wersji Idioteque,
        pozytywny klimat, czekam kiedy pojawi się wokal, albo jakaś melodia. A utwór
        nagle się kończy...
        Nie jestem wielkim fanem twórczości Four Tet. A Skttrbrain, remiks
        Scaterbrain, utrzymany jest w bardzo fourtetowym stylu - nerwowy beat, trochę
        dziwnych dźwięków i charakterystczne dzwonki. Wypada to lepiej niż remiks
        Voglel'a.
        Gagging Order - ta sama historia co w przypadku I Will i I Am a Wicked
        Child...zwykła akustyczna ballada, nawet gorsza chyba od poprzednich. O co
        chodzi? Czy to jakiś żart? Czy panowie postanowili wyluzować i odciąć się
        nieco od swojego "intelektualistycznego" wizerunku? Czy chcieli pokazac, że
        potrafią jeszcze grać zwykłe piosenki?
        Fog to ładny utwór (ukazał się na Knives Out). Ale wersja live jest jest
        jeszcze ładniejsza. W ogóle utwory Radiohead zagrane na fortepianie mają swój
        urok. Mój typ ostatnio to Like Spinning Plates. Patrz też zaaranżowane na
        fortepian wersje Christophera O'Riley'a. Fog (Again) rozwija się bardzo
        ładnie, ale konczy jakby w połowie, trwa nieco ponad dwie minuty. A potem
        tylko "Goodnight everybody"....i prawie koniec. Jest jeszcze wspomniane Where
        Bluebirds Fly.

        Reasumując:
        1.sens tego wydawnictwa jest dla mnie niejasny
        2.nie są to jakieś super-rzadkie nagrania
        3.nie są to jakieś wybitne utwory
        4.jak na Radiohead są to rozczarowujące utwory
        5.płyta jest niespójna, ma jakby dwa bieguny: elektroniczny i akustyczny
        6.Quo vadis, Radiohead?

        Dziękuję za uwagę. :)
        • cze67 TORTOISE It's All Around You, nemrrod, 16.06.04 24.02.05, 18:11
          Na swój recenzencki debiut na Forum wybrałem płytę ważnego dla mnie zespołu,
          uznawanego także (przynajmniej swego czasu) za jeden z najważniejszych w
          ogóle, mającego na koncie jedną z ważniejszych płyt lat 90.
          Mowa o Tortoise. Prawie trzy miesiące temu ukazała się ich piąta (nie licząc
          albumu z remiksami i kolaboracji z The Ex) płyta pod tytułem "It’s All Around
          You".

          "DELIVER ME FROM SWEDISH FURNITURE!"
          Słowa bohatera Fight Club cisną mi się na usta w trakcie słuchania tej płyty.
          Dodam, że skojarzenie z IKEĄ nie jest mojego autorstwa. Do mebli tej
          szwedzkiej firmy porównano płytę Tortoise na Pitchforku... Może jest to
          przesadzone porównanie, ale jednak coś w tym jest... Nowoczesny design i
          skandynawski chłód, funkcjonalność i sterylność... Takie jest mniej więcej
          brzmienie "It’s All Around You". Syntetycznie brzmiące perkusja i bas, nie ma
          śladu po tej fascynującej symbiozie organicznych, analogowych i cyfrowych
          brzmień obecnej na debiucie czy "Millions Now Living Will Never Die". Cóż,
          pan John McEntire jest bardzo pewien swoich realizatorskich i producenckich
          umiejętności. Oczywiście można powiedzieć, że płyta jest doskonale
          wyprodukowana, a brzmienie dopracowane i dopieszczone do ostatniego
          szczegółu. "It’s All Around You" brzmi syntetycznie, cyfrowo. Ale brakuje mi
          tu na wpół żywego, wpół elektronicznego brzmienia charakterystycznego dla
          poprzednich płyt Tortoise, jak tzw. post-rocka w ogóle. Brakuje tego
          specyficznego "brudu" obecnego na "Standards". Brakuje świetnych,
          wybuchających nagle jazzujących motywów i zagrywek. W ogóle "Standards" to
          dla mnie album wybitny, dzieło pełne, wyznaczające nowe standardy. Na jej tle
          widać jak słabą i nieciekawą płytą jest "It’s All...". "Standards" to płyta
          barwna, dynamiczna, zmienna, iskrząca pomysłami, wybuchowa, na której słychać
          niesamowity potencjał, kreatywność i wyobraźnię członków zespołu. "It’s
          All..." jest monotonna, jednolita i spójna w negatywnym tych słów znaczeniu.
          Kompozycje w większości są nudne, nieciekawe, bez pomysłu. Nie oznacza to
          jednak, że całkiem złe. Utrzymane są na "przyzwoitym" poziomie i, jak
          wcześniej pisałem, świetnie wyprodukowane, w końcu to Tortoise...ale właśnie
          od Tortoise oczekiwałbym czegoś znacznie więcej.

          Właściwie to zaniepokoić powinna mnie już okładka. Idealistyczny, bajkowy,
          prawie kiczowaty krajobraz... Ale nie zważałem na to, zatopiony w ciepłym,
          uroczym, melodyjnym otwierającym płytę utworze tytułowym. Brzmi on niczym
          skrzyżowanie "Standards" i "TNT" – charakterystycznie brzmiąca gitara i rytm
          coś a'la bossa nova. Klimat i luz jak na płytach The Sea And Cake. Nie
          podejrzewałem, że ten utwór może być zapowiedzią czegoś złego. Oznaką zmiany
          stylu zespołu.
          Kolejny utwór "The Lithium Stiffs" brzmi jak jakiś przerywnik, wypełniacz.
          Cóż, można by to przeżyć, tyle tylko, że kolejne utwory brzmią podobnie!
          Numeru 3 wolałbym nigdy usłyszeć. Miała to być chyba muzyczna ilustracja do
          okładki. Jest podniośle, sentymentalnie, rzewnie, mdło. Porażka. Kolejne dwa
          utwory brzmią niemal identycznie, zlewają się. Jest miękko i apatycznie.
          Rozczarowanie. Ile można słuchać tak samo brzmiących perkusji, basu i
          wibrafonu?
          Z uśpienia i apatii wyrywa nas dopiero numer 6 "Dot/Eyes". Zaskakujący,
          mroczny, niepokojący, z perkusją jak w "Morning Bell" i rzężąco-skrzeczącą
          gitarą. To najciekawszy kawałek na płycie, z gęstniejącą atmosferą i
          narastającym zakończeniem. Trochę nie w stylu Tortoise, odstający od reszty -
          na korzyść.
          Potem znowu jest przeciętnie. I dochodzimy do "Salt the Skies", utworu w
          którym udało się wskrzesić ducha "Standards". To najlepszy utwór na płycie.
          Szkoda tylko, że to już koniec...

          Po "Standards", płycie która brzmiała momentami jak żywiołowy, spontaniczny
          jam, dostajemy "It’s All Around You", być może tak bardzo przemyślaną,
          zaplanowaną i dopracowaną, że aż pozbawioną życia, werwy i temperamentu...
          Szkoda, bo to nie jest mój wymarzony kierunek rozwoju tego zespołu.
          • cze67 7.VI.2004-Sala Kongresowa -YES, joseph80, 7.07.04 24.02.05, 18:12
            Witam,
            Mam niesamowitą chęć podzielić się z Wami moimi wrażeniami z koncertu Yes,
            który odbył się 7 czerwca w Sali Kongresowej. Długo żyłem emocjami związanymi
            z tym niesamowitym spektaklem, ale teraz gdy już doszedłem do siebie, mogę na
            spokojnie opisać ten koncert. Zarówno przed, jak i po koncercie miało miejsce
            kilka bardzo dla mnie miłych zdarzeń np. Spotkanie z zespołem:), ale nie będę
            tutaj ich opisywał. Wróćmy zatem do samego koncertu.

            Pierwsza sprawa która się rzuciła w oczy po wejściu na salę, dużo mniej osób
            niż w zeszłym roku, na szczęście w miarę upływu czasu sala zaczęła się
            zapełniać, co nie zmienia faktu, że była zapełniona w najlepszym wypadku w
            80%. Nie zapominajmy jednak, że to był poniedziałek, a w Warszawie są
            STRASZNE problemy by się w nocy wydobyć z tego miasta (w tym miejscu
            pozdrowienia dla PKP, za brak pociągów). Niestety na polski koncert
            przyjechała tylko część scenografii, specjalnie zaprojektowanej przez Rogera
            Dean`a na tę trasę. I tak oczy fanów od pierwszych chwil cieszył widok
            jakiejś potężnej ośmiornicy, która swoimi mackami całkowicie obejmowała i
            zasłaniała perkusję White`a. W czasie gdy z głośników dobiegły mnie pierwsze
            delikatne dźwięki „Firebird Suite” Stravinskiego, utworu który otwiera niemal
            każdy występ grupy, gdy cześć widowni jeszcze sobie beztrosko rozmawiała, ta
            gigantyczna „ośmiornica” zaczęła powoli unosić się do góry, powoli
            rozchylając swoje macki;). Po chwili wyszli wszyscy muzycy, już pierwsze
            wrażenie było bardzo pozytywne, byli jacyś wyluzowani, pełni pozytywnej
            energii, uśmiechający się, i tak gdy kończyły się ostatnie takty Firebird
            Suite, zespół uderzył z grubej rury, na pierwszy ogień zagrali „Going For The
            One”. Mnie w tym momencie ogarnął dreszcz emocji i wzruszenia, że już 3 raz
            mam okazję podziwiać mój ulubiony zespół na żywo. Pierwszy utwór wspaniale
            sprawdził się w roli „otwieracza”, niestety brzmienie było lekko rozmyte, i w
            ogóle jakieś dziwne, na szczęście od utworu nr 2 wszystko było na najwyższym
            wspaniale, inżynier dźwięku poprawił wszystkie niedociągnięcia. No a samo
            G4F1, wspaniale, że miałem okazję usłyszeć jeden z moich ulubionych utworów
            Yes na zywo, co prawda był zagrany wolniej niż na studyjnej płycie, ale nie
            zapominajmy, że członkowie zespołu to już prawie 60-latkowie. Drugi utwór
            rozpoczął się od potężnej solówki White`a (no może mini solówki), która
            trwała ok. 30 sekund, a w której to po raz pierwszy użył swej nowej zabawki,
            mianowicie Robo-Kicks. Czyli dużych kotłów które były rozmieszczone wokół
            zasadniczej części perkusji, a które były elektronicznie sprzężone ze stopą
            bębna basowego, i przy użyciu siłowników dudniły aż miło:) , a dodatkowego
            efektu dodawał fakt, że uderzały one asynchronicznie!! Ta mini solówka
            zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo, że znałem całą set listę na pamięć w
            tamtym momencie nie mogłem sobie przypomnieć, jakiego utworu przedsmakiem
            jest ta solówka, i tak wyłoniły się pierwsze dźwięki Sweet Dreams,
            najstarszego utworu zagranego tamtego wieczoru. Wersja wyśmienita, myślę, że
            trwająca ponad 6 minut. Przede wszystkim dużo mocniejsza i bardziej
            dynamiczna niż oryginał, a wspaniałe popisy solowe Howe`a i Wakemana
            spowodowały, że studyjną wersję Sweet Dreams odbieram jako dalece
            niedoskonałą. Oczywiście gwoli ścisłości dodam, że Anderson był jak zwykle w
            niesamowitej wokalnej formie, i odnieść można wrażenie, że zarówno jego jak i
            jego głosu, czas się nie ima;). Kolejnym utworem był utwór I`ve Seen All Good
            People, zagrany na dużym luzie i z dużą radością. Podczas trwania utworu w
            pewnym momencie zgasło światło, i zostały tylko trzy reflektory. To zdarzenie
            oczywiście było niezamierzone, Anderson zaczął nawoływać i machać do Ricka,
            którego w ogóle nie było widać, zresztą tak jak i Alana (swiatła były
            skierowane na Jona, Chrisa i Steve`a) , zespołowi nie zaszkodziło to w
            perfekcyjnym wykonaniu tego utworu, jeszcze można dodać, że Howe w pewnym
            momencie (tuż po zgaśnięciu świateł) podszedł do mikrofonu i zaczął wołać
            chyba obsługę techniczną, a w tym czasie Anderson dalej śpiewał. O właśnie,
            przypomniało mi się, że wokal Steve`a był głośno zmiksowany, zazwyczaj chórki
            są lekko wyciszone w porównaniu do głównego wokalisty, a tu Steve`a było
            głośno słychać, na pewno głośniej od wokalu Chrisa. Kolejnym utworem był Mind
            Drive, a właściwie pierwsza jego część. Wspaniałym przeżyciem było usłyszeć
            ten utwór na żywo, wypadł chyba bardziej przekonująco niż studyjny
            odpowiednik, niesamowite brzmienie basu, niemal rozdzierające powietrze w
            Sali Kongresowej. Myślę, że ta pierwsza część miała ok. 6 – 8 minut.
            Zakończenie tej części było poprzedzone kilkoma liniami wokalnymi i
            melodycznymi, których nie znajdziemy na wersji oryginalnej. Utwór zaczął się
            powoli wyciszać a publiczność usłyszała dźwięki wiatru. Ja już wiedziałem, że
            to South Side Of The Sky, co skwitowałem krzycząc ile sił w gardle ten tytuł,
            w chwilę później pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały z niewyobrażalną
            siłą. To był bez wątpienia jeden z najwspanialszych momentów koncertu. Ten
            utwór ma niesamowitą siłę, którą dopiero ukazuje wersja koncertowa. W
            pięknej, lirycznej, środkowej części utworu, w której słuchać fortepian
            Wakemana, facet siedzący przede mną głośno powiedział: to jest niesamowite!!!
            I to chyba jest najlepsza recenzja tego utworu, jak i całego koncertu. Lecz
            prawdziwa muzyczna uczta zaczęła się w ostatniej, improwizowanej części
            utworu, patent zastosowany już w czasie zeszłorocznej trasy. Czyli wymiana
            solówek miedzy Wakemanem i Howem, tyle tylko, że zdecydowania dłuższa niż w
            zeszłym roku. Rick podczas tych pojedynków ze Stevem po raz pierwszy zagrał
            na legendarnym Moogu, brzmienie na żywo tego instrumentu jest zabójcze;), te
            zabawy i solówki trwały ok. 3 minut, w tym czasie reszta zespołu grała w tle
            jeden motyw, tworząc piękny podkład, Jon grał na akustyku wspomagając
            rytmicznie Squire`a. Jeśli już jesteśmy przy roli Jona jako muzyka, jest ona
            nieoceniona dla muzyki Yes. Jego umiejętności nie są może imponujące, ale
            potrafi wspaniale ozdobić i urozmaicić tło, grając na gitarach, klawiszach, i
            niezliczonej ilości instrumentów perkusyjnych. Po tym utworze Kongresówka
            całkowicie oszalała, wszyscy zgotowali niesamowitą owację na stojąco. I być
            może właśnie dlatego, kolejny utwór Turn Of The Century wypadł jakoś tak
            blado, wg mnie. Może to właśnie efekt tej energii i siły poprzedniego utworu.
            Turn of The Century to utwór delikatny, nastrojowy, a ja jakoś nie mogłem
            wciągnąć się w ten klimat. Może lepszym pomysłem była by zamiana kolejnością
            tych dwóch, wspomnianych wcześniej, utworów. Następnie zespół zagrał drugą
            część Mind Drive, nieco krótszą niż pierwsza. Nie jestem pewien, ale zdaje mi
            się, że niektóre momenty studyjnej wersji Mind Drive zostały pominięte. Po
            tym wspaniałym utworze zespół zakomunikował, że zagra jeszcze jeden utwór, a
            następnie uda się na krótką przerwę, na ciastko i herbatę. A po chwili
            usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Yours Is No Disgrace. Kolejny utwór z którego
            obecności byłem bardzo zadowolony. Wersja mocno zmieniona w stosunku do
            oryginału, zdecydowanie bardziej rozimprowizowana, Howe miał tu kilka
            momentów w których uraczył nas wyśmienitymi solówkami. W gruncie rzeczy
            wersja podobna do tej która znajduje się na House of Yes, ale nieco dłuższa.
            I tak doszliśmy do przerwy;), która trwała ok. 20 minut, i która pozwoliła
            nieco uspokoić emocje i przygotować się na dalszą część tego wspaniałego
            show. W czasie przerwy obsługa trasy przygotowała akustyczne instrumenty,
            wniesiony został fortepian dla Rycha, mały zestaw dla White`a. Pierwszy się
            pojawił Rick, który miał króciutki popis solowy, z którego wyłonił się The
            Meeting. Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście
            taki
            • cze67 Sala Kongresowa -YES II, joseph80, 07.07.04 24.02.05, 18:14
              Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście taki „domowy”
              klimat utrzymał się przez cały akustyczny set. Tu mogliśmy się przekonać o tym
              jakimi gadułami i jak wyluzowanymi ludźmi są członkowie Yes. Usłyszeliśmy kilka
              zabawnych anegdot i oczywiście dużo porządnej muzyki. Zespół w tym secie zagrał
              Long Distance Runaround, Wonderus Stories (przepiękna wersja), piękny Time Is
              Time, Bluesową wersję Roundabout, Show Me (jaka szkoda, że ten utwór jeszcze
              nie został oficjalnie wydany) i bardzo fajną wersję Owner Of A Lonely Heart .
              White udowodnił, że potrafi grać również delikatnie i z wyczuciem, nie tylko
              młócić rockowo;) . Steve zagrał Second Initial w czasie którego został
              zniesiony akustyczny sprzęt, i tak usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Rhythm Of
              Love. Obawiałem się tego utworu, nie należy on do moich ulubionych, ale Yes
              pokazał jak wspaniale można go zagrać. Jon podczas utworu zbiegł po schodkach i
              kilka wersów śpiewał biegając między fanami. Trzeba obiektywnie przyznać, że
              podczas tej wycieczki w publiczność to raczej krzyczał niż śpiewał;), ale na
              ten fakt mało kto zwracał uwagę, ponieważ cała publiczność strasznie się tym
              podnieciła i niemal szalała z radości;). W tym utworze Steve zagrał bardzo
              ciekawą solówkę, nadając kolorytu temu utworowi, podobnie poczynił Rick, i
              dzięki temu wersja ta wydłużyła się o kilka minut w porównaniu do wersji z BG.
              And You And I, kolejny utwór, kolejny którego nie mogło zabraknąć. Brak mi słów
              by opisać piękno utworu i to co przeżywałem, gdy zespół grał AYAI. Wersja
              tradycyjnie z dodaną partią na harmonijce ustnej w wykonaniu Squire`a w części
              The Preacher The Teacher. Utwór ten miał jeszcze dodatkowe smaczki, np. dziwny
              powtarzający się dźwięk, którego do tej pory nigdy nie słyszałem w żadnej
              wersji utworu. I co ciekawe nie zauważyłem kto odpowiadał za ten dźwięk (sorry
              ale naprawdę nie mogę nawet spróbować go opisać, był dziwny a zarazem śmieszny,
              i co jakiś czas się powtarzał;), podejrzewam, że mógł go generować White na
              elektronicznych bębnach, lub Wakeman, ale nie jestem pewien. W ostatnich
              sekundach Wakeman też zagrał kilka bardzo fajnych i ciekawych dźwięków, ot taki
              smaczek;). Kolejny utwór Ritual, wielka muzyczna podróż trwająca ok. 30 min na
              koncertach. I o ile utwór zrobił na mnie piorunujące wrażenie na trasie
              Yessymphonic, tym razem jednak tak nie było. I nie wiem za bardzo dlaczego,
              może uprzedziłem się do niego gdzieś w podświadomości, w końcu tak bardzo
              chciałem usłyszeć na żywo Revealing Science of God, z tej samej płyty co
              Ritual. Nie oznacza to jednak, że utwór był wykonany źle, w żadnym wypadku.
              Wysoki poziom jak zwykle. W środkowej części solowe popisy Squire`a
              spowodowały, że serce mocniej zaczęło mi bić, jego dialog z Wakemanem. W jednej
              z części po raz kolejny Alan odpalił Robo Kicks. Trzeba przyznać, że trochę ten
              wynalazek niewykorzystany został. Może ze 3 minuty w ciągu całego koncertu. Ale
              z drugiej strony to wielka siła tych bębnów do innych utworów w żadnym wypadku
              by nie pasowała. I po Ritual pierwsze zejście ze sceny zespołu. Po chwili
              dużego aplauzu zespół się pojawił jeszcze raz, nawet za długo nie trzeba było
              na niego czekać, i zagrał Starship Trooper, utwór wspaniale spisujący się w
              roli zamykającego koncert. Szkoda tylko, że druga, ta bardziej luźna część nie
              była tak długa jak np. na Keys To Ascension, ale i tak było świetnie, każdy z
              muzyków miał krótki popis swoich możliwości. Tak po ok. 3 godzinach koncert się
              zakończył. Był to bezapelacyjnie najlepszy koncert Yes na jakim byłem. Nie
              oznacza to jednak, że muzycy wystrzegli się błędów każdy z nich miał jakieś
              mniejsze, bądź większe potknięcia, ale przecież nie są automatami bezdusznie
              odgrywającymi muzykę. To co w muzyce Yes najważniejsze czyli klimat, emocje,
              magię dostałem w pełnym wymiarze. A też co ważne Yes jest jedynym chyba
              zespołem potrafiącym tak zaczarować publiczność, stworzyć tak unikalną
              atmosferę. Jon ma rewelacyjny kontakt z publicznością, jakiego mógłby mu
              pozazdrościć każdy muzyk. Jeśli przyjadą za rok, również zjawię się w
              Warszawie. Ale mam nadzieję, że zjawią się na trasie, która będzie promowała
              ich nową płytę. Na pocieszenie, dla tych co byli, i dla tych co nie byli, a
              żałują;), w tym roku ma wyjść koncertowe DVD z trasy 35 lecia.

              pzdr
              Jos
              • cze67 The Liars, Jazzgot, dziewczyna_m., 05.08.04 24.02.05, 18:16
                moja przyjaciolka wlasnie stwierdzila, ze dawno nie bylam tak podekscytowana
                opowiadajac o czyms (przed chwila zdawalam jej relacje z tego, co dzialo sie
                dzis w jazzgocie) i kazala obiecac, ze napisze o powodach tej mojej
                ekscytacji. nie bedzie to latwe, bo to zdarzenie nie do opisania:
                psychodelicznie ekspresyjny ekshibicjonizm. tak w trzech slowach. a teraz w
                kilku wiecej ;)
                the liars nijak nie wpasowuja sie w ramy, w ktore dziennikarze chca ich
                wtloczyc - ich energia, prawie zwierzeca, zupelnie odbiega od ubranych w
                ladne trampki the strokes, czy white stripes. niewiele tez w tym ich pozornie
                chaotycznym jazgocie (coz za wspanialomyslny wybor miejsca koncertu, heh..)
                jest czystego punku, czy nawet punk rocka.
                to byl show. autentyczny show trojki indywiduuow:
                wysokiego i gietkiego charyzmatycznego wokalisty, obslugujacego rowniez
                gitare na wszystkie mozliwe sposoby
                niepozornego chlopaczka o nieco autystycznym sposobie bycia
                i nieobecnego duchem przez wiekszosc czasu perkusisty
                poczynajac od pierwszego utworu (i pierwszej kreacji wokalisty - czerwonego
                pobazgrolonego kombinezonu i stylowej szmacie w kratke na glowie), przez
                wspaniale partie perkusyjne pozostalej dwojki (jeden z najmocniejszych
                punktow calego koncertu to wlasnie panowanie nad perkusja i budowanie nia
                nastroju kolejnych kawalkow), az do mega-psychodelicznego finalu the liars
                pozostali szczerzy sobie. to na pewno. wszystko, co dalo sie wycisnac z tej
                ich pokreconej muzyki soczyscie splynelo na sluchaczy. pozostaje pod
                wrazeniem i ladunkiem tej zywotnosci i energii, ktorej brakuje strokes'om i
                pochodnym. mordowanie niemalze jednego motywu przeradzalo sie w niesamowicie
                klimatyczny trans, do ktorego odczuwania nie byly potrzebne zadne
                wspomagacze. szalone tance wokalisty, wygibasy, drgawki i plasy w stylu
                isadory duncan. szal w oczach (chyba tak mu na imie) juliana, ktory za swoim
                sprzetem wygladal jak latynoska dziwka zagubiona gdzies pomiedzy brudem
                riffow kolegi a pojekiwaniami na wokalu. i kontrastujace z tym odciecie od
                reszty swiata wypisane na twarzy pozornie najspokojniejszego z calej trojki.
                takiej muzyki opisac nie sposob - bo i nie o muzyke tak naprawde chodzi. oni
                na plycie brzmia inaczej. czy lepiej? zastanmy przy inaczej. tutaj chodzilo
                raczej o totalne zespolenie pomiedzy wizja wykonawcy a odbiorca. i to
                nastapilo, przynajmniej w moim przypadku.
                mozna tanczyc jezioro labedzie perfekcyjnie technicznie, ale gdy brakuje w
                tym czegos z wnetrza, dostajemy tylko poprawnie wykonana sekwencje krokow.
                podobnie jest z muzyka: mozna grac swietne technicznie pokazowki bez serca,
                ale zagrac takie pozorne nieudacznictwo, taki chaos i balagan, rozgardiasz,
                zgielk i poplatanie dzwiekow i styli to dopiero sztuka.
                musze przyznac, ze taka akrobacje muzyczne w wykonaniu panow z brooklinu
                baaardzo mi odpowiadaja :)))
                • cze67 Čechomor, Jaz Coleman "Promeny", mmakowski 24.02.05, 18:18
                  Zaczęło się od tego, że Jaz Coleman, znany głównie jako wokalista i
                  klawiszowiec postpunkowo-nowofalowej grupy Killing Joke, przyjechał do Pragi
                  koncertować. W hotelu, w którym się zatrzymał, skąpili na prawa autorskie za
                  elevator music, więc zatrudnili Karela Holasa, żeby na skrzypcach przygrywał
                  gościom jeżdżącym między piętrami. Colemanowi tak się spodobały ludowe melodie
                  Holasa, że z miejsca, jeszcze zanim wysiadł z windy, zaproponował mu nagranie
                  z orkiestrą symfoniczną. Tak na prawdę było zupełnie inaczej, ale równie
                  dobrze mogło być właśnie tak
                  • cze67 GOLDFRAPP "Black Cherry", pagaj_75 24.02.05, 18:19
                    GOLDFRAPP "Black Cherry" (2003)

                    Z oceną tej płyty wielu słuchaczy i recenzentów ma pewien, dość spory problem.
                    Przyznam się, że ja również. Może to się wydawać dziwne, zważywszy, że to
                    całkiem udany album. Dość jednorodny stylistycznie, nie sprawiający wielkiego
                    problemu z zaszufladkowaniem. Już okładka stanowi zapowiedź tego co zawiera
                    krążek. Wokalistka Alison Goldfrapp w stroju kabaretowo-karnawałowym
                    spoglądająca zalotnie ze zdjęcia sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z
                    muzyką typowo imprezową, jeśli można tak to nazwać. I rzeczywiście. Od
                    pierwszych dźwięków "Crystalline Green" atakuje nas miarowy, taneczny rytm
                    automatu perkusyjnego i odrobinę zgrzytliwe brzmienia syntezatorów
                    analogowych. Jeszcze wyraźniej stają się one słyszalne w singlowym "Train".
                    Drugi z singli, "Strict Machine", zdaje się wprost i bez zbytniego zażenowania
                    zdradzać główną inspirację dla muzyki z tej płyty. A jest to mianowicie disco
                    lat siedemdziesiątych, zwłaszcza piosenki Donny Summer, której wpływ na śpiew
                    Alison właśnie w tym utworze słychać najwyraźniej. Jednak muzyka nie brzmi
                    archaicznie, wręcz przeciwnie. Mamy więc tu mieszankę prostych, ale
                    porywających rytmów, elektronicznych brzmień, niezłych melodii oraz seksu (w
                    tekstach i głosie Alison). Wszystko to powoduje, że możnaby uznać ten album za
                    całkiem niezły przykład nowoczesnego popu, idealnego do zabawy ("Train",
                    "Tiptoe", "Twist", "Strict Machine"), jak i do słuchania w zaciszu własnego
                    domu ("Black Cherry", "Forever").

                    W czym więc problem, o którym wspomniałem na początku? Ano w tym, że ci sami
                    Alison Goldfrapp i Will Gregory popełnili trzy lata wcześniej płytę "Felt
                    Mountain". Płytę przepiękną, emanującą jedynym w swoim rodzaju nastrojem,
                    kojarzącą się bardziej z zimową wyprawą w góry, niż z karnawałową prywatką.
                    Płytę będącą absolutnym przeciwieństwem "Black Cherry". Tak dramatyczna i
                    niespodziewana zmiana stylistyki powoduje, że ci, którzy pokochali Goldfrapp
                    za "Felt Mountain" odrzucają "Black Cherry" z obrzydzeniem, na otarcie łez
                    odsłuchując z niej od czasu do czasu "Deep Honey" i "Hairy Trees", jedyne
                    przebłyski dawnego brzmienia. Natomiast ci, do których mogłaby trafić, czyli
                    fani naprawdę dobrego popu z ambicjami, tudzież klubowych brzmień, i tak ją
                    lekceważą zajęci swoimi ulubieńcami. Smutne to, bo, jak wspomniałem, jest to
                    naprawdę całkiem udany kawałek muzyki.
                  • cze67 Daydream Nation - Bella Vendetta, janek0 24.02.05, 18:20
                    Jejku, jaka dobra płyta ! I w dodatku jak fajnie się zespół nazywa ! Nie mają
                    wprawdzie nic wspólnego z Sonic Youth, bo muzycznie to zupełnie inny
                    kontynent, ale to nic nie szkodzi. Płyta jest znakomita w swoim rodzaju, i nic
                    nie szkodzi nawet to, że ten rodzaj jest już nieco zapomniany. Możnaby może
                    nawet powiedzieć, że ta płyta jest neo, albo nu. Oczywiście, gdyby nie to, że
                    "nu-shoegaze" (albo, hehe, shoegaze revival) brzmi jakby trochę głupawo. Tak
                    czy siak, Bella Vendetta to podobno druga płyta Daydream Nation, i z całą
                    pewnością jest to płyta w najlepszej tradycji takich zespołów jak Ride,
                    Slowdive czy My Bloody Valentine - ciągnące się gitary, "ściany gitarowe",
                    przyjemnie pulsująca sekcja, lekka psychodelia. W sieci widziałem też
                    porównania do Oasis (attn. kol. Ilhan), chyba jednak troche nietrafione.
                    Faktem jest, że bardzo przyjemnie się tego słucha, nawet jeśli takie płyty
                    mieszczą się w kategorii muzyki łatwej i niezbyt skomplikowanej.
                    Wydała to wydawnictwo wytwórnia pt. Elephant Stone (słyszeliście o takiej ? bo
                    ja nie), a członkami zespołu są min. niektórzy osobnicy z Brian Jonestowm
                    Massacre (słyszeliście o takim czymś, mam nadzieję ?). A morał jest taki, że
                    szanowna publiczność zainteresowana rzępoleniem w stylu brytyjskim (bo DN jest
                    z Kanady) powinna się koniecznie zapoznać.
                    • cze67 RADIAN - Juxtaposition, nemrrod 24.02.05, 18:22
                      Oto jest - moja płyta roku 2004.

                      Już nie pamiętam, by jakaś rzecz tak mnie zachwyciła samym brzmieniem. A tylko
                      tyle dało się wychwycić z tych kilkuminutowych fragmentów, które znałem
                      dotychczas.

                      Przy pierwszym, pobieżnym przesłuchaniu można pomyśleć, że ta muzyka to po
                      prostu post-rockowa klisza. Można zarzucić, że zastosowano tu typowy, zużyty
                      już postrockowy schemat - bas, perkusja plus różne elektroniczne efekty, tła,
                      szumy. Ale ważne jest kto po te schematy i narzędzia sięga i w jaki sposób je
                      wykorzystuje. A Radian to bynajmniej nie debiutanci. Trzech wiedeńczyków
                      zasłużyło się już na polu eksperymentalnej elektroniki. Wydawali w niemalże
                      kultowej austriackiej wytwórni Mego, działają w wielu pobocznych projektach,
                      kolegują się z Fenneszem itp... Ważna jest naturalnie również osoba
                      producenta. A jest nim nie kto inny jak John McEntire, którego przedstawiać
                      chyba nie muszę ;-)
                      McEntire jest niewątpliwie zdolnym producentem, co bardzo chciał udowodnić na
                      ostatnim albumie swojej macierzystej formacji - Tortoise. Cóż, nie do końca mu
                      się to udało. Bliski byłem posądzenia McEntire'a o megalomanię i zbytnią wiarę
                      we własne umiejętności ;-) Tym razem jednak McEntire nie przesadził z
                      produkcją. A nawet udało mu się zrehabilitować. "Juxtaposition" to chyba
                      najlepiej wyprodukowana i najlepiej brzmiąca rzecz jaką ostatnio słyszałem.
                      Elektroakustyczne brzmienie jest dopracowane w każdym szczególe, każdy dźwięk,
                      czy to wydobyty z "maszyny", czy z "żywego" instrumentu, sprawia wrażenie
                      dokładnie przemyślanego. Wszystkie składniki i proporcje są idealnie wyważone.
                      Żywe instrumentarium (za które odpowiedzialny był McEntire) idealnie współgra
                      z precyzyjnymi, detalicznymi elektronicznymi tłami i inkrustacjami. Transowy
                      rytm, minimalistyczne linie basu i noisowy zgiełk, cyfrowy szum - wszystko
                      wspaniale zrównoważone.
                      Oczywiście słychać tu echa wczesnego Tortoise. Tyle tylko, że
                      charakterystyczna medytacyjno-transowa aura została przeniesiona przez Radian
                      na współczesny grunt, na grunt nowej elektroniki. Mgliste brzmienie zostało
                      zastąpione krystalicznie czystą, przejrzystą, wyrazistą cyfrową produkcją.
                      Analogowe plamy dźwiękowe zastąpiono tysiącem drobnych detali. O tym, że
                      Radian przynależy do świata nowej elektroniki najlepiej świadczy wspaniały,
                      wybuchający nagle utwór "Ontario", kojarzący mi się chociażby z produkcjami
                      Fennesza czy Tima Heckera.
                      Perkusyjno-basowe pasaże zatopione w cyfrowych szumach, zasypane cyfrowym
                      piaskiem tworzą zimny, sterylny krajobraz, co stanowi znacznie ciekawszą i
                      bardziej wartościową przeciwwagę dla ciepłych i rozlazłych pejzaży z "It's All
                      Around You".
                      Tortoise zawiedli, na szczęście jest Radian :-)
                      • cze67 Sunday All Over the World - Kneeling at the Shrine 24.02.05, 18:34
                        - pagaj_75

                        Dziwna z nich para. Ona - ekstrawetyczka, urodzona gwiazda, piosenkarka,
                        aktorka, prezenterka telewizyjna. Najwyraźniej bawi ją sława jaka otacza ją w
                        rodzinnej Wielkiej Brytanii. On - ponoć chłodny, trudny, nieprzystępny, z
                        wielką niechęcią udzielający wywiadów. Wyraźnie irytuje się gdy ktoś nazywa
                        go gwiazdą. Ona na początku kariery była kojarzona z punk rockiem, choć trzeba
                        przyznać, że raczej był to punk wygładzony, jakby przylizany, popowy. Za nim
                        ciągnie się (mimo wielu prób odżegnywania się i zmian image'u) nieprzyjemny,
                        zwłaszcza w Anglii, zapach rocka progresywnego. A jednak muzyka ich połączyła
                        i od 18 lat są małżeństwem. Jednak przez te wszystkie lata Toyah Willcox i
                        Robert Fripp, bo o nich mowa, zrealizowali tylko jeden, krótkotrwały zresztą,
                        wspólny projekt.

                        Ich zespół, który początkowo nazywał się Fripp Fripp (że niby taka aluzja do
                        państwa Fripp) i został szybko przemianowany na Sunday All Over the World,
                        powstał pod koniec lat osiemdziesiątych i z mniejszymi lub większymi przerwami
                        działał (głównie koncertowo) do roku 1991, kiedy to ukazała się jej jedyna
                        płyta, "Kneeling at the Shrine". W zespole oprócz pani (wokal) i pana F.
                        (oczywiście gitara) grali Trey Gunn na sticku (na kilkanaście następnych lat
                        miał się on stać nierozłącznym współpracownikiem Frippa) oraz perkusista Paul
                        Beavis.

                        Fripp od końca lat siedemdziesiątych lubił straszyć swoich fanów zamiarem
                        nagrania płyty z muzyką pop. I w pewnym sensie robił to, jednak na swój
                        własny, przewrotny sposób. Bawił się tą konwencją i naginał ją do własnych
                        potrzeb i upodobań, co owocowało płytami popowymi, które za cholerę nie
                        brzmiały jak pop. Taka już była jego solowa płyta z 1979 roku, "Exposure".
                        Takimi próbował również uczynić płyty King Crimson w latach osiemdziesiątych.
                        Jednak to muzyce z "Kneeling at the Shrine" chyba najbliżej do nazwania mianem
                        popu. Choć oczywiście trudno tu mówić o jakiejkolwiek komercjalizacji, czy
                        puszczaniu oka do publiczności. Takie przypuszczenia szybko rozwiewa już
                        pierwsze przesłuchanie tego albumu.

                        Muzycznie Fripp pozostaje tu w kręgu tego, co robił w latach osiemdziesiątych,
                        czyli jego własnej odmiany nowej fali. Jednak zdecydowanie mniej tutaj
                        rytmicznych łamańców, tak charakterystycznych dla King Crimson czy League of
                        Gentlemen. Większość utworów trzyma się zaskakująco sztywno metrum 4/4. Jednak
                        nazwisko Fripp zobowiązuje. Płyta, która teoretycznie powinna być przystępna
                        dla zwykłego zjadacza chleba, zawiera niesamowitą dawkę dość mocno
                        pogmatwanych melodii, tekstów dalekich od popowej sztampy, zróżnicowanych
                        nastrojów i wirtuozerskiej gry wszystkich muzyków. Fripp jak zwykle czaruje
                        niezwykłymi solówkami, Gunn po raz pierwszy publicznie błyska swym wielkim
                        talentem, a Beavis pokazuje, że nie trzeba zaraz wymyślnych podziałów
                        metrycznych, żeby wykazać się pomysłowością w stukaniu w garnki. Same
                        kompozycje również wydają się udane. Od rozpoczynającego płytę, pełnego typowo
                        frippowskich zagrywek "Sunday All OVer the World", przez krótki (choć
                        wzruszający, zwłaszcza w ostatniej minucie) "Blue Bruise Tattoo", czarujący
                        niepowtarzalnym nastrojem utwór tytułowy, przebojowy (!) "Don't Take It Away",
                        połamany rytmicznie (ach, to metrum 5/4) "Strange Girls", fajnie bujający
                        "Answered with a Smile", po wolny, mocno osobisty, kończący "Freedom" - nie ma
                        tu właściwie słabych, wyraźnie odstających od reszty, punktów.

                        Jednak wszystkich to przyćmiewa głos pani Willcox. Głos, który z jednej strony
                        nieodparcie kojarzy mi się z Lizą Minelli (tak tak), ale z drugiej mający też
                        coś z timbre'u Elizabeth Fraser czy Anneli M. Drekker, a nawet odbrobinę Kate
                        Bush. Jej śpiew potrafi brzmieć raz słodko, cicho i przyjemnie, by zaraz stać
                        się podniosłym i lekko demonicznym. Do tego dochodzą teksty, które Toyah
                        napisała samodzielnie i w całości, o mocno feministycznym zabarwieniu. Warto
                        posłuchać tej płyty choćby dla samej pani Fripp.

                        Sporo entuzjastów twórczości Roberta Frippa nawet nie słyszało o tym albumie,
                        a jeśli nawet, to nie dotarli do samej muzyki. A szkoda, bo to naprawdę udana
                        płyta. I szkoda również, że skończyło się na jednej. Ale wtedy już Fripp
                        myślał o reaktywacji King Crimson. "Kneeling at the Shrine" do historii nie
                        przejdzie, ale mimo to bardzo przyjemnie słucha mi się tych piosenek.

                        • cze67 Slipknot, Vol.3 - jam_niczek 24.02.05, 18:36
                          Na początek: płyta jest tak samo beznadziejna jak "Slipknot" i "Iowa";
                          spodziewałam się, ze może będzie się to nadawało do słuchania na trzeźwo,
                          ponieważ producentem jest Rick Rubin (Slayer, Red Hot Chili Peppers --> można
                          nie lubić, ale nie można nie doceniać). Okazało się, że moje czternastoletnie
                          znajome jednak nie do końca znają się na tym, co uwielbiają: wydawnictwo
                          zostało określone jako genialne.
                          Na płycie panuje totalny chaos, ale w sumie to dobrze: nie można się nawet
                          zorientować czy to jest nagrane równo ;)
                          Zaczęło się od „Prelude”. Gitara jakby z czegoś zerżnięta (jak się o 2 w nocy
                          obudzę to sobie przypomnę z czego). Jedynym plusem tego nagrania jest jego
                          tępo: wolne. Przez co byłam w stanie odróżnić utwór od następnego.
                          Przynajmniej w miarę spokojnie było, to mnie tak nie drażniło: potem mamy dwa
                          utwory, w których słyszymy sam łomot i darcie ryja (więcej nie pamiętam). A
                          kiedy już przyzwyczajamy się do tego krzyku, wokalista funduje nam nieudaną
                          podróż w rejony Linkin Park.
                          Następnie „Duality”. Zapamiętałam tytuł, bo u znajomej w tv na vivie to
                          leciało z 4 razy na dzień :/ Przeżyłam. W sumie to chyba najlepszy utwór na
                          tej cudownej płycie, ale może to sprawa speców od marketingu, którzy polują
                          na biedne czternastolatki takie jak ja?
                          Potem mamy łomot przeplatany ze śpiewem w stylu Backstreet Boys (było cos
                          takiego, czy mi się zdaje?). Niestety panowie ze Slipknot na balladach się
                          nie znają (a na czymś się znają?) i drugiego Don't Cry nie stworzyli. Czasem
                          Corey Taylor (jak dobrze mieć pod ręka najlepszą gazetę w Polsce – po Bravo i
                          Filipince - Teraz Rock) próbuje szeptać ale to mu również nie wychodzi.
                          Muzyka jest bez składu i ładu, balladki są do przetrawienia (po dwóch piwach)
                          ŕ ja piwa nie pijam bom niepełnoletnia ;)
                          Z tej płyty zapamiętałam cztery utwory: Prelude, Duality i Circle, i
                          Vermilion. Nie są lepsze, ale jakoś się z tego chaosu wyróżniają. Pewnie
                          nawet pomyliłam tytuły, ale i tak nie ma różnicy, więc po co przepłacać. Za
                          darmo można sobie posłuchać mojego sąsiada, którego nie stać na porządną
                          wiertarkę i wierci w tych cudownych ścianach w bloku tym syfem z
                          hipermarketu.
                          Co do płyty to więcej nic nie mam, bo (prawie) wszystkie utwory są takie same
                          (ale jak spece w Bravo Ci wmówią, ze świetne i będziesz tru metalem, to nie
                          masz wyboru: kupuj w ciemno).
                          Nie analizowałam dokładnie tekstów, gdyż nie pozwala mi na to średnia
                          znajomość języka angielskiego, ale czytając je, nie zauważyłam „perełek” w
                          stylu „People=Shit”, więc można stwierdzić, że panowie poczynili pewien
                          postęp. I teraz uwaga do zespołu: po co im dziewięciu muzyków?!
                          Ja tam słyszę czterech, przy bardziej rozbudowanych kompozycjach (?!)
                          ewentualnie pięciu.
                          Nie no wiem, ze Iowa to biedny stan, sami rolnicy i chłopcy nie mieli
                          zajęcia, ale np. mogliby pracować na kombajnie, albo traktorze. Niech się nie
                          męczą w tych maskach, bo im się pryszcze jeszcze porobią czy coś.
                          A w ogóle, to ktoś (w Teraz Rocku? nie wiem, nie chce mi się czytać całej
                          wkładki) stwierdził, ze to marna kopia Slejera: przynajmniej tak brzmi w
                          niektórych momentach. Mylił się.... to brzmi jak odgłosy pracy w
                          kamieniołomie.
                          A w ogóle to zajefajny zespól i zajefajna płyta, a ja jestem totalnym
                          ignorantem i się nie znam.
                          Bądźmy tru, słuchajmy Slipknota i AVE SATAN! ;)
                          • cze67 The Secret Machines: Now Here Is Nowhere 24.02.05, 18:38
                            - ilhan

                            Wszystko wskazuje na to, że to jedna z najważniejszych płyt tego roku. Poznałem
                            ją kilka dni temu i od tej pory słucham po kilka
                            razy dziennie. Trio to gra długie, niebanalne, momentami rozjechane (przez to
                            przywołujące skojarzenia z wykonawcami spod znaku
                            shoegaze jak My Bloody Valentine czy Ride) kawałki gitarowe, ocierające się też
                            o stylistykę Radiohead czy The Cooper Temple
                            Clause (notabene wg mnie ciekawiej niż robią to ci drudzy).Trafiają się
                            elektroniczne smaczki. Ogólnie jest w tej muzyce dużo
                            przestrzeni, ale że przy tym, jak trzeba, to The Secret Machines nie boją się
                            tych gitar używać, bywa też głośno.

                            Całość tworzy kapitalną całość, choć już pierwsze dwa utwory,
                            dziewięciominutowy, potężny, transowy "First Wave Intact"
                            (niesamowita jazda zaczyna się tuż przed siódmą minutą, kiedy wchodzi chórek,
                            by po chwili ustąpić miejsca narastającemu hałasowi)
                            i dysponujący przepięknym refrenem "Sad And Lonely" robią kolosalne wrażenie. A
                            potem jeszcze siedem nie mniej ciekawych
                            kompozycji kończących się znów długaśnym, wielowątkowym utworem tytułowym -
                            łącznie wszystko trwa 50 minut. Polecam wszystkim.
                            • cze67 Lamb, Sheperd's Bush Empire - dziewczyna_m 24.02.05, 18:40
                              13.09.2004

                              w shepherd's bush na prawie-przedmiesciach grywali wielcy (bowie na
                              przyklad), a takze prawie wszyscy popularniejsi ostatnimi czasy grajkowie
                              wszelkiej masci i gatunku (poczawszy od oasis, przez radiohead, bluetones, a
                              nawet jakies anastacie i tym podobne kiszki)

                              tym razem grali lamb. koncert zaczal sie od swietnego supporting act, ktorym
                              okazala sie byc nieznana mi wczesniej grupa lucky four. graja fajnie, taki
                              britpop lamany przez altcountry, jesli mialabym to jakos zaklasyfikowac. jak
                              gdzies dorwiecie jakies ich nagrania, to prosze o kontakt:)
                              ale do rzeczy. glowna czesc - czyli wystep gwiezdy wieczoru rozpoczal sie od
                              pokazu okolo polgodzinnej animacji laczonej z normalnymi zdjeciami, lekko
                              psychidelicznej, happeningowej - trudno opisac o czym, duzo symboliki,
                              dowcip, ironia, no i jako soundtrack muzyka lamb. po tym pokazie, zdjeto ze
                              sceny gigantyczny ekran i weszli na nia po kilku minutach muzycy lamb.
                              jedyne na o mnie stac w tej chwili to stwierdzenie: bylo zajebiscie. nie
                              myslalam, ze tak dobrze moze brzmiec na zywo "gabriel", tego, ze "gorecki"
                              zabrzmi genialnie sie spodziewalam... wokalistka byla nieomylna w kazdej
                              nucie, swietnie modulowala glos, bardzo zywiolowo reagowala na muzyke,
                              tanczac w powloczystej spodnicy po scenie. koles odpowiedzialny za olbrzymiaq
                              konsole, klawisze i jakies bebny byl przepelniony energia totalnie. podobnie
                              basista, ktory swietnie dawal czadu, zmieniajac co jakis czas bas na
                              kontrabas.
                              polecialo mnostwo wspanialych kawalkow, koncert trwal dlugo (mniej wiecej 2h,
                              bez filmiku)... szczegolnie utkwilo mi w pamieci " heaven" i "all in your
                              hands"
                              • cze67 Lech Janerka w Dekadzie - pizmak31 24.02.05, 18:41
                                14.09.2004 00:42

                                Wow, Lech Janerka wyszedl na scene w teszircie zielonym, bojowkach
                                maskujacych, czarnej czapeczce na glowie i okularkacg lenonkach w kolorze
                                czarnym. Zona Bozena, mlodsza z kazdym rokiem, siedziala w wdziekiem przy
                                wiolonczeli ubrana na bialo-czarno. No i zagrali.
                                Fajnie, bo bylo pol na pol Klausa Mittfocha i solowych plyt. Bardzo
                                dynamicznie i z wykopem. Bylo wsystko co najlepsze: ewo, rewo i ja, ogniowe
                                strzelby, konstytucje, mul pancerny, paragwaj, wyobraz sobie, ze zawsze masz
                                czas, lola, strzez sie tych miejsc. Janerka w swietnej formie, pod koniec - a
                                koncert byl z przerwa, o ktorej Janerka powiedzial, ze nie spotkal sie
                                jeszcze z czyms takim, ale okej - lekko juz wariowal, kiedy wszyscy razem
                                spiewali: spij aniele moj, bez kolacji. Bisy byly dwa i bylby trzeci, gdyby
                                nie to, ze Janerka wyszedl bez okularow i powiedzial, ze ma juz tyle lat ile
                                wszyscy tu razem wzieci i ze po prostu jest zmeczony. Publika odspiewala mu
                                jeszcze przez 5 minut refren z Jezu, jak sie ciesze i koncert sie skonczyl.
                                Gral dwie godziny i naprawde bylo to bardzo dynamiczne i swieze. Zalowalam,
                                ze nie ma Niewalczyka i Wszyscy inteligentni meszczyzni i ze za malo zagral
                                utowrow z Piosenek, ale coz.....
                                Na koniec o publicznosci. Do Dekady podobno wpuszcza sie osoby powyzej 25
                                roku zycia, wiec na sali byli sporo adekwatnych menadzerow, ktorzy to ....
                                uwaga.... zamawiali sobie w czasie koncertu placki ziemniaczane ze sosem lub
                                tez ziemniaki podsmazane z kotletem. I sluchajac Janerki zarli, ruiszajac
                                rytmicznie glowami. Kilka wiekow temu pewnie byli alternatywna mlodzieza, ale
                                niewiele z nich pozostalo. Jeden z takich menadzerow, podjadlszy sobie
                                zdrowo, robil zdjecia przy pomocy telefonu komorkowego. Myslalam, ze umre ze
                                zgrozy. Ja nawet lyka piwa przez koncert nie moglam wypic tak sztuka przejeta
                                bylam, no ale coz....
                                Chcialam wyrazic podziekowania Ilusiowi, ktory zawiadomil mnie o koncercie i
                                wyrazic ubolewanie, ze Pan Nefil nie dotarl.
                                Darz bor
                                • cze67 buckley, grace (legacy edition) - dziewczyna_m 24.02.05, 18:42
                                  nastroj mam do bani dzis, wiec postanowilam podzielic sie z wami moimi
                                  odczuciami na temat rozszerzonej wersji debiutu jeffa buckleya, ktorego
                                  wydanie mialo miejsce w tym roku.
                                  wlasciwie napisze chyba glownie o dodatkowym (muzycznym, bo mamy jako trzecia
                                  plyte dvd, ktorego jeszcze nei widzialam) disc two, bo podejrzewam, ze disc
                                  one, czyli po prostu grace jest znane mniej lub bardziej wszystkim.
                                  zaczyna sie od pieknego utworu "forget her", nagranego podczas "grace
                                  sessions" w '93 roku i slychac spojnosc z klimatem "grace". zostala usunieta
                                  z pierwszego wydania grace (podobno z powodow osobistych) i zastapiona rownie
                                  niesamowitym "so real". po "forget her" dostajemy w prezencie tzw alternative
                                  take kawalka "dream brother" - jest to wczesna wersja tego utworu, z nieco
                                  innym tekstem. "lost highway" to cover hanka williamsa, ktory potwierdza, ze
                                  buckley posiadal wrodzona zdolnosc do znakomitego wychwytywania nastroju
                                  nawet nie-swoich piosenek - tak, ze wlasciwie piosenki te przylegaja do niego
                                  i czlowiek nie potrafi juz sobie wyobrazic innej wersji, niz
                                  buckleyowska. "lost highway" to bardzo ladna ballada, z linia melodyczna
                                  typowa dla gatunku country. buckley fajnie modeluje tu glos tak, ze
                                  dopasowuje sie do konwencji. gitara, choc gra motyw country, brzmi troche jak
                                  w "last goodbye". "aligator wine" zaczyna sie oszczedna bluesowa gitara i
                                  suchym perkusyjnym rytmem, by zaraz ustapic miejsca dziwnie dracemu sie
                                  wokaliscie. mimo swego rodzaju dziwacznosci brzmienia wokalu, buckley sprawia
                                  wrazenie goscia, ktory dobrze sie bawi, odgrywajac przed sluchaczem jakas
                                  role, zgrywajac sie raczej, niz majac na mysli cos na serio. kolejny cover
                                  to "mama you been on my mind" to wyraz uwielbienia i podziwu, jakim buckley
                                  darzyl dylana. to taka typowa dylanowska ballada, pol spiewana, pol mowiona,
                                  oszczedna instrumentalnie, bardzo kameralna. kolejny utwor to rowniez
                                  buckleyowska interpretacja czyjegos utworu - a dokladniej antyrasistowskiego
                                  bluesa autorstwa bukki white'a (sorry za te odmiane, ale nie jestem
                                  lingwista;) ). glos znow dopasowany do stylistyki, tym razem typowo
                                  bluesowej, z surowa gitara akompaniujaca. "the other woman" to takze kawalek
                                  pierwotnie wykonywany przez przedstawicielke gatunku jazz-blues, czyli
                                  wielbiona przez buckleya nine simone. utwor delikatny, smutnawy, nastrojowy,
                                  jeff buduje klimat wlasciwie samym glosem, gitara poczatkowo jest prawie
                                  nieslyszalna. momentami prawie-wokalizy buckleya przypominaja spiewanie
                                  dziecku kolysanki. potem nastepuje czternastominutowy "kanga-roo" ,
                                  stosunkowo ostry, szeroki, rozwijajacy sie stopniowo, podobnie, jak "so
                                  real", z tym zapetlaniem sie gitarowego motywu wokol niewidzialnej osi. "i
                                  want someone badly" ma piekne chorki i rzadko spotykane u buckleya deciaki w
                                  tle. utowr zupelnie z innej bajko niz utwory z pierwotnego nagrania "grace",
                                  ale, o dziwo, zupelnie nie przeszkadza to w odbiorze, wrecz znakomicie
                                  urozmaica. poza tym, podkresla zdolnosci wokalne buckleya i umiejetnosci
                                  kameleona roznych gatunkow muzycznych, w ktorych czuje sie rownie dobrze, jak
                                  w kawalkach typowych dla siebie. nastepna jest tzw road version "eternal
                                  life", nagrana po ktoryms wystepie live jako druga wersja utworu
                                  z "grace". "kick out the jams" to ostry kawalek, z zachrypnietym buckleyem na
                                  wokalu, krotki, soczysty, punk-rockowo brudny. zaraz po nim nastepuje lekko
                                  zhinduizowany mix "dream brother". swoja droga, bardzo ciekawy. disc two
                                  legacy edition konczy "strawberry street" - znow ostre, brudne gitary,
                                  buntowniczy wokal - taki buckley tez jest wspanialy, choc zupelnie inny niz
                                  na "grace", "last goodbye" czy "mojo pin".
                                  • cze67 Mark Knopfler - " Shangri-La " - ihopeyouwilllikem 24.02.05, 18:43
                                    Przesluchalem wlasnie kilka utworow z nowej plyty Marka ( nie mam dzis juz
                                    czasu na cala, jutro to zalatwimy ), i tak sie zastanawiam, jak to sie
                                    dzieje, ze ten pan moze kolejny raz sprzedac to samo, a i tak tylu ludzi
                                    bedzie oczarowanych ? Zadnych rewolucji, zadnych eksperymentow, zadnych
                                    zmian, zadnych poszukiwan, zadnych zaskoczen ( oczywiscie przypominam, ze nie
                                    sluchalem jeszcze calej plyty, ale mam dziwna pewnosc, ze reszta jest taka
                                    sama ). Ale wciaz ta sama gitara ( rozpoznawalna po pierwszej sekundzie ), i
                                    wciaz ten sam glos... I niewazne, czy zwrocimy uwage na porywajacy riff
                                    " Boom Like That ", czy wzruszymy sie, slyszac direstraitsowe klawisze w
                                    " Everybody Pays ", czy tez zatanczymy w latynoskim stylu " Postcards From
                                    Paraguay "... Niewazne. Wazne, ze On wrocil, ze wciaz gra to, co podpowiada
                                    mu serce, nie zwracajac uwagi na reszte swiata, listy przebojow i nowe trendy.
                                    Wielkie thx Mark. Jestes wielki.
                                    • cze67 Czechomor w Londynie - mmakowski 24.02.05, 18:46
                                      04.10.2004 19:49

                                      Dnia drugiego listopada wybralem sie do klubu Spitz, mieszczacego sie przy
                                      Commercial Street. Na parterze miesci sie dosc obskurna knajpa, ja swoje
                                      kroki skierowalem na pierwsze pietro, gdzie w nieduzej salce ze scena po
                                      srodku mieli grac. W niedlugim czasie w salce zgromadzilo sie ok. 200 osob, w
                                      przewazajacej wiekszosci poslugujacych sie jezykiem czeskim.

                                      Na poczatek wystapila jakas panna, ktora ciekawy, jasny glos rownowazyla
                                      monotonia wykonywanych utworow oraz kiepska gra na gitarze i fatalna na
                                      harmonijce. Towarzyszyl jej statysta przygrywajacy na bebenku, flecie,
                                      saksofonie i jeszcze jakichs malo ciekawych rzeczach.
                                      Kolejny punkt programu stanowili chlopcy grajacy folk-grunge. Folkowe byly
                                      skrzypce i podzialy na 3, grungowe akordy, linia basu i image grupy
                                      • cze67 Nils Petter Molvaer w Filharmonii Narodowej 24.02.05, 18:47
                                        - pagaj_75, 11.10.2004

                                        Moim zdaniem - znakomity koncert. Nawet jeśli wziąć pod uwagę dziwne uczucie, że
                                        połowa dźwięków leciała z zaprogramowanego wcześniej laptopa, przy którym
                                        dzielnie klikał Nils Petter. Nie będę wymieniał tytułów, bo szczerze: słabo je
                                        kojarzę. W dodatku, najwyraźniej poszczególne utwory mocno się zmieniły w
                                        porównaniu z wersjami z płyty... Co do zespołu - razem z Piżmakiem byliśmy
                                        zgodni: rewelacyjny perkusista (no wybijał jakieś szamańskie, plemienne rytmy, a
                                        i trochę drum'n'bassu w czasie rzeczywistym :)), didżej, której zmieniał płyty
                                        jak szalony, przez co tak naprawdę nie wiadomo co z tych płyt tak naprawdę
                                        dobiegało naszych uszu, no i pan miotający się przy konsoletach (to jakieś
                                        nowoczesne pomysły, żeby dźwiękowca dawać na scenę, żeby sobie chłopak potańczył
                                        :)) Brakowało mi gitarzysty, który na płytach grał tak zjawiskowo momentami.
                                        Główny bohater w formie, biegał od z trąbką laptopa do mikrofonu i z powrotem,
                                        sprzęgał tą trąbkę z jakimś syntezatorem, no dużo hałasu robił generalnie :)

                                        Teraz wady: zdecydowanie za krótko, mógł być jeszcze jeden bis (choć ten jedyny
                                        był powalający), no i ta filharmonia. Taki koncert jednak lepiej wypadłby w
                                        jakimś klubie. Jedyna zaleta tego miejsca to bardzo dobra akustyka - słychać
                                        było nawet trzaski winylu :) Trochę sztywna, filharmonijna organizacja, włącznie
                                        z tymi kwiatami na koniec dla Molvaera (mocno się chyba zdziwił), no i sztywno
                                        ustalonym czasem koncertu.

                                        - i piżmak31

                                        No wiec tak, dla mnei 2/3
                                        koncertu rewelacyjne, 1/3 po prostu nuda, czyli te dwa dluuuugie utwpry chyba
                                        antywojenne z glosem Busha jeden, a drugi - z glosem jakiegos Irakijczyka.
                                        Dluzyzna i nuda. Poza tym, jak sie zgodzilismy z Pagajem, to nie jest koncert
                                        na filharmonie, mimo, ze byly swietnie swiatla, ale kompletnie nie ta
                                        atmosfera. Swietny, porywajacy bis, tu tez jest zgoda, mnie troche nie
                                        usatysfakcjonowal Maly Indianin - to taki sztandarowy utwor Nilsa, co nawet
                                        jego video jest na stronie internetowej, zabrzmial mniej magiczniej niz sie go
                                        slucha z komputera i troche byl jakis taki za krotki. W ogole granie muzyki na
                                        trabce i laptopie jest dla mnie dyskusyjne i brakuje mi tam szalu tworczego,
                                        eskatazy, przejecia. ale moze ja juz stara jestem. Generalnie koncert na cztery
                                        plus, ale nigdy juz nie pojde do filharmonii.
                                        • cze67 Linki do recenzji 25.02.05, 15:05
                                          Zgodnie z sugestią kolegi mmakowskiego, podaje linki do recenzji, bo może ktoś
                                          będzie chciał się do nich odnieść.
                                          Bielizna by piżmak:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13537688
                                          Radiohead by nemrrod:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13692810
                                          Tortoise by nemrrod:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13491865
                                          Yes by joseph80:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14024218
                                          The Liars by dziewczyna_mickiewicza:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14705109
                                          Cechomor by mmakowski:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14719217
                                          Goldfrap by pagaj_75:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13804947
                                          DaydreamNation by janek0:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18133091
                                          Radian by nemrrod:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18282730
                                          Sunday All Over The World:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15025890
                                          Slipknot by jam_niczek:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15054109
                                          The Secret Machines by ilhan:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14838481
                                          Lamb by dziewczyna_mickiweicza:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15726622
                                          Lech Janerka by pizmak31:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15746794
                                          Buckley by dziewczyna_mickiweicza:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16126023
                                          Mark Knopfler by ihopeyouwilllikem:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16177854
                                          Cehomor (koncert) by mmakowski:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16387430
                                          Nils Petter Molvaer by pagaj_75 i pizmak31:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16572872&wv.x=1&v=2&s=0
                                          Uff... Nastepne recenzje będą już zawierały linki.
                                          • cze67 I Am Sam - dziewczyna_mickiewicza 25.02.05, 15:23
                                            "i am sam" to tytul znakomitego filmu z seanem pennem. filmu, ktory wzruszyl
                                            mnie wlasnie po raz enty (nie wiem, juz przestalam liczyc).
                                            ale, choc to film wspanialy i moglabym o nim napisac duzo, nie o filmie
                                            bedzie, a o muzyce w nim wykorzystanej.
                                            na soundtracku do "i am sam" znajduja sie... tylko the beatles. a wlasciwie
                                            ich piosenki, wykonywane przez tak roznych i znakomitych artystow, jak sarah
                                            mclachlan, the vines, stereophonics, nick cave czy eddie vedder. pomysl
                                            zbudowania tla muzycznego filmu opartego na the beatles wynika z postaci
                                            glownego bohatera - sama (sean penn), ktory zespol ten szczerze uwielbia, a
                                            ich piosenki uwaza za kopalanie zyciowej madrosci. w filmie, oprocz muzyki,
                                            nawiazania do the beatles sa bardzo czeste: corka sama, lucy, dostaje imie na
                                            czesc "lucy in the sky with diamonds" (coveruja black crowes); na siodme
                                            urodziny dotaje od taty "help!", a sam lubi swoja pania prawnik, bo ma na
                                            nazwisko harrisson... moim ulubionym nawiazaniem do the beatles jest jednak
                                            fragment rozmowy sama z lucy:
                                            - tato, a czy biedronki to tylko dziewczynki, czy tez chlopcy i jak sie
                                            nazywaja?
                                            - nazywaja sie the beatles
                                            :)))

                                            chcialam napisac o tym filmie i jego sciezce dzwiekowej, bo laczy fascynacje
                                            the beatles z tym, o czym the beatles najczesciej spiewali - miloscia. bo to
                                            nie tylko film dla ojcow, nie tylko film dla corek. tak samo, jak plyta z
                                            muzyka do niego nie jest plyta tylko dla fanatykow the beatles. i covery nie
                                            sa wcale lepsze, czy wybitne - sa po prostu niezwykle i tworza wspaniala
                                            calosc wraz z tym obrazem. moze sie nie podobac nieco udziwnione "let it be"
                                            cave'a czy "mother nature's son" crow, ale calosciowo to cos nadzwyczajnego.
                                            wiem, ze muzyka powinna przemawiac sama przez sie, ale namawiam do
                                            posluchania jej najpierw w trakcie ogladania "i am sam", mimo ze nie jest to
                                            ani film o beatlesach, ani rejestracja nagrywania ktorejs z ich plyt, ani
                                            cokolwiek innego stricte o chlopcach z liverpoolu.

                                            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15507082
                                            • cze67 The Fiery Furnaces "Blueberry Boat" - kubasa 25.02.05, 15:26
                                              Co tu duzo gadac, o 0.1 pkt nawet nie przesadzil Pitchfork dajac tej plycie
                                              9.6. Na razie to moja druga plyta roku, zaraz po "Antics" Interpolu.

                                              Chodzi o to, ze duet bedacy przy okazji rodzenstwem - Eleonor i Mathew
                                              Friedberger nagrali plyte, ktora powinien nagrac Jack White gdyby siostre
                                              zastapil zestawem porzadnych muzykow. I tak wykorzystujac podobne "tlo"
                                              muzyczne (jakis blues, Bacharach, ale tez troche elektroniki) Fiery Furnaces
                                              wzniesli sie na wyzyny dla White Stripes niedostepne.

                                              "Blueberry Boat" opowiada, cyt. AMG o, "pirates, Spain, a love triangle, a
                                              girl kidnapped into white slavery, World War I, making music, and (of course)
                                              blueberries". Jedna z piosenek zawiera np. tak odkrywcza teze jak "I learned
                                              that the lowest form of life is the buffer nabber/Even worse than the dicer
                                              stabber." W innej z kolei otrzymujemy wzruszajaca historie:

                                              "…I kicked my dog
                                              I was mean to him before
                                              I guess that’s why he walked out my door.
                                              I really wish I could see him some more.
                                              I looked under the mats and I asked all the cats
                                              I went to the vet have you heard anything yet
                                              My dog was lost but now he’s found
                                              My dog was lost but now he’s found"

                                              Muzyka idealnie pasuje do tekstow. Te 76(!) minut muzyki przypomina jedna
                                              wielka improwizacje, w ktorej udzial biora jacys dziwni goscie, ktorzy akurat
                                              przytoczyli sie do studia. Nie ma sie jednak ani przez chwile poczucia nudy.
                                              Wszystkie pojawiajace sie instrumenty, motywy, pokraczne solowki poglebiaja
                                              wrazenie uczestniczenia w dzwiekowej zabawie, w ktorej czlowiek grzeznie tak,
                                              ze zapomina o wszystkim innym. Nie ma na tej plycie zadnych przebojow.
                                              Piosenki sa zwykle dlugie i nie sa ograniczone przez zadna melodie. Z
                                              wiekszosci utworow wykroic mozna by bylo 5 krotszych. Ja takie plyty lubie.
                                              Ostatnio coraz gorzej przyjmuje krazki typu Nevermind - kilkanascie swietnych
                                              hitow, ale jednak jakiejs calosci w tym nie czuc. A tu od poczatku do konca
                                              plyty plyne wraz z ta muzyka, od czasu do czasu trafiajac na jakas perelke
                                              jak np. "Chris Michaels". Jest tez utwor("Spaniolated"), ktory chyba
                                              pasowalby do watku Janka. Generalnie to dla mnie najwieksza niespodzianka
                                              tego roku, jego prawdziwy czarny kon.

                                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14675295
                                              • cze67 "Love is Hell" Ryan Adams - dziewczyna_m 25.02.05, 15:28
                                                "love is hell" to plyta, ktora wyszla w dwoch czesciach. pierwsza tego samego
                                                dnia, co zrownany przez krytyke z ziemia "rock'n'roll", druga miesiac
                                                pozniej. tak jak wiekszosc opinii na temat "r'n'r" byla jednostronna - na
                                                niekorzysc, tak w przypadku "love is hell" zdania sa skrajnie podzielone. od
                                                pitchfork, ktory uwaza ja za pozbawiona wdzieku kalke buckleya i coldplay
                                                (mam wrazenie, ze tym gosciom placa za doczepianie sie na upartego i
                                                wyszukiwanie w kazdej nucie i kazdym drzeniu glosu czyjegos wplywu) po
                                                ciekawa i najtrafniejsza chyba recenzje z nme.
                                                tak wiec teraz, pol roku po premierze, tuz przed wznowieniem przez adamsa
                                                trasy po uk, przyszla kolej na mnie:)
                                                "rock'n'roll" nie staralam sie bronic na sile, choc adamsa uwielbiam i plyty
                                                tej slucham dosc czesto z wielka przyjemnoscia. mialam wrazenie, ze tylko
                                                trzy osoby na swiecie wiedza, o co chodzilo jej tworcy tak naprawde - ja,
                                                steve sutherland ( www.nme.com/reviews/11443.htm ) i sam adams (no
                                                dobra, moze jeszcze parker posey, ale kto ja tam wie...).
                                                jesli zas chodzi o "love is hell", sprawa ma sie zupelnie inaczej. ta plyta
                                                (moge juz tak napisac, bo niedawno wyszla jako calosc) jest piekna. dowody?
                                                prosze bardzo. jest ich dokladnie pietnascie.
                                                plyte otwiera "political scientist" z tekstem a la przeslania greenpeace (
                                                swoja droga to tekst, pomijajac finalowy wers, jest najslabszym punktem tego
                                                utworu). klimat troche jakby coldplay rzeczywiscie, jesli mozna to z czyms
                                                porownywac, tyle ze jest ta rezygnacja, marazm w glosie i klaustrofobicznie
                                                powtarzane, niczym zaklecia hipnotyzera (dosc czesty zabieg na "love is
                                                hell") "there's no guarantees".
                                                nastepnie niesamowicie melancholijny, kolysankowy "afraid not scared" - jakby
                                                ostatkiem sil rzucane wyzwanie demonom. muzycznie caly czas spokojnie,
                                                kolyszaco, bezsilnie proszaco... "just let me down..", ktore rownie dobrze
                                                brzmi, jakby celowo zmiekczane jako "just let me die.." nabieramy tempa - mam
                                                na mysli tempa w rozumieniu adamsa, nie bedzie to sprint, tylko raczej
                                                maratonski rozped. i..przenosimy sie w czasie. ostatnio troche sluchalam
                                                morrisseya, troche wiecej smiths niz zwykle i tak - zarowno na "this house is
                                                not for sale", jak i tytulowym "love is hell" czuje jakby tamte nagrania
                                                zostaly zgrabnie przefiltrowane przez mozgownice mojego ulubionego
                                                niegrzecznego chlopca. mnie to nie przeszkadza, panom z pitchforka jak
                                                najbardziej. coz, biedacy, jesli nie moga przez to spac po nocach...
                                                zaraz potem zwrot o 180 stopni - najlepszy cover, jaki zdarzylo mi sie
                                                slyszec - piosenki, zdawaloby sie, totalnie juz ogranej przez wszystkie mtv i
                                                im podobne. mowa o "wonderwall". napisze tylko, ze byc moze magia tkwi w tym
                                                specyficznym poglosie, ktory wznosi klimat ponad pierwowzor. trzeba posluchac
                                                samemu.
                                                zostajemy w przygnebiajacych klimatach. trzy akordy. pamietacie "are you
                                                still mad" alanis? podobny patent. tam byly pojedyncze dzwieki, tu sa 3
                                                (slownie: trzy) akordy, zagrane rowno, niczym z metronomem, a jednoczesnie
                                                rozciagniete w nieskonczonosc. akordy, ktore buduja najpiekniejszy i
                                                najmroczniejszy zarazem utwor na calej plycie - "shadowlands". od propozycji
                                                alanis odroznia go wspaniale przeprowadzone rozwiniecie. najpierw smyczek,
                                                potem akustyczna, stopniowo wchodza glebsze akordy, nastepnie jakas perkusja
                                                w tle wybijajaca rytm i wlasciwie nic poza tym, na koniec pieknie gitara.
                                                perfekcyjne zakonczenie. wciaz jakby zamkniete to wszystko w obrebie trzech
                                                poczatkowych schodkow. przepraszam, za drazenie tematu jednej piosenki, ale
                                                to naprawde jest... hmm jaki? przygniatajacy? przygnebiajacy? melancholijny?
                                                wspanialy? piekny? niewiarygodny, tak, to dobre okreslenie, niewiarygodny
                                                kawal muzyki.
                                                dla rozbudzenia adams serwuje "world war 24". bardzo ladny tekst. wokal
                                                troche buckleyowski (pitchfork znowu sie gotuje) - chociaz, dopiero jakis
                                                czas temu zaczelam sie zapoznawac z tworczoscia jeffa (tima jeszcze nie
                                                ruszylam), zgadzam sie, ze te charakterystyczna maniere glosu slychac takze i
                                                tu. ale, z drugiej strony, czemu za grzech uwaza sie spiewanie z lekkim
                                                buckleyowskim zabarwieniem, podczas gdy na obecnej scenie rockowej co drugi
                                                zespol ma identyczne brzmienie wokalu i co drugi wlasnie uznawany jest za
                                                objawienie? paranoja, ale ja nie o tym chcialam.
                                                "avalanche" niewiele ma wspolnego z lawina, raczej z ciepla lawa, ktora
                                                splywa wlasnym, spokojnym tempem, znajdujac swoj idealny rytm. "you all over
                                                me..ain't that sweet my little gal?" to juz slowa kolejnej propozycji -
                                                rozleniwionej do granic mozliwosci "my blue mannhattan". krociutka,
                                                znakomicie oddajaca charakter calej plyty, jak to ktos ladnie okreslil muzyki
                                                spod znaku "the morning after" i cieplego kubka kawy wypijanej w powalanym
                                                miloscia lozku. to jest jak historia... poranek, widok za oknem na
                                                rozbudzajacy sie nowy jork, potem strach, ze ona nie wroci, choc zeszla
                                                jedynie na dol po papierosy ("please do not let me go") i zaczyna padac...
                                                (city rain, city streets). sa ludzie, ktorzy sluchajac muzyki, nie wsluchauja
                                                sie w tekst - adams zmusza do utoniecia w swoich slowach. prowadzi dialog o
                                                piatej nad ranem z wlasnymi demonami (jak w "i see monsters"), probuje je
                                                przekonac, ze jest mu teraz dobrze, ze jest szczesliwy..sluchajac jego wyznan
                                                trudno oprzec sie wrazeniu, ze to tak, jakby wydarl sobie serce i dal nam
                                                popatrzec, zebysmy mogli zrozumiec, co on tak naprawde czuje. byc moze ktos
                                                uzna to za zabieg zbyteczny - muzyka powinna sama sie obronic, taka szczerosc
                                                jest niepotrzebna, bla bla bla...ktos, kto pamieta "call me on your way back
                                                home" czy "la cienga just smiled", wie, ze to bzdura. adamsa trzeba
                                                zaakceptowac razem z jego szczeroscia i pojsc w ciemno dalej. idziemy wiec.
                                                "english girls approximately" to jedna z tych optymistyczniejszych piosenek -
                                                troche pamflet, troche pean na czesc brytyjskiej dziewczecosci (istnieje cos
                                                takiego?). wokal przechodzi bardziej w maniere folkowa, jednak nie
                                                przesadnie, wciaz jestesmy w obrebie tej samej estetyki. ja tam niewiele
                                                slysze dylana, moze jedynie refren. "thank you louise" to przyjemna odmiana,
                                                choc jedynie muzycznie, tekstowo nadal tkwimy po kolana w szlamie
                                                przygnebiajacych historii ("her borther lay upon the bed/with busted teeth
                                                and broken head/he hears the phone and knows his brother's dead"). jednak
                                                melodia jest na tyle chwytliwa i przyjemna (ach, cudowne brzmienie skrzypiec
                                                i wiolonczeli w tle).
                                                i final, grande finale powiedzialaby nawet - czyli barowo-sentymentalny
                                                diament w postaci otulonego papierosowym dymem "hotel chelsea nights". w tym
                                                hotelu podobno nocowaly takie slawy jak jim morrisson - odpowiednio do jego
                                                legendy, utwor ma niesamowity wrecz klimat. pierwsza sylaba zaspiewana przez
                                                adamsa przypomina wejscie.. prince'a w zwrotke w "purple rain". i to jedyny
                                                moment, kiedy mozna nasunac skojarzenie z tym kawalkiem - dalej jest to
                                                wspaniale rozpisana aranzacja przepelnionej po brzegi zmeczeniem tesknota
                                                piosenki. partie zagrana na wurlitzerze brzmia cudownie wrecz, wokal, lekko
                                                niesiony, z charakterystyczna z "demolition" marlboro-styled chrypka... no i
                                                te chorki, magicznie wplecione w refren westchniecia - majstersztyk. to jest
                                                kawalek, ktory, mimo dosc smutnego tekstu, zawraca z balkonu, na ktory
                                                wychodzisz, zeby skoczyc po wsluchaniu i empatycznym wczuciu sie w atmosfere
                                                calej plyty... opierasz sie o chlodna szybe, patrzysz na zamierajace miasto,
                                                zapalasz fajka, robisz sobie drinka i pijesz zdrowie swoich demonow.
                                                i to juz koniec. naprawde koniec. zawsze czuje niedosyt (ja chce jeszcze,
                                                czemu to przerwal w TAKIM momencie) i jednoczesnie nasycenie totalne (juz
                                                nie dasz rady wiecej, bo peknie ci serce, ale uczucie jest tak wspaniale, tak
                                                przygniatajace, ze wypelnilo cie calego po brzegi)
                                                ale wiecej nie ma.


                                                • cze67 Re: "Love is Hell" Ryan Adams part II 25.02.05, 15:28
                                                  jaka jest ta plyta? napisalam, ze piekna. mozna na niej znalezc rzeczy, w ktore
                                                  obfituja plyty buckleya i dylana, a ktorych brakuje plytaom wspolczesnie
                                                  nagrywanym. czy to zle? czy naprawde oznacza to, ze adams jest artysta (no,
                                                  pardon, to nie moze byc artysta w takim razie - wiec - rzemieslnikiem) wtornym?
                                                  kazdy mial jakiegos poprzednika. mickiewicz kopiowal zagranicznych tworcow,
                                                  potem mu odbilo i napisal dziady (przepraszam za wstawke, jakos tak mi sie
                                                  skojarzylo). wszedzie slychac inspiracje - dzieki temu powstaja wspaniale
                                                  rzeczy. gdyby nie gram parsons, nie byloby whiskeytown. gdyby nie beatles, nie
                                                  byloby oasis. gdyby nie buckley nie byloby adamsa...
                                                  na "love is hell" jest to, czego na wielu plytach brakuje - wiem, powtarzam
                                                  sie. to zabieg celowy. jeden z recenzentow wspaniale to okreslil: "we’re
                                                  talking pianos, acoustic guitars, the kind of thing to send The Strokes running
                                                  away screaming". to wsystko, czego brakowalo na "rock'n'roll", a do tego
                                                  niesamowita melancholia, chec znalezienia ze soba samym jakiegos porozumienia,
                                                  piekne teksty, utwory dopracowane bardzo szczegolowo, zarowno jesli idzie o ich
                                                  koncepcje, jak i aranzacje. padly zarzuty o zbytni smithsizm, ze tak sie
                                                  wyraze... zapewne kwestia producenta, j. portera (ktory produkowal wlasnie the
                                                  smiths), a takze preferencji muzycznych samego adamsa. gdybym ja sama zaczela
                                                  spiewac, pewnie zarzuconoby mi kopiowanie alanis. wystarczyloby tylko napisac
                                                  kilka powaniejszych tekstow, dodac do tego klimatyczna gitare z klawiszami w
                                                  tle. i nie modulowac glosu, tylko dac mu spokojnie plynac. alanis murowana. tak
                                                  niewiele trzeba, zeby podczepic kogos pod cos, zaszufladkowac, wyszukac w
                                                  jednym dzwieku kopie dylanowego brzmienia. mysle, ze adams nie za wiele sobie z
                                                  tego robi. w koncu porownuja go do tych najwiekszych.
                                                  tekstowo ta plyta to zupelnie czysty adams. jak dla mnie tylko on potrafi tak
                                                  opisac rzeczywistosc, ze po piatym przesluchaniu znajdujesz w tekscie prosta
                                                  historyjke o problemach finansowych, a po pietnastym ten sam tekst opowiada ci
                                                  o tragicznej love story...
                                                  mowi sie o przepracowaniu adamsa, o jego wypluciu po nadprodukcji przez niego
                                                  uskutecznianej przez ostatnie dwa lata od czasow "gold" (zeby chociaz wspomniec
                                                  ostatni duzy projekt poboczny, post-punkowy the finger i ich 21 kawalkow
                                                  zgranych na dwie ep-ki)... ktos, kto insynuuje takie glupoty musi byc gluchy,
                                                  jesli twierdzi tak nadal po wysluchaniu "love is hell".

                                                  i jeszcze na zakonczenie fragment z recenzji, ktora najbardziej pokrywa sie z
                                                  moimi odczuciami:

                                                  "And what about that love? Well, the love that we find on 'Love Is Hell' is a
                                                  lot like the album itself. At times self-involved, at times filled with moments
                                                  of unbearable poignancy. At times flirting with cliché, occasionally knowing,
                                                  sometimes even flirting with other people. Most often, though, it’s a painful
                                                  but beautiful business, that keeps you coming back. As Adams himself once
                                                  hinted when talking about Coldplay, it’s full of contradictions. "Fuck you,
                                                  Coldplay," he said. "Fuck you for being so good."

                                                  You know what? Fuck you, too, Ryan Adams."

                                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14379925
                                                  • cze67 The Zutons - " Who Killed The Zutons " 25.02.05, 15:30
                                                    - ihopeyouwilllikeme

                                                    Kim, do cholery, są The Zutons ??? Aaaaa, to ci, co ich pewna " Bardzo
                                                    Obeznana I W Ogóle No " recenzentka pewnego Bardzo Popularnego magazynu (
                                                    spokojnie, akurat nie o tą chodzi, co myślicie ) zjechała na tegoż pisma
                                                    łamach. Co ona im tam zarzucała ? Że chcą brzmieć staroświecko, i im to (
                                                    niestety ) wychodzi. A owszem, wychodzi im. Całkiem fajnie nawet. Że za dużo
                                                    country. No, dość dużo. Na tyle dużo, że nawet fajnie się tego słucha. Że mało
                                                    oryginalne. Tak, racja, bardzo mało. Tak mało, że podczas słuchania co i rusz
                                                    pojawia się pytanie: " gdzie ja to już słyszałem ??? ". Bardziej osłuchanej
                                                    głowie z pewnością przypomną się nazwy konkretnych zespołów, niestety moja
                                                    głowa osłuchana nie jest, więc konkretów nie będzie. Mogę natomiast napisać
                                                    odrobinę konkretniej, co na płycie słychać:

                                                    Pierwszy numer, " Zutons Fever ", rzeczywiście może powodować gorączkę, czyli
                                                    gorączkowe poszukiwania w pamięci, gdzie się już wcześniej słyszało ten riff.
                                                    Ja nie znalazłem, ale polecam spróbować, nie zawiedziecie się. Bardzo fajny
                                                    jest za to wokal ( taki... no, fajny :D i saksofon, który może nie byłby aż
                                                    tak porywający, gdyby nie to, że gra na nim prześliczna Abi Harding, aż bym
                                                    się na koncert wybrał. " Pressure Point " rozpoczyna się takimi dziwnymi
                                                    zawodzeniami " au-u-u ", co też je gdzieś słyszałem, ale nie pamiętam gdzie.
                                                    Ok. 3 minuty wokalista zaczyna opętańczo ( no, powiedzmy... z zapałem ) drzeć
                                                    mordę słowem "pressure ", i ten fragment też mi się z czymś kojarzy. Ale jest
                                                    taki problem, że te wrzaski za cholerę tu nie pasują. Do takiego miłego i
                                                    ładnego ( a częściowo pięknego :) zespoliku. " You Will You Won't " to zdaje
                                                    się singiel, ok, jest przebojowy, można sobie zanucić np. na spacerze z psem.
                                                    Ale za to " Confusion " to bardzo ładna ballada. Fajna gitara akustyczna,
                                                    dobra melodia, prosty tekst. I co, zachęciłem Was ? To teraz Was zniechęcę: to
                                                    jest country................... przeszły mdłości ? Idziemy dalej. Choć
                                                    właściwie nie bardzo jest sens omawiać te kawałki po kolei - dalej jest np. "
                                                    Creepin' An' A Crawlin' " znowu z tym dziwnym " au au " ( skąd ja to znam ????
                                                    ), i z partią saksofonu kojarzącą się z Czerwoną Panterą. Jest też kolejna
                                                    ballada, " Railroad ", może i infantylna, ale to by się jeszcze przebolało,
                                                    gdyby nie to country... ależ co to jest, my nie cierpimy country ! " Not A Lot
                                                    To Do " ma uroczą melodyjkę, może by to pod swing podciągnąć ? W ogóle, jeśli
                                                    miałbym określić tą płytę jednym słowem, napisałbym: " urocza ". A w
                                                    zamykającym album " Moon And Horror Shows " odzywa się chyba Abi ! Mało z
                                                    krzesła nie spadłem... aha, i ok. 1:38 minuty jest tu świetne przełamanie,
                                                    zwykła balladka country przechodzi w taki fajny, roztańczony, śródziemnomorski
                                                    klimat... hej, panno Gacek ! Jak zachwycało się " Take Me Out ", to tym się
                                                    też zachwycić ! Natychmiast ! Że co ? Że country ?... aha.

                                                    Wokalista Zutons mówi, że chce grać połączenie Talking Heads, jazzu, soulu,
                                                    country, funku... e, jak ? Heh, ktoś tu powiedział że niektórzy artyści nie
                                                    powinni udzielać wywiadów :) Ale najważniejsza jest muzyka, a Zutons wysmażyli
                                                    całkiem fajną płytkę, która powinna świetnie sprawdzić się na wakacjach.
                                                    Jeżeli oczywiście nie mamy nic przeciwko country... e ? Jest taki ktoś ?
                                                    Halooooooo....

                                                    <powiedzmy, że wprowadzę system oceniania w skali 1-10 :D:D> 6/10

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14256288
                                                  • cze67 Explosions in the Sky - jack9 25.02.05, 15:31
                                                    W Fabryce Trzciny ...
                                                    Od tego trzeba zaczać bo Fabryka to pierwsze zaskoczenie
                                                    Co mozna powiedzieć o Fabryce Trzciny?
                                                    Ano nic...
                                                    Ano nic... złego powiedziec sie nie da...
                                                    Choćbym sie uparł nie wymysle ...
                                                    Wszystko na wysokim poziomie...nagłośnienie, oswietlenie, wnetrza, bar,
                                                    toalety, obsługa...acha wewnetrzny parking - ogromny plus...
                                                    Byliśmy pod wrażeniem miejsca - jeżeli macie okazję wybrać siedo Fabryki
                                                    zróbcie to ...Lambchop wkrótce - jest okazja...
                                                    A Explosions...zagrali niesamowicie energicznie, czasami delikatnie, z pasją,
                                                    nie oszczędzając sie, aż do padnięcia ...Na kolanach...Pierwszy raz widziałem
                                                    by trzech facetów z gitarami klęczało brzdąkając i waląc w struny. To troche
                                                    taka jakby Mogwai grał mnije melodyjnie ale mocniej...tak pomyslałem...Jedyne
                                                    co nas zdziwiło to ze grali tylko 65 może 70 minut i ...bez bisów ...ale
                                                    nameczyli sie tak ze sił im nie starczyło na bis. Ale grali bez przerw między
                                                    utworami nie dali nam wielu szans na oklaski.
                                                    A porównania z Mono...nie, no nie ma porównania...jedyne wspólne z Mono to że
                                                    prawostronny gitarzysta rónież grał w konwulsyjny sposób...

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14219769
                                                  • cze67 The Decemberist - The Tain ep - jazzkam 25.02.05, 15:32
                                                    Płyta, która mnie urzekła i rozwaliła. Około 19 minut czasu trwania. 5
                                                    piosenek. Poprawka - V piosenek. No, utworów. Opowiada historię, na podstawie
                                                    bodajże celtyckiego utworu literackiego (hehe). Po kolei śpiewają inne
                                                    postacie, na uwagę szczególnie zasługują dwa finałowe utwory (w tym ten
                                                    uroczy głos perkusistki), ale one nie mają szans zachwycić, bez posłuchania
                                                    tych poprzedzających. Tę epkę trzeba słuchać razem, jest jedną całością
                                                    (zresztą 19 minut to nie tak dużo), a wszelkie przerwy między utworami są
                                                    wysoce niewskazane. W sytuacji, kiedy często zastanawiam się, czemu zespół
                                                    wydając singla nazywa go epką, Decemberist pokazują, jak powinna wyglądać
                                                    klasyczna epka. Tych utworów nie powinno być na następnej pełnej płycie. One
                                                    nie pasują do niczego innego, tylko do siebie samych. Tego trzeba posłuchać,
                                                    koniec gadania.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=14097446
                                                  • cze67 Brian Eno - Here Come The Warm Jets 25.02.05, 15:35
                                                    różni recenzenci:
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13908141&wv.x=1&v=2&s=0
                                                  • cze67 Koncert The Flower Kings, mmakowski 25.02.05, 16:36
                                                    Znow z braku innych zajec wybralem sie na koncert. Tym razem lokal byl
                                                    porzadniejszy
                                                  • cze67 Sleepytime Gorilla Museum, pixie 25.02.05, 16:38
                                                    Sleepytime Gorilla Museum zarekomendowano mi jako najlepszy współczesny
                                                    zespół amerykański. Sama bym z tym polemizowała (chociaż co ja tam wiem o
                                                    współczesności). Ale słuchanie jego debiutanckiego albumu „Grand Opening and
                                                    Closing” z 2001 roku sprawiło mi wielką niespodziankę. Podobno grupa ta gra
                                                    progresywny metal i w pewnych miejscach rzeczywiście daje ostro czadu. Z
                                                    drugiej strony ma bardzo spokojne, aczkolwiek niezbyt zrównoważone utwory,
                                                    bardziej podchodzące pod awangardę lub rock eksperymentalny, całość zaś jest
                                                    na tyle przystępna, że spodobała mi się już od pierwszego przesłuchania. Tak
                                                    się jednak składa, że nie znam się na tego rodzaju muzyce i nie potrafię
                                                    ocenić, jak bardzo oryginalny i twórczy jest ten zespół. Chętnie bym więc
                                                    poznała opinie osób lepiej obeznanych z takim graniem. Ze strony zespołu
                                                    można ściągnąć dwa utwory z debiutu: „Sleep Is Wrong” - bardzo ciekawy i dość
                                                    reprezentatywny obraz twórczości SGM oraz „1997” - urywa głowę i niszczy
                                                    słuch.
                                                    www.sleepytimegorillamuseum.com/multimedia-audio.html
                                                    Nowy album o nazwie „Of Natural History” ma zostać wydany 25 października
                                                    tego roku. Na razie poraził mnie pierwszy utwór: zaczyna się od włos jeżących
                                                    na głowie odgłosów dzikiego zwierzęcia, potem wokalista głębokim barytonem
                                                    złego wilka śpiewa wyciskającą łzy z oczu balladę. Efekt wstrząsający :))
                                                    Właśnie zauważyłam, że na stronie zespołu są też do ściągnięcia utwory z „Of
                                                    Natural History”. Szkoda, że bez „A Hymn to the Morning Star” :(

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16792821
                                                  • cze67 Old Time Radio - teddy4 25.02.05, 16:39
                                                    Zaczęło się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Już w czasie próby wokalista
                                                    zespołu Old Time Radio zapuścił tekst do organizatora/akustyka. "Wokal jest
                                                    za głośno. A ma być jak w majbladywalentajn, a nie jak w bajm!". A zaraz
                                                    potem zaintonował "You Don't Know Why I Love You", stary kawałek House Of
                                                    Love, jakby ktoś nie wiedział.
                                                    Old Time Radio jest najbardziej introwertycznym i niekorokendrolowym zespołem
                                                    z Polandu, jaki widziałem na żywo. Panowie (wokal plus gitara, bas plus
                                                    radziecki syntezator ELEKTRONIKA) wyglądają, jak dwóch mocno wychudzonych
                                                    przedstawicieli gatunku piosenka studencka (jak najbardziej brody, okulary i
                                                    swetry).Jest też w zespole pani, która ładnie udziela się w chórkach, tudzież
                                                    przytomnie wciska klawisze. Na perkusji chyba grał Dr. Avalanche (schowany w
                                                    laptopie), Muza naprawdę miła, chociaż bez przyłojenia. Dopiero na koniec
                                                    było głośno. Warto poznać, choćby dlatego, że OTR w niczym nie przypomina
                                                    zespołu Coma:)))).
                                                    Przed zespołem OTR zagrały Elementy. Zespół osłabiony brakiem gitarzysty,
                                                    który odszedł dzień wcześniej. Prawdopodobnie muzycy nie mieli odwagi, by
                                                    zaproponować zastępstwo właścicielce klubu. A szkoda - bo nie tylko piękną
                                                    kobietą jest, ale i wymiata zdrowo. Być może wtedy uwadze publiczności jakoś
                                                    uszedł by fakt, że saksofonista gra na saksie od miesiąca, i że klawiszowiec
                                                    jest tylko trochę lepszy od Andy'ego Fletchera z Depeche Mode:). Zespół
                                                    włożył niewątpliwie dużo inwencji w tytuły utworów, które zapowiedział.
                                                    Trochę mniej w harmonię utworów. Za dużo kwint zmniejszonych i septym
                                                    molowych, a za mało undecym choćby. Podobno basista miał zaprezentować tzw.
                                                    walking bass, ale warunki techniczne sceny skutecznie pokaz uniemożliwiły.
                                                    Zaprezentował natomiast tzw. klang, chociaż bez wizualizacji optycznej.
                                                    Chodziły pogłoski, że to Wojciech Pilichowski "strzela z basu", ukryty gdzieś
                                                    pod sceną.
                                                    Najciekawsze dźwięki wieczoru zabrzmiały, gdy już prawie wszyscy sobie poszli
                                                    i kol. DJ (nie dosłyszałem ksywy) zapuścił nieznany mi bend o nazwie UTER.
                                                    Piękny, nowofalowy instrumental. Trochę jak Wire, trochę jak Danse Society,
                                                    trochę jak Minimal Compact i takie tam inne. A grane współcześnie!
                                                    A tak w ogóle - to fajny klub ta Diuna. Szkoda, że Forum tym razem jakoś
                                                    olało imprezę. Ale wypiliśmy z Nierymkiem Wasze zdrowie:).

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17072753
                                                  • cze67 APC - "Emotive" - lostdog 25.02.05, 16:40
                                                    No i w końcu ukazała oczekiwana płyta A Perfect Circle... Jest to na swój
                                                    sposób concept-album, poruszający tematykę wojny i polityki Mr. Busha - bardzo
                                                    tendencyjnie zresztą, nie ma się co dziwić ;). Już sama okładka wiele mówi -
                                                    na pierwszym planie wielka, kamienna, lekko sfatygowana pacyfka, na drugim
                                                    coś, co wygląda na zarys płonącego WTC...
                                                    Co istotne, na płycie znajdują się tylko dwie kompozycje APC, reszta to
                                                    covery. Pierwszy utwór, utrzymany w konwencji typowej dla zespołu
                                                    "Annihilation" (Crucifix), przywołuje na myśl poprzednie albumy. Ot, takie
                                                    sobie intro. Następny jest "Imagine" (wiadomo czyje)... I tutaj coś mi zaczyna
                                                    już zgrzytać. Można powiedzieć, że miejscami melodia jest zachowana,
                                                    charakterystyczne motywy są, ale... Nie jestem przekonany czy komuś, kto zna
                                                    (i lubi) oryginalną wersję, ta przypadnie do gustu. Dalej "Peace, Love and
                                                    Understanding" Elvisa Costello - moim zdaniem najsłabszy kawałek; lekko
                                                    irytujący wokal Keenana, monotonny podkład, a poza tym wszędzie te smyczki
                                                    ;)... "What's Going On" Marvina Gaye już nieco lepszy, chociaż dziwię się, że
                                                    zespół wybrał akurat ten utwór (dość nietypowe rozwiązania harmoniczne jak na
                                                    APC). Teraz pierwsza autorska kompozycja - "Passive" - solidne wykonanie,
                                                    właściwie niczego nie mogę tu skrytykować, chociaż kawałek niczym wyjątkowym
                                                    się nie wyróżnia. Delikatny, akustyczny wstęp, potem duży udział sekcji
                                                    rytmicznej i oczywiście gitarowy podkład+klawisze. Idźmy dalej. "Gimme Gimme
                                                    Gimme" (Black Flag), niespodzianka - agresywne wejście Keenana, po którym
                                                    następuje coś w rodzaju rozpaczliwej, schizofrenicznej intonacji... Ciekawe
                                                    wykonanie, zostaje w pamięci. Następny jest cover Depeche Mode, "People Are
                                                    People", którzy - szczerze powiedziawszy - brzmi jak kolejny remix DM. Warte
                                                    uwagi śmieszne chórki w tle ;). "Freedom Of Choice" - ten utwór najbardziej
                                                    przypadł mi do gustu, a - co ciekawe - jest dziełem Devo, do którego to
                                                    zespołu nigdy nie mogłem się przekonać... Wpada w ucho po prostu, taki
                                                    chwytliwy, popowy hicior ;). Dalej, "Let's Have a War" punkowego zespołu Fear,
                                                    w zupełnie nie-punkowym wykonaniu (raczej coś pod trip-hop podchodzącego),
                                                    takie sobie. "Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of War the Drums" to
                                                    drugi utwór APC, który doczekał się już nawet teledysku. Industrialny wstęp
                                                    kojarzy mi się z "Die Eier Von Satan" Tool'a ;). Dużym zaskoczeniem jest
                                                    wykorzystanie w tym utworze tesktu i melodii "Pet" (z poprzedniej płyty,
                                                    "Thirteenth Step"); budzi to we mnie ambiwaletne odczucia: z jednej strony
                                                    fajny pomysł, takie nawiązanie do własnej twórczości, ale z drugiej...
                                                    powstaje nieprzyjemne wrażenie, że zespół po prostu nie ma pomysłów i musi
                                                    sięgać do swojego archiwum... Dalej jest "When the Levee Breaks", powiem tylko
                                                    że wykonanie odbiega od przyjętych standardów. Płyta kończy się coverem
                                                    utworu Joni Mitchell (!) "Fiddle and Drum", bardzo ładnie zaśpiewanego a
                                                    capella na dwa głosy Maynarda i Keenana ;).
                                                    Podsumowując: MOIM ZDANIEM płyta nie wyróżnia się w żaden sposób, jest po
                                                    prostu przeciętna. Nie wykluczam, że komuś może się bardzo podobać, jednak
                                                    przywołując poprzednie płyty zespołu, pojawia się rozczarowanie. Tylko dwie
                                                    autorskie kompozycje, w tym jedna, która w rzeczywistości nie jest nowa. Radzę
                                                    przesłuchać w sklepie zanim ktoś zdecyduje się na zakup (bo cena - a jakże by
                                                    inaczej - nie jest niska).

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17311665
                                                  • cze67 British Sea Power - ilhan 25.02.05, 16:42
                                                    BRITISH SEA POWER
                                                    The Decline Of British Sea Power
                                                    Rough Trade

                                                    "British Sea Power?s Classic". Zuchwały napis na okładce nie kłamie. Ta płyta
                                                    to coś więcej, niż zbiór przypadkowych jedenastu
                                                    kompozycji. To opowieść, niezwykle piękna i mądra. A zarazem zwariowana,
                                                    nieobliczalna i inna niż wszystkie pozostałe. Yan, Noble,
                                                    Hamilton i Wood potrafili wyczarować coś z niczego. W roku 2003, wychodząc od
                                                    oklepanej do bólu konwencji dwóch gitar, basu i
                                                    perkusji, byli w stanie stworzyć jedyne w swoim rodzaju, fascynujące zjawisko:
                                                    począwszy od zielonych, wojskowych mundurów, liści
                                                    i gałęzi, a skończywszy na poetyckich tekstach i czarodziejskich dźwiękach. Ta
                                                    cała otoczka i najmniejszej oznaki ściemniania.
                                                    Muzyka broniąca się przed każdymi zarzutami.

                                                    Wciskam "play" w odtwarzaczu po raz czterdziesty, może pięćdziesiąty...
                                                    Chóralnego intro "Men Together Today" w zasadzie mogłoby
                                                    nie być, takie było moje wrażenie kilka miesięcy temu. Teraz nie potrafiłbym
                                                    sobie wyobrazić innego rozpoczęcia tej płyty.
                                                    Następujące po nim "Apologies To Insect Life" to jedna z najbardziej
                                                    zwariowanych stron A singli ostatnich lat. Wokalny popis
                                                    Yana. Przymknijcie oko na to, że manierą wokalną przypomina Davida Bowie. Przy
                                                    okazji tej muzyki w ogóle odrzućcie wszelkie
                                                    skojarzenia, naprawdę warto. Drugi utwór płynnie przechodzi w równie
                                                    szalone "Favours In The Beetroot Fields". Niespełna półtorej
                                                    minuty uderza iście punkową energią. "Something Wicked" - tu zaczyna się ta
                                                    właściwa część tej płyty. To, obok późniejszego
                                                    "Blackout", najbardziej melancholijny fragment "The Decline Of..." Ta i
                                                    kolejnych pięć piosenek to muzyka brytyjska u szczytu
                                                    swoich możliwości. Już nie będziecie w stanie wyłączyć tego albumu.
                                                    Singlowe "Remember Me" i "Fear Of Drowning" porywają
                                                    natarczywymi, jazgotliwymi riffami i podniosłymi refrenami. Solo w drugim z
                                                    nich należy do najbardziej hałaśliwych. W kolejnym
                                                    "The Lonely" pojawiają się klawisze, czaruje poetycki nastrój. Wydaje się, że
                                                    już niczego większego tu nie zaznamy.

                                                    Jakże mylna to myśl ? nadchodzi "Carrion"! Dla niżej podpisanego bezdyskusyjnie
                                                    hymn 2003 roku. Chwytliwy riff, chóralny refren,
                                                    energia, podniosłość, liryzm ? w tej piosence jest wszystko, czego można
                                                    oczekiwać od muzyki rockowej. Melancholijnie popowy
                                                    "Blackout", w odróżnieniu od swoich poprzedników, jest pozbawiony hałaśliwych
                                                    gitar. Tę przestrzeń wypełniają znów akcenty
                                                    klawiszowe. Jest pięknie. Już wiem, że obcuję z najbardziej niezwykłym albumem
                                                    początku wieku, jaki dane mi było poznać. Patrzę na
                                                    licznik ? zostało jeszcze 19 minut! Aż 14 z nich rezerwuję na "Lately". Połowę
                                                    utworu wypełnia podniosła ballada. Potem wpadają w
                                                    trans. To będzie kilkaset sekund różnego rodzaju wrzasków, pisków, gitarowego
                                                    rzężenia. Rozwijających kilka różnych motywów
                                                    jednocześnie. Liryczne "A Wooden Horse" wieńczy dzieło.

                                                    Dzieło? Tak, nie mam wątpliwości. "The Decline Of British Sea Power", patrząc z
                                                    perspektywy kilku miesięcy po wydaniu tego albumu,
                                                    to album dojrzały, ale zarazem świeży. Idealne połączenie wrażliwości i hałasu,
                                                    poetyckiej melancholii i agresji, przebojowości i
                                                    oryginalności. Przejmująca opowieść, bez której rok 2003 muzycznie byłby dla
                                                    mnie pustką.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13434102
                                                  • cze67 Amon Düül, Akkerman i inni - mmakowski 25.02.05, 16:50
                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    Na imprezę pod tytułem Progeny 2004
                                                  • cze67 The Ukrainians w CDQ - nefil 25.02.05, 18:31
                                                    Dziewczyny ubrane w dlugie, biale rubaszki z czerwonymi ornamentami, mlodzi
                                                    okularnicy lekko podchmieleni
                                                    napojami wyskokowymi i spiewajacy po ukrainsku czterdziestolatkowie. Mala,
                                                    duszna salka wypelniona po brzegi, pot splywajacy z sufitu.
                                                    Tak wygladal mniej wiecej koncert The Ukrainians w warszawskim CDQ.
                                                    Nietypowe instrumentarium jak dla rockowej kapeli- mandolina, akordeon,
                                                    skrzypce, no i oczywiscie bas,
                                                    bebny i gitara. Ale czad taki, ze zwalalo z nog i nawet jesli czlowiek nie
                                                    mial akurat ochoty
                                                    na pogo to i tak nie mial wyjscia, bo reszta publicznosci wciagala w kociol.
                                                    Nie znam na tyle tworczosci grupy, zeby wyszczegolnic wszystkie utwory, ktore
                                                    pojawily sie na koncercie,
                                                    ale zagrali na pewno- Duraka, Europe, UkrainaAmeryka, Vorony i Polityke
                                                    (polecam szczegolnie) i
                                                    troche mniej przekonujacy cover Sex Pistols- Pretty Vacant.
                                                    Pelen przekroj pracy tworczej, okazja bylo wydanie skladankowego
                                                    albumu "Istoria".
                                                    Kto nie byl niech zaluje i odklada pieniadze na kolejny polski koncert
                                                    Ukraincow. Przyjada na pewno, bo tak
                                                    dobrze bawiacej sie publicznosci nie widzialem od czasu ostatniego
                                                    warszawskiego koncertu New
                                                    Model Army.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16957812
                                                  • cze67 Archive, Stodoła 9.11.2004 - miecio4 25.02.05, 23:39
                                                    Po pół godzinie chciałem wyjść, a po skończonym koncercie do dziś jeszcze nie
                                                    mogę dojść do siebie.
                                                    Nieświadomy przyszłych emocji jakie były na koncercie, zająłem miejsce pod
                                                    sceną, tuz przy mikrofonach. Sala wielkości Stodoły pękała w szwach, a
                                                    nagłośnienie było perfekcyjne. Jak tylko zaczęli to wiedziałem jedno: bez
                                                    Craiga to nie ten sam zespół. Pani całkiem ładna, ubrana na czarno nijak nie
                                                    pasowała do muzyki. Udało nam sie z dwa razy spotkać wzrokiem, tak że w pewnym
                                                    momencie pomyślałem że wyciągnie mnie z tłumu byśmy odtańczyli
                                                    wspólnie "Again". Pan fałszował trochę, ale ogólnie nie było tragedii. Zawsze
                                                    gdy reflektory oświetlały jego twarz śmiałem się pod nosem, bo jest
                                                    niesamowicie podobny do mojego kumpla.
                                                    A muzyka? Tego się nie da opisac. "Meon", "Numb", "Waste" czy "Pulse" to
                                                    całkiem inne nagrania niż te nagrane na płytach. Był taki moment w
                                                    utworze "Pulse" gdzie ściana dźwięku stawiała włosy na karku a ciarki na
                                                    plecach wydawały się być wielkości grochu. Trzy keyboardy, trzy gitary i
                                                    perkusja grały równocześnie coś co na zawsze pozostanie w moich uszach. I
                                                    wówczas gitarzysta wyskoczył do góry i uderzył jeszcze mocniej w struny-
                                                    umarłem wtedy...
                                                    Koncert mimo wspaniałego przyjęcia był krótszy od warszawskiego- nie
                                                    było "Sleep" na końcu. Nie wiem z jakich powodów. Słyszałem za to że zespół był
                                                    bardzo zadowolony z polskiego koncertu i wiem że następnym razem nie pojadę na
                                                    nich do Niemiec, mimo tego iż powrót do domu zabrał mi rekordową godzinę.
                                                    Craig wracaj a wtedy na pewno juz będziecie najlepszym zespołem na świecie.
                                                    ps. Tego odtańczenia "Again" z Marią na scenie nie było niestety- za dużo sobie
                                                    wyobrażałem:)

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17505588&wv.x=1&a=17614242
                                                  • cze67 Drake, Basiński - pytajnick 25.02.05, 23:41
                                                    Nick Drake to jeden z tych niezwykłych, niepozornych bardów zamierzchłych lat.
                                                    Artystów, którzy potrafili samym głosem i delikatnym szarpaniem strun gitary
                                                    wyczarować prawdziwą magię i zawrzeć ją w prostych, 2-3 minutowych
                                                    kompozycjach. Moje kojarzenia biegną do Donovana, do Johnny'ego Casha, do
                                                    Jeffa Buckleya. Niekoniecznie chodzi mi tu o samą muzykę - raczej o podobny
                                                    typ wrażliwości, o skromność wyrazu, o tę samą głębię smutku, którego doszukać
                                                    się można nawet w pozornie pogodnych utworach.

                                                    Drake to postać jakby zapomniana, ale podobno odkrywają go właśnie Wyspiarze,
                                                    a być może wkrótce i doceni go cały świat - ponad trzy dekady po przedwczesnej
                                                    śmierci (26 lat). Za życia zdążył nagrać i wydać trzy albumy:

                                                    1969 Five Leaves Left
                                                    1970 Bryter Layter
                                                    1972 Pink Moon

                                                    Ja rozpocząłem przygodę z nim od płyty ostatniej i ją chciałbym Wam na
                                                    początek polecić. Skrajnie subiektywnie, bo wszystkie trzy są wysoko i
                                                    przeważnie równie wysoko cenione. Jeśli nie chce się Wam ściągać całego krążka
                                                    (choć trwa zaledwie 26 minut!), to spróbujcie chociaż odnaleźć "Pink Moon" i
                                                    może "Road". W zasadzie dzięki tym utworom artystę poznałem - zespół no-man
                                                    (czyli Tim Bowness i Steven Wilson, jeden z moich ulubionych) nagrał kiedyś
                                                    śliczne kowery tych dwóch piosenek. Tradycyjnym już wilsonowym szlakiem
                                                    postanowiłem dotrzeć do pierwowzorów - jak się okazało równie dobrych, choć
                                                    kompletnie innych, jak będące przyczyną wszystkiego kowery.

                                                    Najważniejszy okazał się jednak inny utwór. Utwór będący dla mnie swego
                                                    rodzaju esencją tego, czego w muzyce usilnie poszukuję. Głębia wszelkich
                                                    odcieni emocji, od pochwały życia po strach przed śmiercią, odarta ze
                                                    wszystkiego szczerość, cudowna melodia i coś jeszcze, czego w słowach zawrzeć
                                                    nie potrafię. W każdym razie to coś kilka miesięcy temu sprawiło, że nagle
                                                    porzuciłem aktualnie wykonywaną czynność i zdębiały wsłuchiwałem się w głos
                                                    Drake'a. Nie umiem wskazać piękniejszej piosenki lat siedemdziesątych, ona
                                                    dorównuje największym dziełom tamtych czasów. I to mimo - a może dzięki? - jej
                                                    niezwykłej skromności. To tylko gitara i głos, to tylko 4 minuty. Z tego
                                                    samego powodu, przez swą niepozorność, bardzo trudno jest jej przekonać do
                                                    swego ulotnego piękna, chyba jej nawet na tym nie zależy. Doskonale rozumiem
                                                    tych, dla których to tylko piosenka, tylko ładna piosenka.

                                                    "Things Behind The Sun"

                                                    (Tylko, błagam, nie słuchajcie tego utworu sprawdzając pocztę, jedząc
                                                    śniadanie, wysyłając smsa...)

                                                    Dodam jeszcze, że płyta powstała w sposób również wyjątkowy - Drake mocno już
                                                    strawiony problemami z samym sobą i depresją, o północy przyjeżdża do studia i
                                                    w kilka godzin nagrywa materiał na całą płyte. Następnego dnia, rezygnując z
                                                    dopracowanych aranżacji smyczkowych znanych z wcześniejszych nagrań, dodaje
                                                    tylko fortepian w utworze otwierającym. Reszta pozostaje niezmieniona. Stąd
                                                    nieraz można usłyszeć brzęczenie źle dociśniętej struny, spóźnone dźwięki.

                                                    To nie jest płyta wybitna, to nie jest płyta genialna - takich słów nie używa
                                                    się w stosunku do tak skromnych dzieł ludzi, którzy nie podbiajają świata, ale
                                                    najzwyczajniej dzielą się ze słuchaczem swoimi intymnymi piosenkami. Jeśli ten
                                                    zechce tylko oderwać się na chwilę od codziennych zajęć i skupić przez
                                                    kwadrans albo dwa uwagę na kilku gitarowych akordach i matowym, pozornie
                                                    beznamiętnym głosie, który wyrażają tak naprawdę wszystko, co ten nadwrażliwy
                                                    człowiek chciał po sobie pozostawić.


                                                    ***


                                                    William Basiński. Można zajrzeć na Porcys - pomijając zabawne określenia typu
                                                    "przestrzeń audialna", naprawdę dobra recenzja z genialnym zakończeniem.

                                                    A dokładnie jego "Disintegration Loops". Odnalazł kiedyś swoje tasmy z lat 80.
                                                    i zapętlił je zgrywając jednoczesnie na bardziej trwały nośnik. Z czasem że
                                                    taśmy zaczęły sie rozsypywać, kolejne dźwięki ginąć pozostawiając po sobie
                                                    znaczącą pustkę. Basiński z tego wielodniowego rozpadania się wydobył esencję,
                                                    choć i tak to niszczenie jest tak powolne, że trzeba się skoncentrować na
                                                    muzyce, by wychwycić momenty gdy kolejne liście odrywają się od gałęzi tego
                                                    ambientowego drzewa. Nikt chyba jeszcze nie nagrał płyty (a właściwie
                                                    wielgachnego zestawu 4 płyt), która lepiej oddawałaby charakter, znaczenie i
                                                    nieuchronność przemijania.

                                                    Analitycznie "Disintegration Loops" to tak naprawdę zbiór takich rozsypujących
                                                    się, łagodnych tematów - zaledwie kilkusekundowych, powtarzających się przez
                                                    kilka minut lub nawet przez pół godziny. Pozostaje dla mnie tajemnicą,
                                                    dlaczego te proste pętle się nie nudzą. Niezwykle uspokajająca muzyka, idealna
                                                    by zapuścić sobie do snu. Doskonale przewidywalna, oczywista, nie próbuje
                                                    nawet maskować swojego przekazu. Jednocześnie go nie narzuca pozostawiając
                                                    słuchaczowi, na jakim poziomie chce muzykę odbierać - jako przyjemne tło, czy
                                                    też doskonałe narzędzie do wprowadzenia się w stan refleksji nad własnym
                                                    życiem, czy raczej jego ulotnościa.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18505402
                                                  • cze67 Koncert Laibacha - marxx 25.02.05, 23:44
                                                    Heja!
                                                    Wczoraj bylem na koncercie Laibacha, czekalem na ta chwile kilka latek no i
                                                    sie doczekalem.
                                                    Przed koncertem balem sie troszke , ze rura im zmiekla i bedzie to troszke
                                                    jak Kombii :))) ale pomylilem sie!!!

                                                    Zagrali cudowny koncert, sila i moc NSK byla z nimi!!!:)
                                                    Glosno, technicznie, gitarowo, wokal prawidlowy ...jak z piekla, do tego
                                                    sliczne dwa slowenskie dziewczatka na froncie, spiewajace w chorkach (calkiem
                                                    mily uklad choreograficzny...damskonacjonalistyczny)
                                                    Niedawno wydali album 2CD "Anthems" takie Laibachowskie debestof, i
                                                    praktycznie caly ten album byl zagrany (i ciut wiecej) Na koncercie i plycie
                                                    nie bylo nagran instrumentalnych,
                                                    na 2giej CD sa mixy (bardzo dobre) razem 31 piosenek i rewelacyjna ksiazeczka
                                                    z info zespole i NSK:)

                                                    Nawet jesli ktos niespecjalnie chialby kupic ta plyte (bo to kolejny
                                                    skladak) to jest tam jedno nowe nagranie dla ktorego TRZEBA to wydawnictwo
                                                    posiadac piosenka... "Mama Leone" orginal byl pani Nana Mouskouri
                                                    cudo, cudo, cudo...150% stary dobry Laibach
                                                    a slyszec to na koncercie, bajka!!!!

                                                    PS: tak mi sie podobalo, ze dzisiaj ide drugi raz:)

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17643121
                                                  • cze67 Bela Fleck "Live At The Quick" - mmakowski 25.02.05, 23:46
                                                    Odwiedziłem dzisiaj Media Markt i zakupiłem m.in. najtańsze interesujące mnie
                                                    DVD jakie udało mi się znaleźć
                                                  • cze67 The Zombies - honey_power 25.02.05, 23:47
                                                    Brytyjski zespół z lat 60... Pod głupkowatą nazwą kryją się być może najwięksi
                                                    popowi geniusze w historii. Ich "Odessey & oracle"
                                                    jest nazywane brytyjskim "Pet sounds"... Ale z nieznanych przyczyn jest
                                                    znacznie mniej popularne, przynajmniej u nas.
                                                    Ta płyta brzmi świeżo i ponadczasowo (z "Pet sounds" czas obszedł się mniej
                                                    łaskawie) - melodie są wręcz nieludzko piękne,
                                                    nieporównywalne z niczym - np. moje ukochane "Changes" czy cholernie
                                                    słynne "Time of the season". Album powstał bez ingerencji
                                                    producenta (wytwórnia postawiła na Zombies krzyżyk) i dzięki temu muzycy mogli
                                                    w pełni zrealizować swoje cele, bez nacisków w
                                                    stronę list przebojów itp. Powstały piosenki, które mogłyby być dziełem
                                                    Mozarta, gdyby ten żył w latach 60. XX wieku..

                                                    Zauważyłem, że wiele osób z forum zachwyca się tegorocznym "Smile" Wilsona. Tym
                                                    polecam szczególnie (o ile nie mieli okazji
                                                    poznać): poszukajcie "Odessey and oracle" The Zombies

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18886718
                                                  • cze67 Massive Attack "Banny the Dog" - argus1 25.02.05, 23:48
                                                    Cichcem jakoś i bokiem jak na tak znany zespół. Wydali płytę. Może tak na
                                                    spokojnie to wyszło - bo to muzyka do filmu. Krótkie miniaturki - 1,2 lub 3
                                                    minutowe.Ułożone w całość. Z przepięknym motywem przewodnim, który wraca co
                                                    jakiś czas, a w pełni rozkwita w 14 utworze "Two rocks and a cup of water".
                                                    Na taką płytę czekałem. Bez wokali - które nie zawsze mi w tym zespole
                                                    odpowiadały. To jest płyta instrumentalna. Wciągająca - o sile jaką ma
                                                    choćby "Mezzanine" - ale jest to siła innego typu. Na tej płycie Massive
                                                    Attack wydaje się dojrzalszy. Wyciszony. Już nie tak narkotyczny, lecz
                                                    kontemplujący świat i chwilę. I na nich skupiony. Podsumowując w trzech
                                                    słowach - Piękna, przejmująca płyta.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18914874
                                                  • cze67 The Kinks - honey_power 25.02.05, 23:49
                                                    Z zachwytem odkrywam dla siebie genialnych The Kinks. Dlaczego tak późno? Mam
                                                    ich 3 najwyżej oceniane płyty, wszystkie powstałe
                                                    pod koniec lat 60.:
                                                    "something else by the kinks"
                                                    "village green preservation society"
                                                    "arthur or the decline and fall of the british empire".

                                                    Zostałem nimi absolutnie zmiażdżony, zachwyt nie pozwala mi spać, nie pozwala
                                                    spokojnie iść na świąteczne śniadanie. Cały czas
                                                    próbuję zebrać szczękę z podłogi, gdzie z hukiem opadła.
                                                    Część tych piosenek dystansuje nawet uwielbianych przeze mnie (i przez Was) The
                                                    Beatles. No i mimo bogatych aranżacji mają fajną
                                                    aurę jakby pre-indie ;) ale to pewnie dlatego, że większość zespołów grających
                                                    indie-pop siedzi w kieszeni u The Kinks.
                                                    Jak się pozbieram, to napiszę może coś konkretnego o tych trzech arcydziełach..

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18859987
                                                  • cze67 Gentle Giant "Scraping The Barrel" -mmakowski 25.02.05, 23:49
                                                    Wkrótce po wydaniu w 1997 roku boksu "Under Construction" z kręgów dobrze
                                                    zorientowanych docierać zaczęły informacje o planowanym sequelu --
                                                    trójpłytowym wydawnictwie "Scraping The Barrel". Okazało się, że przejrzenie
                                                    wszystkich archiwalnych taśm oraz wybranie i rekonstrukcja ciekawych
                                                    fragmentów zamiast planowanego roku trwało siedem lat. Czy warto było czekać?

                                                    Pudełko nie prezentuje się specjalnie atrakcyjnie
                                                  • cze67 Gwen Stefani - " Love. Angel. Music. Baby " 25.02.05, 23:50
                                                    - ihopeyouwilllikeme

                                                    Gwen wysmażyła solową płytę. Widocznie potrzebują z Gavinem nowych okien do
                                                    ich wspólnego domu. Ale mniejsza o to. Natomiast odnośnie tego, co na płycie
                                                    jest, no to jest 12 utworów + jeden bonus. Ja widzę to tak:

                                                    1. " What You Waiting For " - przeciętny kawałek, z prostackim bitem
                                                    2. " Rich Girl " feat. Eve - koszmarne " nanana ", a melodia... z tytułu
                                                    wydedukować łatwo. Ew. Hey Baby vol.2
                                                    3. " Hollaback Girl " - Lumidee. Nawet fajne.
                                                    4. " Cool " - o, coś jakby rock. Być może tak powinna wyglądać ostatnia płyta
                                                    No Doubt. Ale to już musztarda po obiedzie. Ładne. Za dużo tych kiczowatych
                                                    klawiszy, jak ze Scootera.
                                                    5. " Bubble Pop Electric " feat. Johnny Vulture - musical Chicago
                                                    ( Techno Dub Club Remix ). Tylko gadki Gwen z Johnnym za bardzo przypominają
                                                    Britney vs. Max Martin. Złe, zdecydowanie złe.
                                                    6. " Luxurious " - utwór idealny na listę przebojów Radia Eska. O ile ktoś
                                                    odróżni go od innych. Chociaż nie, tam takie drobiazgi nie stanowią problemu.
                                                    Fajny bas - znany tu i ówdzie Tony Kanal gra.
                                                    7. " Harajuku Girls " - zajebisty wstęp. A później... Hey Baby vol.3. Da się
                                                    słuchać. Zwłaszcza tych fragmentów ze smykami i harfą - naprawde świetne.
                                                    8. " Crash " - hmm, Janet Jackson ? Znowu Tony Kanal na basie, skubaniec,
                                                    zawsze go słychać. Fajny numer do dyskoteki, choć lekko monotonny.
                                                    9. " The Real Thing " - Madonna. Refren na pewno gdzieś już słyszałem...
                                                    Fuck, nie przypomne se... no nic, taki przebój, może być.
                                                    10. " Serious " - przerażające smyki na początku. Ciężko to znieść. Aranżacje
                                                    zostały zrobione na moim starym Casio. A w refrenie znów Madonna. Niedobre.
                                                    11. " Danger Zone " - ... no, to jest piosenka popowa. Trwa 3:37 minut.
                                                    Nazywa się " Danger Zone ". Nie wiem, co by tu jeszcze ciekawego o niej
                                                    napisać. Aha, w środku jest coś, co udaje solówkę gitarową.
                                                    12. " Long Way To Go " feat. Andre 3000 - coś ciekawego. Jakby jeszcze tego
                                                    beatu nie było, byłoby całkiem dobrze. Świetne klawisze, takie soulowe. A
                                                    kończy się jak niezapomniana płyta No Doubt - " Tragic Kingdom "
                                                    13. " The Real Thing " ( bonus track ) - inna wersja utworu nr.9. Bardziej
                                                    balladowa, bez elementu tanecznego. I już wiem, skąd się wziął refren i cały
                                                    kawałek - było kiedyś takie coś jak Aqua, pamiętacie ? Okazuje się, że nadal
                                                    potrafią być inspirujący. Hahahaha.

                                                    To tyle. Nie powiem, żebym słuchając tej płyty doświadczał jakichś mąk
                                                    piekielnych. Ogólnie rzecz biorąc jest to dość przyjemny, popowy album, pod
                                                    tym względem z pewnością udany. To już coś, zważywszy na oczywisty fakt, iż
                                                    nagrany został dla kasy, sławy i legendy. Pierwsze dwa elementy zapewni
                                                    artystce bez problemu, o trzeci będzie ciężko. Legenda musi się bardziej
                                                    wyróżniać... Tylko łezka się czasem w oku zakręci, że nie ma już ( i pewnie
                                                    nie będzie ) starego, rockowo-punkowo-reggaeowo-skaowo-eksperymentującego No
                                                    Doubt, które tak uwielbiałem... Gwen ma teraz inne priorytety. Ok, Gwen,
                                                    życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Mnie już to nie dotyczy.

                                                    P.S. Aha, tytuł płyty... może przyjmiemy, że ta płyta nie ma tytułu, co ? Tak
                                                    będzie lepiej. To jest self-titled. I wszystko ok.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18827300
                                                  • cze67 Robotobibok "Nawyki Przyrody" - honey_power 25.02.05, 23:51
                                                    Nie ustaję w zachwycie nad nową płytą najlepszego zespołu z mojego miasta,
                                                    który jest zarazem chyba najlepiej rokującym kolektywem
                                                    w naszym kraju (jeśli chodzi o karierę zagraniczną m. in.). "Nawyki" to płyta
                                                    powalająca, oryginalna i poruszająca wyobraźnię. 9
                                                    kawałków, 40 minut - intrygujące i niezwykle przemyślane partie dęciaków nie
                                                    dominują już tak wyraźnie nad całością, gitara i
                                                    klawisze to już klimaty niezal-postrock-kraut-i-tak-dalej: niezwykła
                                                    wyobraźnia, slowiańskie podejście do rdzennie zachodniej
                                                    materii i powstał nowy indywidualny styl, ktory powala. Okładka też pikna...
                                                    No, to ich trzecia płyta, ale pierwsza zasługująca na miano nowobrzmieniowego
                                                    arcydzieła.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=18580176
                                                  • cze67 Mars Volta - 'Frances the Mute' - mameluch 25.02.05, 23:53
                                                    jak wiadomo oficjalnie plytka owa ma ukazac sie 28 lutego, ale od czego jest
                                                    internet?
                                                    muzyki recenzowac nie umiem i nie lubie, wiec krociutko tylko napisze o moich
                                                    subiektywnych odczuciach. jak pewnie czesc z Was wie tworczosc Cedrica B. i
                                                    Omara R. jest mi dosc bliska, glownie ze wzgledu na ATDI. nie bylem zachwycony
                                                    ich rozpadem i powstaniem Mars Volty, ale 'De-loused in the Comatorium' na
                                                    poczatku mnie zachwycilo. pozniej entuzjazm troche opadl, ale i tak uwazam ja
                                                    za bardzo dobra plyte, takie polaczenie emo-corowego (nie wiem czy to
                                                    odpowiednie okreslenie) ATDI z pomyslami panow C i O. balem sie tylko ze na
                                                    nowym krazku owe pomysly stana sie dominujace i niestety moje obawy sie
                                                    potwierdzily. chyba jednak mam zbyt prosty gust muzyczny i wole proste
                                                    kompozycje niz rozwlekle 'suity'. nie zeby sluchalo sie tego zle (zreszta mam
                                                    za soba jak na razie chyba tylko trzy przesluchania), ale nieodparcie mam
                                                    wrazenie przerostu formy nad trescia. w teksty jeszcze nie zdazylem sie
                                                    wglebic (chociaz pewnie kiedy juz znajde czas i tak nie zrozumiem zbyt wiele),
                                                    moze tam tkwi sila tej plyty? a moze zachwyci mnie, jak zazwyczaj czynia to
                                                    ukochane plyty, po kilkunastokrotnym przesluchaniu? jednak jak na razie jestem
                                                    troszke rozczarowany i z dwoch zespolow powstalych na gruzach ATDI, po wydaniu
                                                    w obu przypadkach dwoch plyt, zdecydowanie blizsza jest mi prosta Sparta.
                                                    wstepna ocena 'Frances the Mute' - 6-6,5/10.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19442386
                                                  • cze67 Armia i goscie, Stodola, 27.01 - pizmak31 25.02.05, 23:54
                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    Nooooooo, prosze Panstwa, jezeli za 20 lat hip hop bedzie brzmial tak swiezo,
                                                    jak wczorajszy koncert Tomka Budzynskiego i gosci, to nie nazywam sie
                                                    pizmak31 i nie jestem mlodym chudym punkiem.
                                                    Tom Bombadil wyszedl na scenie, w czymze mogl innym wyjsc na glowie, niz w
                                                    czapeczce trefnisia. Duzy mezczyzna, ladny, w spodenkach do kolan i koszuli
                                                    zawiazanej w pasie. Po swojej prawej stronie mial Banana z waltornia i w
                                                    czapeczce, po lewj gitarzyste Slawka Golaszewskiego. Rozpoczeli ostro i tak
                                                    juz zostalo do konca. Zagrali chyba cala Legende, normalnie gesia skorka i az
                                                    w podloze wdeptywalo, troche Triodante (ale nie znam tej plyty), no i to, co
                                                    najmocniejsze z pierwszej plyty. Z najnowszej - tylko dwa kawalki chyba, no i
                                                    bardzo dobrze, bo klasyki bylo potrzeba.
                                                    Najmocniejszym atutem koncertu byla sama Armia, najslabsi goscie (oprocz
                                                    Maleo), a wsrod gosci najslabszy byl Zigzag z Tzn Xenny. Niestety, facet
                                                    cierpial na niedopieszczenie sceniczne i jak zaczal spiewac z Budzym: Nie
                                                    jestem stad, to nie umial slow i spieprzyl cala piosenke. Potem Budzy mu
                                                    podziekowal i chcial, zeby sie koles oddalil, ale on niestrudzenie dobiegal
                                                    do mikrofonu i spiewal w chorkach, zakladajac jakas idiotyczna maske z
                                                    irokezem. Z Budzym zaspiewal Kazik i to bylo fajne, no i jak wszedl Maleo i
                                                    wyopalil trzy regalowe utwory, to ludnosc sie mocno rozbujala. Byl tez Guma z
                                                    Moskwy, ale niestety, jakos za malo wiarygodny w swoim przekazie punkowym
                                                    sprzed 20 lat.
                                                    Za to sztuka Budzego wprost uniwersalnie brzmi, pieknie, bardzo pieknie.
                                                    Slucha sie tego z podobna sila, jak kilkanascie lat temu, kompletnie sie ten
                                                    czad nie zestarzal, tez ze wzgledu na swietna poetyke tekstow. jak skonczyli
                                                    grac, to fan klub Armii wreczyl Budzemu duzy miecz do walki ze zlem. Budzy go
                                                    pocalowal i uniosl w powietrze. Miecz zamiast siekiery - powiedzial ktos ze
                                                    sceny.
                                                    No i potem Armia poleciala Siekiera. Byli Misiowie Puszysci i siekiera
                                                    siekiera i uwaga, co ucieszy bardzo mojego brata, zagrali Wojne. Nie, no
                                                    naprawde zachwyt mialam duzy.
                                                    I refleksja mnie naszla, ze chlopaki duzo po 40-tce bujaja sie po scenie,
                                                    niezle im to wychodzi, chociaz Kazik z brzuchem to juz tak troszke
                                                    groteskowo, a nastepcow brak z takim powerem. No bo kto? Ma taka sile? Chyba
                                                    jednak nikt.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19981803
                                                  • cze67 ferment osjanu - hanbei 25.02.05, 23:56
                                                    + dodaj do ulubionych wątków

                                                    + odpowiedz cytując + odpowiedz

                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    miałem okazje dowiedzieć się w sejnach od cze, iż ukazał się ów podwójny
                                                    album osjanu i zabiło mi z wrażenia szybciej serce (od '88 nie mieszkam w
                                                    polsce). pamiętam koncert osjanu w gliwicach, zdaje się około '82 roku,
                                                    przeżycie było wspaniałe...
                                                    znający okolicę cze wyniuchał jeden egzemplarz fermentu w suwałkach... dwa
                                                    dni musiałem zadowolić się lekturą, zanim płyty mogły zostać odtworzone. i tu
                                                    sen się skończył.
                                                    cover księgi liści kojarzy się niewątpliwie z estetyką zenu i jest po prostu
                                                    bardziej niż udany. jednak muzykę można śmiało nazwać "produktem" i to
                                                    miernym.
                                                    jest to płyta, w której kompletnie brak dialogu muzycznego, a same opanowanie
                                                    techniczne instrumentów jest pod przysłowiowym psem. może już dlatego ten
                                                    dialog wydaje się być niemożliwym. słuchacz zastanawia się, czy to naprawdę
                                                    work zrobiony przez twórców "księgi chmur", lub "głową w dół"? niestety tak.
                                                    sitar został zgnieciony, jak powiadamiają omawiani panowie, ale zostało parę
                                                    innych instrumentów. na przykład tablas.
                                                    nada brahma, jak mówi stara mądrość hinduska: świat jest dźwiękiem i z niego
                                                    się zrodził. tablas, sitar, i nie tylko (do tej grupy należy również tampura,
                                                    sarod, bansuri czy pakawaj), są instrumentami pochodzącymi z tradycji
                                                    hinduistycznej, ale tylko w sensie ogólnym. dokładniej chodzi tu wpływ
                                                    północnoindyjski (hindustański), a ten opiera się głównie na improwizacji (w
                                                    przeciwieństwie do południowoindyjskiego, zwanego karnatyjskim). podany temat
                                                    w tej "szkole" zostaje więc przejęty, zmodulowany i zaimprowizowany przez
                                                    danego interpreta.
                                                    głównym instrumentem hindusów jest ludzki głos i rozwój wszystkich
                                                    instrumentów, jakie ta kultura wydała na świat opierał się właśnie na nim.
                                                    monomelodyjność, nacisk, ornamentyka pozwalająca mu zabrzmieć właśnie tak a
                                                    nie inaczej, były korzeniem, na którym oparła się idea stworzenia
                                                    instrumentu. nie są to puste słowa, mające na celu upiększenie tego tekstu:
                                                    kwestia ta jest tak znaczącą, iż muzykalna i artystyczna wartość instrumentu
                                                    w indiach jest po dziś dzień oceniana na podstawie tego, jak bardzo dźwięk
                                                    tegoż instrumentu przypomina ludzki głos.
                                                    chałę, którą moim zdaniem jest płyta osjanu, postaram się w miarę krótko
                                                    przedstawić na przykładzie jednego instrumentu. właśnie tabli.
                                                    tabla jest najważniejszym instrumentem rytmicznym "szkoły"
                                                    północnoindyjskiej; składa się z dwoch bębnów, mniejszego dayan z drewnianego
                                                    korpusu i większego bayan, z miedzi lub mosiądzu. instrument ten powstał
                                                    około 13 wieku, a jego "rodzicielem" była tromla długa arabskiego
                                                    pochodzenia, podobna do wymienionego już wyżej pakawaja.
                                                    tabla "mówi" poprzez kozią skórę, którą są napięte obydwa bębny. ale to nie
                                                    wszystko, sercem jest tak zwany "czarny kleks", który robi się mieszając pył
                                                    żelaza z mąką ryżową (zwie się go gaab lub shyahi), i który jest naprowadzony
                                                    na skórę. to dlatego zwłaszcza mniejszy dayan brzmi tak charakterystycznie.
                                                    kleks ten, co jest jeszcze bardzie fascynujące, da się stroić przy pomocy
                                                    swego rodzaju kamertonu...
                                                    a jak się gra na tej "istocie muzycznej"?
                                                    dayan uderzany jest (najczęściej) za pomocą palców prawej ręki: wskazującego,
                                                    środkowego i serdecznego. dotrzymujący mu kroku bas bayana wytwarzają
                                                    niejako "slapujące" szarpnięcia palców wskazującego i środkowego dłoni lewej,
                                                    przy czym podbicie tej dłoni leży na skórze (zwanej puri), aby modulować
                                                    (tłumić lub wzmacniać) wydobyty dźwięk.
                                                    nauka gry na tabli nie trwa dwa dni.
                                                    impresja muzyczna, do jakiej zdolny jest ten instrument, nie leży jednak
                                                    tylko w czystym dźwięku, ale i w rytmie. rytm, to nie tylko coś, co
                                                    przeciętny człowiek postrzega jako "rytmiczne" czy "muzykalne". tabla dzięki
                                                    niemu może mówić, gadać, plotkować, gdakać, chrzanić, śmiać się, krzyczeć,
                                                    pieprzyć czy płakać.

                                                    moje rozczarowanie obudziło się w momencie, w którym kurtis zaczyna "klepać
                                                    na bębnie", włącza się do tego mętna gitara waglewskiego i "transowy" głosik
                                                    (głosiki?), powtarzający w koło macieja jedno i to samo.
                                                    płyta jest gwałtem dla uszu. a ponoć koncert był właśnie epicentrum
                                                    umiejętości osjanu - jego żywiołem. mam wrażenie, że muzycy ci zignorowali
                                                    siebie, swoje dawne umiejętności, założenie istnienia tej akurat "kapeli", a
                                                    nade wszystko, i to jest nie tylko, wydaje mi się, smutne, ale w jakiś sposób
                                                    makabryczne, słuchaczy.
                                                    ma się wrażenie, iż ten podstarzały "improwizujący quartet" wyszedł z
                                                    założenia, że publika, czy pojedynczy słuchacz są tak głupi, w muzykalnym
                                                    tego słowa znaczeniu, iż można im postawić plewy, nazywając je jednocześnie z
                                                    uśmieszkiem kretyna gourmet.
                                                    jak na ironię losu, dzień po zakupie widziałem, bodaj pierwszy raz od tych
                                                    starych czasów, waglewskiego w telewizji. bródka a la gabriel, modna łysinka,
                                                    czarny, skórkowy kostiumik, i dość up to date - wymyka mi się słowo
                                                    badziewiasty - tatuaż na karku. niby ukryty pod golfem, ale jednak. jeśli
                                                    przerost formy nad zawartością został już zrealizowany w osobie muzyka, po
                                                    cóż lamentować nad płytą...
                                                    płyta jest tak kiepska, iż za drugą nie miałem siły, a może ochoty, się
                                                    zabrać i można rozłozyć ją na części zamienne pod kątem każdego instrumentu.
                                                    ale za długość takiego wywodu cze67 wyrzuciłby mnie pewnie z forum, i
                                                    wtedy... wpadłbym w depresję tworząc z tego małą pracę magisterską. ;o)
                                                    piżmak31 może potwierdzić, że jestem... gadułą i streszczanie się nie jest
                                                    moją mocną stroną...

                                                    aby te słowa nie były takim zupełnie wyjałowionym splotem słow, polecam parę
                                                    dobrych lektur, ukazujących, jak te instrumenty mogą brzmieć, lub jak można
                                                    na nich grać. jeśli nie ma tych płyt w pobliżu, mogę je chętnym udostępnić.
                                                    słuchając ich, ma się dreszcze (nie tylko moje odczucie), co chyba wymownie
                                                    świadczy o tym, że ta muzyka żyje.

                                                    trilok gurtu, "living magic"
                                                    track 3: dialog tabli z saksofonem
                                                    track 4: tutaj już tabla "mówi". przesłuchując ten kawałek (do końca) rozumie
                                                    się, co chciałbym powiedzieć, mówiąc o tworzeniu przestrzeni: niektóre z
                                                    instrumentów grają w którymś momencie pod prąd tworząc "fale", pomiędzy
                                                    grzbietami których powstają łuki dźwiękowe pozostałych instrumentów i głosu
                                                    ludzkiego
                                                    track 6: opowiada o tym, jak tabla potrafi rozmawiać z głosem ludzkim, a
                                                    jednocześnie ukazuje znaczenie tego instrumentu. w zasadzie wystarczyłby on
                                                    sam. pod warunkiem, że grający na nim ma pojęcie o spektrum, w jakim z tym
                                                    instrumentem można się poruszać.

                                                    zakir hussain, "making music"
                                                    track 1: najpierw jest tylko flet i sitar. następnie miesza się tabla i
                                                    przejmuje centrum, wokół którego ustawia się saksofon, gitara (mająca prawie
                                                    hiszpańskie brzmienie. ma się wrażenie, iż gra na niej paco de lucia)
                                                    track 3: tutaj znowu tabla trzyma środek, natomiast flet mówi po ludzku
                                                    track 5, takie możliwości czają się w głosie! w tym kawałku głos i tabla
                                                    osaczają się nawzajem, przypierają do muru i koziołkując w "zapaśnym" uścisku
                                                    uwalniają się na nowo ze swoich objęć. a najlepsze jest to, iż śpiewa i gra
                                                    jedna i ta sama osoba...

                                                    john mclauglin, zakir hussain, t.h. "vikku" vinayakram, hariprasad
                                                    chaurasia / "remember shakti", 1997
                                                    tutaj w zasadzie muzyka jest tak mało "jazzowa" (w porównaniu do
                                                    poprzednich), że da się przesłuchać z zachwytem całość, czyli obydwie płyty.
                                                    zarzucić można, iż jest to już "typowym" przykładem współpracy muzyki etno i
                                                    jazzu, lub wykręcić się argumentem, iż grają tu "tylko" mistrzowie. no cóż,
                                                    sir alec quiness powiedział kiedyś "szlachectwo zobowiązuje". a to oznacza,
                                                    iż byłoby lepiej pozostać przy starych płytach osjanu i paru dobrych
                                                    wspomnieniach.

                                                    ps. czy ktoś grający prawie wszędzie na tablas, potrafi też coś innego? otóż
                                                    tak. jeśli posłucha się, co trilok gurtu wyczynia w trio mcloughlina na
                                                    instrumentach perkusyjnych (john mcloughlin trio, “live at the royal festival
                                                    hall, november
                                                  • cze67 Jim White NO SUCH PLACE - grimsrund 26.02.05, 10:57
                                                    Jim White NO SUCH PLACE, Luaka Bop 2001, wyd. polskie EMI

                                                    Taaak... W końcu zdecydowałem się popełnić pierwszą niby-recenzję, w myśl
                                                    zasady "chcesz żeby coś było zrobione porządnie - zrób to sam".

                                                    Pan Jim White to bardzo ciekawa postać, o czym można się przekonać choćby
                                                    czytając jego biografię na Allmusic. Wychowany na protestanckim Południu
                                                    surfer i model, któremu piła łańcuchowa szpetnie poharatała kiedyś rękę, co
                                                    jednak nie powstrzymało jego kariery muzycznej. Utalentowany człowiek, który
                                                    ze swoimi demówkami dotarł do samego Davida Byrne'a i jego wytwórni Luaka
                                                    Bop. Nawiasem mówiąc, twórca Talking Heads i dziwny kapelusznik z Florydy
                                                    najwyraźniej przypadli sobie do gustu, czego rezultatem była wydana
                                                    jednocześnie z NO SUCH PLACE bardzo ciekawa płyta zawierająca przeprowadzony
                                                    przez Byrne'a wywiad-rzekę z twórcą albumu.

                                                    Pierwsze "pełnometrażowe" dzieło White'a, THE MYSTERIOUS TALE OF HOW I
                                                    SHOUTED WRONG-EYED JESUS! ukazało się w 1997 roku i wywołało spore
                                                    zamieszanie wśród miłośników alternatywnego country. White'a zaczęto nawet
                                                    nazywać nowym Tomem Waitsem (aczkolwiek trzeba przyznać, iz jego głosowi
                                                    sporo jeszcze brakuje do firmowej chrypy Toma). Tak czy owak w realizacji
                                                    krążka maczali swoje paluchy Ralph Carney (współpracownik Waitsa, Billa
                                                    Laswella i Victorii Williams), sama Victoria Williams oraz inny wielki, acz
                                                    niedoceniany twórca szeroko pojętego alt-country - Joe Henry. Zakręcone
                                                    teksty byłego ujeżdżacza fal obracały się częstokroć w apokaliptyczno-
                                                    pijackich "waitsowych" klimatach, świadcząc o nader osobliwej wyobraźni
                                                    swojego twórcy, tudzież o jego ponadprzeciętnej wrażliwości.

                                                    Album ten wpadł również przez przypadek w ręce pewnego młodego angielskiego
                                                    filmowca, co zaowocowało zdarzeniami, o których będzie mowa za chwilę.

                                                    Międzynarodowa renoma, jaką zdobył White po debiutanckiej płycie sprawiła, że
                                                    w nagrywaniu NO SUCH PLACE pomagała mu kolejna grupa niezwykłych muzyków, tym
                                                    razem z różnych stron świata. Trzy utwory (HANDCUFFED TO A FENCE IN
                                                    MISSISSIPPI, THE WOUND THAT NEVER HEALS oraz 10 MILES TO GO ON ON A 9 MILES
                                                    ROAD), zarazem najbardziej dynamiczne fragmenty płyty, to rezultat starań
                                                    Paula i Rossa Godfrey'ów z brytyjskiego zespołu Morcheeba, którzy zagrali na
                                                    swoich instrumentach i współprodukowali owe piosenki. Podczas słuchania tych
                                                    kawałków nogi same wyrywają się do tańca - choćby nawet owym tańcem miałby
                                                    być taniec św. Wita. Nieco przypominały mi one klimaty ostatnich płyt
                                                    Wolfgang Press oraz twórczość wspaniałej, acz niestety mało znanej
                                                    brytyjskiej grupy Scott 4 (uprawiającej gatunek, który dla własnych potrzeb
                                                    nazwałem "Kraftwerk na Dzikim Zachodzie"). Po jednym zaś utworze zrobili na
                                                    płytę White'a dwaj cenieni Japończycy: Sohichiro Suzuki (założyciel i lider
                                                    grupy World Standard) to współautor najbardziej poruszającej kompozycji NO
                                                    SUCH PLACE - ponad siedmiominutowego, niemal akustycznego CHRISTMAS DAY, zaś
                                                    Toshihiro Nakanishi pomagał przy równie skromnie zaaranżowanym CORVAIR.
                                                    Produkcją czterech innych piosenek zajął się Andrew Hale, podpora grupy
                                                    towarzyszącej Sade i lider grupy Sweetwater, zaś po dwie - hiphopowy DJ z
                                                    Florydy Q-Burns Abstract oraz własny zespół White'a, 144,000 (wbrew swojej
                                                    nazwie liczący jednakże nieco mniej członków).

                                                    NO SUCH PLACE to bardzo ciekawa mieszanka stylów, która po raz kolejny może
                                                    skłonić do rozważań na temat: jak wyglądałaby dzisiejsza scena
                                                    folkowo/kantrowa gdyby nie wielki głównonurtowy sukces Becka? Podobnie jak u
                                                    tamtego twórcy mamy tu z jednej strony "nowoczesne" skrecze i loopy, a z
                                                    drugiej "wstydliwe" banjo, mandoliny, gitary slide itp. - instrumentaria,
                                                    które na pozór nijak do siebie nie pasują, a jednak razem potrafią stworzyć
                                                    niepowtarzalną całość, która za każdym przesłuchaniem brzmi równie świeżo. W
                                                    takim właśnie "sosie" pływa sobie Jim White, śpiewający (często "przez
                                                    słuchawkę telefoniczną"), skandujący, mruczący i jodłujący swoje dziwaczne
                                                    (choć już nie tak bardzo jak na pierwszej płycie) teksty; o miano najlepszego
                                                    tytułu na płycie walczą u mnie GHOST-TOWN OF MY BRAIN oraz GOD WAS DRUNK WHEN
                                                    HE MADE ME.

                                                    Jako swoisty dodatek do NO SUCH PLACE można potraktować film telewizji BBC W
                                                    POSZUKIWANIU ZEZOWATEGO JEZUSA (SEARCHING FOR THE WRONG-EYED JESUS) z 2003
                                                    roku. Jego autor, Andrew Douglas, zafascynowany płytowym debiutem White'a,
                                                    namówił twórcę do wspólnej wyprawy szlakiem inspiracji muzyka - przez
                                                    bagniska, więzienia, obskurne bary i motele rodzinnej krainy twórcy. Film,
                                                    który co jakiś czas pokazuje stacja Planete, prezentuje tak osobliwe
                                                    panoptikum muzyków-amatorów, szaleńców, więźniów, dziwek, militarystów i
                                                    religijnych fanatyków, jakie rzadko spotkać można na małym ekranie. Znakomity
                                                    dokument puentuje utwór CHRISTMAS DAY, w którym Jim White przejmująco śpiewa
                                                    o złamanym sercu...


                                                    Where in the world did you come from my dear?
                                                    Did some mysterious voice tell you I'd still be here?
                                                    I bought this ticket to Mobile, but I been stranded all day...
                                                    P.A. said the bus broke down ten miles away from the station

                                                    So seldom a door...so seldom a key...
                                                    So seldom a lock like the love between you and me
                                                    But seldom comes happiness without the pain
                                                    Of the devil in the details since I saw
                                                    The smile on your face as I was crying in a Greyhound station
                                                    On Christmas Day... in 1998

                                                    The burden of love is the fuel of bad grammar
                                                    You stutter and stammer--what a bitch to convey the crux of the matter
                                                    When the words you must utter are hopelessly tangled
                                                    In the memories and scars you show no one

                                                    So seldom a door...so seldom a key...
                                                    So seldom a hit like the hurt you put on me
                                                    But seldom comes happiness without the pain
                                                    Of the devil in the details since I saw
                                                    The smile on your face as I was crying in a Greyhound station
                                                    On Christmas Day... in 1998

                                                    I remember quite clearly, a bad Muzak version
                                                    Of James Taylor's big hit, called "Fire and Rain" was playing
                                                    As you crouched down and tearfully kissed me
                                                    And I thought, "Damn, what good fiction I will mold from this terrible pain"

                                                    So seldom a door...so seldom a key...
                                                    So seldom a gift like the gift you gave me
                                                    But seldom comes happiness without the pain
                                                    Of the devil in the details since I saw
                                                    The smile on your face as I was crying in a Greyhound station
                                                    On Christmas Day... in 1998

                                                    Amazing grace, how sweet the smile upon the face
                                                    I never thought I'd see you again...
                                                    Especially here in this Greyhound station...
                                                    On Christmas Day... in 1998

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20516093
                                                  • cze67 Under Byen - pagaj_75 26.02.05, 18:40
                                                    W ciągu ostatnich kilku(nastu) lat Skandynawowie jakby mieli coraz więcej do
                                                    powiedzenia w muzyce (niezbyt) popularnej, zwłaszcza jeśli chodzi o głosy
                                                    żeńskie. Szwedzi dali nam np. Stinę Nordenstam, Islandia pchnęła w świat Bjork
                                                    i Mum, Norwegowie mają Anję Garbarek. Jedynie Finowie się w tym względzie
                                                    ciągną w ogonie. No i do niedawna wydawało mi się, że Duńczycy również. A tu
                                                    mała niespodzianka - jest! Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, w dodatku tak
                                                    słabo widzialna i słyszalna, ale mimo wszystko miło posłuchać.

                                                    Nie szukajcie recenzji ich płyt na pitchforku ani porcysiu. Nie znajdziecie
                                                    też informacji o nich w AMG. To wszystko jeszcze przed nimi ;) Anyway, Under
                                                    Byen (nawet nie wiem jak poprawnie wymawiać tą nazwę) są, jako się rzekło, z
                                                    Danii i jest to ośmioosobowy kolektyw, iście postępowy w kwestii płciowej:
                                                    cztery panie i czterech panów, w dodatku to panie tam rządzą! A konkretnie
                                                    wokalistka Henriette Sennenvaldt i pianistka Katrine Stochholm, bo one to są
                                                    głównymi twórczyniami repertuaru UB. Instrumentarium składa się ze smyków,
                                                    różnorakich instrumentów klawiszowych (pianino, wurlitzer, syntezator Mooga),
                                                    dęciaków, basu i perkusji, choć w użyciu są również różne nietypowe
                                                    instrumenty takie jak ukulele, piła, czy melodica. Prawie zero gitary. I
                                                    śpiewają wyłącznie w ojczystej mowie, co mnie akurat nie przeszkadza.

                                                    Muzyka jaką razem tworzą nie jest zbytnio odkrywcza. Ba, zaryzykowałbym
                                                    twierdzenie, że jest bardzo wtórna i wywołuje wiele skojarzeń. Największe
                                                    skojarzenia powoduje chyba głos wokalistki, która często brzmi jak Bjork po
                                                    ciężkim załamaniu nerwowym i na środkach antydepresyjnych :) Reszta ansamblu
                                                    utrzymuje brzmienie w klimatach, nazwijmy to z grubsza i umownie,
                                                    skandynawskich, a więc właśnie takich mumowo-nordenstamowo-garbarkowych.
                                                    Wydali dotąd dwie płyty długogrające: "Kyst" (1999) i "Det Er Mig Der Holder
                                                    Traeerne Sammen" (2002) i obie wydają się godne polecenia ludziom, którzy
                                                    lubią takie jesienno-zimowe, melancholijne granie. Pierwsza jest dość surowa i
                                                    siermiężna produkcyjnie niczym meble z IKEI, ale zawiera kilka cudnych tematów
                                                    (jak choćby tytułowy czy "Hjertebarn") obok których jakoś nie mogę przejść
                                                    obojętnie. Druga już brzmi (technicznie) lepiej i ma kilka naprawdę przemiłych
                                                    fragmentów, jak choćby "Plantage" czy finałowy, 12-minutowy "Om Vinteren".

                                                    Jak dotąd pozostają raczej nieznani poza ojczystą Danią (a i tam pewnie do
                                                    gwiazd nie należą), choć powoli może się to zacząć zmieniać. W zeszłym roku
                                                    Niemcy z Rammsteina poprosili Under Byen o zremiksowanie ich utworu "Ohne
                                                    Dich", a w tym roku mają szansę pokazać się szerszej publiczności (również
                                                    zagranicznej) na festiwalu w Roskilde. W internecie poza oficjalną stroną
                                                    zespołu znalazłem kilka witryn prowadzonych przez fanów, również taką z
                                                    angielskimi tłumaczeniami tekstów UB. Zespół ten świata pewnie nie zmieni, ale
                                                    dla paru osób może uczyni go bardziej kolorowym (tak jak dla mnie).

                                                    PS. Nie szukajcie ich płyt w amazonach i innych. Kupić je można tylko w kilku
                                                    duńskich sklepach internetowych. Jakby ktoś był zainteresowany, mogę podać
                                                    namiary na ten, w którym sam kupiłem, bo transakcja przebiegła absolutnie
                                                    bezproblemowo.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20554731
                                                  • cze67 Patricia Kas w Kongresowej - pizmak31 26.02.05, 18:41
                                                    Dzieki uprzejmosci kolezanki Martolki oraz uprzejmosc kolegi M.K (imie i
                                                    nazwisko znane redakcji) wybralysmy sie nie koncert Patricii Kaas, co ja
                                                    tylko znalysmy ze slyszenia i tyle o niej wiedzialysmy, ze jest Francuzka. I
                                                    ze pop gra oraz ladnie interpretuje Brella. No i tak bym powiedziala: 2/3
                                                    muzyki mozna wyrzucic przez okno, bo nic nie zostaje w glowie, taki francuski
                                                    pop-rock raczej nie do zniesienia. natomiast w utworach lirycznych i balladka
                                                    - baaardzo pozytywnie. Sama Patricia wie za co dotaje pieniadze, bo sie nie
                                                    oszczedzala na scenie, chociaz jej choreografia chwilami przypominalam ruchy
                                                    Ally Pugaczowej badz Beaty Kozidrak z zespolu Bajm. Muzycy byli dobrzy, ale
                                                    musieli grac beznadziejnie konwencjonalne solowki gitarowe. Pod koniec
                                                    koncertu KOngresowa wstala na nogi i ludnosc sie zaczela bujac i musze
                                                    przyznac, ze z Martolka takze sobie poruszalysmy nogami oraz rekami. Pod
                                                    koniec nawet wygladalo, ze Patricia wyzwolila sie z jakiejs takiej
                                                    beznadziejnej manieru ruchowej i zaczela zwyczajnie skakac jak Ilus podczas i
                                                    i drugiej edycji Indiepopnight. No i swiatla. Swiatla byly najpiekniejsza
                                                    rzecza w tym koncercie. Scena byla z czterema abazurami zawieszonymi w
                                                    polowie i kolory byly niebianskie. jednym slowem, za darmo mozna isc, a jak
                                                    bedzie jakas przecena w sklepie to moze nawet i kupie plyte tej pani. merci
                                                    beaucoup pour votre attention :))))

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20837136
                                                  • cze67 New Order "Waiting For The Sirens Call" - ilhan 26.02.05, 18:43
                                                    1. Who's Joe
                                                    Rozpoczyna klasyczne neworderowe intro klawiszowe, dalej całość w średnim
                                                    tempie. Z pewnością robi coraz lepsze wrażenie z każdym
                                                    kolejnym przesłuchaniem, a refren (podtrzymuję) to nowe "Crystal". Ocena: 8,5/10

                                                    2. Hey Now What You Doing
                                                    Gitarowy riff w stylu "Get Ready", ale potem bardziej w guście "Dream Attack"
                                                    z "Technique" z tą melancholijną melodią i wokalem
                                                    Sumnera. Ocena: 9/10

                                                    3. Waiting For The Sirens' Call
                                                    Now that's a classic one. Najlepszy utwór na płycie i prawdopodobnie najlepszy
                                                    utwór New Order od 16 lat. Coś więcej niż
                                                    początkowe skojarzenie (zagubione ogniwo "Technique"). Wreszcie prawdziwie
                                                    znakomity motyw basu Hooka. Musi być przebój. Jeśli
                                                    ktoś ma wątpliwości, musi poczekać do 4:21. Ocena: 10/10

                                                    4. Krafty
                                                    W kontekście płyty to znakomity wybór pierwszego singla. Rasowy neworderowy
                                                    pop. Ocena: 8/10

                                                    5. I Told You So
                                                    OK, więc nie byłem jedyną osobą, która skojarzyła to z Ace Of Base (ktoś
                                                    pamięta "All That She Wants"?). Brzmi jak sympatyczny,
                                                    ale za długi odrzut z "Republic". Ocena: 6/10

                                                    6. Morning Night And Day
                                                    Pierwszy tak dynamiczny, typowo taneczny utwór. Nie można chyba nie słyszeć jak
                                                    przefajny jest ten moment kiedy wchodzi refren i
                                                    wszystko zyskuje o 100% na skoczności. Bernard wciąż nie jest tekściarzem
                                                    wszechczasów (I just want some action / Give me
                                                    satisfaction), ale solidna robota. Ocena: 8/10

                                                    7. Dracula's Castle
                                                    Znów coś w stylu gitarowych momentów "Technique". Ładne. Ocena: 7,5/10

                                                    8. Jetstream
                                                    Gościnny udział babeczki na wokalu. Nie jestem przekonany do tego utworu
                                                    (jeszcze?). Przypomina te mniej ciekawe momenty "Get
                                                    Ready" jak "Vicious Streak" może, choć refren ma dość chwytliwy. Ocena: 6,5/10

                                                    9. Guilt In A Useless Emotion
                                                    Tu płyta dokonuje podziału fanów New Order na prawdziwych wyznawców i
                                                    fake'owców, którzy mają ich za zespół rockowy :D Damskie
                                                    chórki w refrenie irytują w stylu singlowego miksu "Sub-culture". Dyskotekowy
                                                    kawałek w najlepszym wydaniu, gdyby nie ta kobieta w
                                                    refrenie, grrr. Ocena: 7,5/10

                                                    10. Turn
                                                    Znów wariacja w temacie "Dream Attack", ale melodia kapitalna. Ocena: 8,5/10

                                                    11. Working Overtime
                                                    Na koniec rock'n'roll, gdzie New Order pokazują miejsce w szyku 90% kapel new
                                                    rock revolution ;) Nie powala, może nie powinno
                                                    kończyć płyty, ale mimo wszystko fajne. Ocena: 7/10

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19325441&wv.x=1&a=20527127
                                                  • cze67 Gary Moore-Power of the Blues - ihopeyouwilllikeme 28.02.05, 13:00
                                                    Płyta jest miła, choć mało odkrywcza ( czyt. wszystko to juz było, i to wiele
                                                    razy ). Zaczyna się ostrą jazdą ( adekwantnie do tytułu pierwszego kawałka,
                                                    będącego jednocześnie tytułem płyty ), potem zwalniamy tempo ( " There's A
                                                    Hole ", kojarzą mi się z czyms te akordy, ale zapomniałem z czym ). Świetne "
                                                    Tell Me Woman ", z fantastycznym wykorzystaniem efektu " wah wah ", poprzedza
                                                    klasyczny już przebój " I Can't Quit You Baby " ( Gary Moore inspirował się
                                                    raczej wersją Led Zeppelin niz oryginałem ). " That's Why I Play The Blues " to
                                                    blues balladowy, mogący kojarzyć się z największymi przebojami artysty. Żeby
                                                    nie było monotonnie dalej mamy ciężki, oparty na rwanych riffach " Evil ".
                                                    Naprawdę daje kopa ! Ostatnie cztery utwory na płycie to po prostu kolejne
                                                    bluesy, raz szybsze, raz wolniejsze ( pyszny " Torn Inside " ), ale żaden z
                                                    nich nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Warto natomiast posłuchać ze względu
                                                    na gitarowe popisy Moore'a, które momentami naprawdę urywają głowę. Polecam
                                                    umiarkowanie.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13440693&wv.x=1&v=2&s=0
                                                  • cze67 RHCP-z koncertu + mooreash 28.02.05, 13:01
                                                    Amsterdamski stadion Arena robi wrazenie niemal tak duze jak katowicki
                                                    spodek. Nie moge sie doszukac ile tam wlazlo ludzi, ale podejrzewam, ze okolo
                                                    50 tysiecy. Zabrali nam aparat, wiec wieczor nie zaczal sie zbyt przyjemnie.
                                                    Zroznicowanie wiekowe wprawilo nas w swoisty szok. Na marillion znacznie
                                                    zanizalismy srednia wiekowa, a tutaj byly i dzieci (bo na oko jakies 8-10
                                                    lat) i ludzie, ktorzy pamietaja jeszcze czasy kiedy mieczyslaw fogg skakal w
                                                    krotkich spodenkach po podworku. Kolejny raz zaczalem sie zastanawiac
                                                    dlaczego tak drazni mnie przychodzenie na koncert w koszulce wystepujacego
                                                    zespolu. Podejrzewa, ze okolo polowa ludzi miala na sobie koszulki RHCP z
                                                    czego trzy czwarte kupilo je na tymze koncercie (za jedyne 30 euro)
                                                    wchodzimy, miejsca siedzace, trzeci rzad. Przed nami plyta boiska, scena po
                                                    drugiej stronie, jakby nie ekrany to bym nic nie widzial. Zachcialo sie nam
                                                    miejsc siedzacych, nigdy wiecej! Zboczenie zawodowe (i pragnienie) kazalo mi
                                                    zwrocic uwage na ciekawa maszyne do nalewania piwa. Taca z trzydziestoma
                                                    kubkami podstawiana pod maszyne z szescioma rurkami, szybko, efektownie i
                                                    kupa piany na podlodze. Punkt dziewietnasta (zgodnie z rozkladem) zaczyna
                                                    sie “show”.
                                                    Supporty-
                                                    1. chicks on speed- I tu pojawil mi sie kolejny raz ten sam problem- czy
                                                    zespol grajacy koncert ma wplyw na to kto gra przed nim? Wiem, wiem- jestem
                                                    nietolerancyjna malpa, ale CO TO KUUURWAAAA MA BYC???? Trzy panny (gdzies w
                                                    polowie wyskoczyla czwarta, ale tylko skakala po scenie jakby siadla w
                                                    mrowisku) przy czym co do plci nie jestem pewien. Skakalo toto po scenie,
                                                    krzyczalo jakies dziwne teksty po sngielsku I po niemiecku, stroje zywcem
                                                    wyjete z technoparty w berlinie zachodnim pietnascie lat temu, makijaze jak
                                                    polaczenie kiss I antoniny krzyszton, podklad-techniawka w tle, I tak z pol
                                                    godziny… ciezko bylo, oj ciezko. Jedna babka (?) wygladala jak maryla
                                                    rodowicz, tyle ze troche chudsza, nlodsza I z czarnymi klakami. Z tego co
                                                    zauwazylem wiekszosc ludzi siedzacych na trybunach byla bardziej
                                                    zainteresowana golebiem, ktory wlecial jakos do srodka I nie mogl wyleciec
                                                    (ajax ma kryty stadion) latal biedny od jednej trybuny do drugiej, ciekawe
                                                    jaki mialo to wplyw na jego psychike- halas, ktorego ja nie moglem zniesc,
                                                    dym z papierosow (tak, w holandii pala tez papierosy) I zamknieta przestrzen…
                                                    no, ale nie o ornitologii mialem tu dzis pisac.
                                                    2. the roots.
                                                    O ile w pierwszych minutach ich wystepu drugi raz zadalem sobie pytanie czy
                                                    nie pomylilem stadionow, to jednak pozniej sie rozkrecili. Zaczeli od jakichs
                                                    hiphopsiupujacych fajansow, ale pozniej zrobilo sie ciekawiej. Dwoch
                                                    gitarzystow (z czego jeden do zludzenia przypominal philipa michaelà thomasa
                                                    z majami wajs) basista (z cygarem w zebie, perkusja, klawisze. Jak spiewal
                                                    PMThomas to bylo ok, jak wokalista to zaraz sie z tego robila kaszana.
                                                    Zaskoczyli mnie tym, ze pomiedzy numerami basitsa zagral dosc rozbudowanie I
                                                    trzeba przyznac, ze ciekawe solo. Jak sie na to patrzylo to si emialo
                                                    wrazenie ze koles odgania sie od krowich bakow, ale jak zamknac oczy to nawet
                                                    ciekawie to brzmialo. Jeden z gitarzystow tez zagral pozniej solo w ktorym
                                                    wykazal sie uwielbieniem hendrixa, grajac za plecami nad glowa, miedzy nogami
                                                    I wkilku innych pozycjach. Nie wybzykal I nie podpalil jednak wiosla wiec do
                                                    jimiègo mu jeszcze troche brakuje. Nie byli tacy strasznie, ale mimo to
                                                    odetchnalem kiedy juz zeszli. Myslalem, ze to jakies miejscowe obiboki, ale
                                                    na stronie RHCP jest napisane ze graja z nimi dosc czesto.

                                                    No I do rzeczy.
                                                    Dosc dlugo trwalo zanim wlezli wreszcie na scene. Dodatkowe dwa telebimy
                                                    odpalone co ulatwilo mi ogladanie widowiska. Zaczeli we trzech od kawalka
                                                    ktorego nie znam, ale zaraz po nim na scenie pojawil sie anthony (ubrany w
                                                    biala koszule, krawat I taki zajebisty kubraczek) I polecialo “can`t stop”
                                                    wywolujac u mnie ta zajebista, jedyna w swoim rodzaju gesia skorke. Niestety
                                                    nie mialem nic do pisania zeby przekazac wam teraz kolejnosc numerow, al ei
                                                    tak nei bylaby ona zbyt dokladna bo nie jestem jakims znawca zebym znal ich
                                                    wszystkie ich kawalki. Ciekaw jestem ilu obecnych tam ludzi odkrylo RHCP
                                                    dopiero po “by the way”. Sodzac po wrzaskach I piskach jakie wywolal “zephyr
                                                    song” sporo. Ktos kiedys stwierdzil ze red hoci to bardzo dobry zespol, ale
                                                    na koncertach duco traca. I ja, z wilkim bolem musze sie z tym
                                                    zgodzic.dlaczego?
                                                    1. strasznie zle naglosniony wokal. Wiem, ze to nie ich wina, ale mimo
                                                    wszystko powinno to byc dopilnowane.
                                                    2. strasznie dlugie przerwy miedzy piosenkami.
                                                    3. dwa czy trzy razy mialem wrazenie, ze nie wiedza co maja zagrac, zaczynali
                                                    sobie brzdeakac po czym przerywali I zaczynali jakis inny numer. Dziwnie to
                                                    brzmialo I wygladalo. Po zespole z ich doswiadczeniem scenicznym spodziewalem
                                                    sie nieco wiecej.
                                                    4. odnioslem wrazenie, ze forma wokalna anthonyègo nie jest najlepsza. Ale,
                                                    jak juz wyzej napisalem moze to po prostu naglosnienie.
                                                    5. nie zagrali mojego ulubionego “black sugar…”J
                                                    ale nie bylo tak strasznie- teraz o plusach.
                                                    1. forma wizyczna wokalisty- zajebiscie podoba mi sie ten uklad
                                                    choreograficzny przypominajacy polaczenie wscieklego orangutana I
                                                    krakowiaczek-ci-ja.
                                                    2. kilka ciekawych przerywnikow. Teoretycznie mozna to bylo rowniez uznac za
                                                    minus tego koncertu, mozna to bylo debrac za swoista zapchaj-dziure, ale mnie
                                                    sie to jednak podobalo. Napiejrw basista kolejny udowodnil, ze potrafi
                                                    wycignac z tego instrumetu rewelacyjnie brzmiace dzwieki, bylem w szoku.
                                                    Zawsze podziwialem wlasnie jego sluchajac RHCP, ale gdy zagral sam- wtedy
                                                    dopiero pokazal co potrafi. Zreszta pozniej wprawil mnie w zadziwinie
                                                    wychodzac na scene z… trabka. Nawet mu niezle na tej trabeczce szlo.
                                                    Frusciante w tym czasie bawil sie przesterami (delay, flenger i inne takie)
                                                    rozciagajac brzmienie trabki na wszystkie strony. Pozniej kilka krotkich acz
                                                    pieknych solowek zagral perkusista. Miedzy innymi wstep do “good times, bad
                                                    times”cepelii. W sumie mozna na te przerywniki popatrzec rowiez z drugiej
                                                    strony. Wygladalo to tak jakby reszta schodzila ze sceny podpiac sie pod
                                                    kroplowke czy cos I w tym czasie trzeb abylo cos wykombinowac… ale nie bede
                                                    sie juz czepial.
                                                    Zabisowali tylko raz, ale za to jak….
                                                    Najpierw Frusciante powiedzial, ze jak byl mlodym, jedenastoletnm punkowycm
                                                    chlopcem to byl to jeden z jego ulubionych numerow po czym zagarli cos co
                                                    brzmialo jak black flag lub the x, a pozniej zlazl troche nizej ze sceny I
                                                    polecialo “under the bridge”…

                                                    Podsumowujac odczulem delikatny niedosyt. Moze nie moglem sie do konca
                                                    wyluzowac bo holenderska kolej jezdzi tylko do polnocy wiec patrzylem co
                                                    chwile na zegarek zeby sie nei spozniec na ostatni pociag. A moze po prostu
                                                    za duzo zobie wyobrazalem.
                                                    To tyle.

                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13576582&wv.x=1&v=2&s=0
                                                  • sonia34 Re: Drake, Basiński - pytajnick 09.03.05, 20:43
                                                    Witam!
                                                    Też kocham Drake'a:)Ja zaczęłam Go słuchać od ''Five Leaves Left''.Do dziś mam
                                                    łzy w oczach gdy słucham''Day Is Done''.Brak mi słów...
                                                    Pozdrawiam:)
    • cze67 Elvis Costello - The Delivery Man - pixie 15.03.05, 13:20
      Po „When I Was Cruel”, a zwłaszcza po „North” z pewną nieufnością podeszłam
      do najnowszej produkcji pana Costello. Trudno przewidzieć, w jakim kierunku
      mógł pożeglować po płycie wypełnionej jazzującymi balladami. W pewnym sensie
      Costello wraca do punkowej energii „When I Was Cruel”, a konkretnie jednego
      utworu - „Tear Off Your Own Head (It's a Doll Revolution)”. Taka jest
      płyta „The Delivery Man” - poraża energią i emocjonalnością, do której mnie
      przyzwyczaiła wczesna, najdoskonalsza twórczość tego pana. Nie da się ukryć,
      że Costello nagrał ten album w stanie Mississippi, ale bez obaw, on odkrywał
      nowe obszary muzyki. Country-punk. Blues-punk. I jeszcze soul-punk. Krótko
      mówiąc, country, bluesa, soulu i całej tej rdzennej muzyki amerykańskiej jest
      tyle, ile trzeba, aby album „The Delivery Man” brzmiał świeżo, surowo i
      interesująco. Albo ja się nie znam na country. Bardzo mnie cieszy obecność na
      tej płycie Steve’a Nieve, a raczej że tę obecność tak dobitnie słychać. Jego
      fortepianowy riff w skądinąd znakomitym „Country Darkness” porywa przy swojej
      genialnej prostocie. Utwór ten jako jeden z wielu udowadnia również, że
      energia u Costello niekoniecznie oznacza szybkość. Jest on specjalistą od
      dynamicznych ballad, które brzmią tutaj jak cisza przed burzą. Nie będę
      opisywać pojedynczych utworów, nie warto rozbijać tę płytę na kawałki.
      Słuchając po raz kolejny „The Delivery Man”, odkrywam na nowo powody, dla
      których album ten nie tylko znajdzie się na czele mojego tegorocznego
      rankingu (o co u mnie nietrudno), ale przede wszystkim dlaczego zaliczam go
      do najlepszych dokonań Elvisa Costello - a sporo się ich już nazbierało.

      Podczas nagrywania "The Delivery Man" wspomagał Costello instrumentalnie
      zespół the Imposters (perkusista Pete Thomas i klawiszowiec Steve Nieve z the
      Attractions oraz basista Davey Farragher), a wokalnie - Emmylou Harris i
      Lucinda Williams. Oficjalnie płyta pojawi się w sprzedaży od 21 września (no
      co ja poradzę, pokusa była zbyt silna ;).

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15913310&wv.x=1&v=2&s=0
      • cze67 Jeff Buckley''Grace'' - sonia34 15.03.05, 13:23
        Gdy usłyszałam tą płytę zaprzedałam jej całą duszę,sześć dni nie słuchałam nic
        innego!Bezbrzeżne piękno,pure esence muzyki.Odtrutka na wyzuty z uczuć
        muzyczny fast-food, serwowany przez komercyjne rozgłośnie,czysta magia. Tego
        nie da się opisać słowami,tego albumu trzeba po prostu posłuchać,poczuć tę
        nostalgię ''Lilac Wine'',zatopić się w smutku''Grace'',poddać się melanholii
        ''Hallelujah'' .Tego się nie słucha ot tak...tej muzyce trzeba poświęcić
        całkowicie, nauczyć się słuchać.No bo tak po pierwszym przesłuchaniu...co to
        właściwie jest?Śpiewa sobie jakiś tam facet o miłości, ...ale za to jak
        !!!Jeff dotknął absolutu,osiągnął wyżyny sztuki niedostępne dla innych.Nie
        zanudza banalnymi wyznaniami w stylu ''Baby I love you'',tu każda piosenka
        została nagrana z potrzeby serca,płynie z głębi ludzkiej duszy.Jeff powiedział
        kiedyś:''Nie tworzę muzyki dla wytwórni,tworzę muzykę dla ludzi''.Ten album
        chwyta za serce... po prostu!Przywraca wiarę w to,że muzyka jest sztuką.Nawet
        ''zwykły'' szept(czasem szeptem można wyrazić więcej niż krzykiem) w ''So Real
        ''przyprawia o dreszcze:

        I love you
        But I'm afraid to love you
        I love you
        But I'm afraid to love you...

        A ''normalne''piosenki o miłości- ''Last Goodbye'' i ''Lover, you should've
        come over' ' mają w sobie tyle uroku,że wystarczyłoby na kilkadziesiąt utworów
        innych wykonawców.A ''Grace'' to nie tylko album z genialnymi piosenkami,Jeff
        od początku poraża słuchacza swym niezwykłym glosem(ok pięciu oktaw)-''Mojo
        Pin'',w jednej chwili zmienia normalny śpiew w histeryczny
        krzyk-''Grace'',śpiewa falsetem-''Corpus Christi Carol'',czy zaskakuje rockową
        drapieżnością-''Eternal Live''.

        Genialne!!!!!!
        To płyta,która przypomina nam o Naszym człowieczeństwie,że mamy duszę


        PS.John Lennon twierdził,że za pomocą muzyki można zbawić świat...muzyka Jeffa
        daję nadzieję,że to prawda.


        PS.Bono powiedział o Jeffie:''Był czystą kroplą w ocenie hałasu''
        Przeczytalam kiedyś o płycie ''Starsailor''Tima Buckley'a(ojca Jeffa)
        To już na prawdę momentami nie jest muzyka. To serce Tima Buckleya
        wydzierające się na zewnątrz, krzyczące, płaczące, kochające, śmiejące się...
        Ja to samo mogę powiedzieć o ''Grace''.Jeff...ojciec napewno byłby z Ciebie
        dumny.


        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21518799&wv.x=1&v=2&s=0
        • cze67 puking and crying - janek0 16.03.05, 22:08
          Ta płyta jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Jenn Ghetto, gitarzystka,
          basistka, klawiszowiec, wokalistka, producent i w ogóle jedyny uczestnik
          projektu pt. "S", ma rzadki dar komponowania muzyki dojrzałej artystycznie
          (wśród muzyków tzw. indie rocka rzecz nieczęsto spotykana) i zarazem
          poruszającej emocjonalnie. Wykorzystuje do tego proste środki - niebardzo
          wirtuozerską grę na gitarze i tylko trochę zmanierowany wokal, w większości
          utworów wykorzystywany zresztą raczej oszczędnie. Dużo więcej się tu nie
          usłyszy - czasem może trochę klawiszy, często mechaniczną (czy raczej
          elektroniczną) perkusję. Do tego poetyckie, osobiste teksty, i nieprzeciętna
          osobowość. Prosta forma, potężny przekaz. Gdyby poprzestać na takim opisie,
          ktoś mógłby pomyśleć, że chodzi o jakiegoś damskiego klona Sama Beama z Iron
          and Wine. Skojarzenie o tyle dobre, że podobno pierwsza płyta S została
          nagrana po prostu w sypialni autorki, podobnie jak pierwsza płyta Pana z
          Brodą. (Czy była to ta sama sypialnia, źródła milczą). Ale "Puking and Crying"
          to nie jest folkowa płyta, i nawet koło folku nie leżała. Wcale nie jest też
          aż tak prosta, jak dzieła w/w autora z Miami. Nie mamy do czynienia z Kobietą
          z Brodą. O nie ! Przede wszyskim, dzieło "S" to płyta rockowa, ale też
          elektroniczna. Coś jakby Cat Power spotkali się z Boards of Canada, gubiąc po
          drodze 3/4 instrumentów. I próbowali nadrobić braki w sprzęcie za pomocą
          majstrowania przy wielościeżkowym magnetofonie i samplerze. Na tym właśnie
          polega skomplikowanie "Puking and Crying". Mimo, że instrumentarium, melodie i
          brzmienie są proste (by nie powiedzieć prymitywne), to
          elektroniczno-producenckie manipulacje się udały, i faktura dźwiękowa
          (niniejszym ogłaszam błyskawiczny konkurs im. A. Gacek na jeszcze bardziej
          nonsensowne i pretensjonalne określenie, nagrodą będzie uścisk dłoni p.
          Księżyka) tej płyty jest całkiem skomplikowana. Oszczędne granie zostało
          przetworzone tak, że czasami grają dwie gitary, śpiewają dwie Jenn i gra
          szesnastu perkusistów. Przy tym, zupełnie nie mamy do czynienia z bawieniem
          się elektroniką dla bawienia się elektroniką. Okazało się mianowicie, że
          samotne siedzenie w sypialni na różnych działa różnie, bo o ile płyty Iron and
          Wine emanują spokojem, to "Puking and Crying" jest jakoś emocjonalnie
          rozedrgane. I właśnie do wyrażenia tego nastroju służą Jenn jej elektroniczne
          zabawki. Niektóre z jedenastu utworów umieszczonych na tej płycie osiągają
          odrealniony, niemal dream popowy klimat, i wydają się rozciągać w
          nieskończoność ("I'm fine, Bye bye", "Part II"), inne zaś uderzają w słuchacza
          niczym lawina (fenomenalne "Crushed",i równie genialne "100X") Na innych ("The
          Last Song", "The Coffin of Your True Love") spokojny, jakby wyprany z emocji
          wokal kontrastuje ze skomplikowaną, rozwichrzoną i niespokojną linią
          rytmiczną, i setką "przeszkadzajek". Są też kawałki wyraźnie depresyjne,
          ("Bells", "You Decide"). Jednocześnie, wszystko to przenika niepokój; ma się
          wrażenie, jakby Jenn od szeptu miała zaraz przejść do krzyku, albo spokojne
          gitary miały nagle zamienić się w jakieś piekielne łojenie. Nigdy jednak to
          się nie dzieje - zostaje tylko dziwne uczucie dyskomfortu. Najwięcej
          skomplikowanych rzeczy Jenn przekazuje za pomocą tego, czego nie nagrała i nie
          zaśpiewała. Duża sztuka.

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=17348616&wv.x=1&v=2&s=0
          • cze67 THE CORAL ''MAGIC AND MEDICINE'' - sonia34 22.03.05, 14:45
            Śmierć rocka wróżono od dawna.Na szczęście publiczności znudziły się
            silkonowe laski i żelowe lalusie... i rock znów jest w modzie .Na fali Nowej
            Rockowej Rewolucji wypłynęło wiele nowych zespołów.Niestety nie brakuje wśród
            nich pozbawionych talentu hochsztaplerów z koszmarnym Yeah Yeah Yeahs na
            czele.Odziwo krytyka nie poznała się na tej tandecie i nazywa Karen
            O.-wokalistkę grupy, nadzieją roka.Jeśli tak ma wyglądać współczesna muzyka to
            wolę ogluchnąć!!!.
            Na szczęście nie wszystkie nowe zespoły są takie beznadziejne
            -BRMC,The White Stripes i główni bohaterowie tej recenzji: The Coral nagrywają
            naprawdę dobre albumy.
            Druga płyta zespołu nie przynosi wielkich zmian stylistycznych.To
            nadal kapitalne piosenki retro.The Coral nie grają jakiejś odkrywczej
            muzyki(równie dobrze mogliby nagrywać w latach 60'-tych).Jednak w ich
            prostych,swobodnych kompozycjach jest jakaś sila.Ich urok polega na
            spontaniczności,szczerości.Brak tu efekciastwa ;skoplikowanych,rozbudowanych
            melodii.Jakkolwiek trudno się oprzeć wrażeniu,że to muzyka pełna uczuć,a
            wokalista J.Skelly ma coś istotnego do przekazania(mimo,że trudno teksty w
            stylu:''jestem w lesie/tak rzadkim i boskim/To jest miejsce gdzie tracisz
            umysł...''uznać za szczególnie wybitną lirykę).Rewelacyjny album!Jednak mam
            świadomość,że większość słuchaczy przejdzie obok ''Magic and
            Medicine""obojętnie bo: nudne,niemodne i smętne,ale mała gartska oszołomów (do
            których należy także niżej podpisana)zachwyci się nim bez pamięci i nie
            wytrzyma ani jednego dnia bez ''Don't think you are the first'',''In the
            forest'',czy ''Confession of A.D.D.D.''

            PS.Dawno nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia!(eh,żeby wszycy młodzi
            wokaliści śpiewali jak James Skelly!He,he.Jak tak dalej pójdzie to jeden z
            moich idoli Thom''the coolest man in United Kingdom''może się poczuć
            zagrożony.No może trochę przesadziłam,ale Yorke gdy był w wieku Skelley'a
            śpiewał jak przeciętniak i tyle!

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21703876&wv.x=1&v=2&s=0
            • cze67 Blur - Think Tank - sonia34 22.03.05, 14:46
              Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że Blur nagra album, który już w
              chwili ukazania się zostanie zaliczony do klasyki rocka... to odesłałam bym go
              do psychiatry. Co prawda, zawsze grali sympatyczne, przebojowe piosenki, ale
              do klasyków było im daleko. W 2000 roku wydali "The Best Of" - kompilacje
              swych największych hitów umieścili na niej jeden premierowy utwór "Music is my
              radar", (jedno z najlepszych nagrań w całej karierze zespołu) który był
              zapowiedzią muzycznej ewolucji grupy.

              Pierwszy singiel z płyty "Out of Time" od razu przypadł mi do gustu, nie
              był to kolejny utwór Bluru z cyklu "ładna piosenka na listy przebojów" (ma w
              sobie to coś, co nie pozwala o niej zapomnieć już po pierwszym przesłuchaniu).
              Cały album to w zasadzie eksperymenty z nowoczesnymi brzmieniami (np.
              "Ambulance") mieszanka rocka, elektroniki (jednak nie jest to typowa
              elektronika do której nigdy nie miałam przekonania, towarzyszą jej rockowe
              gitary i ...jazzowy saksofon - "Jets"). Na uwagę zasługuję piękna ballada
              "Caravan". W czasach gdy bardzo wielu wykonawców stawia na perfekcyjną
              produkcję i napchanie portfela forsą, Blur nagrali utwór prosty, ale
              poruszający (eh coraz mniej powstaje takich nagrań niestety).

              Ten album to nowa jakość, tzw. kamień milowy w historii muzyki. Czyżby nowy
              "Ok Computer"? Nie spodziewałam się po Blur tak dobrej, dojrzałej płyty. Gdy
              Damon Albarn kilka lat temu powiedział, że stworzy lepszą muzykę niż Radiohead
              uśmiechnęłam się z politowaniem. Teraz stało się to całkiem prawdopodobne, że
              to Blur będzie najważniejszą grupą na wyspach.

              Polecam tę płytę, zachęcam do przebrnięcia przez tą niebanalną muzykę!
              Naprawdę piękna płyta!

              PS.Graham Coxon chyba nie mówił prawdy, że nie żałuje odejścia z Blur.


              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21704006&wv.x=1&v=2&s=0
              • cze67 Interpol - Antics - kubasa 23.03.05, 15:02
                Po dwunastokrotnym przesluchaniu "Antics" potwierdzam swoja opinie, ze jest to
                plytalepsza od rewelacyjnego debiutu. Wreszcie Interpol wyzwala sie z podejrzen
                o kopiowanie Joy Division czy Television. Jest to krok w jakas strone, nie wiem
                czy w przod czy w bok, ale na pewno jest to inna plyta niz "Turn On The Bright
                Lights". Swoj latwo rozpoznawalny styl z pierwszego albumu zdecydowanie
                rozwineli nadajac utworom jeszcze bardziej "interpolowy" charakter.

                Nie jest sztuka wydac znakomity debiut. Mamy do czynienia przeciez z materialem
                napisanym przez lata istnienia zespolu. Ale druga plyta! To jest dopiero
                wyzwanie. Mieli dwa lata na wymyslenie materialu i przygotowali zupelnie
                powalajacy krazek. Najlatwiej porownac ich do Joy Division z "Unknown
                Pleasures" i mniej chwytliwym "Closer". Bo na "Antics" nie ma chyba
                potencjalnych przebojow w stylu "PDA". Jest pasja i talent, ktore powoduja ze
                nawet dosc proste zagrywki jak przejscie perkusyjne w "Public Pervert" brzmiace
                wyjatkowo przestrzennie, robia ogromne wrazenie. Wielka sprawa jest tez wokal.
                Dla Banksa wersy, zwortki to umowny podzial, spiewa bardzo plynnie, ani razu
                jego spiewanie nie zmienia sie w zalosne skandowanie. I co tu duzo gadac,
                reszta zespolu choc bez zadatkow na wirtuozow gra znakomicie. Ja juz
                przywyczailem sie do kazdej piosenki, ciezko mi jakas wyrozniac. Moze "Next
                Exit", piosenka o niezlym potencjale melodycznym? A moze "NARC" z tym swoim
                charakterystycznym, na poczatku troche irytujacym mnie riffem? A moze "Slow
                Hands"? A moze dwa fantastyczne, niemal podniosle utwory "Not Even Jail" i
                wspominany juz "Public Pervert"? Kazdy moze sam sobie udzielic odpowiedzi na to
                pytanie.

                Strasznie ciesze sie z tego albumu. Interpol zdecydwoal sie na bardzo ryzykowny
                krok. Wydali naprawde niepodobna do "Turn On The Bright Lights" plyte i
                zrezygnowali, a widac ze swiadomie, z napisanie prostych, przebojowych kawalkow
                jak chocby "Obstacle 1". Zaryzykowali i wygrali. Wychodzac na fali popularnosci
                garage rock revival osmeiszyli ograniczenia gatunku po raz drugi i jako jedyny
                zespol z tej fali otworzyli sobie droge na karty historii muzyki rockowej.

                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13913052&wv.x=1&v=2&s=0
                • cze67 Syd Barrett - Barrett - joseph80 31.03.05, 09:45
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=16297321&wv.x=1&v=2&s=0
                  • cze67 Roots Manuva "Awfully Deep" - glebogryzarka1 11.04.05, 10:17
                    Entuzjastą dużej części twórczości Rodneya Smitha byłem od usłyszenia "Witness
                    the Fitness" (czyli w sumie od niedawna). Wyposażyłem się zarówno w pierwszy
                    album "Brand New Second Hand", jak i w drugi "Run Come Save Me", darowałem
                    sobie "Dub Come Save Me" i wpadając w niekłamany zachwyt zwłaszcza nad
                    liryczną, refleksyjną stroną Manuva MC (tak jak w "Sinny Sin Sins" czy "Dreamy
                    Days") czekałem na nowy album. Mam go - i słucham - od dwóch tygodni, czas na
                    przemyślenia:

                    1) Mind 2 Motion
                    Dubowy pełzający bas, afrykańskie talking drums, spogłosowana gitarka, dobrze
                    brzmiący rimshot (a może to piccolosnare) - stopa za sucha. Roots w refrenie
                    proponuje wielogłosowy toasting (ten patent powtórzy się jeszcze na albumie
                    wiele razy). Fajne niby-dęciaki z syntezatora. Ogólnie mało jednak tu
                    syntetyków i dlatego to numer niereprezentatywny dla całego albumu. Na otwarcie
                    niezły, bo konkretny, mimo braku kopa. 7/10

                    2) Awfully Deep
                    Kopa otrzymujemy natomiast tu. Gruba stopa, świetny bas z analoga, numer brzmi
                    jakby cały aranż zrobiono na analogu właśnie, z zamiarem wykreowania czegoś w
                    rodzaju atmosfery horroru. Oparty na sekundowej progresji, ze znakomitym
                    refrenem i Rootsem w wybitnej formie - fraza "they said Mr Smith, please calm
                    down, we're not here to hurt you" zostaje w głowie na długo. 9/10

                    3) Cause 4 Pause
                    Najlepsze, najtłustsze beaty na tym albumie pojawiają się w skitach (których
                    naliczymy dwa). Skity to również jedyna okazja, by usłyszeć bazę z gitary
                    basowej, a nie syntezatora. Dlaczego to nie jest pełnoprawny utwór? Może za
                    wolny? 8/10

                    4) Colossal Insight
                    Rozwija się długo, rządzące tu niepodzielnie syntezatory (Korg Triton?) na
                    pograniczu fałszu ale jednak nie, faaaajne. Dość ciekawy beat z hihatami
                    wysterowanymi gdzieś w okolice 12 kHz (GWIŻŻŻDŻŻŻĄ) i werblem wyłącznie na
                    cztery. Doskonały refren (to był pierwszy singiel z płyty), Roots po swojemu
                    pływa po beacie ale tu jak gdyby z mniejszym tzw. tyłem, czyli jest bardziej
                    osadzony niż spóźniony. 8/10

                    5) Too Cold
                    Drugi singiel z albumu. Dla mnie pogrzeb. Cienki beat, beznadziejne rymy (każdy
                    takt pierwszego wersu kończy się słowem "man" - co to jest?, a druga ma
                    zamknięcie zupełnie bez sensu, w połowie frazy). Gwoździem, niestety do trumny,
                    jest podkład oparty o sample z muzyki klasycznej. Przypomina amerykański trend
                    sprzed paru lat, kiedy to producenci brzmieli jakby masowo wykupili zeszyty z
                    serii "Muzyka mistrzów". Jedyne, co trochę ratuje numer, to refren. 2/10

                    6) A Haunting
                    Taaaaaak! Czegoś takiego już dawno nie słyszałem! Kurwa, to brzmi jak powrót
                    The Specials z pierwszych dwóch płyt (tylko bez Terry Halla - hehe). Bardzo
                    reggae'owe i zgodnie z tytułem niepokojące, molowe. Zajebiste dęciaki, brak
                    właściwie beatu (zamiast tego mamy darbouka, djembe i takie tam - niesposób
                    odróżnić). Dużo charakterystycznych bulgoczących efektów dźwiękowych z
                    analogów. Roots na zupełnym offbeacie, wraca w puls tylko na refren -
                    tradycyjnie bardzo dobry. 9/10

                    7) Rebel Heart
                    O, a to kawałek reprezentatywny dla brytyjskiego hip hopu AD 2005. Tak jakby
                    Manuva chciał zacząć rymować jak Taz. A zważywszy, że nie jest to styl
                    najświeższy (czy nie przypomina Busta Rhymesa z końca ubiegłego wieku - na ten
                    przykład proszę kogo?), minus dla mnie. Do tego podkład nieciekawy, cykający.
                    4/10

                    8) Chin High
                    Zupełny odjazd. Mój kolega muzykolog nazwał ten numer "Centrum Sztuki
                    Współczesnej". Gdyby nie fajny emceeing, nie byłoby za wiele do słuchania, bo
                    całość jest do tego cholernie powtarzalna. Refren żaden. Dla odmiany. Ciekawe,
                    że remiks (Manuvadelics Version), brzmiący jak electropunk w rytmie
                    drum'n'bass, jest o kilka klas lepszy i dostałby ode mnie maksymalną notę. 3/10

                    9) Babylon Medicine
                    Wchodzimy powtórnie w klimaty reggae, tym razem z posmakiem orientalnym
                    hinduskim, także dzięki syntezatorom (które tym razem brzmią jak Roland SH).
                    Beat oparty o bębny nyabinghi (charakterystyczne dla dubu). Stonowany numer,
                    buja bardzo. Na mikrofonie jest świetnie, typowa dla Smitha swobodna fraza ze
                    sporadycznym podśpiewywaniem. 7/10

                    10) Pause 4 Cause
                    Skit jak Cause 4 Pause, tylko z inną gadką i nieco innym aranżem, bardziej
                    rozbudowanym. Ponieważ to jednak powtórka, ocenę dzielę na dwa. 4/10

                    11) Move Ya Loin
                    Zapowiada się na bardziej klasycznie hip hopowy, ale reggae'ową patykowatą
                    gitarę tłumioną na mostku i dęciaki w refrenie mamy, a pod koniec dochodzi
                    jeszcze akcentowane na parzyste ósemki coś i robi się ultrajamajsko. Gościnny
                    Lotek ma dobry zachrypnięty głos (którego nie żyłuje - plus, bo zrobiłby się
                    growling), ale jest za mało zrelaksowany jak na taki styl. Znów wodnisty,
                    dubowy bas, trochę szkoda, i parę eksperymentów z beatem pod koniec. Bardzo
                    porządny numer. 7/10

                    12) Thinking
                    Stanowczo syntetyczny numer (większość soundów trąci albo sinusoidą, albo piłą,
                    jak generatory dźwięku ze starych komputerów), brzmienie bardzo pełne (za beat
                    nagroda specjalna - naturalne hihaty, dość gruba stopa, może przydałoby się
                    mniej pogłosu na rimshot), linia basu mistrzowska. Znakomity refren, absolutnie
                    mistrzowskie rymy. Klimat bardziej refleksyjny. 10/10

                    13) The Falling
                    Najlepszy numer z płyty. Czegoś tak zamyślonego Manuva nigdy jeszcze nie
                    nagrał - może "Sinny Sin Sins", ale tamten nie miał tak dobrego podkładu. Beat
                    jak na ten album wręcz prostacki (ale soundowo, dla odmiany, bez zarzutu - to
                    jakaś zależność chyba, że im prostszy beat tym więcej czasu na dopieszczenie
                    brzmienia ;>). Ciekawe akordy zaznaczane kosmicznie brzmiącymi padami, na nich
                    grają sobie akustyczne, superciemne piano i jaśniejszy hammond. Bas oszczędny i
                    bardzo dobrze. Między zwrotkami w charakterze mostka pojawia się sekcja dęta z
                    prostym, ale szlachetnym motywem. Pod koniec jest nawet gitara, też ładna
                    (przester + pogłos) i pasuje. Głos Manuvy bardzo spokojny, niski, z delikatnym
                    reverbem, rymy na najwyższym poziomie. Brak refrenu nie przeszkadza. 10/10, ale
                    mógłbym na spoko dać 11/10, wątpię czy w tym roku usłyszę jeszcze coś lepszego.

                    14) Toothbrush
                    Zaczyna się mocno przerobioną (chorus) gitarą, potem mamy typowe sekundowe
                    przesunięcia punktowane właściwie tylko przez syntezator, coś co brzmi jak
                    pianet Hohnera, analogowy bas (tłustszy niż zazwyczaj) i suchy, zbyt suchy
                    beat. Gitara wraca w toastowanym (tu nieco przesadnie operetkowo - ale utwór w
                    końcu nazywa się "Szczoteczka do zębów", nie?) refrenie. Wersy niezłe, ale
                    słyszałem już lepsze, może trochę za gęsto z tekstem. 6/10

                    Ogólnie 8/10. Trochę zbyt nierówno, ale przynajmniej cały czas coś się dzieje,
                    a perełki jak już są to rozpieprzają. Nie jestem ani trochę zawiedziony.

                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22367518&wv.x=1&v=2&s=0
                    • cze67 DAVID SYLVIAN "The Good Son vs. The Only Daughter: 11.04.05, 11:00
                      pagaj75:
                      --------------------------------------------------------------------------------
                      DAVID SYLVIAN "The Good Son vs. The Only Daughter: The Blemish Remixes"

                      Nigdy nie byłem entuzjastą remiksów. Uważam, że jest z nimi jak z teledyskami:
                      źle się stało, że w którymś momencie stały się wręcz obowiązkowe. Konieczność
                      wyprodukowania klipu i conajmniej jednego remiksu do każdego singla powoduje,
                      że 95% takiej twórczości to masówka bez pomysłu i polotu. Informację o wydaniu
                      takiego albumu jak "The Good Son vs. The Only Daughter" przyjąłem z mieszanymi
                      uczuciami. Z jednej strony niepokój, z dwóch przyczyn. Pierwszy powód już
                      podałem. Drugi to fakt, że remiksowane miały być utwory z "Blemish" - dość
                      szczególnej płyty wyjątkowego (dla mnie) artysty. Płyty bardzo osobistej, o
                      surowym, trudnym brzmieniu. Nawet znajoma, która zna Sylviana i "Blemish"
                      ironicznie pytała: 'i co to będzie? house? 2step? breakbeat?' Ale z drugiej
                      strony w pamięci miałem nowe wersje "Wave" i "Mother and Child" z kompilacji
                      "Camphor", które totalnie odbiegały od obiegowego wyobrażenia o tym, czym jest
                      remiks.

                      Pełen nadziei, że to będzie jednak ten drugi przypadek, zamówiłem płytę i...
                      nie zawiodłem się. Więcej, rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. To
                      co słychać na "The Good Son..." przypomina bardziej natchnione covery niż
                      remiksy. Kilka ponoć znanych (niestety, do tej pory nie mnie) postaci
                      współczesnej elektroniki zaskoczyło mnie zupełnie. Zero typowych dla remiksów
                      dłużyzn, nachalnych bitów, które zupełnie niepasowałyby do tych kompozycji.
                      Ba! Niektóre z tych kawałków nie mają nic lub prawie nic wspólnego z
                      elektroniką. Tak jest z otwierającym album "The Only Daughter". Fortepian,
                      flet, smyki tworzące jakieś niezwykłe harmonie i głos Sylviana, przy pierwszym
                      przesłuchaniu wydający się jakby od czapy. Ale tylko przy pierwszym. Nie wiem
                      jaką elektronikę na codzień tworzy Ryoji Ikeda, ale współczesna muzyka
                      "poważna" wychodzi mu całkiem nieźle. Niemiec Burnt Friedman dorwał się do
                      tytułowego nagrania z "Blemish" i również wyszedł z tego obronną ręką. skrócił
                      utwór, dał podkład, który czaruje dość naturalnie brzmiącymi intrumentami
                      perkusyjnymi, klarnetem i gdzieś w tle brzdąkającą gitarą i elektronicznymi
                      szumami. Brytyjski duet Sweet Billy Pilgrim przy okazji "The Heart Knows
                      Better" również stawia na klarnet oraz egzotyczne instrumenty akustyczne. Na
                      razie jest nieźle. Ale przychodzi numer 4 i... tu się zaczynają dziać rzeczy
                      niesamowite. Francuz Jean Philippe Verdin ukrywający się pod nazwą Readymade
                      FC bierze na warsztat "Fire in the Forest", odziera go z Fenneszowej
                      elektroniki i dodaje własną. Kojarzące się trochę z "Nanou" Aphex Twina
                      brzmienie pozytywki miesza się z szemrzącym bitem z komputera, a wreszcie
                      gdzieś w środku rozbrzmiewają sentymentalnie skrzypce. Jak to usłyszałem
                      pierwszy raz, to potem zasnąć nie mogłem. Żabojad jakby od niechcenia poprawia
                      jedną z najpiękniejszych piosenek Davida. Dla mnie bomba.

                      Nie od dziś wiadomo, że Sylvian ma małą fiksację na punkcie Japonii i jej
                      kultury. A konkretnie wiadomo od roku 1978, kiedy zadebiutował on ze swoją
                      formacją Japan. Znana jest jego przyjaźń i współpraca choćby z Ryuichim
                      Sakamoto. Nic dziwnego więc, że wśród remiksujących "Blemish" znalazło się aż
                      trzech Japończyków. Charakterystyczne jest to, że wzięli się oni za
                      najtrudniejsze utwory z tej płyty, te stworzone przez Davida do zadziwiających
                      improwizacji gitarowych Dereka Baileya. (Jedyny utwór z "Blemish" jaki
                      pominięto to kilkudziesięciosekundowy "She is Not".) Niejaki Yoshihiro Hanno
                      wykorzystuje odrobinę tych chorych dźwięków Baileya w swojej impresji na temat
                      "The Good Son". Do gitary i głosu dodaje trochę typowo elektronicznych
                      perkusyjnych stuków oraz elektryczne piano. W sumie niby nic specjalnego, ale
                      całość jakby stała się przystępniejsza i bardziej przykuwająca uwagę
                      nieprzygotowanego słuchacza niż oryginał. Numer 6, powraca Burnt Friedman,
                      który znęca się nad "Late Night Shopping". Znów pojawia się klarnet,
                      elektronika schodzi na drugi albo i trzeci plan. Dla porównania ze strony
                      www.davidsylvian.com można sobie ściągnąć remiks tego kawałka wykonany przez
                      samego Sylviana. (Ten poszedł w drugą stronę - dodał do utworu głośne,
                      przesterowane gitary. Efekt powalający ;) ) Może i trochę mętnie opisuję to co
                      się dzieje na tej płycie, ale w większości tych utworów brak mi jakiegokolwiek
                      punktu odniesienia, brak wyraźnych podobieństw do czegokolwiek. Choć może po
                      prostu za mało w życiu słyszałem. Ale wtem... "How Little We Need to Be Happy"
                      w obróbce Tatsuhiko Asano (trzeci Japończyk po Ikedzie i Hanno) brzmi jakby za
                      ten utwór zabrali się panowie z Air lub innego Zero 7. Jeden z najjaśniejszych
                      punktów tej płyty, którego głównym atutem jest nastrój leniwego letniego
                      wieczoru. Wielkie brawa dla Asano za to, że nie pogubił się w zagmatwanej
                      melodii i harmoniach tego utworu.

                      No a na koniec zostają robiące ciut mniejsze wrażenie powtórki z rozrywki:
                      "The Only Daughter" tym razem w interpretacji Jana Banga i Erika Honore,
                      którzy kiedyś tak miło przerobili "Mother and Child". I tym razem zaprosili do
                      współpracy Nilsa Pettera Molvaera, ale cała trójka nie była w stanie wycisnąć
                      już nic nowego z tej kompozycji. Zwłaszcza, że mieli taką konkurencję jak
                      Ryoji Ikeda. Płytę zamyka niewiele odbiegający od oryginału, powoli
                      wygasający, rozpływający się w ciszy "Blemish" Akiry Rabelais.

                      Dla numerów 1, 4 i 7 naprawdę warto posłuchać tej płyty. Panowie remiksatorzy
                      odkryli w surowych utworach z "Blemish" harmonie, których wydawać by się mogło
                      tam nie ma. No i pokazali, że remiks może być dziełem sztuki, a także, że
                      niekoniecznie musi się on opierać na house'owych lub techno bitach. No i że
                      czasami warto wydawać takie płyty. Nie wiem czy "The Good Son vs The Only
                      Daughter" przekona tych, których nie zadowala odpowiedź 'bo jest taka
                      możliwość, więc czemu z niej nie skorzystać' na pytanie 'ale po co w ogóle
                      remiksować?' Mnie przekonał. Myślę, że to będzie dobry rok, jeśli zaczyna się
                      od takiego albumu.

                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=21138875&wv.x=1&v=2&s=0
                      • cze67 Piano Magic "Disaffected" 2005 - pop_up 25.04.05, 11:06
                        PIANO MAGIC "DISAFFECTED"

                        Gdzieś pomiędzy zakurzonymi książkami, wśród błąkających się duchów, z mgły i
                        pustki zimowych nocy, z dźwięków spadających płatków śniegu powstała muzyka. A
                        może nie... Może było inaczej... Może to był tylko sen.

                        Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy aura tak na mnie wpływa ale nowy
                        album Piano Magic wydaje się być pogodniejszy od swoich poprzedników. Dalej
                        jest melancholijnie, spokojnie, dźwięki płyną delikatnie, ale zmarznięty
                        zimowy krajobraz nabrał zielonych odcieni choć są to raczej barwy wiosennej
                        nocy niż słonecznego dnia.
                        Rozpoczyna się dość klasycznie: subtelne elektroniczne plamy, mocny powolny
                        rytm, rozmyta gitara i głos mężczyzny powoli wygłaszającego swoją kwestię:
                        "You can hear the room if you just be quiet..." Usiądźcie więc spokojnie w
                        fotelu i zatopcie się na 45 minut w świecie Piano Magic. Tylko nie myślcie że
                        uśniecie, bo to pozorny spokój, który przeplata się z niepokojącym ujadaniem
                        psów, rozedrganymi gitarami ("the night of the hunter") i beatem (tytułowy
                        "disaffected"). To spokój burzony przez "najwiosenniejszy" "love & music", ale
                        także przez swego rodzaju, powolne i duszne, odtańczone na zakurzonej scenie,
                        flamenco ("theory of ghosts"). Chciałoby się powiedzieć że jest to dobra
                        muzyka aby wejść w środku nocy na dach swojego budynku, rzucić się w czarną
                        czeluść i lecieć podziwiając migocące w dole światełka opustoszałych ulic przy
                        dźwiękach np. "your ghost" czy zachaczając o kipiące nocnym życiem artrie
                        wsłuchać się w zdecydowanego faworyta na tej plycie "deleted scenes".
                        Szósty już bodajże studyjny lp tej mało u nas znanej ale oryginalnej i
                        ciekawej brytyjskiej formacji pod wodzą Glena Johnsona prezentuje
                        najprawdopodobniej najbardziej wyrównany poziom. Nie chciałbym porównywać go w
                        kategoriach gorzej-lepiej w stosunku do poprzednich dokonań grupy, ale mogę
                        stwierdzić, że nie ma na nim słabych momentów. Odnajdziemy tu fascynacje
                        elektroniką budującą eteryczne przestrzenie i miarowy rytm, ale także grupami
                        ze stajni 4AD (z którą grupia miała krótkotrwały "romans" owocujący albumem
                        "writers without homes"2002) takimi jak This Mortal Coil. Na "Disaffected" nie
                        brakuje też "pianomagicowych" klasyków jak wspomniany "deleted scenes",
                        dorównujący "no clousure" (z albumu "Artists' rifles") czy "the season is
                        long" a w jednym z utworów możemy usłyszeć użyczającego swojego głosu Johna
                        Granta z The Czars.
                        Polecam lubiącym nastrojową tajemniczą i oniryczną muzykę.

                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22990045&wv.x=1&v=2&s=0
                        • cze67 Autechre "Untilted" - pagaj_75 25.04.05, 11:09
                          Nowy album Seana Bootha i Roba Browna ukazuje się dokładnie jutro (ciekawe
                          kiedy dotrze do Polski), ale już można go posłuchać (w całości i w dobrej
                          jakości) całkowicie legalnie w internecie:
                          www.bleep.com/mediaplayer/launch_playlist.php?march/untilted
                          "Untilted" (nie mylić z Untitled) ma również być do kupienia przez internet w
                          formacie FLAC (czyli bezstratna kompresja).

                          Wrażenie po pierwszym słuchaniu: no cóż, logiczna kontynuacja kierunku
                          obranego na ep-ce "Gantz Graf" i poprzednim albumie "Draft 7.30", czyli
                          tracenia starych fanów ciąg dalszy ;) Dobry album, chociaż chyba niewiele
                          nowego. No ale jak ktoś już stworzył tyle wizjonerskich płyt muzyki
                          elektronicznej, to może sobie pozwolić na nagrywanie po prostu dobrych
                          kolejnych dzieł w wykrystalizowanym stylu. Natomiast jeśli są jeszcze na tym
                          świecie ludzie, którzy łudzą się, że Ae wrócą do grania z czasów "Amber" i
                          "Tri Repetae" to ta płyta ich chyba ostatecznie dobije. ;)
                          Na razie dobrze słyszały mi się utwory: "LCC", "Pro Radii", "Fermium" i "The
                          Trees", ale to są akurat te najłatwiej strawne. Resztę będę rozgryzał jak
                          dorwę oryginał.

                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22835478&wv.x=1&v=2&s=0
                          • cze67 Poe "Hello" - glebogryzarka1 19.05.05, 15:45
                            Ta płyta ukazała się dziesięć lat temu. No to w okrągłą rocznicę będę
                            apelował, eee... hajpował, eee... bo w sumie mało to znany materiał, a
                            szkoda. Z trzech powodów:
                            - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny
                            - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny i nie ma żadnego słabego
                            - mało jest płyt, gdzie każdy utwór jest inny i nie ma żadnego słabego, a
                            przy tym całość nie robi wrażenia przypadkowej zbieraniny dzięki silnej
                            osobowości szefa przedsięwzięcia
                            Szef prezentuje silną osobowość i płeć żeńską, głosowo jest to, powiedzmy,
                            Sophie Ellis-Bextor (ale kto był pierwszy? no na pewno nie Sophie)
                            przyprawiona amerykańskim college'em i dymem z fajek. Z pomocą producencką
                            pospieszyli RJ Rice (kto to jest? "Hello" udowadnia, że majster i przekozak,
                            tylko jakoś mało znany) i Dave Jerden.

                            1) Hello

                            Na, literalnie, dzień dobry, mamy hiphopowy beat, przestrzenne smyczkopodobne
                            pady, ultraniski bas i smakowite oszczędne zagrywki gitary z kaczką.
                            Słyszycie to? :) Poe prezentuje już tu w pełni swój dualny styl: w zwrotkach
                            jest zblazowana i zrezygnowana (tak śpiewa częściej), w refrenach dziewczęco-
                            erotyczna.

                            2) Trigger Happy Jack

                            Gramy ostrzej: Dean Pleasants na gitarze, Matt Sorum na bębnach. Utwór brzmi
                            niedbale, trochę garażowo, wznosząca się po skali melodia w refrenie i
                            ryzykowne wielogłosy zaraz potem - sam miód. Tekst ciut schizofreniczny, ale
                            ciekawy.

                            3) Choking The Cherry

                            A to już zupełny garaż. Akompaniuje zespół Vibe#5, brzmiący jak mniej
                            otumaniony toksynami Kyuss. W zwrotce głos wokalistki przepuszczony przez
                            fuzzbox, bardziej skoczny, czysty refren wpada w ucho. Ciekawostka: twórcy
                            płyty uznali za stosowne umieścić przy utworze adnotację, iż "nagrano go w
                            całości przy użyciu systemu Pro Tools". Taki był to ewenement w roku 1995,
                            czy taka umowa z firmą Digidesign?

                            4) That Day

                            Dwie i pół minuty głosu Poe (która mniej śpiewa, a bardziej mówi) plus
                            wiolonczeli Camerona Stone'a - coś mi to nazwisko przypomina (na zmianę
                            pizzicato i ostro ciągnięte, przesterowane akordy). Dziwne, ale ciekawe,
                            chwila oddechu w sam raz.

                            5) Angry Johnny

                            Zdecydowanie najciekawszy numer na płycie, także jedyny który od biedy można
                            nazwać reprezentatywnym (i pewnie dlatego to był singiel). Śmieciarski beat,
                            kapitalna linia basu (pojechana właściwie na samych kwartach i kwintach),
                            dużo dziwnych dźwięków z samplera, schowana w tle gitara (i po raz kolejny
                            brawa dla gitarzysty za wyjątkowe wyczucie). Nie do opisania numer - z niczym
                            mi się nie kojarzy. Poe śpiewa leciutko, numer wpada w ucho jak cholera, a
                            klimat ma zupełnie wyjątkowy - taki, powiedzmy, sadystyczno erotyczny. Tylko
                            proszę nie kojarzyć tego określenia z Army of Lovers, bo zeżrę.

                            6) Dolphin

                            Tłusty beat, lekko funkowy bas, ogniskowe pajączki na gitarze i fluegelhorn z
                            samplera. Utwór robi się gęstszy i gęstszy, na końcu pojawia się solo na
                            pudle, a zaraz potem mamy kapitalną dramatyczną końcówkę z Poe zbliżającą się
                            do trzykreślnej oktawy.

                            7) Another World

                            Zrobiony na czarno, uliczne rytmy z przełomu lat 80/90. Podajcie mi mój
                            ghettoblaster. Tylko Poe śpiewająca jak knajpiana diva przypomina, że nie
                            słuchamy Public Enemy. Tęskny, bardzo ładny refren. W mostku punkowe krzyki i
                            klawiszowe plamy.

                            8) Fingertips

                            I zjeżdżamy w klimaty triphopowo-soulowe. Piano rhodesa (gra Amp Fiddler),
                            śliczna trąbka z tłumikiem, wokal tak niewinny, że można się zakochać. Jeden
                            z najlepszych momentów płyty.

                            9) Beautiful Girl

                            I powrót do rocka, a właściwie nawet do folkrocka. Hmm, z czym mi się tak
                            zbudowana piosenka może kojarzyć? Fiona Apple? Alanis Morrissette? Ten
                            zdecydowanie akustycznogitarowy aranż jakoś wciąż cofa numer w czasy protest
                            singerów, chociaż tekst jest poetycki, a nie polityczny.

                            10) Junkie

                            Zaczyna się doskonałą zagrywką basu. Wchodzi mocny beat i mamy "podwodny"
                            aranż (rhodes z ekstremalnym panningiem/vibrato, bas z reverbem, krótkie
                            zagrywki na klawiszach i gitarze) i świetne dęciaki. Leniwie to wszystko,
                            nomen omen, płynie. Potem dochodzi jeszcze telefonowaty clavinet. Zwrotka
                            bardziej chwytliwa od refrenu. Ogólnie kawałek z charakterem jak cholera,
                            cały czas coś się dzieje (tak jak zresztą we wszystkich numerach z tej płyty,
                            na dobra sprawę), choć to tylko trzy minuty.

                            11) Fly Away

                            Idealne, bardzo liryczne i spokojne zamknięcie płyty. Fortepian (gra sama
                            wokalistka) i flet, i nic więcej nie jest potrzebne. Zero pulsu, dużo grania
                            pauzami. Po drugiej minucie ciekawszy, więcej zmian akordów, pojawia się też
                            wyciszenie z demonstracją gry stylem jednopalcowym.

                            Sędzia Collina rzecze: daję tej płycie 9/10.

                            I git. Trochę ponad czterdzieści minut muzyki, a tyle radochy. A o drugim
                            albumie ("Haunted") to niech już pisze Ayya albo ktoś inny :)

                            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=23803872&wv.x=1&v=2&s=0
                            • cze67 New Order "Waiting For The Sirens Call" - ilhan 19.05.05, 15:47
                              1. Who's Joe
                              Rozpoczyna klasyczne neworderowe intro klawiszowe, dalej całość w średnim
                              tempie. Z pewnością robi coraz lepsze wrażenie z każdym
                              kolejnym przesłuchaniem, a refren (podtrzymuję) to nowe "Crystal". Ocena: 8,5/10

                              2. Hey Now What You Doing
                              Gitarowy riff w stylu "Get Ready", ale potem bardziej w guście "Dream Attack"
                              z "Technique" z tą melancholijną melodią i wokalem
                              Sumnera. Ocena: 9/10

                              3. Waiting For The Sirens' Call
                              Now that's a classic one. Najlepszy utwór na płycie i prawdopodobnie najlepszy
                              utwór New Order od 16 lat. Coś więcej niż
                              początkowe skojarzenie (zagubione ogniwo "Technique"). Wreszcie prawdziwie
                              znakomity motyw basu Hooka. Musi być przebój. Jeśli
                              ktoś ma wątpliwości, musi poczekać do 4:21. Ocena: 10/10

                              4. Krafty
                              W kontekście płyty to znakomity wybór pierwszego singla. Rasowy neworderowy
                              pop. Ocena: 8/10

                              5. I Told You So
                              OK, więc nie byłem jedyną osobą, która skojarzyła to z Ace Of Base (ktoś
                              pamięta "All That She Wants"?). Brzmi jak sympatyczny,
                              ale za długi odrzut z "Republic". Ocena: 6/10

                              6. Morning Night And Day
                              Pierwszy tak dynamiczny, typowo taneczny utwór. Nie można chyba nie słyszeć jak
                              przefajny jest ten moment kiedy wchodzi refren i
                              wszystko zyskuje o 100% na skoczności. Bernard wciąż nie jest tekściarzem
                              wszechczasów (I just want some action / Give me
                              satisfaction), ale solidna robota. Ocena: 8/10

                              7. Dracula's Castle
                              Znów coś w stylu gitarowych momentów "Technique". Ładne. Ocena: 7,5/10

                              8. Jetstream
                              Gościnny udział babeczki na wokalu. Nie jestem przekonany do tego utworu
                              (jeszcze?). Przypomina te mniej ciekawe momenty "Get
                              Ready" jak "Vicious Streak" może, choć refren ma dość chwytliwy. Ocena: 6,5/10

                              9. Guilt In A Useless Emotion
                              Tu płyta dokonuje podziału fanów New Order na prawdziwych wyznawców i
                              fake'owców, którzy mają ich za zespół rockowy :D Damskie
                              chórki w refrenie irytują w stylu singlowego miksu "Sub-culture". Dyskotekowy
                              kawałek w najlepszym wydaniu, gdyby nie ta kobieta w
                              refrenie, grrr. Ocena: 7,5/10

                              10. Turn
                              Znów wariacja w temacie "Dream Attack", ale melodia kapitalna. Ocena: 8,5/10

                              11. Working Overtime
                              Na koniec rock'n'roll, gdzie New Order pokazują miejsce w szyku 90% kapel new
                              rock revolution ;) Nie powala, może nie powinno
                              kończyć płyty, ale mimo wszystko fajne. Ocena: 7/10

                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=19325441&wv.x=1&v=2&s=0
                              • cze67 16 Horsepower "Secret South" - glebogryzarka1 19.05.05, 15:48
                                16 Horsepower to jedna z kapel, które mogłyby spokojnie zostać wrzucone do
                                wora z napisem "alternative country" razem z takim Calexico czy Wilco, i
                                pasowałyby tam dobrze, ale według mnie zespół ten ma w rękawie obok
                                szczególnych względów dla amerykańskiej - i nie tylko - muzyki folkowej coś
                                szczególnego. To coś jest łatwe do zdefiniowania - David Eugene Edwards,
                                lider przedsięwzięcia.
                                Gość ów wygląda, śpiewa i pisze teksty jak wędrowny kaznodzieja, taki Jim
                                Casy z "Gron gniewu" Steinbecka; typ, który szczerze i ekstatycznie naucza i
                                rozmawia z Bogiem, by niedługo później zabawiać się w towarzystwie
                                karczemnych dziewek i butelki burbona. Bardzo częste przywoływanie biblijnej
                                symboliki, odtańcowywanie w czarnym fraku tradycyjnych jigów i reeli (vide
                                starsze teledyski i książeczki do płyt 16 Horsepower), wreszcie
                                nieprawdopodobny modlitewny żar w głosie (narzuca się porównanie z Jeffem
                                Buckleyem, ale bez jego żyłowania gardła i wygładzających barwę, typowo
                                rockowych naleciałości) - oto cały Edwards. Dodajmy do tego mistrzostwo
                                wyciągania - pomysłowymi aranżacjami i pełnym pasji wykonawstwem - maksimum
                                efektu z prostych, opartych czasem na przysłowiowych trzech funtach
                                kompozycji (Dylan, Cave i wczesny Cohen się kłaniają, a jakże), oraz
                                umiejętność obsługi kilku instrumentów (gitara, banjo, bandoneon).
                                Zespół nagrał kilka albumów - mam pierwsze trzy, w kolejności chronologicznej
                                są to "Sackcloth & Ashes" (1996), "Low Estate" (1998) i "Secret South"
                                (2000). Ten ostatni, maksymalnie zróżnicowany i dopracowany, najlepiej chyba
                                oddaje styl 16 Horsepower, pierwszy jest najoryginalniejszy i najbardziej
                                surowy (co w przypadku tego składu pozostaje zaletą, a nie wadą), drugi
                                zawiera największą ilość ukłonów w stronę indie-rocka (jest także
                                najmroczniejszy i najcięższy w odbiorze).
                                Ponieważ dwa pierwsze albumy pożyczyłem i nie mam ich pod ręką, opowiem
                                o "Secret South".
                                Są tu niemal wszystkie charakterystyczne wątki, jakie w twórczości 16
                                Horsepower były kiedykolwiek obecne. Zgrzytliwe, melancholijne, stale
                                rozwijające się, utrzymane w wolnych tempach utwory (dedykowany Markowi
                                Sandmanowi z Morphine "Splinters", fenomenalny "Cinder Alley" z solem na
                                skrzypkach - nie skrzypcach, opis mówi 'fiddle', nie 'violin'). Szybkie,
                                porywające do tańca całą stodołę rednecków przytupy ("Praying Arm Lane", do
                                pewnego stopnia "Strawfoot" i dylanowskie "Nobody 'Cept You"). Elegijne,
                                surowe - fortepian, kontrabas, perkusja traktowana miotełkami - ballady
                                ("Silver Saddle", "Just Like Birds", wreszcie mój ulubiony, przepiękny i
                                piekielnie smutny "Burning Bush"). Szarpane, energiczne, najbliższe rocka,
                                ale pozostające w klimacie tytułowych tajemnic południa Stanów wykopy
                                (otwierający album "Clogger"). I w końcu utwory totalnie korzenne,
                                natychmiast przywodzące na myśl drewnianą werandę, fruwające kłaki bawełny i
                                wieśniaków wyśpiewujących swoje smutki po dniu ciężkiej pracy ("Wayfaring
                                Stranger").
                                Płyta wyprodukowana jest tak, by produkcji niemal nie było słychać. Wszystkie
                                instrumenty brzmią bardzo naturalnie i brudno - perkusja (bębniarz 16
                                Horsepower, Jean-Yves Tola, jest jednym z najlepszych fachowców, jakich
                                słyszałem, a wygląda jak piękny chuligan z utworu Partii), bas lub kontrabas,
                                rozwijające przez słuchaczem całe spektrum możliwych brzmień gitary (od
                                typowych dla Edwardsa zagrywek techniką slide, poprzez klasyczne pudłówki, do
                                elektrycznego jazgotu na przesterach), wspomniane już skrzypki, okrągły
                                ciemny fortepian, banjo i sporadyczne wejścia na bandoneonie oraz organach.
                                Teksty podejmują motywy standardowe (samotność, wyobcowanie, rozpacz,
                                zwątpienie - nieprzypadkowo na koncertach zespół wykonuje własną, genialną
                                wersję "Day of the Lords" z repertuaru Joy Division), ale w niestandardowy
                                sposób. Z podwyższenia, z którego głosi prorok Edwards, płynie język
                                archaizujący, stylistycznie bliższy Księdze Psalmów niż pseudopoetyckim
                                rockowym komunałom (próbka miłosnej liryki a la 16 Horsepower: "little
                                johanna girl of my prairie / help me fill this house with living words /
                                further up an' further in / let 'em fly from our lips / just like birds"). A
                                zmęczony, ale pełen emocji głos lidera - ślizgającego się od jednej blue note
                                do następnej - sprawia, że nabierają one wiarygodności. Kto nie uwierzy
                                facetowi, który śpiewa jak Hiob widzący twarz swego stwórcy i kata zarazem?
                                Oddalił się, nędzny grzesznik, na pustkowie, by szukać Pana poprzez modlitwę
                                i post, we włosiennicy i popiele.
                                No i sam kurwa popadłem w starotestamentową poetykę. Czas kończyć. Serdecznie
                                polecam i namawiam znających pozostałe albumy kapeli (także solowe wybryki
                                Edwardsa, również te sygnowane Woven Hand) do dokładania swoich pięciu
                                eurocentów i recenzowania opisywania.
                                Wasz wytrwale spożywający grunt glebogryzarka aka. afro

                                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24104209&wv.x=1&v=2&s=0
    • pszemcio1 EEls - Blinking lights and other revelations 20.05.05, 02:55
      Powiem szczerze - nie wierzyłem!!! Nie wierzyłem, że to możliwe! Nie sądziłem,
      że Mark Oliver Everett jest jeszcze w stanie stworzyć płytę tego
      formatu...ekhm...sorry - dwie płyty. Najpierw były zapowiedzi. Niesmiało
      docierały do nas pierwsze recenzje. Abum życia? Album o życiu. Były achy i
      ochy. Trudno jednak brać zachwyty zachodniej prasy na poważnie. Szczególnie gdy
      zna sie wszystkie albumy Eels na pamięć i gdy wiadomo, że zespół nigdy nie
      nagra juz płyt na miarę Beautiful freak czy Electro - shock - blues. I dziś
      tylko jedna myśl przychodzi do głowy - "nigdy nie mów nigdy"
      No właśnie, Blinking lights and othe revelations to jednao z najlepszych
      (najlepsze?) dzieł zespołu, swoiste opus magnum, piękna opowieśc o niezbyt
      pięknym (a może jednak?) życiu. Trudno doprawdy pisać o tej muzyce. Dość
      powiedzieć że mr E nigdy jeszcze nie zaatakował nas tak sporą dawką
      melancholli, smutku i...subtelności. Tak, subtelność tych nagrań to pierwsze
      skojarzenie jakie wpadło mi do głowy. W porównaniu do Shootenanny czy
      Souljackera
      nowe piosenki porażają wręcz delikatnością. Cała frajda tkwi w szczegółach, we
      wplatanym tu i ówdzie dźwięku saksofonu, jakiejś trąbki, pięknego brzmienia
      pianina (ech ten cudny Ugly love). Doprawdy trudno tu wymieniać pojedyncze
      utwory. Trudno wyróznić cokolwiek by nie umniejszać wartości pozostałych
      nagrań. Ale trzeba wspomnieć, że obok momentów spokojniejszych zdarzaja się i
      radosne pieśni, przy których nawet najwiekszy ponurak poczuje silniejsze bicie
      serca (Hey man, railroad man,going fetal). I nie trzeba dodawać, że wszystkie
      kompozycje mogłyby (gdyby tylko wielcy "szołbiznesu" tego chcieli)z powodzeniem
      zajmowac czołowe pozycje na listach przebojów.
      Trudno nie napomknąć o tekstach, słodko-gorzkich, smutnych i ironicznych
      zarazem, dających do myślenia, prostych, a jednoczesnie skomplikowanych, niby
      jasnych, a tak naprawdę pokręconych przez chorą wyobraźnię Everetta. Dokładnie
      tak samo jak ta muzyka, która wzrusza i cieszy, daje nadzieję i poraża
      smutkiem...zachwyca
      chylę czoła,
      podziwiam,
      brak mi słów,
      ....album roku
      • cze67 Cloud Cult - Advice From The Happy Hippopotamus - 31.05.05, 12:49
        ethan26

        czyli dostałem między oczy i jestem wstrząśnięty. to bodaj 4 płyta
        długogrająca tego zespołu z minneapolis. nie znam niestety jeszcze
        wcześniejszych ale:

        myślałem że "tradycyjny" bright eyes i anthony będą jeszcze długo dzielić moje
        prywatne miejsce nr 1 2005 a tu klapa bo pojawiła się ta płyta.

        takie albumy pojawiają się raz ja jakiś czas. druga płyta neutrali, moonowe
        modest, glow 2 microphones, czy zeszłoroczne arcade fire.

        na forum screenagers pisałem już troszkę o tym. napiszę jeszcze raz. "marzyło
        Wam się połączenie moon and antarcticy z dokonaniami arcade fire, doprawione
        czymś za co lubicie lub nie bright eyes?". dodajcie sobie "jeszcze szczyptę
        geniuszu microphones i melancholię neutral milk hotel."

        wydaje się żeby nagrywać wielkie płyty trzeba przeżywać wielkie tragedie. tak
        było w przypadku arcade fire i ich pogrzebowej płyty, tak jest w przypadku
        Craiga Minowy i jego zespołu. przed trzema laty zmarł nagle w nocy jego
        2-letni syn, chwilę potem odeszła jego żona, gdyż jak twierdziła Craig zbyt
        mocno przypominał jej zmarłe dziecko... Training Wheels, That Man Jumped Out
        the Window, What comes at the end. trzy rdzenie tej niesamowitej godzinnej
        podróży. no i cytat z nagrania Younga, którym wspomniany artysta oddawał
        szacunek panu rottenowi.

        i jeszcze: nie można nie wspomnieć o washed your car. "tam gdzie flaming lips
        spotyka sparklehorse czyli transistor radio też cudowne". moving to canada to
        nagranie podkradzione arcade fire (wspominałem już o tych podobieństwach)
        podczas ich pogrzebowej sesji.

        ja tam jestem w szoku od dwóch dni, ze łzami i śmiechem na twarzy... nie mogę
        doczekać się przebudzenia gdy znów będzie mi dane usłyszeć. może ktoś z
        szanownych forumowiczów również doznał?

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24155813&wv.x=1&v=2&s=0
        • cze67 koncert Pata Metheny - Torwar, 22.05.05 - maff1 31.05.05, 12:51
          Koncert miał zaczac sie o godz. 19 . Ale o 19 wyszedł Adamiak i powiedział ze
          koncert zacznie sie punktualnie o 19.15 . O 19.20 wyszedł Pat i jak to on
          zaczął cos tam przygrywac. Dopiero pózniej wyszli pozostali muzycy i zaczeli
          grać suitę The way up. W 12 min Pat "trzymał" dzwiek przez ok. 6 min. prawie w
          całkowitej ciemności, w tym czasie siedział na scenie w kucki z kims przy
          laptopie. By w końcu ogłosic ze mają usterke techniczną i muszą zacząć wszystko
          od początku ale po przerwie. Zdarza sie.
          O 20tej wyszed Kydryński i przeprosił stwierdzające ze pierwszy raz Patowi cos
          takiego sie przytrafiło ale juz jest wszystko OK i koncert zaczał sie jeszcze
          raz.
          Suita Way Up zabrzmiała o wiele lepiej niz na płycie - ale to ostatni standard
          niestety u Pata. Płyty brzmią jak "demo" .
          Ponadto pat brzmiał bardziej jazzrockowo niż jak zazwyczaj. Po suicie zespół
          zagrał kilkanascie kompozycji z lat wczesniejszych - no i tu zaczął sie
          problem. Oni tzn. PMG nie potrafili grać starszych utworów. Dobrze przygotowane
          były tylko Last Train Home i Are You going with me, do wytrzymania był Farmer's
          trust z wstepem na fortepiane - śadze ze to kopozycja solowa Lyle Maysa.
          Z przykroscią stwierdzam ze grupa niczego nowego, ciekawego nie pokazała, a
          zrobienie z Antonio Sancheza (perkusja) drugiego frontmana jest dla mnie
          nieporozumieniem - które uciaszy tylko fanów perkusji. Sanchez walił w bebny
          dobrze i mocno - ale jakoś brakowało w tym "melodii" - a przecież znamy
          przykłady grania muzyki(melodii) na bebnach. Brakowało w PMG indywidualnosci na
          miare choćby Richarda Bony znanego z poprzedniej płyty. Zresztą zgadzam sie z
          opinią ze poprzedni kład PMG był jednym z najlepszych. Lyle Mays tym razem
          wydawał sie być drugorzednym muzykiem zespołu. Wg mnie to jakieś
          nieporozumienie. Efektem takiego składu i tak przydzielonych ról w nim było to,
          ze zespół zagrał tylko JEDEN bis, a koncert trwał ok 2,5 godz. A tym bisem była
          słabo przygotowana jedna z wczesniejszych kompozycji PMG. A przecież na bisy
          zostawia sie rzeczy najbardziej "znane" - dzieki którym zespół jest
          rozpoznawalny.
          Poprzedni koncert na torwarze trwał ok. 3 godz i był w mojej skali na 5 .
          Na dodatek mielismy przykład ewidentnego grania z półplaybacku (mysle ze
          dlatego musieli zagrac suite jeszcze raz od poczatku) co było nad wyraz
          widoczne w "The Roots Of Coincidence" z płyty Imaginart Day. Muzyka - ten
          wspaniały podkład z "mlaskajacymi" tinami - grała z głosnikow a nikt z zespołu
          na niczym nie grał.

          Mam wrazenie ze potraktowano nas publicznośc na tzw "odwal sie" bo:
          - przypadkowy skład zespołu
          - drugi frontman - Sanchez -na perkusji
          - Lyle Mays głał jak przeciętny jakis tam klawiszowiec
          - słabo przygotowane (lub nieprzygotowane) kompozycje z wsześniejszych płyt
          - 1 bis i to marny
          - krótki - jak na PMG czas koncertu
          - wobec powyzszego nie dziwi usterka techniczna sprzetu (komputera z
          podkładami - moze zawiesił sie) Ponieważ byłem przy samej scenie widziałem co
          sie stało.
          Dodatkowo, ceny biletów stanowczo za wysokie, Torwar wypełniony w połowie - to
          widac jak fani oceniają obecne dokonania PMG.
          3 lata temu bilety były wyprzedane na miesiąc przed, a widownia zapełniona po
          brzegi. Podobnie było przy "secret Story Tour".
          A kydryński zawsze o PMG bedzie gadał w samych superlatywach - bo miał w tym
          swój biznes.

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24208695&wv.x=1&v=2&s=0
          • cze67 Jim White DRILL A HOLE IN THAT SUBSTRATE 31.05.05, 12:53
            grimsrund:
            Jim White DRILL A HOLE IN THAT SUBSTRATE AND TELL ME WHAT YOU SEE
            Luaka Bop, 2004
            wydania polskiego brak (oczywiście)

            Zachęcony gremialnym i entuzjastycznym odzewem Forumowiczów na mój tekst
            dotyczący poprzedniej płyty Jima White'a NO SUCH PLACE z 2001 roku,
            postanowiłem skrobnąć parę słów o najnowszym dziele tego bardzo średnio
            znanego w Lechistanie Artysty.

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=20516093&v=2&s=0

            Przygotowując swój trzeci album Jim White postanowił podziękować za
            współpracę zamorskim muzykom, którzy pomagali mu przy poprzednim dziele. Tym
            razem nie uświadczymy brytyjskiego desantu, a także japońskich samurajów
            jeżdżących wielkimi amerykańskimi ciężarówkami. Twórca oparł się tym razem na
            znamienitych rodakach oraz Kanadyjczykach, których na DRILL A HOLE...
            reprezentują dwa zespoły z Toronto: Barenaked Ladies i The Sadies. Do ekipy
            wspierającej White'a wrócił za to Ralph Carney (zaufany pomocnik Toma
            Waitsa), współtwórca mrocznego, balladowego debiutu White'a (THE MYSTERIOUS
            TALE OF HOW I SHOUTED WRONG-EYED JESUS!), co nie pozostało bez echa na
            końcowy efekt starań twórców.

            Lekkiej zmianie uległa także sama muzyka - na DRILL A HOLE... nie uświadczymy
            już "tanecznych" niemal utworów, które na NO SUCH PLACE podpisali muzycy
            Morcheeby, brak też tym razem nawet śladów wygrzewu rodem z południowego
            rocka, nieśmiało zaznaczających się na albumie z 2001 roku. Kierunku, w jakim
            całość materiał podąży, można się było zresztą domyślić już w momencie wyboru
            głównego producenta albumu, w osobie Joe Henry'ego. Ten niezwykły twórca,
            który nad blichtr rockowego gwiazdorstwa przedłożył opiekę nad swoimi dziećmi
            (nawiasem mówiąc, siostrzeńcami Madonny) i cyzelowanie dźwięków w doskonale
            wyposażonym domowym studio, z płyty na płytę tworzy muzykę coraz bardziej
            wyrafinowaną i coraz odleglejszą od dynamicznego alternatywnego country
            proponowanego przez twórców pokroju Ryana Adamsa czy 16 Horsepower. Henry
            flirtuje raczej z muzyką soulową i jazzową, osiągając rezultaty pokrewne
            dziełom zespołu Lambchop. I takie też podejście najwyraźniej bliskie było
            White'owi, gdy wspólnie pracowali nad wciągającymi, bogatymi dźwiękowymi
            podkładami pod głos kapelusznika z Florydy. W odgłosach sączących się z DRILL
            A HOLE... nadal jednak słychać wpływy muzyki gospelowej i bluesowej, surowych
            dźwięków rodem z Appalachów, a także, rzecz jasna, Toma Waitsa (nie bez
            udziału Ralpha Carney'a), aczkolwiek Waitsa wyciszonego i z pewnością
            nagrywającego na trzeźwo. Na pozór zniknęły otwarcie apokaliptyczne klimaty
            snute na pierwszej płycie, lecz i tutaj niemal każda z piosenek obrazuje
            mocowanie się bohaterów z Absolutem, pojmowanym często z typowo amerykańską
            bezpośredniością (tu gratulacje za tytuły piosenek: IF JESUS DROVE A MOTOR
            HOME oraz PHONE BOOTH IN HEAVEN)

            Jako się rzekło, i tym razem Jim White oparł się na utalentowanych gościach.
            Płyta rozpoczyna się od STATIC ON THE RADIO, uroczego duetu z wielką Aimee
            Mann, jednym z najwspanialszych głosów balladowej Ameryki. W COMBING MY HAIR
            IN A BRAND NEW STYLE (najbardziej "soulowo" zabarwionym utworze płyty) rolę
            chórzysty przyjął na siebie Marc Anthony Thompson (znany bardziej jako
            Czekoladowy Geniusz), diva alternatywnego country Mary Gauthier pełni
            analogiczną rolę w PHONE BOOTH IN HEAVEN (gdzie produkuje się także wybitny
            gitarzysta M. Ward), zaś jazzowy gigant Bill Frisell skromnie akompaniuje
            swoją gitarą w piosence OBJECTS IN MOTION. Wspomniani Barenaked Ladies i The
            Sadies współtworzą natomiast odpowiednio kompozycje ALABAMA CHROME i BORROWED
            WINGS.

            Na trzeciej płycie Jim White po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z wielu
            niedocenianych skarbów narodowych Ameryki. Jego muzyka przy każdym
            przesłuchaniu robi ma na mnie wrażenie swoją pomysłowością, zaś sam Artysta
            wymusza wprost szacunek dla otwartości, z jaką przyjmuje różne muzyczne
            wpływy i lepi z nich własne, piękne kompozycje. I z każdą chwilą marzę coraz
            mocniej, by kiedyś doczekać się płyty, którą wspólnie podpiszą Jim White i
            Lambchop albo nawet Jim White i Spiritualized...

            Gdyby któreś z szacownych Forumowiczów trafiło kiedyś przypadkiem podczas
            swoich muzycznych podróży na muzykę tego Pana - nie należy zwlekać z jej
            przesłuchaniem.

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24333466&wv.x=1&v=2&s=0
            • cze67 Otomo Yoshihide's New Jazz Ensemble, 21.05.2005 31.05.05, 12:55
              grimsrund:
              Owóż wybraliśmy się z kolegą Humbakiem do Katowic (Jazz Club Hipnoza) na to
              niecodzienne wydarzenie. Sama nasza wyprawa obfitowała w ucieszne przygody
              (dość rzec, że w poszukiwaniu bankomatu jednego z polskich banków
              zwiedziliśmy niemal całe nocne Katowice), ale nie czas tu i miejsce na ich
              smakowanie, godne są one bowiem, by poczekać na pióro od naszych znamienitsze.

              Koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, podczas którego to opóźnienia
              wszyscy widzowie otrzymali pomarańczowe okularki od pomarańczowo-lwiego
              sponsora imprezy, zaś organizatorzy koncertu umiejętnie podnosili napięcie,
              produkując informacje o awariach technicznych sprzętu a potem krotochwilnie
              oznajmiając, że koncertu dziś nie będzie, ale za rok na pewno się już uda
              (lub coś w tym stylu).

              Sprzedający płyty swoich podopiecznych oraz innych Japończyków
              Marcin "Wschodnie Triady" Witkowski (promotor trasy) w chwilę później
              podłamał nas wyznaniem, że nie będzie już w przyszłości żadnych Japończyków
              sprowadzał, zaś swoje koncertowe przygody ograniczy do festiwalu
              cieszyńskiego.

              W końcu jednak rzecz się rozpoczęła, a moje uszy wylądowały na podłodze już
              po pierwszym zagranym utworze (znalazłem je pod siedzeniem dopiero pod koniec
              koncertu :) ). Zespół w składzie: gitarzysta (sam Otomo), dwóch
              saksofonistów, perkusista, kontrabasista, wibrafonistka, modulatorka fal
              zmiennych (Sachiko M.) i wokalistka (śliczna jak laleczka Kahiki Karie)
              zaiste dali widowni do wiwatu. Moimi faworytami byli: niezwykle energetyczny
              wielobębniarz Yasuhiro Yoshigaki (który pod koniec występu złapał nawet za..
              trąbkę!) oraz kontrabasista Hiroaki Mizutani, cały czas namiętnie tulący się
              do swego wielgachnego instrumentu. Sam Mistrz dał również pokaz talentów
              dyrygenckich, koordynując kolegów i koleżanki bez batuty wprawdzie, jeno za
              pomocą machania łapą.

              Po pierwszych utworach, wgniatających słuchaczy w glebę potwornym jazgotem,
              muzycy dali nam odetchnąć, serwując w drugiej części występu kompozycje
              generalnie łagodniejsze. Wtedy też pojawiła się Kahiki Karie, która słodkim
              głosikiem podśpiewywała sobie po japońsku, francusku i angielsku. W tym
              ostatnim języku wykonała ona ostatni utwór bisu, nastrojową kompozycję z
              repertuaru zespołu Kinski.

              braineater:
              First of all - wystarczyło wyjśc z Hipnozy i skręcić dwakroć w lewo
              i po minucie już mielibyście chłopaki bankomat:)

              Dwa - koncert masakra, koncert rewelacja, no po prostu czysta
              muzyczna msza - póltorej godziny na klęczkach i z śliną ściekająca
              z pyska. I nic to, że spóźniony, i nic to, że w zmienionym
              składzie - przede wszystkim obaj obłędni saksofoniści i Kahimi,
              która jeszcze lepiej wygląda niż śpiewa, a spiewa tak, że wcale nie
              musi do tego wyglądać, spowodowali, że naprawdę totalnie odpadłem.

              3 - publiczność - tak jak się spodziewałem, pierwsze objawy bólu
              egzystencjalnego pojawiły się u przypadkowych osób po pierwszych 5
              minutach koncertu, kiedy chłopcy ze spokojnej pijacko knajpianej
              melodii przeszli w regiony sonicznej masakry z użyciem sine-wawe i
              znoisowanych saksofonów w klasycznym Zornowym stylu. Kilka pań
              siedzących nieopodal mnie zakrywszy uszy rękoma i wymieniając
              spłoszone spojrzenia podjeły milczącą decyzje o natychmiastowej
              ewakuacji - cóż - wystarczyło poczytać zapowiedzi, by wiedzieć
              czego można się spodziewać.

              4 - bisy - zdecydowanie Otomo et consortes, zostawili dwa najlepsze
              numery na bis, i dopiero wtedy można było zobaczyc cały rozrywkowy
              potencjał tej muzyki, która mimo całego formalnego skomplikowania,
              pretensji do amuzyczności, pokazała, że przy dobrze rozhulanym
              kawałku na dwa saksofony, wibrafon, kontrabas, perkusję, gitarę i
              elektronikę można zmusić do radosnego podrygiwania każdą
              publiczność.

              5- koncert zdecydowanie za krótki, ale patrząc na wykonawców tuż
              po, wcale się nie dziwię. Zero ściemy, zero tanich zagrywek na
              pamięciowych patentach, tylko pełna radocha z totalnie fristajlowej
              improwizacji. Po Medeskich w Warszawie i Naked City tamże,
              zdecydowanie jeden z naj koncertów na jakich byłem.

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24228909&wv.x=1&v=2&s=0
              • cze67 Joanna Newsom - braineater 31.05.05, 12:57
                w dodatku z gatunku dziwnych, bo nic o pani artystce nie wiem:)
                Płytka trafiła do mnie kanałami jakimis tajemnymi i spowodowała dośc długie
                zawieszenie słuchu na dźwiękach zeń rozlegających się. Pani zwie się Joanna
                Newsom i to praktycznie wszystkie wieści, jakie o niej niesie wujek internet.
                Sadząc po fotach, dziewcze raczej młode, raczej urodziwe, ale tego akurat na
                płycie nie słychać:)
                Na stronce www.bbc.co.uk/dna/collective/A3212740 wyczytałem, że
                pani
                podgrywała supporty przed Devendrą Banhardtem i to akurat mnie nie dziwi, bo
                muzycznie rzeczy w klimatach grają zblizone - czyli coś, co wychodząc od
                country i amerykańskiego folka przeradza się w muzyke kompletnie
                niedookreslona i przedziwna. Zestaw skojarzeń jaki mi sie wykreował po
                pierwszych słuchaniach to Bjork z okresu 'Glin-glo", Bob Dylan -
                charakterystyczna kozia maniera wokalna i Tori Amos - podobne traktowanie
                fortepianu i klawesynu. Do tego dochodzą jeszcze cokolwiek porąbane teksty o
                wspólczesnym city life z perspektywy bardzo dziecięcej i bardzo nietypowy
                sposób spiewania, przywodzący na mysl rozkapryszona dziesięciolatkę.
                Generalnie bardzo dziwna wesoła muzyczka na upały z jednym hiciakiem
                totalnym - Casiopea.
                Na stronce zlinkowanej wyżej możecie spojrzeć na video i samodzielnie ocenić
                czy Wam taka muza pasuje. A jesli jeszcze Was nie przekonałem, to mogę
                jedynie powiedzieć, że od czasu jak zacząłem puszczać "Milk-eyed mender", to
                moja zona wreszcie zrezygnowała, oby na długo, z muzycznej diety złożonej z
                pierwszego The Black Heart Procession i płyt Victora Malloy'a:)

                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24441060&wv.x=1&v=2&s=0
                • cze67 Chris Joss - braineater 31.05.05, 12:58
                  Tak żeby się wkupić w forumowe łaski, rozpocznę od mojego chwilowo
                  najnowszego odkrycia, czyli pana znanego jako Chris Joss, mając nadzieję, że
                  ktoś z Państwa miał już okazję słyszec choc jedną z 3ch płyt jego autorstwa.
                  Karierę rozpoczął w roku 96 nagrywając przedziwny soundtrack do
                  nieistniejącego serialu tv - "The man with suitcase", momentalnie zresztą
                  dostając przydomek nowego Isaaca Hayes'a. Mocne funkowe basy, bujające
                  melodyjki i upalony dźwięk hammondów + gitara namiętnie traktowana wah-wah,
                  pojawiły się znowu i wszem i wobec udowodniły, że czas takiego grania jeszcze
                  do końca nie przeminął. I tylko jedna rzecz była cokolwiek zaskakująca - ta
                  maksymalnie bogatą aranżacyjnie, instrumentalnie płytę, nagrał jeden człowiek
                  w swoim domowym studio, obsługując po kolei wszystkie instrumenty, po czym
                  zgrywając kolejne ścieżki. I okazało się, że wcale nie trzeba monstrualnej
                  kasy na kilkudziesięcioosobowe bandy, by stworzyć album z totalnym wykopem.
                  To samo powtórzyło się przy okazji dwóch następnych płyt - "Dr. Rythm" i
                  chyba najlepszej - "You've been spiked", gdzie do elementów znanych z
                  wcześniejszych nagrań doszło jeszcze przemyślne wykorzystanie cytatów z
                  klasyki filmowego blxipolation czy lekko zdubowane pogłosy w niektórych
                  utworach, dodająca i tak bardzo otwartym kompozycjom dodatkowej przestrzeni.
                  Porównanie do Hayes'a przestało dziwic, a do bezpośrednich inspiratorów
                  Jossowego grania zaczęto zalicząć także Bootsy Coolinsa i cała scenę P-Funku.
                  Tak więc, jeśli macie ochotę na trochę grania w stylu retro, nie
                  zmasakrowanego naddatkami elektronicznych ulepszaczy lub po prostu na
                  klasyczną impreze z fryzurami afro i butami na platformach - zdecydowanie z
                  Jossem kontakt polecam.

                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24314779&wv.x=1&v=2&s=0
                  • cze67 Oasis - "Don’t Believe The Truth" - ilhan 31.05.05, 13:02
                    Dobra, to teraz pozwolicie, że ja parę wrażeń na gorąco, bo od soboty cieszę
                    się egzemplarzem i właśnie słucham chyba ósmy raz.

                    1. Turn Up The Sun - wspominałem wyżej, znakomicie brzmiące, psychodeliczne
                    gitary, rock'n'rollowy ciężar, świetne.

                    2. Mucky Fingers - nastawiałem się na jakąś wpadkę, tymczasem bardzo mi się
                    podoba. Patent z VU jest aż nazbyt oczywisty, żeby o
                    nim wspominać.

                    3. Lyla - zyskuje na płycie.

                    4. Love Like A Bomb - fajowe gęste akustyki i rosnąca z każdym przesłuchaniem,
                    letnia, słoneczna melodia. Bardzo bardzo.

                    5. The Importance Of Being Idle - Kinks/ La's/ Coral czyli zaskoczenie, bo
                    Oasis nie mieli jeszcze takiego wywleczonego z
                    liverpoolskiego doku numeru. Raczej drugorzędny utwór tutaj, acz nie można
                    mówić o jego słabości. Fajne organy.

                    6. The Meaning Of Soul - nie wiem jak traktować to coś. Przerywnik?
                    Pełnowartościowy utwór? W pierwszej kategorii nawet dość
                    rozrywkowe. Może lepiej pasowałoby na bisajd?

                    7. Guess God Thinks I'm Abel - też raczej w cieniu reszty. Tzn. podoba mi się
                    (bo nie ma tej płycie utworu, którego bym się
                    czepiał), z tym że na pewno zbędne jest to "przywalenie" na koniec (dlaczego
                    kojarzy mi sie to z Irą?).

                    8. Part Of The Queue - najlepsza z piosenek Noela. Dopieszczona pod każdym
                    względem, z klimatem dusznego, nerwowego miasta w
                    lecie.

                    9. Keep The Dream Alive - oj czuć znów rękę Andy'ego Bella, z tym że może
                    bardziej z czasu Hurricane No 1 niż Ride. Jak dla mnie
                    ewidentny kandydat na drugiego singla.

                    10. A Bell Will Ring - Noel miał rację, kiedy podkreślał związki
                    z "Revolverem". Brzmi jak zgubiony przez Lennona w 1966 roku (te
                    gitary na początku). Jedna z najlepszych partii wokalu Liama na płycie.

                    11. Let There Be Love - najspokojniejszy na płycie, z fajną końcówką, zdaje
                    się, że ich najlepszy closer od czasu "Champagne
                    Supernova". I chyba powinien rządzić na koncertach.

                    Podsumowując, jestem strasznie miło zaskoczony. I słucham praktycznie non stop.

                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=22170493&wv.x=1&v=2&s=0
                    • cze67 Nocturnus - "Ambitny" metal - tomash8 14.06.05, 17:31
                      Hmm od czego by tu zaczać, często można wyczytać opinie, jakoby metal, a
                      zwłaszcza jego cięższe odmiany były prymitywną muzyką, w której nie ma nic
                      ciekawego. Wprawdzie jest mnówstwo grup potwierdzających tą opinie, ale
                      zdarzają się też bardzo pozytywne wyjątki. Do jednych z nich należał na pewno
                      amerykański Nocturnus. Zespół powstał w drugiej połowie lat 80 - tych, a jego
                      założycielem był bębniarz Mike Browning, który grał w pierwszym składzie
                      Morbid Angel, na początku przz zespół przewinęło się wielu muzyków, m.in.
                      Vincent Crowley, późniejszy założyciel znanego w pewnych kręgach Acheron, i
                      Wolfen Society. w 1987 zespół wydaje taśme "Nocturnus" zawierającą dość
                      konwencjonalny Death metal, dopiero druga demówka "The science of horror"
                      nagrana z klawiszowcem Louie Panzer'em przynosi zespołowi pewnien rozgłos, co
                      troszke później owocuje podpisaniem kontraktu ze słynną Earache recods, a w
                      konsekwencji prowadzi do nagrania i wydania jednego z najciekawszych albumów
                      death metalowych, czyli
                      "The Key"(1990) - album rozpoczyna w niezłym stylu kompozycja "Ring of fire",
                      która rozpoczyna się dziwnym klawiszowym intrem, by po niecałej minucie
                      przejść w ostry, death metal. Jednak już tu rzucają się w uszy wie rzeczy - po
                      pierwsze:
                      - mimo dość gęstego i ciężkiego grania bez problemu można wychwycić melodie
                      po drugie, i najważniejsze - klawisze cały czas towarzyszą gitarom, nie
                      stanowią jedynie tła dla popisów wioślarzy(na tym albumie - Mike Davis i
                      Sean McNenney). Każdy utwór zaskakuje czy to zmianami tempa, partiami
                      klawiszy(szczególnie Andromeda Strain), zespół za pomocą stosunkowo prostych
                      środków potrafi stworzyć niesamowity klimat(Neolithic, Droid sector), a utwory
                      takie jak BC/AD czy Destroying the manger po prostu wpadają w ucho. Warto
                      dodać, że na tym albumie, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach wokalami
                      zajął się Mike Browning, równocześnie grający cały czas na perkusji, co
                      sprawia że partie bębnów nie są aż tak gęste jak u innych death metalowców. A
                      sam wokal? no cóż, Mike nie dysponuje jakąś świetną barwą głosu, ale nie
                      wydziera się też tak jak inni "wokaliści" w tym nurcie, jego śpiew jes nieco
                      schowany, prawie nigdy nie wchodzi na pierwszy plan - zarezerwowany dla gitar
                      i klawiszy. Ogólnie mówiąc, ten album jest jednym z najlepszych, ale
                      równocześnie najbardziej niedocenionych albumów metalowych. CD jest
                      praktycznie niedostępne

                      Po nagrniu "The key" do zespołu dołączył wokalista Dave Izzo, i w takim
                      zesawieniu powstał dość kontrowersyjny album "Thresholds"(1992, Earache). Wg.
                      niektórych zespół troszkę za bardzo "odjechał" od metalowych standartów. Może
                      jest to prawda, ale nie zmienia to faktu, że ta "kosmiczna" płyta jest na
                      pewno warta uwagi. Już rozpoczynający całość utwór "Climate controller"
                      zwiastuje zmiany - najpierw "mroczno - kosmiczne" intro, a potem zdecydowane,
                      ostre wejście bardzo cięzkich death metalowych gitar, i niski ryk wokalisty,
                      po minucie powolnej i typowo "śmiertelnej" jazdy, zaczynają się typowe dla
                      tego zespołu zmiany tempa, wchodzą śmielej klawisze, a wszystko prowadzi do...
                      dość melodyjnego refrenu. Od razu słychać różncę w brzmieniu - niestety gitary
                      słychać głośniej i częściej niż klawisze, które jednak cały czas "pracują" w
                      tle. Po prawie 8 minutowym otwieraczu, następuje utwór Tribal vodoun, z
                      fajnymi zwolnieniami w środkowej części, w których Mike Browning robi uzytek z
                      tomów. 3 utwór to niespełna 3 minutowy, świetny, bardzo klimatyczny "Nocturne
                      in brn"
                      gdzie wreszcie lepiej słychać klawisze, a i gitarzyści pokazują na co ich
                      stać. Utwór ten jest wprowadzeniem do "Arctic cript" moim zdaniem najlepszego
                      utworu jaki ten zespół keidykolwiek nagrał. Kawałek ten jest utrzymany w stylu
                      "The key", ale miniej więcej w połowie, pojawia się akustyczna wstawka, a
                      potem świetne, nieco art rockowe solo gitary, płynnie przechodzące w death
                      metalową młóckę, znowu brawa dla klawiszowca. Z pozostałych utworów na pewno
                      warto wymienić "Subterrean infiltrator" czy "Aquatica"

                      Niestety, po wydaniu tego albumu zespół się rozpadł. w 2000 roku
                      niespodziewanie pojawił się nowy album "Ethereal tomb"(Season of mist) nagrany
                      w składzie... no właśnie. Zabrakło Mike'a Browninga. Muzycy, którzy nagrali
                      ten album to:

                      Mike Davis- Gitary
                      Sean McNenney- Gitary
                      Emo Mowery- Bas/vocal
                      Louis Panzer- klawisze
                      Rick Bizarro- perkusja

                      Niestety, album nie dorównuje swoim wielkim poprzednikom. Czegoś zabrakło.
                      Przede wszystkim wokal. Emo wydziera się jak typowy "szatan" co kompletnie nie
                      pasuje do muzyki zespołu. Co gorsza reszta muzyków podąrza momentami jego
                      tropem("the killing" mimo fajnej wstawki pod koniec).. najlepsze momenty to
                      otwierający płytę "orbital decay" oraz długaśny "Search for trident",
                      natomiast mometami grupa nie bardzo wie czego chce... "paranormal states" miał
                      być chyba powrotem do klimatu z "the key", ale brzmi jak Samael, czy inny dark
                      metal. Naszczęście ostatni utwór - instrumentalny "Outland" poozstawia świetne
                      wrażenie. To nie jest zła płyta, ale niekoniecznie powinna być wydana jako
                      Nocturnus, bo ten zespół bez Browninga nie tylko moim zdaniem nie ma racji
                      bytu.

                      Mike założył w 1999 "konkurencyjny" zespół, nazwany najpierw Nocturnus AD(grał
                      tam cały pierwszy skłąd Nocturnusa, czyli ludzie, którzy opuścili zespół
                      jeszcze przed nagraniem "The Key" - Gino Marino -git, Richard Bateman - bas),
                      obecnie zespół nazywa się After Death, i nagrał jedną demówkę, dostępną na:
                      www.afterdeath666.com/

                      Oprcz opisanych przeze mnie wydawnictw wyszła jeszcze kompilacja zawierająca
                      obydwie demówki zespołu w całości, oraz DVD "Farewell to planet earth"

                      Jak ktoś zna, czekam na opinie, jeśli nie znacie - zachęcam do poznania. Moim
                      zdaniem warto.

                      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24791490&wv.x=1&v=2&s=0
                      • cze67 Dream Theater "Octavarium" 14.06.05, 17:34
                        lukas_log:
                        Czy juz ktos z forumowiczow sluchal (nie zeby to byl bardzo popularny tu
                        zespol,ale moze jednak?)?
                        Co prawda Portnoy sciemnia,ze wersja,ktora wyciekla do sieci nie
                        jest "final",ale chyba mozna na jej podstawie powiedziec,ze jest dobrze.Nawet
                        bardzo.Powrot do brzmien z I&W i SFAM ,czyli spokojniej niz ostatnio,nacisk
                        na melodie i gre ZESPOLOWA, brak tak nielubianych przez nie-
                        muzykow "bezsensownych cyberiad" (oczywiscie solowki sa,ale nie na zasadzie
                        szkolki dla dorastajacych gitarzystow).I ladne melodie.I klawisze bardziej
                        klawiszowe niz ostatnio.I wokal LaBrie nie drazni.Slowem pieknie....premiera
                        dzis/jutro,ale w MM pewnie juz od soboty lezy.

                        P.S."I walk beside you" to najlepsza piosenka U2 ;-))


                        grimsrund:
                        Jak dla mnie - bardzo dobra płyta... w części. To znaczy siedem bardzo dobrych,
                        na ogół grzmiących utworów, pośrodku których zespół nasadził kupsko pod tytułem
                        I WALK BESIDE YOU (czas 4:29, o radiu sie myślało, co chłopaki?), tak
                        siermiężne i nieudolne popisko, że podczas jego słuchania miałem ochotę zapaść
                        się ze wstydu pod ziemię. Ten ekskrement ewokował w moich uszach jakichś
                        żałosnych epigonów średniego U2, a nawet Gazebo z jego nieśmiertelnym hitem I
                        LIKE CHOPIN (te plastikowe klawiszyki...). Puściłem toto znajomemu, który
                        zrobił oczy wielkie: "TO jest Dream Theater???" A ja mu na to: "Skoro ja
                        cierpię, i Ty pocierpisz" :))

                        Poza tym płyta w porządku, przekonałem się nawet do łagodnego THE ANSWER LIES
                        WITHIN, rozumiem, że chłopaki pozadrościły Porcupine Tree LAZARUSA, no
                        rozumiem - "my nie gorsi, też se pierdykniemy takom pastorałke, że hej". Nie
                        hej, bo kawałek Wilsona jest o wiele ładniejszy, ale przynajmniej uszy mi nie
                        uschły.

                        W sumie - żal trochę bezkompromisowej napierdzielanki TRAIN OF THOUGHT, ale
                        jest nieźle.

                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=24841776&wv.x=1&v=2&s=0
                        • cze67 Morrfffinowa Rodzynka w Skarpie 11/06/05 14.06.05, 17:35
                          pizmak31:
                          O ludzie drodzy, co to jest za kobieta ta Roisin!!! Zaznaczam, ze z Moloko
                          znam jedna plyte i podoba mi sie, ale daleka byla od upajania sie. Natomiast
                          po koncercie po prostu odpadlam. Roisin zagrala z kilkuoosobowym bandem:
                          trzech trabkarzy, perkusista, basista (bezprogowy) i pan za komputerem
                          dyrygujacy calym przedstawieniem. Pierwszy kostium Roisin to byla kusa
                          lososiowa swiecaca sukienka w stylu Grace Kelly. Jak ta kobieta spiewa i jakie
                          ma poczucie humoru i autoironie, to po prostu niewiarygodne! Miala dwa
                          mikrofon, jeden do samplowania, drugi normalny. Przy pierwszym utworze, kiedy
                          zaspiewala do samplowanego i potem koles przetworzyl i lecial jej spie, kiedy
                          nie spiewala, zrobila mine pt. Patrzcie, jaki komfort, nie spiewam, a brzmie.
                          A potem robila takie zajebiste numery w stylu, ze stepowala i nagrywala
                          stepowanie do samplowania, grala na perkusji w kosmicznym kostiumiku albo
                          wystapila w pokutniczym plaszczu z oblbrzymim drewnianym rozancem na szyi, a
                          pod spodem miala wieczorowa aksamita ciemnozelona sukienke.
                          Aranzacje utworow byly kompletnie odjechane, naprawde swietnie i inteligentne
                          wykorzystanie technicznych mozliwosci w muzyce. Babeczka laczy w sobie
                          niemiecki ekspresonizm z cudownym poczuciem humoru (kiedy tanczyla z
                          pioropuszem na czole i w tej wieczorowej sukience, myslam, ze umre ze
                          smiechu). Jednym slowem, jestem ogromna fanka tej pani, bo rzadko sie zdarzaja
                          na scenie muzycznej kobietki z dystansem do siebie, muzycznej tradycji i w
                          dodatku tworczo wyciagajace z tego najlepsze co mozliwe :)

                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25137031&wv.x=1&v=2&s=0
                          • cze67 Jamie Lidell - Multiply - nemrrod 22.06.05, 16:32
                            To będzie moja płyta lata 2005 :] (Ech, jak ja lubię rzucać takie hasła :))

                            Przedstawiam Państwu Jamiego Lidella - freaka, który dał się najpierw poznać
                            jako twórca zakręconego, skorodowanego, eksperymentalnego techno, a następnie
                            w duecie Super_Collider (wraz z Cristianem Voglem) zajmował się wykręconym,
                            kwasowym p-funkiem. Współpracował również z Matthew Herbertem przy "Goodbye
                            Swingtime". A teraz wydaje zwariowaną i zabawną so(u)lową płytę pod tytułem
                            "Multiply", na której wskrzesza ducha klasycznego soulu i funka, filtrując
                            wszystko przez swoje wcześniejsze doświadczenia, a przede wszystkim przez
                            swoją chorą, nieskrępowaną wyobraźnię. Momentami brzmi jak przywrócony do
                            życia, odmłodzony i nafaszerowany substancjami psychoaktywnymi James Brown
                            (sprawdźcie "When I Come Back Around"), by zaraz zapodać jakąś klasyczną
                            balladę a'la Al Green ("What Is This Time?"), a za chwilę zaskoczyć
                            spontanicznym jamem ("Newme") albo soulową mantrą ("A Little Bit More").
                            Nie to, żebym ostro hajpował, bo niekoniecznie spodoba to się każdemu. Poza
                            tym możliwe, że to wszystko już było, możliwe, że to tylko postmodernistyczna
                            kupa (w recenzjach padają takie nazwy jak: Quincy Jones, Isaac Hayes, Prince,
                            Jamiroquai, Beck, Stevie Wonder, George Clinton, Marvin Gaye... LOL), możliwe
                            że się nie znam, ale słuchanie tej płyty sprawia mi tyle radości, że musiałem
                            o niej napisać :)
                            Luźna i lekka, ale niebanalna, błyskotliwa, ale bez przesadnych ambicji,
                            imprezowa, ale niegłupia płyta.
                            I jeszcze jedno słowo musi tu paść: groove :)
                            Aha, i żeby było ciekawiej, to płytę wydał Warp :)
                            Yo!

                            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25297581
                            • cze67 Kult w Konstancinie (19.06.05) - nefil 22.06.05, 16:33
                              Bardzo dawno nie bylo mi dane widziec grupy Kult w akcji, chociaz w okresie
                              licealnym bywalem na ich koncertach dosyc czesto. Srednia wieku publiki nie
                              zmienila sie od tamtych zamierzchlych czasow. Wiekszosc osob wciaz stanowia
                              licealisci.
                              Rozbawil mnie tiszert jednego z fanow-"Kazik zyj wiecznie".
                              Nigdy nie bylem fanem kultowych albumow, wydaje mi sie, ze jest to typowy
                              koncertowy zespol. I kto, nie widzial ich na zywo, nigdy nie zrozumie fenomenu
                              Kultu. Kazik rzadzi na scenie, ma swietny kontakt z publicznoscia, to rowniez
                              nie uleglo zmianie.
                              Zagrali bardzo duzo starych kawalkow- Oni chca Ciebie, Rzad Oficjalny, Celina,
                              K... Wedrowniczki i praktycznie
                              cala plyte "Spokojnie". To byl dobry wybor, nowe piesni Kultu nijak sie maja
                              do utworow z lat 80-tych.
                              Koncert trwal ok. 3 godzin, ale dla nich to norma, sie nigdy nie oszczedzali.
                              Zreszta nie bylem (i nie jestem) w stanie pojac "kultowych"
                              zespolow z zagranicy, ktore, przyjezdzajac do Polski, koncza koncert po
                              godzinie.
                              Bisy oczywiscie byly. Zagrali Polske, ktorej fani, krzyczac "Polska,
                              Polska..." domagali sie od poczatku koncertu (ktos, kto nie zna tworczosci
                              grupy moglby pomyslec, ze znalazl sie na zlocie Mlodziezy Wszechpolskiej).
                              Potem jeszcze Konsument, Krew Boga i bylo po koncercie.

                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=25413335
                              • cze67 Common "Be" - glebogryzarka1 22.06.05, 16:34
                                Właśnie dostałem do łap album, który jak na razie jest dla mnie albumem roku.
                                Tym przyjemniejsza jest ta konkluzja, że niespodziewana. Fanem artysty, który
                                ów album firmuje, nigdy bowiem nie byłem. Tu potrzebna będzie krótka
                                introdukcja.
                                Wiele lat temu alfa-und-omega hiphopowej branży, magazyn "Source" ogłosił
                                wielki konkurs dla MCs pozostających bez kontraktu płytowego - Unsigned Hype.
                                Nagrodą główną oczywiście była umowa z wytwórnią, a wygrał ją chicagowski
                                raper Common Sense. Pod tą ksywką zarejestrował dwie płyty, "Can I Borrow a
                                Dollar?" i "Resurrection" - na tej drugiej znalazł się utwór "I Used to Love
                                H.E.R.", bezpardonowy atak na sprzedajnych pozerów w biznesie ogólnie, a na
                                Ice Cube'a szczególnie, który zapewnił Common Sense'owi nieco rozgłosu. Na
                                trzecim albumie "One Day It'll All Make Sense", sygnowanym już ksywką Common,
                                nasz bohater spróbował zdyskontować nowo nabyty image i cofnął się do korzeni
                                swojej osobistej historii i historii muzyki w ogóle, nagrywając płytę ciepłą
                                i sympatyczną; aczkolwiek straszliwie nierówną i miejscami rażącą
                                specyficznym pojmowaniem kodeksu moralnego ("Retrospect for Life"), a jego
                                emceeing zbliżył się do granic absolutu w dziedzinie ignorowania beatu. Potem
                                było pod tym względem jeszcze gorzej. O ile "Like Water for Chocolate",
                                kolejna propozycja Commona, została uratowana przez muzyczny geniusz
                                producentów ?uestlove'a i Jaya Dee, o tyle następnej, "Electric Circus"
                                uratować nie mogły nawet radykalne (i całkiem udane, trzeba przyznać)
                                eksperymenty, zbliżające ów album miejscami wręcz do progrocka. Common
                                eksploatował bowiem wciąż na obydwu wspomnianych płytach gówniany, skrajnie
                                offbeatowy brak pulsu i akcentów, ze znacznym spiętrzeniem rymów
                                typu "action/resurrection/direction/satisfaction". Co sprawiło, że prywatnie
                                uznałem sobie decyzję jury konkursu Unsigned Hype za kwas stulecia.
                                Aż do teraz.
                                "Be" jest bowiem płytą genialną. Od pierwszego do ostatniego utworu równą,
                                wypełnioną doskonałymi rymami, tłustymi beatami, soulem i funkiem ze starych
                                winylowych płyt. Od masakrującego cudnymi smyczkami, groove'em kontrabasu i
                                przyjemnie chrupiącym werblem utworu tytułowego, do lirycznego, ozdobionego
                                gospelowymi chórkami Bilala i ultrabasowym głosem ojca Commona (którego syn
                                umyślił sobie wpuszczać na ostatni track na każdej płycie) zamknięcia "It's
                                Your World". Całość zawarta pomiędzy liczy 11 tracków, trwa niecałe 43
                                minuty, skitów (śmiesznych zawsze tylko za pierwszym razem) brak, wypełniaczy
                                także.
                                "Be" można ponadto potraktować jako elementarz hiphopowej produkcji. Już
                                widzę, jak realizatorzy w całej Polsce zgłębiają rozliczne, według swojego
                                pojęcia (wyznaczanego przez kamienie milowe w stylu Creed i Nickelback),
                                błędy w miksie. Bębny na wierzchu, stopy dudnią, blachy nie mają dość góry,
                                werble tym bardziej, a wokal z kolei schowany z wybitą mocno górą. Ej, no
                                przecież czytałem w "Estradzie i Studio", że tak się nie robi. Tymczasem
                                Kanye West i Jay Dee (odpowiedzialni za podkłady na "Be") pokazują mi
                                monstrualnego wała, stawiając na cieplutkie, niedbałe brzmienie. I dzięki, i
                                chwała im za to.

                                1) Be (2:24)
                                Pierwsze pół minuty gra tylko kontrabas, potem wchodzi prostokątny analog (co
                                za piękna melodia!), potem oszczędny fortepian, wreszcie śmietnikowy,
                                miażdżący, równo odmierzający ćwiartki beat i równie miażdżące swoją urodą
                                smyczki. Wreszcie Common - i mój Boże, co za odmiana! Ten facet trzyma się
                                beatu! Nie kurczowo, tylko tak jak najbardziej lubię - swobodnie.
                                Zrelaksowany flow, najeżony podawanymi na akcentach rytmicznych rymami i z
                                pauzami robionymi tu gdzie powinny być, a nie tu gdzie muszą być, żeby MC się
                                nie udławił. A jednak można. 10/10
                                2) The Corner (3:45)
                                Najbardziej hardcore'owy i "uliczny" numer z płyty. Wolne tempo daje
                                Commonowi dużo czasu na precyzyjne strzelanie piętrowymi rymami. Gościnny
                                udział legend czarnej muzyki, The Last Poets, zastępuje refren, co w tak
                                surowym kawałku akurat doskonale pasuje. 7/10
                                3) Go (3:44)
                                Szybszy, przestrzenny kawałek z ultrafunkowymi bębnami i świetnym, choć
                                natrętnie powtarzanym przez Kanye Westa refrenem. Wersy Commona to
                                majstersztyk - wpakowane co dwa takty, samplowane wezwanie "go, go, go..."
                                jest niemal idealnie zgrane z tekstem. 8/10
                                4) Faithful (3:33)
                                Patent z przyspieszanymi zaśpiewami wziętymi ze starych soulowych płyt zaczął
                                już Was nużyć ostatnio? Mnie też. Jest to jedyna wada tego numeru, mocno
                                trącącego gospel (to piano, te wielogłosy na końcu - rany boskie, to jest
                                właśnie czarna muzyka, tak powinno to brzmieć!). 8/10
                                5) Testify (2:36)
                                Tu aż się chce klaskać. Dyskretny groove basu i hihatów sprawia, że "Testify"
                                idealnie pasowałby na ścieżkę dźwiękową jakiegoś blaxploitation movie z lat
                                70. Common w wersie rozpoczętym słowami "the court awaited as the foreman got
                                the verdict from the bailiff..." pokazuje, jak silny potrafi być jego
                                emceeing, gdy jest zgrany z rytmem. Wyśmienity numer, wpada w ucho od razu.
                                9/10
                                6) Love Is (4:10)
                                Romantyczny kawałek z melodyjnym refrenem (pochodzącym tym razem z ust
                                Commona, a nie z wosku pod igłą). Bardzo przyjemny, mimo że trochę,
                                powiedziałbym, playlistowy. Ale ja bym sobie życzył, żeby każdy kawałek na
                                listach przebojów miał tyle klasy i smaku co ten. 7/10
                                7) Chi City (3:27)
                                Miaucząca gitara, dobrze cięte dęciaki i młócąca bezlitośnie w dole stopa. No
                                i bezkompromisowo walczący na mikrofonie Common ("The name Com' has never
                                been involved wit' run, unless its DMC, or runnin' these broads to bein'
                                free"). Bujamy głowami po raz kolejny, aż do sforsowania karku. Refren w
                                stylu DJ Premiera - złożony z cutów. 7/10
                                8) The Food (3:36)
                                GENIALNE. Mistrzowski numer, z wolnym pulsem i prostym, efektywnym aranżem.
                                Jeśli "The Food" was nie skłoni do szerokiego uśmiechu, dajcie sobie spokój z
                                hip hopem w ogóle. Ja nad tym kawałkiem nie potrafię przejść do porządku
                                dziennego, szczególnie nad pierwszym wejściem Kanyego w refrenie ("I walked
                                in the crib, got two kids, and my baby mama's late") - tu jest więcej
                                melodii, radości i luzu niż w całej dyskografii takiej powiedzmy Mariah
                                Carey. 10/10
                                9) Real People (2:48)
                                Funk lat 70 we frontalnym natarciu, dęte na dwóch planach, rasowy rhodes i
                                typowa progresja molowa I-VII, złamana tylko pomiędzy zwrotkami (które są
                                jedynym momentem na albumie, gdy przypominamy sobie o starej manierze
                                rymowania Commona, niestety). 9/10
                                10) They Say (3:57)
                                Potężny beat z szesnastkowym hihatem i soulowym śpiewem Johna Legenda. Znów
                                śliczny rhodes i oszczędna, refleksyjna, spogłosowana gitara. Powtarzam się
                                nie mogąc napisać nic konkretniej, po prostu posłuchajcie. To dobry objaw,
                                kiedy nie mam co pisać, bo oznacza, że utwór jest dobry i zawiera wartości
                                nieprzetłumaczalne na tekst pisany. Poza tym ja zawsze najwięcej piszę o
                                dźwiękowym syfie. 7/10
                                11) It's Your World (8:33)
                                Jedyny nowocześniejszy (co w kontekście tej płyty oznacza, że i tak
                                oldschoolowy, ale jaśniejszy, z większą zawartością żylety w werblu i
                                blachach) beat w zestawie. Znów widzę kościół w niedzielę, kiwających się
                                lewo prawo śpiewaków oraz mistrza ceremonii z misją i mikrofonem przed nimi.
                                Kwintesencja czarnej muzyki po raz nie wiem który. Stary Commona na końcu
                                swoją gadką jak zwykle wprowadza trochę pretensji; do wybaczenia, w końcu to
                                tradycja, a jest to słowo-klucz do zrozumienia "Be". 8/10

                                No to sumuję. Polecam centralnie wszystkim, może poza jednostkami mającymi
                                totalną alergię na Murzynów. Jeśli wcześniej ktoś dotarł do rzeczy typu
                                D'Angelo, Erykah Badu, Jill Scott, albo klasyki gatunku z lat 60/70, a mimo
                                to hip hop wydaje mu się niestrawny - niech posłucha. Jeśli ktoś postrzega
                                trendy pozwalające wybijać się miernotom w rodzaju 50 Centa za ubliżające
                                dobremu smakowi - niech posłucha. Jeśli ktoś szuka doskonałej płyty hip
                                hopowej - niech posłucha.
                                9,5/10 i idźcie z Bogiem po ten album.

                                <a href="ht

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka