Dodaj do ulubionych

Jak to się zaczęło?

07.03.05, 15:36
Pamiętacie jak zaczęła się Wasza fascynacja późniejszymi (i, być może,
obecnymi) idolami? Zachęcam do wspomnień.
Obserwuj wątek
    • dziewczyna_mickiewicza Re: Jak to się zaczęło? 07.03.05, 16:03
      rolling stones - pamietam jak przez mgle, bo to po prostu bylo od poczatku
      przesadzone, ze bede ich uwielbiac:) jeden z ulubionych zespolow mojego taty,
      kilka winyli, sticky fingers i brown sugar - to pierwsze wspomnienia.

      tom waits - dostalam kiedys plyte, na ktorej byly tylko te piosenki, w ktorych
      tytule znajduje sie moje imie. no i byl tam taki jeden kawalek, spiewany przez
      maksymalnie zachrypnietego goscia, maksymalnie sentymentalno-melancholijny i to
      niesamowite 'and those were the days of roses, poetry and prose'... potem cale
      closing time. obok takich rzeczy nie przechodzi sie obojetnie

      ryan adams - wszystko przez 'wish i had a sylvia plath..'. gdyby nie ten
      kawalek, to nie wiem, jak by to bylo;)
    • mameluch Re: Jak to się zaczęło? 07.03.05, 16:05
      ja moge napisac jak zaczalem sie interesowac muzyka ktora ukierunkowala moje
      pozniejsze zainteresowania. kiedy mialem jakies 9 lat Tata kupil kasete Nirvany
      (chyba wiadomo jaka:), a ja zaczalem tego zespolu sluchac chyba w okolicach
      smierci Cobaina, czyli kiedy mialem ok.10,5 roku. przynajmniej pamietam jak
      powiedzieli w radio ze sie zastrzelil i to bylo w scislych poczatkach mojej
      nowej fascynacji albo ja zapoczatkowalo.
      jakis czas pozniej Tata kazal mi kupic kasete Dżemu, ale jako ze nie bylem
      pewien czy to jakis polski zespol czy co, a w sklepie mieli tylko Pearl Jam,
      wiec pomyslalem ze cos musialo Mu sie pomylic i nabylem plytke 'Vs.':) pozniej
      to juz jakos tymi torami sie potoczylo.
      • cze67 Re: Jak to się zaczęło? 07.03.05, 23:25
        Beatlesi - z jednej strony radio, które pod koniec lat 70-tych nadawało sporo
        ich muzyki (Lato z Radiem, Trójka). I tak jakoś naturalnie od fascynacji
        (krótszej czy dłuższej) twórczością Fogga, Połomskiego, Bay City Rollers,
        Sweet, Boney M. i Abby, padło na Beatlesów.
        Z drugiej strony - w moim małym miasteczku wśród kumpli panował taki trochę
        kult tego zespołu. Pamiętam jak zbieraliśmy makulaturę, to chłopaki wyrywali z
        gazet zdjęcia Beatlesów (były w Panoramie, chyba Na przełaj), żeby potem je do
        zeszytów wklejać. Pamiętam też, że opowiadali mi też o chłopaku, który miał na
        magnetofonie (szpulowym!!!) cała dyskografię Beatlesów. Myślałem sobie, że to
        niezwykłe i niemożliwe, że musi być strasznie dużo tych taśm... Więc tak jakoś
        przez tę aurę czegoś niezwykłego mnie do nich pociągnęło...
        • cze67 Re: Jak to się zaczęło? 09.03.05, 12:29
          No, nie bójmy się naszych wspomnień!
    • pagaj_75 Pamiętnik starego pierdoły 09.03.05, 13:46
      Hehe, no dobra, zaczniemy od średniowiecza czyli...
      1) Pet Shop Boys :) - tak jak już parę razy wspominałem, to jest jedna z
      najważniejszych fascynacji muzycznych mojego życia (no co, Iluś z Aimarkiem mają
      Papa Dance, ja mam ich). tu akurat początki były bardzo standardowe. Rok 1986 i
      "West End Girls" szorujące gdzieś doły listy przebojów Trójki, które średnie
      wrażenie na mnie zrobiło (wtedy), ale miałem to nagrane na jakiejś taśmie nawet.
      Następne single ("Opportunities" i "Suburbia") to już był początek coraz
      większego zainteresowania. No i wreszcie pamiętne lato 1987, kiedy wyjęli z
      rękawa największego asa, czyli "It's a Sin" i nikt im nie mógł podskoczyć :)
      Pamiętam, że płytę "Actually" przegrywałem wielokrotnie od różnych osób, bo
      ciągle coś mi nie pasowało (początki zaawansowanej pseudo-audiofilii). To była
      też chyba pierwsza płyta w moim życiu, którą usłyszałem bezpośrednio z CD.
      Zdarzyło mi się też trzymać w rękach oryginalny winyl, co wtedy było dla mnie
      przeżyciem orgazmicznym niemalże. Do dzisiaj zbieram wszystkie płyty i co tylko
      wpadnie mi w ręce z bisajdów. No i dzięki nim trafiłem na audycje Beksińskiego w
      Dwójce (rok 1988).

      Potem bywały różne mniejsze i większe fascynacje, ale nie było tu porównania do
      PSB, aż do czasów...
      2) King Crimson - ta nazwa obijała mi się o uszy wielekrotnie, choćby w
      audycjach wspomnianego TB, ale świadomie posłuchać ich zapragnąłem dopiero w
      1992 bodajże, po wkładce w "Tylko Rocku". Standardowo - przegrałem sobie na
      kasetę "In the Court of Crimson King" i trawiłem tygodniami. Większość podobała
      mi się od razu (włącznie, a może przede wszystkim z "Moonchild"), ale na
      "Schizofrenika" trochę czasu musiałem poświęcić. A potem był "Lizard" (kolejna
      łamigłówka) i przez długi czas to były jedyne płyty do jakich miałem dostęp.
      Dopiero jak zacząłem kupować CD to jako jedną z pierwszych płyt nabyłem "Larks'
      Tongues in Aspic" i wtedy odpadłem. Iluminacja. Dość szybko skompletowałem
      resztę dyskografii :)

      A po drodze przybył...
      3) David Sylvian. Pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem go w MTV, kiedy w jakiejś
      udycji typu "hity lat 80." ujrzałem klip do "Visions of China" Japan. I
      pamiętam, że mi się nie spodobało. Kompletnie nie kumałem kompozycji (dzisiaj to
      jedna z moich ulubionych) i śmieszyła mnie blond-fryzura ala pudel-metal
      wokalisty. Potem przeczytałem w "Tylko Rocku" o płycie "Rain Tree Crow" (samą
      muzykę usłyszałem wiele lat później), aż wreszcie w 1993 posłuchałem urywków
      płyty z Frippem w radiu. I też mnie to nie wzruszyło :) a sama płyta wzbudzała
      moje zainteresowanie bardziej ze względu na lidera King Crimson niż Sylviana.
      Ale gdy zacząłem kupować kompakty, niemal w tym samym czasie kupiłem "The First
      Day" oraz "Rain Tree Crow" (pamiętam jak dziś - kosztowała 25 pln). No i ta
      druga płyta mnie urzekła zupełnie. Dlatego też kupiłem "Dead Bees on a Cake",
      które ukazało się mniej więcej w tym czasie. "DBOAC" to był jeden z tych
      nielicznych momentów w życiu, gdy odpowiednia płyta trafia na odpowiednią
      chwilę. Męczyłem nią siebie i wszystkich znajomych przez ładnych parę tygodni :)
      I wtedy postanowiłem skompletować resztę (niezbyt licznej) dyskografii. I
      pamiętam smutny grudniowy wieczór, gdy posłuchałem po raz pierwszy "Secrets of
      the Beehive", kiedy zabrzmiał utwór numer 8... Fakt, że to był splot różnych
      dziwnych okoliczności, ale absolutnie nigdy przedtem ani potem nic mną tak nie
      wstrząsnęło jak "Let the Happiness in" tamtej nocy. A Japan szerzej poznałem w
      sumie całkiem niedawno i teraz nie mogę się nadziwić mojej pierwszej reakcji na
      "Visions of China".

      No i może jeszcze dorzucę...
      4) Talk Talk - na początku lat 90. miałem jazdę (za sprawą Beksińskiego, of
      course) na niuromantiki i okolice. Tłukłem te wszystkie Depesze, więc i siłą
      rzeczy poznałem Talk Talk. Najpierw płyta "It's My Life", którą przegrałem, bo
      akurat single z niej były mi najbardziej znane (tytułowy i "Such a Shame").
      Wprawdzie w 1986 na tej samej taśmie z "West End Girls" miałem też "Life's What
      You Make It", ale wtedy wielkość tej piosenki jakoś do mnie nie docierała. No
      więc "It's My Life", potem "The Party's Over" (na tej samej kasecie miałem "The
      Dark Side of the Moon" - czy kogoś jeszcze dziwi rozrzut stylistyczny artystów w
      tym poście?), wreszcie "The Colour of Spring" (ach i och), ale i tak wszystko to
      było nic przy tym jak któregoś dnia latem 1991 przyniosłem do domu kasetę ze
      "Spirit of Eden". Oczywiście niczego się nie spodziewałem, choć fakt, że płyta
      składa się tylko z sześciu utworów budził moją nieufność. Pierwsze przesłuchanie
      i "co to k***a ma być?!". Całe szczęście, że dałem jej drugą szansę. Dzięki tej
      płycie potem zdecydowałem się na posłuchanie KC i innych prog-rocków.

      A kiedyś jeszcze, drogie wnuki, opowiem Wam o Genesis :)))
      • cze67 Re: Pamiętnik starego pierdoły 09.03.05, 13:49
        Teraz nam opowiedz, teraz!
        • grimsrund Re: Pamiętnik starego pierdoły 09.03.05, 22:21
          Jak się dobrze zastanowić, to wszystko zaczęło się od audycji Tomasza
          Beksińskiego w "3".

          Czyli: U2, The Cure, Sisters of Mercy, Fields of the Nephilim, a na koniec, w
          1990 roku, jak się po latach okazało, ten najważniejszy - Nick Cave z płytą THE
          GOOD SON.

          Choć tak naprawdę, jak już kiedyś pisałem, tak zupełnie na dobre, muzyka
          pochłonęła mnie dopiero w 2001 roku - za sprawą ścieżki dźwiękowej do filmu
          TWENTYFOURSEVEN kupionej na wyprzedaży w Music Cornerze za 15 złotych :)
          • ktmajcher Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 07:35
            > jak już kiedyś pisałem, tak zupełnie na dobre, muzyka
            > pochłonęła mnie dopiero w 2001 roku - za sprawą ścieżki dźwiękowej do filmu
            > TWENTYFOURSEVEN
            a co to jest ???
            • grimsrund Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 10:13
              To:

              Van Morrison WILD NIGHT
              Sunhouse MONKEY DEAD
              Tim Buckley LOOK AT THE FOOL
              Beth Orton I WISH I NEVER SAW THE SUNSHINE
              The Charlatans NORTH COUNTRY BOY
              Primal Scream DAMAGED
              Tim Rose LONG TIME MAN
              Nick Drake FRUIT TREE
              Paul Weller BROKEN STONES
              • ktmajcher Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 10:19
                zestaw przedni, a co to za film???
                • grimsrund Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 10:31
                  Film traktował o wykolejonej co nieco młodzieży, którą Bob Hoskins usiłuje
                  przywrócić na dobrą drogę za pomocą treningów bokserskich.
          • cze67 Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 10:33
            grimsrund napisał:

            > Jak się dobrze zastanowić, to wszystko zaczęło się od audycji Tomasza
            > Beksińskiego w "3".

            Niedawno, z okazji tragicznej śmirci Zdzisława Beksińskiego, słyszałem fragment
            pożegnalnej audycji Tomasza Beksińskiego. Ależ ten facet miał radiowy głos!
            Uwielbiałem jego audycje, choć nie zawsze muzycznie było mi z nim po drodze
            (new romantik i takie tam to nie dla mnie). No, ale dzięki niemu poznałem
            m.in., a może - przede wszystkim - Marillion.
            • grimsrund Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 10:38
              He he, no zapomniałem jeszcze o Marillion, który był dla mnie nawet przed
              tamtymi wszystkimi :))
              • grimsrund Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 11:21
                A co do Lady Pank, którzy byli przed- przed- przed- wszystkimi, to w ogóle nie
                pamiętam jak się zaczęło, więc nie będę nawet pisał :)
      • ilhan Re: Pamiętnik starego pierdoły 10.03.05, 11:16
        pagaj_75 napisał:

        > 1) Pet Shop Boys :) - tak jak już parę razy wspominałem, to jest jedna z
        > najważniejszych fascynacji muzycznych mojego życia (no co, Iluś z Aimarkiem mają
        > Papa Dance, ja mam ich).

        Byś się zdziwił! Pet Shop Boys byli moją pierwszą wielką fascynacją w okolicach szóstych urodzin. "Actually" to prawdopodobnie pierwsza kaseta mojego życia (albo debiut "Lady Pank", nie pamiętam). Potem w 1995 roku zobaczyłem w TVP w programie red. Wiernika teledysk do "Whatever" Oasis i zostałem porażony (na marginesie - szukałem potem *jakiegokolwiek* wydawnictwa zawierającego ten utwór przez SZEŚĆ kolejnych lat wciąż mając w pamięci tę melodię na podstawie JEDNEGO przesłuchania). Aha, no i wracając do Oasis to poprosiłem o "(What's The Story) Morning Glory?" na trzynaste chyba urodziny. Pamiętam jak chodziłem na angielski i pani raz nas spytała czego słuchamy, no i z dumą odparłem, że Oasis, a ona: "oh, so it's something like the Beatles, isn't it?". To była zapowiedź szerszej fali prześladowań z tej strony :)) R.E.M. - tu długo nie dzieliłem fascynacji mojego kolegi, z którym co roku kopałem piłkę i grałem w kapsle w wakacje ;) Pożyczył mi "Up" i stwierdziłem, że jest ok, potem inny kumpel w szkole pożyczył mi cztery strasznie stare kasety z wczesnymi albumami R.E.M. i zostałem fanem. To była wiosna 2000. O The Stone Roses czytałem w najrożniejszych publikacjach nt. Oasis, książkach, artykułach, wywiadach itd., wreszcie gdzieś w 2001 roku chyba wkurzyłem się, wszedłem do sklepu i kupiłem sobie ich płytę, tak po prostu zupełnie w ciemno. A Go-Betweens? O nich przeczytałem na forum muzyka! God bless forumowicz ya_cek i forumowiczka mellodi.

        To na razie tyle :)
    • ktmajcher moje przedbiegi 10.03.05, 12:56
      czyli I poł. lat 80-tych, czyli to co jeszcze nie było takie wazne, można by to
      nazwać raczkowaniem:
      nie słuchałem wtedy muzyki regularnie ze sprzętu, jedynie to co w telwizorze,
      pamiętam jak leżę pod ławą przed TV (moje stałe miejsce) i oglądałem program o
      polskich kapelach, np. Mannam (na kilka dni przed koncertem na który zabrali
      mnie rodzice w naszym mieście), albo teledysk do kawałka Chrisa De Burgha (ten
      koncertowy z całujacą się parką - tak naprawdę to cholera wie co w tym momencie
      było ważniejsze: muzyka czy ta parka), rodzice zabrali mnie jeszcze na Budkę
      (wtedy z Ulką i Felicjanem, ich wykonanie Nocy komety "pamiętam" do dziś) no i
      oczywiście zbieranie plakatów z gazet po to żeby je po prostu mieć, mimo, że
      nie wiedziałem kto to Prince (i niewiele się do dziś w tej kwestii zmieniło)
      cdn.
      • ihopeyouwilllikeme Re: moje przedbiegi 10.03.05, 14:40
        Pierwszą wielką fascynacją był zespół No Doubt. Kolega miał przegrywaną kasetę
        z albumem " Tragic Kingdom ", gdy miałem jakieś 9-10 lat pojechaliśmy z klasą
        na wycieczkę do Leżajska ( czy Tarnowskich Gór, nie pamiętam :D:D, i wtedy w
        autobusie mi to pożyczył mówiąc, że ma to od siostry, i że to ten zespół od
        " Don't Speak ". Kaseta była przegrana fatalnie, brakowało po jednym utworze na
        każdej stronie, ale i tak przez cały dzień nie wyłączyłem walkmena, słuchając
        go bez przerwy ( czym doprowadziłem do pasji wychowawczynie :D:D. Był to
        pierwszy album jaki spodobał mi się w całości, i późniejszy pierwszy w życiu
        oryginał. A No Doubt kocham do dziś, ostatnio kupiłem sobie koncertowe dvd, i
        szczena mi opadła...
        • cze67 Re: moje przedbiegi 10.03.05, 14:44
          A propos pożyczania kaset w autobusie. Kumpel, który jako pierwszy miał
          walkmana (początek lat 80., zdaje się), pozwolił mi posłuchać kupionej przeze
          mnie w mieście Warszawa (byliśmy na wycieczce) kasetę Beatlesów (jakiś best).
          Wówczas pierwszy raz słyszałem ich w stereo, kilka razy, na okragło. Owo
          cudowne wrażenie pamiętam do dzisiaj.
          • ihopeyouwilllikeme Re: moje przedbiegi 10.03.05, 14:52
            Chciałbym opowiedzieć o U2, ale zdałem sobie sprawę, że nie mam zielonego
            pojęcia, jak to się zaczęło :) Kompletnie nie pamiętam, w którym momencie i
            kiedy doszedłem do wniosku, że MUSZĘ MIEĆ WSZYSTKO i MUSZĘ WIEDZIEĆ WSZYSTKO o
            tym zespole. A przecież to stosunkowo niedawno było...
            • kwiat_paproci Re: moje przedbiegi 10.03.05, 20:54
              A u mnie z Radiohead to chyba zaczęło się od tego, że gdzieś usłyszałam Creep i
              to po prostu mnie wgniotło, ale nic sobie z tego nie robiłam, bo gdzieś ze 12
              lat miałam. A potem człowiek dorósł, czyli miał ze 14 lat ;), internet sobie
              podłączył i wróciło ze zdwojoną siłą :D Będąc w Krakowie kupiłam sobie OK
              Computer i wracając do domu słuchałam tego przez całą drogę i chyba miałam
              nawet łzy w oczach, bo to było to, czego szukałam. A dalej, to już jakoś wyszło
              samo z siebie...
              Natomiast nikomu nie powiem jak poznałam muzykę zespołu The Married Monk, bo to
              wyjątkowo głupia historia :DDD
      • ktmajcher pierwsze kroki 10.03.05, 22:00
        w ramach ps. do poprzedniego to był jeszcze niejaki Shakin Stevens, który
        zawsze był lepszy od Macho Jacko (i dobrze na tym wyszedłem),
        ale pora stanąć na nogi;
        II poł. lat 80-tych, czyli przeszukiwanie eteru, kaseciak i szpulowiec
        starszych już w mym władaniu, nagrywanie podsumowań listy Niedzwiedzia i
        regularne jej słuchanie, ale nie tylko: również Radiomann (rewelacja) i przede
        wszystkim II program, pierwsze wieczory płytowe i inne audycje Beksińskiego w
        tym programmie, żeby tu wspomnieć kultowe na tym forum strony B z singli PSB,
        mimo, że mnie to troche zdziwiło, że oni sa u Beksy,
        jedne z pierwszych całych płyt nagranych w tym okresie to
        Alphaville - coś z utopia w tytule i Desintegration Cure (chyba ich jedyna
        płyta którą znałem w całości),
        w tym czasie (no i w latach 90-tych) radio było dla mnie w sumie
        samowystarczalne, mogłem nie mieć kaset, płyt itp, jak nie Beksa to Kaczor, jak
        nie Brzozowicz to Wiernik, albo Maciek Kierzkowski, mimo, że nie zawsze mi
        pasiło co grali, ale to po prostu była nauka, która nie poszła w las,
        (za to trójka poszła)
        no i pora na Waterboys;
        jak juz kiedyś pisałem wszystko zaczęło sie od Fisherman's Blues, które
        regularnie gościło w porannym Zapraszamy do Trójki (za to na liście nie)i nawet
        Piekut Antoni odnotował ten fakt w Radiomannie,
        potem długo długo nic bo jak zdobyć ich płytę skoro to jest zespół z radia, o
        którym mało kto słyszał, a już na pewno nie straganiarze z kasetami,
        az w końcu w epoce przegrywalni płyt CD nagrałem this Is The Sea i długo ją
        smakowałem, oj długo, aż dotarła do mnie jej wielkość, później kupione jako
        jedne z pierwszych płyt w ogóle pierwsze dwie płyty i dalej...
        to już zacząłem chodzić na dobre
      • martolka Re: moje przedbiegi 11.03.05, 14:42
        > mnie rodzice w naszym mieście), albo teledysk do kawałka Chrisa De Burgha
        >(ten koncertowy z całujacą się parką - tak naprawdę to cholera wie co w tym
        > momencie było ważniejsze: muzyka czy ta parka),

        High On Emotion :-)

        Ja przez 'Burka' wylądowałam w Irlandii... zaraz, miało być na odwrót.
        Fascynacje muzyczne z reguły następowały przez jakichś facetów (no beznadzieja,
        żadnej samodzielności, eh...). Jak nie Beksiński, Miecugow czy Kaczkowski, to
        jakiś kolega w klasie, albo w życiu... :-)
    • jazzkam KENT NO I CAŁA HISTORIA MOJEJ MUZYCZNEJ PASJI 10.03.05, 22:55
      To historia całkiem w końcu niedawna, zresztą ją często przytaczam ale skoro
      wątek ku temu...

      Jesień 2002. Mtv music awards. jazzkam ogląda powtórkę. best scandinavian act.
      30 sekund piosenki Dom Andra Kent. ruszyła machina

      dom andra -> więcej piosenek kent -> wszystkie płyty kent -> muzyka
      skandynawska -> wspomnienie w recenzji kent na onecie pt. "od biedy można to
      nazwać britpopem -> wpisanie w google i onecie britpop -> poznanie wszystkich
      doves, catatonia, stone roses, mansun, muse, dogłębne spojrzenie w travis i
      oasis które znałem z wcześniejszego żywota.

      następnie teledysk semisonic na mtv -> zainteresowanie zespołem i w ogóle
      bardziej rockiem poza britpopem -> fascynacja hey i nosowską (wszystkie płyty)
      -> szukanie na muzyka onet polskiej muzyki (co ciekawe naprawdę dużo
      zawdzięczam temu serwisowi -> kobiety, ścianka, lenny valentino praktycznie
      cała alternatywna scena polska.

      równolegle suede, radiohead (oczywiście duży wkład kubasy poznanego na forum
      gry championship manager - kiedy spytał mnie czy mam już całe ok computer to
      myślałem że chodzi o gazetę komputerową)

      potem przez pewien czas to już słuchałem co kubasa polecił (możesz się czuć
      bossem, man), następnie wlazłem (z polecenia wiadomo kogo) na screenagers i
      znowu przełom, to już był rok 2004. w zeszłym roku poznałem co to porcys, co to
      forum muzyka i co to zagraniczne serwisy, a słuchałem tak dużo, że teraz jestem
      w miarę zadowolony ze swojej wiedzy muzycznej. szczególnie że do ilhana mi
      brakuje 5 lat, a do cze to 21 ; ))))
      • kubasa Re: KENT NO I CAŁA HISTORIA MOJEJ MUZYCZNEJ PASJI 08.05.05, 20:09
        o fuck, dopiero teraz to przeczytalem. Jestem wzruszony... :)
        • cze67 Re: KENT NO I CAŁA HISTORIA MOJEJ MUZYCZNEJ PASJI 08.05.05, 20:46
          Ja także, okazuje się, że jazzkam mógłby być moim synem:-)
    • roar Re: Jak to się zaczęło? 10.03.05, 23:31
      Wybrałem artystów, których poznawanie wykraczało u mnie poza standardowe "usłyszałem i mi się spodobało":

      Mike'a Oldfielda poznałem dzięki utworowi Hibernaculum, który to, o dziwo, znalazł się na mojej ulubionej liście przebojów Programu Trzeciego. Po dwu, trzykrotnym usłyszeniu pierwszej minuty w "poczekalni" kompletnie mi odbiło. Pamiętam, że przez jakiś miesiąc, dwa próbowałem ten utwór bez przerwy nucić, ale... za nic nie mogłem zapamiętać melodii. Potem "Hibernaculum" weszło na listę i okazało się, że tam dalej jest jeszcze lepszy fragment, z którego zapamiętaniem miałem jeszcze większe kłopoty... na takie dictum podjąłem męską decyzję i kupiłem sobie kasetę z "The Songs of Distant Earth". Po czym zacząłem słuchać jej na okrągło. Mniej więcej w tym samym czasie Tylko Rock zamieścił dziesiątkę najważniejszych płyt rocka progresywnego (czy jakoś tak), a w niej - opis "Dzwonów Rurowych". Ponieważ uznałem, że jestem już poważnym młodym człowiekiem i na pewno dorosłem do ambitniejszej muzyki, zakupiłem sobie również Dzwony. Tych już musiałem posłuchać parę razy, żeby je przetrawić, ale kiedy już przetrawiłem... z miejsca zostałem pełnym i świadomym fanem. Od tej pory kolekcjonuję płyty Mike'a (co prawda ostatnio się poddałem i ściągnąłem parę w mpc, ale cicho sza... :) - i tak na przykład "Voyager" był moją pierwszą własną płytą CD.

      Autechre... o tym już chyba kiedyś pisałem. Autechre poznałem dzięki koledze, który wrócił kiedyś z wyjazdu do Niemiec z kolekcją płyt nowej muzyki elektronicznej. Były tam głównie uznane (jak na elektronikę) sławy (Orb, Leftfield, FSOL...), ale wśród nich również ta, zupełnie mi wówczas nie znana grupa. Przyjaciel ów dał mi LP5 do przesłuchania, chcąc mnie przekonać, jaką wspaniałą muzyką jest techno.
      Lepiej nie mógł wybrać.

      ...jak by to śmiesznie nie brzmiało, na ...And You Will Know Us by the Trail of Dead zwróciłem uwagę dzięki nazwie. Po prostu uznałem, że tak genialnie nazwana grupa nie może grać słabej muzyki. Toteż kiedy tylko usłyszałem, że wydają właśnie płytę, sprawiłem ją sobie, i... okazało się, że miałem rację. Okazało się po paru miesiącach, za którymś tam podejściem... ale zawsze lepiej późno, niż wcale...

      Jeśli chodzi o Polyphonic Spree... to już jest historia z tego forum (właściwie, to z FM). Teraz widzę, że pisano tu o nich nawet już pod koniec 2002, ale, jako że zaglądałem tu wtedy bardzo nieregularnie, trafiłem na pierwszą wzmiankę dopiero w wakacje, w którymś z comiesięcznych wątków "czego słuchaliśmy". (God bless forumowicz Ilhan...! God bless him!) To były wciąż jeszcze początki mojej zabawy z p2p, ale szybko ściągnąłem sobie "The Beginning Stages of...", włączyłem, zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać... i opadła mi szczęka.
      ...a zaraz potem zepsuł mi się dysk twardy i straciłem wszystkie dane. Do tej pory pamiętam, jak żal wywołany tą stratą (miałem tam sporo ważnych dla mnie rzeczy) całkowicie zagłuszała mi jedna myśl - JA MUSZĘ _TO_ JESZCZE RAZ USŁYSZEĆ.
    • ayya Re: Jak to się zaczęło? 11.03.05, 12:02
      Jak byłam w wieku wczesnopodstawówkowym i zaczęłam jeździć z rodzicami na
      wakacje autem (bo jakoś na początku lat 90tych je sobie kupili) to mój ojciec,
      jako że był wielkim fanem David Bowie, katował w samochodzie nim całą rodzinę.
      W schowku walało się chyba z 12 kaset z jego piosenkami i przez 6 godzin jazdy
      leciał tylko on (czasem na zmianę z REM). Nawet nie wiem, kiedy zajarzyłam, że
      znam na pamięć takie utwory jak "Heroes", "Starman", a nawet "China Girl"
      czy "Let's Dance" :)))
    • abranova Re: Jak to się zaczęło? 11.03.05, 13:21
      Takie ładne wspomnienia macie wszyscy a mnie trudno wyszczególnić cos
      podobnego. Widocznie muzyka wnikała we mnie od dzieciństwa drogą osmozy :)
      Początki fascynacji moimi idolami kojarzę raczej z poszczególnymi nadawcami
      muzyki, niż ze zdarzeniami.

      W ogóle to chciałam uświadomić wszystkim młodszym i może niektórym starszym ode
      mnie forumowiczom, jak cudownie było dorastać na początku lat 90-tych. W 1990
      miałam 12 lat i nagle można było nie tylko słuchać całej zachodniej muzyki ale
      też ją kupować. Te koszmarne pirackie kasety kiepskiej jakości miały jedną
      zaletę - były naprawde takie i dzięki nim można było posiąść wiele świetnych
      albumów. To nic, że miały nieco "kopnięte" w niektórych miejscach tracklisty,
      liczyła się zawartość :)
      1. W moim domu słuchało się dużo TRÓJKI, od pewnego momentu sama nagrywałam z
      Listy Przebojów mnóstwo utworów. W 1991, który do dziś uważam za jednen z
      najwazniejszych dat w muzyce, mogłam rozszerzyć swoje muzyczne sympatie:
      słuchanych w domu Philla Collinsa, Simona&Garfunkela, Dire Straits i innych
      dziwnych rzeczy, dzielonego z bratem zainteresowania Michaelem Jacksonem czy z
      przyjaciółką New Kids On The Block (bosz:)))) W tym czasie mogłam zacząć być
      fanem mnóstwa zespołów: U2, którego "One" do dziś uważam za jedną z piosenek
      wszechczasów, Metalliki, której "Nothing Else Matters" wtedy uwielbiałam czy
      innych. A jednak najbardziej pocięgnęła mnie Nirvana i Pearl Jam. Na tej
      podstawie uważam, że dana muzyka JEST NAM PISANA, nie zaczynamy słuchać przez
      przypadek.
      Chociaż prawdziwe zrozumienie dla PJ rozwijało się jednak dośc stopniowo.
      Pamiętam, że jakoś doiero po roku doceniłam druga stronę kasety z "Ten", która
      wcześniej mnie jakoś nudziła... Nie dałam też nura w całą resztę grungu, nie
      wszystko mnie kręciło. Czasem wolałam Sinead O'Connor.
      Stosunkowo najdłużej przekonywałam się do R.E.M. W 1992 r na Liście Trojki było
      po kolei wszystkie single z "Automaic for the people". Nagrałam pierwszy
      (Drive) - dobre, Man Of the Moon - moze być, Everybody Hurts - ładne az
      wreszcie The Sidewinder Sleeps Tonite - kurcze, to musi być naprawde świetny,
      bogaty album, kupuję! I Chociaz potem lojelne kupowałam kolejne płyty zespołu,
      to dopiero przy "Up" poczułam, że tą muzykę nagrali dokładnie dla mnie :)

      2. RMF FM - a żebyście wiedzieli! W drugiej połowie lat 90-tych mieli
      wniedzielne chyba wieczory takie długie programy, w których przedstawiali
      obszerne fragmenty nowo wydawanych albumów, wraz z wywiadami z artysta itp. W
      1997 wysłuchałam audycji na temat "OK Computer"... z Radiohead kojarzyłam do
      tej pory Creep sprzed kilku lat, który absolitnie uwielbiałam, ale jakoś
      nigdzie nie miałam nagrane, potem kilka singli z "The Bends". Nawet fakt, że
      moja pierwsza, nieodwzajemniona niestety miłość lubiła Radiohead, nie zachęcił
      mnie ngdy do pogłębienia znajomości z tym zespołem. I dopiero ten program na
      RMF przykuł mnie do odbiornika na amen. A kiedy puścili Paranoid Android
      zrozumiałam, że mam do czynienia z Geniuszem i pójdę jutro zakupić tą płytę.
      Pisałam już kiedyś na FM, że przy pierwszym przesłuchaniu albumu w domu po Exit
      Music musiałam wyłączyć na chwilę i iśc napić się wody...Na niewiele się to
      zdalo, bo po chwili przy Let Down prawie płakałam.

      3.VIVA ZWEI - Tej niemieckiej telewizji muzycznej zawdzięczam wiele niezwykłych
      muzycznych przeżyć iwiedzy. Najbardziej zapadł mi jednak w pamięć fragment
      koncertu Sigur Ros. Od tamtej pory nie czułam już spokoju ducha w żadnym
      sklepie muzycznym, dopóki nie kupiłam "Agaetis byrjun" - ale dopiero ponad rok
      później i az w Berlinie!

      4. Znajomi - niestety do dziś praktycznie nie mam w swoim mieście nikogo, z kim
      dzieliłabym muzyczne fascynacje. Z jednym wyjątkiem dobrego kolegi, który w
      1993 r zaraził mnie Depeche Mode. Zresztą oni wtedy wydali zwój najbardziej
      rockowy album "Songs of faith and devotion", więc nie musial się chłopak
      zbytnio wysilać.

      Jeśli było za długo i nie na temat - przepraszam!
      • ilhan Re: Jak to się zaczęło? 11.03.05, 14:03
        abranova napisała:

        > Te koszmarne pirackie kasety kiepskiej jakości miały jedną
        > zaletę - były naprawde takie i dzięki nim można było posiąść wiele świetnych
        > albumów. To nic, że miały nieco "kopnięte" w niektórych miejscach tracklisty,
        > liczyła się zawartość :)

        Tzn. tanie :) Pomimo bycia młodszym forumowiczem, również miałem tony tamtych kaset i nawet kilka mam jeszcze do dziś.
        • aasiek Re: Jak to się zaczęło? 11.03.05, 15:01
          Mam takowe R.E.M. :) "Out Of time" (którego nawet w tym tygodniu słuchałam) i
          Bryan Adams ;) ten album o budzeniu sąsiadów.
    • d84 Re: Jak to się zaczęło? 11.03.05, 16:24
      A ja Wam powiem, że u mnie to było dość dziwnie, bo przez dłuższy okres czasu
      niespecjalnie interesowałem się muzyką. Rodzice nie puzczali mi np. The
      Beatles :), nie miałem żadnych kaset itp. Gdzieś tak w wieku 12,13 lat zacząłem
      popołudniami, zawsze po powrocie ze szkoły puszczać sobie MTV UK, który akurat
      miała w pakiecie kablówka; leciało to głównie jako tło i podbały mi się bardzo
      różne rzeczy - niektóre lubię do dziś, a niektóre... nie istnieją ;) i
      wytworzyły się chyba podwaliny gustu muzycznego (ogólna sympoatia do britpopu i
      awersja do grunge'u ;)

      Chyba pod koniec 1997 albo 1998 chwyciło mocniej i to od razu w kilku
      kierunkach - mianowicie na MTV (i VH1) często puszczano klipy zespołu Blur
      (prawie każdy mi się podobał), programy o nich (przebieg kariery, wojna z Oasis
      itp.) i zaintrygowało mnie to, zaczął mnie fascynować ten zespół. W tym samym
      czasie, zupełnie z innej beczki przypadły mi do gustu "Give It Away" i "Under
      The Bridge" Red Hot Chili Peppers, a trochę później "Only Happy When It Rains
      Garbage". Wtedy też nadeszły pierwsze świadome zakupy - już nie pamiętam czy
      pierwsze było "Blur" (na CD, pamiętam ile musiałem na to
      zbierać :), "BloodSugarSexMagik" czy "Version 2.0". Najbardziej odwaliło mi na
      punkcie Blur, ale wszystkie trzy zespoły bardzo lubię do dziś :)

      Potem, sam nie wiem dlaczego, zainteresowanie muzyką zaczęło systematycznie
      spadać i jak u zapewne ogromnej większości z Was liceum było okresem poznawania
      wielu nowych zespołów w to u mnie był to okres niemalże kompletnej muzycznej
      posuchy. Aż do początku roku 2002, kiedy pożyczyłem od kumpla CD-Ra z dwoma
      płytami kapeli, która ponownie i na dobre rozbudziła we mnie muzycznego
      odkrywcę. Co to było? Żaden gigant rocka powalający na kolana, to był zespół...
      Korn :D Wtedy przekonałem się i do cięższych gitar i do hiphopu. Zaraz potem
      było Faith No More i wiele wiele innych muzyków, także tych których kiedyś
      znałem wyrywkowo i niejednokrotnie mi się nie podobali a potem zyskali ogromny
      szacunek w moich oczach - Suede, The Smiths, Metallica, Radiohead, REM, The
      Cure i masa innych. Krucjata trwa do dziś, bo człowiek uczy się przez całe
      życie ;)

      Sorry za robienie bloga z forum i gratulacje dla wytrwałych, którzy przez to
      przebrnęli :)
      • argus1 Re: Jak to się zaczęło? 15.03.05, 18:58
        Hmmm... Zacznę tak: muzyka była w moim życiu obecna od kiedy sięgam pamięcią,
        ale zwrócę uwagę na ten najważniejszy moment: To był jakiś krótki zimowy
        dzień.Jak na szóstoklasitę przystało, wróciłem ze szkoły do domu. Włączyłem
        MTV, które to lubiłem sobie oglądać i nucić utwory wraz z wykonawcami.
        Nagrywałem na kasety VHS różne ciekawsze teledyski - więc spora część czasu
        przed telewizorem polegała na obczajaniu i filowaniu (vulture by się ucieszył ;-
        ) z pilotem od video. I tego dnia miało być podobnie - czyli nagrywam
        teledyski,licząc, że trafi się coś fajnego. No i trafiło się - jak dla mnie coś
        epokowego i szokującego. Nagrałem ten teledysk i słuchałem po kilkanaście razy
        dziennie. Potem szybko zgromadziłem całą dyskografię i byłem fanatykiem. "ONE"
        Metallica - od tego zaczęło się słuchanie muzyki "na poważnie".

        • cze67 Re: Jak to się zaczęło? 08.05.05, 10:51
          Nietypowo zaczęło się moje zainteresowanie zespołami Marillion i Genesis.
          Mianowice, od fragmentów ich utworów wykorzystanych w audycjach Trójki.
          Kabaret "Długi" w jednym ze swoich stałych skeczy wykorzystywał bowiem
          instrumentalny fragment "Second Home By The Sea" Genesis, który bardzo mi się
          podobał, tylko za cholerę nie wiedziałem czyje to jest. Trochę się naszukałem...
          Podobnie Marillion. W jednej z audycji przerywnikiem (czy zwiastunem) był
          niezwykły, także instrumentalny, fragment utworu The Web. I tu też sporo czasu
          zajęło mi ustalenie co to i kto to gra.
          Ziarno zostało zasiane...
    • tomash8 Re: Jak to się zaczęło? 08.05.05, 18:34
      AC/DC - Jak już pisałem w innym temacie, po prostu spodobasła mi się okładka
      "Fly on the wall" ięc kupiłem tę kasetę, potem następną... i jakoś poszło:)
      Znacznie ciekawiej było z innym z moich ulubieńców, czyli "formacją" Bathory...
      Miałem jakieś 14 lat, byłem już wielkim fanem AC/DC i Deep purple i uważałem się
      za "metalowca", pewnego razu od starszego kumpla pożyczyłem składankę dołączoną
      do jakiejś gazety gdzie były głównie nagrania zespołów typu Sepultura, które ani
      roche nie przypadły mi do gustu(wtedy), natomiast od razu przykuł moją uwagę
      zamieszcony tam jako bonus utwór(a właściwie wersja demo utworu) "Witchcraft"
      Bathorego... głównie słychać tam było szum i wrzask, ale niesamowita atmosfera
      tego kawałka wciągnęła mnie bardzo, i dziś nie wyobrażam sobie życia bez
      pryitywnego black metalu z pierwszych płyt Quorthona, oraz monumentalnych
      "wiking metalowych" dzieł z lat późniejszych, co ciekawe, nie słucham zbyt wielu
      innych "ekstremalnych" twórców poza Bathory, ciekawe czemu?
      • jack9 Re: Jak to się zaczęło? 08.05.05, 20:01
        Większość z Was pisze o swoich wczesnych fascynacjach natomiast dla mnie ważny
        był ten "drugi" początek - chyba w roku 99 kiedy myślałem że już nic specjalnie
        nie jest mnie w stanie zaskoczyć bo miałem "swój" muzyczny światek ogroaniczony
        do pewnej stylistyki trafiłem na audycje doskonałego JH w której po prostu od
        pierwszej sekudny zaiteresowały mnie ciekawe dzwieki - i zaczałem poznawać
        muzykę zespołow których płyt w Polsce nie można było kupic nigdzie, wydawanych
        przez małe wytwórnie min: GYBE, Silver mt Zion, Fly Pan Am...
        • glebogryzarka1 Re: Jak to się zaczęło? 09.05.05, 17:56
          1) Wideoteka trenera Szewczyka i "What Have I Done To Deserve This?" Pet Shop
          Boys. Przy ostatnim refrenie pojawiają mi się łzy w oczach. 1987.
          2) Przeczytawszy w "Tylko Rocku" o, nabywam płytę Sex Pistols. Teraz mam
          podarte spodnie, skudlone włosy, pały w szkole i browara w ręku. A Sid Vicious
          ciągle żyje. 1991.
          3) Kolega namawia mnie, żebym robił na komputerze podkłady do jego rymów.
          Przynosi jako niedościgły wzorzec debiut Snoop Doggy Dogga. 1994.
          4) Stoję w sklepie muzycznym i słucham trzeciego albumu Jamiroquai, obsługa
          zamykając wieczorem sklep wywleka mnie siłą, razem z płytą. 1996.
          5) W dokumencie o najsłynniejszych trębaczach w historii jazzu, Miles Davis gra
          półtorej minuty improwizacji na bazie "So What". 1998.
    • mimbla_x Re: Jak to się zaczęło? 10.05.05, 09:01
      byla polowa lat 80-tych, ja w II lub III klasie liceum, na imprezach klasowych
      na ktorych bywalam puszczano The Doors, Joy Division, Velvet Underground -
      bardzo depresyjne imprezy to byly :P, potem pozyczalam sluchane tam kasety i
      przegrywalam za pomoca dwoch Kasprzakow polaczonych kabelkiem :D i tak zaczela
      sie moja fascynacja i milosc dozgonna do The Doors;

      poniewaz kasety byly zazwyczaj skladankami, pourywanymi kawalkami, kiepsko
      nagranymi nie mialam pojecia z jakich plyt pochodza ani nawet jakie sa tytuly
      utworow, ale... 90% tekstow znalam na pamiec (na tyle na ile je bylam w stanie
      rozszyfrowac z kasetowego szumu), moglam je odspiewac o dowolnej porze dnia i
      nocy, do tego potem doszly ksiazki od The Doors, wiersze Morrisona...
      The Doors kocham do dzisiaj, teraz slucham ich juz rzadziej, ale nadal
      sluchajac raznie podspiewuje sobie, po ciagle pamietam wiekszosc kawalkow;
      • cze67 Re: Jak to się zaczęło? 10.05.05, 17:39
        mimbla_x napisała:

        > poniewaz kasety byly zazwyczaj skladankami, pourywanymi kawalkami, kiepsko
        > nagranymi nie mialam pojecia z jakich plyt pochodza ani nawet jakie sa tytuly
        > utworow,

        Ja tak miałem z częścią muzyki z radia. Gdy coś mi się podobało - nagrywałem,
        nawet często nie wiedząc, co to jest. Np. dopiero po jakimś czasie dowiedziałem
        się, że takie kilka fajnych kawałków z ostrą gitarą co to mnie bardzo kręciło,
        to "Doolitle" Pixies:-)
    • jarecki32 Re: Jak to się zaczęło? 10.05.05, 18:24
      Pamietam dobrze jak sie zaczela moja fascynacja muzyka RHCP oraz Steve Ray
      Vaughan. A bylo to tak.
      Niemcy mieli kiedys taki ped do organizowania mega koncertow pokazywanych na
      zywo w telewizji (stereo sygnal byl z radia, tak ze to nawet bardzo przyjemnie
      sie ogladalo). Te mini festiwale byly co roku i w tych samych miejscach (
      Dortmunder Westfalenhalle, Essen Gruggahalle oraz open-sky Lorelei).
      Najfajniejszy byl ten open-sky. W dole plynie Ren, na brzegu Renu te ich zamki
      a na gorze skaly wielka estrada i tlumy rozemocjonowanych fanow. W polowie 80-
      tych na tym samym koncercie wystapli Red Hoty i Steve Ray. Nic o nich wczesniej
      nie slyszalem. Najpierw zagral SRV i Double Troble. Nie moglem uwierzyc oczom i
      uszom. Zaraz skoczylem po magnetofon zeby to nagrywac. Steve gral Woodoo Chile
      (slight return) z taka latwoscia jakby sie z ta gitara urodzil ! Pozniej byl
      Texas Flood , The Sky is Crying, Little Wing a ja siedzialem oslupialy i ze
      szczeka do ziemi. Nastepnego dnia puscilem to nagranie mojemu koledze w pracy
      (mlody profesor i jednoczesnie pol-zawodowy jazzowy perkusista) ktoremu w
      trakcie sluchania szczeka opadla jeszcze nizej niz moja. Do dzisiaj jestesmy w
      kontakcie i czesto wspominamy te chwile.
      Koncert zamykali Red Hots. Myzyka zupelnie inna niz ten elektryczny blues
      Steve'a ale rownie porywajaca. Mozecie sobie wyobrazic co wyrabial na scenie
      Kieidys o 20 lat mlodszy. Czegos takiego wczsniej nie widzialem. Fascynacja
      RHCP trwa do dzis. Jest to dla mnie jeden z tych nielicznych zespolow, ktory
      sie "dobrze starzeje". Aha, oczywiscie zrobili na koniec ten numer ze
      skarpetkami. Niemcy byli mocno zszokowani i skonsternowani ale jakos to
      przelkneli.
    • grimsrund Re: Jak to się zaczęło? 06.05.06, 00:42
      Nie no, temu wątku też zginąć nie dam, w życiu! ;)
      • cze67 Re: Jak to się zaczęło? 06.05.06, 13:03
        Dziękuję koledze za heroiczną walkę na froncie ratowania ginących wątków.
        • perlagina Re: Jak to się zaczęło? 06.05.06, 14:15
          A ja również jeszcze raz dziękuję za umożliwienie młodym dostępu do takich
          wątków :))

          A teraz dodam coś od siebie:
          Muzyki słuchałam od zawsze, ale to za sprawą mojego taty. Jednakże to nie było
          nic ode mnie, coś, co sama odkryłam. Dlatego Nalepa i Rolling Stones zaczęli
          mnie w końcu nudzić. Jako dziecko byłam raczej poza ogółem, trzymałam się z
          boku i nie byłam przesadnie akceptowana przez grupę. Jak teraz nie ma to dla
          mnie większego znaczenia, tak jako dziecko bardzo chciałam być gdzieś
          przygarnięta, należeć do jakiejś społeczności...Dlatego mając wybór pomiędzy
          Ich troje, Natalią Kukulską i Bajm, wybrałam Lipnicka i Varius Manx. Jako
          dziecko skłaniałam się także do Kelly Family, ale już mi przeszło. Potem
          przyszły czasy na jakieś disko, bo w wieku 14 lat każde dziecko chciało na
          takie disko iść. Jak się okazało, nie każde, bo ja nie chciałam. Mama nawet
          siłą chciała mnie zaprowadzić, ale się tak wzbraniałam, że w końcu z płaczem
          zostałam w swoim pokoju... Ale trauma :D
          W liceum przez krótki czas słuchałam rege i jakiegoś hard coru, nawet przeszłam
          półroczną fascynację Pidżamą Porno. Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy wszystko
          się odmieniło. Najpierw poznałam Black Sabbath. A potem jak grom z jasnego
          nieba dorwałam od kolegi jakąś dziwną płytę. To było At The Drive - In!
          ('Relationship of the command')Potem było już z górki, poznawałam coraz to nowe
          zespoły (zresztą do teraz poznaję i jak znam życie, do usranej śmierci nie
          poznam i nie przesłucham wszystkiego...),ale miłość do ATDI pozostała. Dziękuję
          serdecznie, że mogłam się wypowiedzieć ;)
          --
          ...and if you don't love me let me go...
    • good_morning drugi fantastyczny poczatek 06.05.06, 15:13
      czyli przejscie od muzyki, ktora posiada melodie do wszelkich eksperymentow.
      via mike patton, aczkolwiek nie z jego powodu, a z powodu niejakiego dejwa
      lombardo, grajacego na "directors cut". strasznie mi tam wrzeszczacy majki
      przeszkadzal. sluchalam go wtedy po raz pierwszy, pelna podziwu dla jego
      mozliwosci wokalnych, ale bez (naleznego ;))zachwytu. dejw dejwem, ale glos
      majka nie dawal mi spokoju, wiec zaczelam sluchac plyty z jego powodu, co
      otworzylo mnie na zupelnie nowe muzyczhne doznania, oczywiscie nie tgylko
      autorstwa pattona.
    • grimsrund Re: Jak to się zaczęło? 04.05.07, 18:49
      Temat bratni wątku pierwszonabytkowego - w obliczu licznych ostatnio
      kamingałtów istotność jego również nie będzie uzasadniana.
    • tysia2 Re: Jak to się zaczęło? 10.05.07, 20:44
      Ciężko tak po latach przypomnieć sobie pierwsze spotkanie. Pewnie usłyszałam w
      radio że London Calling. Mgliście przypominam sobie dyżurowanie przy wieży z
      palcem na przycisku rec. w nadziei że puszczą coś jeszcze ( pewnie to trójka
      była). Pewnego razu nawet wykosztowałam sie na czasopismo muzyczne pt.Brum bo
      mieli wkładkę o The Clash. ( jako dodatek był też plakat Iron Maiden, który to
      powiesiłam sobie na ścianie od pierwszej chwili porażona urodą całego zespołu,
      ale w tym przypadku na wrażeniach wzrokowych poprzestałam)
    • tymbarski Re: Jak to się zaczęło? 11.05.07, 17:22
      Muzyką bądż rzeczami muzykopodobnymi zarażany byłem od dziecka. Dorastałem w
      rejonie olbrzymiego promieniowania - a mianowicie we własnym domu.

      To może nie jest dziwne, że we własnym domu, aczkolwiek dom ów wyposażony był w
      magnetofon szpulowy, na którym ojciec był nakleił sobie kalkomanią napis Sanyo.
      Był także adapter, z tym że tu kalkomania układała się w napis Sony. W okresie
      póżniejszym pojawił się w mym domu radiomagnetofon Klaudia.

      Ale do rzeczy:

      Ojciec mój wciąż raczy mnie opowieścią, iż w wieku lat 3 najchętniej skakałem po
      tapczanie w rytm Babooshki Kate Bush. Nie to żebym ojcy nie wierzył, choć sam
      tego nie pamiętam.

      W wieku lat pięciu rozpocząłem słuchanie LP3. Było nieco niekomfortowo, ponieważ
      słuchanie odbywało się na słuchawkach, a te były tylko dwie na trzy osoby -
      rodzice i ja. Nie mniej przekazywaliśmy je sobie co minutę i każdy nieco posłuchał

      Za pomocą tychże wieczorów dotarło do mnie że istnieje Perfect, Lady Pank,
      Maanam itp. Co do Lady Pank, zespół, a konkretnie gitarzysta zaważył nieco na
      moim życiu. Ale o tym póżniej.

      Oczywiście słuchając LP3 niewiele z tego rozumiałem, nie mniej zawsze był to
      jakiś powód, aby póżniej iść spać.

      Właściwa fascynacja muzyką przez wielkie M rozpoczęła się w wieku lat 9-10,
      kiedy to zacząłem dostawać kieszonkowe. Wtedy to dość często w przyczepach
      kempingowych rozsianych gęsto po Warszawie kupowałem kasety New Kids on the
      Block, a gdy już nieco dojrzałem muzycznie - także MC Hammera.

      Pod koniec podstwawówki coś mnie się odkręciło, głównie za sprawą śmierci
      Cobaina. Wtedy rozpoczął się trwający kilka lat (z przerwami) okres fascynacji
      grunge.

      Liceum objawiło się nagle. Powiedzmy sobie szczerze, nie byłem na to gotowy. W
      wakacje między 1 i 2 klasą liceum wybrałem się na obóz harcerski.
      Tam rzuciła mi się w oczy następująca prawidłowość - mężczyżni grający na
      gitarach przeważnie otoczeni są wianuszkiem kobiet. Ja z racji nikczemnej
      postury i wątpliwej fizjonomii takich szans nie miałem.

      Rzuciłem się więc w wir nauki grania na wiośle. Przydała się fascynacja grunge.
      Jak bumerang powrócił Jan Borysewicz, który, jeśli chodzi o stare dzieła Jana
      Bo. i Lady Pank, towarzysszy mi do dziś.

      Powiedzmy sobie szcerze, dżwięk gitary akustycznej to nie jest, co moja natura
      lubi. Koledzy mieli elektryczne. Ja natomiast dostałem akustycznego Defila (lat
      20 miała ta gitara) z ręcznie dorobionym przetwornikiem.

      Podłączało się ją do wieży, jazgot był niesamowity. Wtedy to zacząłem się
      wgłębiać w Metallikę a z czasem także w Slayera, Cannibal Corpse (fuj),
      Theriona, Christ Agony itp.

      Większość liceum to czasy rocka i metalu

      Studia rozpoczęły się nagle. Na szczęście rockowców było dużo. Studia rozpoczęły
      fascynację Dream Theater, co wiązało się z lepszym poznaniem Floydów czy King
      Crimson. Z czasem otworzyło mnie na jazz w typie DiMeola, Holdsworth, Scofield.

      No i tak w sumie trwa do dziś - suma progrocka i nieco jazzu. Od czasu do czasu
      Children of Bodom czy SOAD.

Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka