pagaj_75
11.07.05, 22:06
Niemożność pojechania na Open'era w tym roku powetowałem sobie bytnością na
trzech koncertach jazzowych w ciągu ostatniego weekendu. Organizatorzy imprez
z tą muzyką zwykle latem nieźle się spisują i starają się sprowadzać naprawdę
fantastycznych wykonawców do naszej krainy nad Wisłą.
Tradycyjna już, coroczna impreza to "Jazz na Starówce", podczas której co
sobotę o godzinie 19 można za zupełną darmochę obejrzeć naprawdę przyzwoitych
polskich i zagranicznych grajków. I tak też było w sobotę, gdy pojawił się
Paul Brody's Sadawi i nadarzyła się okazja do bliższego kontaktu z muzyką
klezmerską w nowocześniejszym ujęciu. Sam lider ponoć pochodzi z Kaliforni,
ale obecnie jest chyba obecnie najsilniej związany ze sceną nowojorską. Dwie z
jego autorskich płyt wydała wytwórnia Johna Zorna, Tzadik. Grał jako muzyk
sesyjny z gwiazdami soulu. Tyle się dowiedziałem zanim poszedłem na Starówkę.
A już na miejscu zostałem świadkiem porywającego koncertu w wykonaniu
Brody'ego i towarzyszącego mu czteroosobowego zespołu. Nie będę się tu
wymądrzał, bo moje pojęcie o klezmerce jest dość wątłe, ale może i również
dzięki tej ignorancji dałem się zaczarować. Tradycyjne żydowskie frazy trąbki
lidera oraz klarnetu, wymieszane z dość rockowo grającą perkusją,
avant-jazzową gitarą i szczątkowymi efektami elektronicznymi (czy może raczej
prostymi loopami) generowanymi przez gitarzystę, spowodowały, że zacząłem
żałować, że nie mam przy sobie gotówki na nabycie płyt zespołu na koncertowym
stoisku. Teraz będzie trzeba chyba je ze Stanów sprowadzać...
Druga rozgrywająca się równolegle impreza to oczywiście Warsaw Summer Jazz
Days. W tym roku darmowe imprezy plenerowe (w parku przy Królikarni) są dość
mocno obsadzone (wg niektórych nawet lepiej niż płatne w Kongresowej). Wczoraj
zobaczyłem tam dwa koncerty: najpierw Nils Petter Molvaer. Widziałem go drugi
raz i tym razem wrażenia chyba jeszcze lepsze niż za pierwszym. Przede
wszystkim otwarta przestrzeń, w której można się swobodnie poruszać jest dużo
lepsza do takiego grania niż filharmonia, w której Molvaer grał w ubiegłym
roku. Choć trochę odczuwałem pewien dysonans pomiędzy gorącą słoneczną pogodą
a coraz mroczniejszą muzyką Norwega. Na szczęście obyło się teraz bez
politycznych wtrętów w utworach, bez ideolo-nadęcia. Zagrał tak jak trzeba, a
wraz z nim fantastyczny mistrz samplerów Jan Bang, DJ Strangefruit na
gramofonach i perkusista Rune Arnesen, który nadal mnie zadziwia tym jak się
odnajduje wśród elektronicznych bitów płynących z laptopa lidera.
I jeszcze tego samego dnia w tym samym miejscu - The Bad Plus. Zespół, o
którym wiedziałem z całej tej trójki najmniej. Praktycznie nic. Mariusz
Adamiak próbował reklamować ich jako czarnego konia festiwalu, że będzie to
jego najlepszy koncert, ale chyba wszyscy traktowali to z ironicznym
uśmiechem, jako próbę zatrzymania publiczności w parku po koncercie gwiazdy
(czyli Nilsa Pettera M.) A jednak ci co zostali mogli się przekonać, że jeśli
nawet organizator przesadził, to tylko odrobinę. Amerykańskie "power trio"
dosłownie rozniosło niedowiarków na strzępy. Ci faceci grają stuprocentowo
akustyczny jazz, ale robią to z takim czadem, że mogliby zawstydzić sporą
część kapel gitarowych. A perkusita grupy, David King, jest od wczoraj moim
bogiem gry na swoim instrumencie. Nieprawdopodobny technik, może nieco
efekciarski, ale grający strasznie żywiołowo, dając z siebie 200 procent
normy, nie gubiąc się ani na chwilę w potwornie skomplikowanych, chaotycznych
na pozór, partiach. Mówią o nich "power trio", bo faktycznie ich muzyka
zdradza silne wpływy muzyki rockowej i nie tylko. Zresztą, obok własnych
kompozycji, mają w repertuarze covery utworów Pixies, Black Sabbath czy
Nirvany. Wczoraj zagrali min. "Human Behaviour" Bjork, "Heart of Glass"
Blondie i (jako ostatni bis) absolutnie rozpierdalającą (osoby wrażliwe
przepraszam, ale brak innego słowa) wersję "Smells Like Teen Spirit". Do tego
dużo humoru, zarówno w tytułach własnych utworów, w konferansjerce pianisty
między utworami, jak i w samym zachowaniu panów na scenie. Nie dziwota więc,
że publika zgotowała im owacje na stojąco i wymusiła dwa bisy.
To tyle takich luźnych wspomnień. Jakoś już nie żałuję tego Open'era. A teraz
szukam studyjnych nagrań The Bad Plus. ;)