grimsrund
05.11.05, 13:19
Ta płyta przemknęła jakoś tak niezauważenie... Kilka lat temu w dobrym tonie
było zachwycać się BUENA VISTA SOCIAL CLUB, ale Cooder cały czas robił swoje,
nie zważając na poklask. Po świetnej płycie MAMBO SINUENDO nagranej z
Manuelem Galbanem zabrał się za coś, co już teraz krytycy nazywają jednym z
najlepszych dzieł całej jego (niezwykle wszak bogatej) kariery.
"Chávez Ravine" to concept-album, zamknięta w 60 minutach z hakiem historia
latynoskiej (i przez dekady nader samowystarczalnej) dzielnicy Los Angeles.
Poszła ona w całości pod buldożery w latach 50., gdyż władze rozrastającego
się nieubłaganie miasta postanowiły ją "unowocześnić"; ostatecznie zaś
zbudowano na jej terenie stadion dla baseballowej drużyny Dodgersów. W sumie
cała sprawa miała paskudne polityczne podteksty, lecz dla nas najważniejsza
powinna być muzyka.
Muzyka ta jest bowiem znakomita, iskrzy się wszystkimi kolorami
południowoamerykańskich rytmów, skacze od boogie przez rumbę do swinga. Wśród
gości zaproszonych do nagrań znaleźli się m.in. David Hidalgo z Los Lobos,
Jim Keltner i Jacky Terasson oraz, a właściwie przede wszystkim, wielu
latynoskich muzyków z Kalifornii dodających płycie, jeśli tak rzec można,
miejscowej wiarygodności (dwu z nich - wiekowi Don Tosti i Lalo Guerrero -
nie dożyło zresztą, niestety, ukazania się płyty na rynku). Wymowa całej
opowieści jest oczywiście bardzo smutna, jednak warto się w nią zanurzyć - i
zatonąć.
W sumie - jedna z moich płyt roku (oczywiście gdybym robił takie
zestawienie :)) )