Dodaj do ulubionych

Miles Davis - Top 5

26.12.06, 13:14
Kurde zakładam wątek o Milesie bo przeczytałem książkę, wsłuchuje sie
ostatnio w albumy i Miles to taka moja furtka do jazzu. Dzięki niemu
siegnąłem też po albumy Hancocka , dawnego Stańki no i zamierzam zgłębiac
kolejnych. Nigdy, mimo wielu podejśc, nie czułem się na siłach by słuchać
jazzu w takim stopniu jak teraz. Nigdy też nie sprawiało mi to tyle frajdy
(dorastam? :). Serio, podjarka jaką mam obecnie w związku z tym przypomina
podjarkę jaką miałem gdy w ostatnich klasach podstawówki wziąłem się za
klasyków rocka. tak więc wybieramy top 5 Milesa. Pięć bo znam na razie 6
albumów tylko :) ale jak ktoś chce więcej to śmiało. dla mnie będzie to też
wskazówka po co sięgnąć w następnym podejsciu (bazowanie na allmusic staje
się nudne:) a więc:

1. In a Silent Way - myślałem ze nic mi się bardziej nie spodoba niz Kind of
blue, ale ten rytm , ta jazda, to podkręcanie tempa w utworze tytułowym. Ten
taki rockowy kop (znawcy mówią - fusion:) TO JEST TO!

2. Kind of blue - znawcy mówią "jazz modalny" , tzn chyba nawet sam Miles to
mówił. Ja nie wiem na czym to ma polegać, jak zacząłem słuchac to pomyslałem -
to jest to co przychodzi mi do głowy gdy ktos mówi "jazz" . No fantastyczne,
i te solówki Coltrane'a . brak słów

3. Bitches Brew - Właściwie to od niedawna słucham, a materiał obszerny, ale
wiem że to jest ZNOWU TO, choć pewnie nieco trudniejsze, jakby jeszcze
bardziej urozmaicone niz "Silent way". Dla mnie przede wszystkim przedługaśny
utwór tytułowy.

4. Porgy and Bess - czyli Gershwin w wersji Milesa, a więc taki troche jazz
musicalowy z wieloma świetnymi momentami, do słuchania tylko w całości , no i
z Summertime.

5 - Birth of the Cool - czyli początki drogi muzycznej Milesa. coś co
definiuje styl cool (według znawców:) i co taką trochę powściagliwością miało
być w opzycji do bebopu. w sumie krótkie utwory których świetnie się słucha.

tyle ode mnie
Obserwuj wątek
    • braineater Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 14:12
      hih
      niemozliwe, bo Milesów było duzo więcej niż pięciu:) Ale spróbujemy.

      1) Tribute to Jack Johnson - nie ma drugiej takiej płyty na świecie. Rozwala
      mózg na wszystkich poziomach odsłuchiwania. Można jej słuchac jako jednego z
      najbardziej energetycznych albumów w dziejach muzyki, gdzie szaleństwo
      improwizacji miesza się z punkowym 'who cares jak gramy, ważne żeby szedł ogień
      z dupy', gdzie kompletnie odjechane trąbki wpakowane są w w perkusję toczacą
      się z siłą walca, gdzie w każdej nucie słychać totalną radochę wszystkich
      uczestników sesji, że no chłopaki, polecieliśmy w kosmos. No i wieńczący dzieło
      koniec, który wgniata w fotel.

      2) Conception - Miles, Getz, Koonitz - w kategoriach sportowych, to jakby
      wpuścić Muhammanda Ali, Sugar Ray'a i Chrisa Byrda na ring i kazać im grać w
      trójpolowe szachy, tak jakby chcieli znokautować przeciwnika. Każdy pokazuje co
      potrafi, a razem potrafią tyle, że nikt już tak nie potrafi, przy czym
      najgenialniejsze w tej płycie jest to, w jaki sposób potrafią się idealnie
      zgrać, zrezygnować z gwiazdorstwa i podporządkować się muzyce.

      3)M.D.Quintet - Workin', Cookin', Steamin' - trylogia na której pokazano
      wszystko, co da się pokazać w jazzie sprzed ery free i czasów cybernetyki w
      muzyce. Poniekąd dziś brzmi jak knajpiane granie do kotleta, tyle, że jest to
      fundament całego tego typu jazzowego izi listenin, jego dinozaurzy praprzodek,
      który nawet po 50 lat jest tysiąckroć bardziej świeży, niz poronione bastardy w
      stylu Kennyego G czy tej tam, barbie z saksofonem (Dulfer?)

      4) Bitches Brew - płyta mobilna. Znaczy w okresach poddawania się nałogom staje
      się najwazniejszą płytą z katalogu Milesa, bo jest to najczystszy zapis co
      dzieje się w zacpaną głowę i jako OST do THC i innych uzywek po dziś dzień nie
      wymyslono lepszego materiału (powinne podlegac prohibicji na równi z działką
      skuna), w rzadkich chwilach trzeźwości zaczyna jednak męczyć - przede wszystkim
      długością (complete sessions to ponad 4 godziny) i gęstością materiału, w
      sporej częsci złozonego z krótkich wkrętów, które mają na celu rozregulowanie
      mózgu słuchacza. Robią to skutecznie.

      5) Windą na szafot - czyli materiał który w temacie nostalgia, smutek,
      melankolija, bije na łeb Symfonię Pieśni żałobnych czy Requiem i sto mil za
      sobą zostawia Waits'owe Blue Valentine. Najlepszy soundtrack w historii? Na
      pewno. Ale prócz tego płyta od której nie sposób się uwolnić, raz wysłuchana
      zostaje w uszach na zawsze i zawsze przychodzi kiedyś 3 nad ranem, kiedy nie ma
      innego wyjścia i odpala się Windę po raz milionsiedemsetosiemdziesiątyósmy.

      6) Complete Cellar Dors Session - dziwna płyta bo to nie Miles rządzi. Davies
      jest schowany z tyłu, usuwa się w cień i robi za tło dla McLaughlina. Przy
      pomocy trąbki tworzy kurtynę dźwięków, na której McL. wyswietla swoje
      precyzyjne nutki i tworzy przedziwne, mocno latino pasaże.

      7)Birth of the Cool - Absolutny początek, zestaw żelaznych hiciaków, płytka
      która rozbuja każdego i wszędzie, słuchana z nieustającym bananem na twarzy.
      Jeszce słychac próby trzymania się w 'kanonie', wiarę w tradycję, ale narkotyki
      na szczęscie robia swoje i w takich kawałkach, jak Moon dreams czy Deception,
      Miles juz pokazuje kim będzie za 10 lat.

      8)You Under Arrest - prócz elementu polskiego, płyta ważna z tego powodu, że
      cokolwiek przepowiada pojawienie się wariatów nastepnych dekad - Ribotta, Zorna
      etc. Z poczatku męczy, wydaje sie niespójna i chaotyczna, po kilku odsłuchach
      okazuje się, że jednak tak ma być. To jest jazz, to musi boleć, na takiej samej
      zasadzie jak tu jest Polska, tu się płacze.

      9) Doo-Bop - znaczy niby wszyscy wiemy, że cały acid ciagnie się od
      HeadHuntersów Hancocka, tyle, że gdyby nie Doo-Bop o acid jazzie słyszeliby
      pewnie miłosnicy audycji radiowych o 2 w nocy. A tak wystarczyło, że Miles dał
      etykietę, by wykreować całkiem pręzny i z perspektywy 15 lat dośc istotny
      gatunek muzyczny. Przy czym chyba najbardziej przystepna i popowa płyta Milesa,
      prócz porażek w stylu Siesty, Amandli czy Tutu

      10) Nie do końca Miles, ale za to jak dla mnie spotkanie trzech bogów na jednym
      koncercie - Miles Davies, Prince, Maceo Parker - Live at Paisley Park 1981. W
      kategorii płyta na zywo mistrzostwo świata, w kategorii Prince, nie ma lepszego
      materiału. Księciuniu wspina się na wyzyny wokalne i aranżacyjne, a Miles jest
      sobą - wchodzi w mniej więcej jednej trzecie koncertu, trafia idealnie w takt i
      nastrój i ciągnie niesamowite solówki przez kilkanacie minut, po to by po
      chwili zmienić się w regularsa z sekcji dętej, której jak głosi ledżend, nigdy
      wcześniej nie słyszał.

      P:)
      O pozostałych tez tak mogę. Dłuuuuuuuuuuuuuuuugo:)
      • pszemcio1 Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 14:24
        braineater napisał:

        > 9) Doo-Bop - znaczy niby wszyscy wiemy, że cały acid ciagnie się od
        > HeadHuntersów Hancocka

        a nie "On the corner"?
        • braineater Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 15:06
          medialnie jednak HeadHunters robi za poczatek. Skreczerzy po raz pierwszy, rap
          jako forma wokalna, sampling uzywany w sposób taki jak robi się to dziś. On the
          Corner za bardzo jeszce chyba tkwił w czarnej muzyce lat 70' - funku i
          okolicach, a te wszystkie pozostałe elementy pojawiły sie dopiero później. Nie
          chce mi się sprawdzać, ale pierwsze pojawienie się w mediach h-h to jest
          dopiero końcówka lat 70 - 79' chyba i GrandMaster Flash, a dopiero potem za tym
          poszli jazzmani.

          P:)
          • pszemcio1 Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 15:52
            braineater napisał:

            > medialnie jednak HeadHunters robi za poczatek. Skreczerzy po raz pierwszy,
            rap
            > jako forma wokalna, sampling uzywany w sposób taki jak robi się to dziś. On
            the
            >
            > Corner za bardzo jeszce chyba tkwił w czarnej muzyce lat 70' - funku i

            tzn pytam bo w autobiografii Miles pisał jak był wkurwony po sukcesie Head
            Hunters bo on to wcześniej robił na On the corner. sam tej płyty nie słyszałem
            ale Head Hunters sie od jakiegos czasu zasłuchuje. wokal? serio? ja tam
            szczerze mówiąc wokalu ni hu hu, ale może za mało uwaznie słuchałem albo mi sie
            myli z jakimis samplami:)
          • glebogryzarka1 Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 16:01
            > medialnie jednak HeadHunters robi za poczatek. Skreczerzy po raz pierwszy,
            > rap jako forma wokalna, sampling uzywany w sposób taki jak robi się to dziś

            Masz na myśli "Future Shock" może?
            • braineater Re: Miles Davis - Top 5 26.12.06, 16:13
              <sprawdzać, zanim zacznę się wymondszac>
              Namieszaliście mi:)
              Glebo ma rację - Future Shock, to raz, skąd mi się wzięło HeadHunters nie wiem,
              to dwa, trzy z tymi wokalmi to musze sprawdzić, bo dawno nie, cztery, się
              popisałem:)

              P:)
      • winoman Re: Miles Davis - Top 5 31.12.06, 13:20
        > 3)M.D.Quintet - Workin', Cookin', Steamin' - trylogia

        Hmm, a Relaxin'? Nagrana tego samego dnia co większość materiału na pozostałych
        trzech.

        Pozdrawiam!
    • obly Re: Miles Davis - Top 5 27.12.06, 10:44
      moje top fajf
      (a pro po: świetny film polecam: High Fidelity (poslki tytół: Przeboje i
      Podboje hahahaha) w sensie jak go oglądam to mi się to forum kojarzy;)))) facet
      tam wypisuje sobie różne top fajfy:
      rzucenie go
      praca
      i inne:
      ten łysy ze sklepiku to nawet do Ilhana podobny a Cusack ciut do Kubasy ;)) tak
      mi sie spodobał (choć to letka komedyjka jest, ale muzyczna) ze sobie książkę
      zamówiłem do łóżka Nicka Hornbyego, polski tytuł też nie lepszy: Wierność w
      stereo. Polska ma bardzo złych tłumaczy. Niestety jedynym dobrym tłumaczeniem
      było by pozostawienie oryginału i jego zrozumiałej dla nas wieloznaczności.
      niemniej wracamy do tematu postu:

      moje top fajfy MD się zmieniają:
      teraz to bedzie kompilacja brajnowej i tworzyciela postu (niemniej
      najszczesliwiej byłoby top fajfy płyt Milesa tworzyć piątkami czyli pierwsza
      piątka, druga piątka, trzecia piątka, itp...):

      na dzień dziś jest tak (ale rok temu bylo kompletnie inaczej i za rok tez
      bedzie inaczej ale juz mniej):

      1.
      - Tribute to Jack Johnson
      - Bitches Brew
      - In a Silent Way (te trzy płyty ustawiam jako numer raz, duzo je łączy i mnie
      zwalają z nóg tak samo, nie umiem ich rozdzielić po prostu ,przepraszam za
      oszukaństwo)
      2. Windą na szafot - w pełni podklejam sie pod brajankowy opisik urazów
      usznych. sam film jest dosc ciekawym uzupełnieniem, ale niekoniecznym. był w
      zwierciadle którymś z pół roku temu. film z tzw nurtu "prochowiec i papieros"
      ale naprawde fajny.
      3. Aura - płyta o kolorkach - jak dla mnie niespotykany dotyk przez uszy dna
      oka. polecam wszystkim.
      4. Live Evil - najmocniejsza płyta z tego co słyszałem MD, nie jest równa, jest
      to taki troszke kulawy ukłonik w stronę Heńka(Hendrixa). niemniej mnie urzeka.
      5.
      - Agharta,
      - Pangaea - dwa dwupłytowe albumy koncertowe z trasy po Japonii- w sumie
      troszkę Miles po nich zamilkł wymęczony dragami i wódeczką na kilka lat.

      na płytach Milesa zaczałem poznawać jazz i zaczałem rozpoznawać poszczególnych
      muzyków i od nich wybiegłem w świat dzwieków gwiazd których zebrał w róznych
      okresach MD, i smiem nawet twierdzic ze niektórzy lepiej sie na nich prezentują
      jak na swoich solowych ;))) to chyba była jedna z najmocniejszych cech MD
      umiejętność odważnego dobierania sobie kompanów do grania.
      Przez MD lubię i szperam: McLaughlin, Hancock, Corea, Coltrane (jest cudowny i
      polecam jego album love supreme), Monk (ten akurat mało wyst. z milesem ale tak
      go poznałem - polecam), Wayne Shorter, Joe Zawinul, Scofield i wielu innych
      których juz nie pomnę.
      Dzięki niemu tez wrecz unikam (choć swietnym i szanowanym basistą jest):
      Marcusa Millera i wszelkich płyt MD na których M.Miller wyraźniej piętnował
      muzykę swoją osobowością muzyczną. (np Tutu) (powiem szczerze: nie wiem
      dlaczego ale mnie to raczej nawet nie interesuje)
      Do tego nie lubię osobiście okresu działań MD z Gilem Evansem, tak samo płyty
      Kind of Blue ale to jest moja ułomność bardziej niż tych płyt, ułomność którą
      sobie wspaniałomyślnie wybaczam.

      • jazzfoxy Re: Miles Davis - Top 5 27.12.06, 19:38
        Bitches Brew
        Kind Of Blue
        In A Silent Way
        Agharta
        A Tribute To Jack Johnson
        • marxx Re: Miles Davis - Top 5 28.12.06, 00:11
          Ja troszke zamieszam w tym cudownym watku i napisze ze nie ma to jak pianinko,
          Bill Evans albo Thelonious Monk. Zadna traba nigdy nie bedzie tak cudownie
          dzialala jak klawisze!
          m
    • gregkor Re: Miles Davis - Top 5 29.12.06, 10:19
      1. "Water Babies"
      2. "E.S.P"
      3. "Kind of Blue"
      4. "Nefertiti"
      5. "Amandla"
      • jazzfoxy Re: Miles Davis - Top 5 29.12.06, 13:49
        Nikt nie wymienil "Sketches of Spain", a to piekna plyta.
        • obly Re: Miles Davis - Top 5 29.12.06, 21:24
          ja jej nie wymieniłem z nadzwyczajną starannością.
          wręcz chciałem zmanipulować i poddać w wątpliwość jej istnienie ;))
        • pszemcio1 Re: Miles Davis - Top 5 31.12.06, 12:46

          > Nikt nie wymienil "Sketches of Spain", a to piekna plyta.

          w zasadzie stawiam na równi z Porgy & Bess, oczywiście git z tym że ja mam
          trochę uraz do dźwięków typu Zorro:), ale to juz w mojej głowie takie cuś
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka