cze67
21.08.07, 11:16
The Beatles - Ucho, Gdynia, jakoś w tym roku
Informacja, że Beatlesi dadzą koncert w gdyńskimUchu spadła na nas,
forumowych fanów zespołu niespodziewanie. Nie chciało się nam trochę
wierzyć, ale o tym powstał inny wątek, więc nie będę powtarzał. W
końcu jednak info się potwierdziło, więc do Gdańska zjechali i
zatrzymali się w moich skromnych progach ilhan i kubasa (który
jednak się przysięgał, że jak do połowy nie zagrają nic z Rubber
Soula to on pierdoli i wychodzi).
Pod gdyńskim klubem zjawiliśmy się jakoś pół godziny przed
wyznaczonym początkiem występu. Ludzi było sporo, ale bez przesady,
chyba jednak Lao Che czy przedostatni Janerka zgromadził ich więcej.
Może nie wszyscy uwierzyli, że czwórka z Liverpoolu rzeczywiście
wystąpi (w tym moja siostra, która mnie obśmiała i odłożyła
słuchawkę. Teraz ŻAŁUJE). Było trochę ludzi ode mnie starszych, było
też sporo młodszych od ilhana i kubasy. Chłopaki ustawili się w
kolejce po trunki, a ja zająłem strategiczne miejsce przy barierce,
by nic nie umknęło mojej uwadze. Po półgodzinie zrobiło się jednak
dosyć tłocznie, więc pochwaliłem się w duchu za zapobiegliwość.
Na scenie oczywiście perkusja z logiem zespołu, głośniki, mikrofony
i fortepian. W pewnej chwili zrobiło się zamieszanie, bo z kanciapy
wyszedł McCartney i nastoletnie fanki zaczęły piszczeć i prosić o
wspólną fotę, czemu, trzeba to Paulowi przyznać, muzyk nie odmówił,
przez co koncert opóźnił się o jakieś pół godziny.
Wreszcie, wywoływani od kilku minut, muzycy wyszli na scenę, witani
gromkimi brawami i oznakami histerii. Ubrani na luzie, Paul w
kraciastą koszulę, John na biało, George w t-shirt z okładką Wrong
NoMeansNo, czym wzbudził ogólne rozbawienie, a Ringo już nie
pamiętam w co. Lennon oczywiście nie omieszkał się na początku
powygłupiać, pytając czy to już Jugosławia (przed Gdynią zagrali w
Oslo, następnego dnia mieli występować w Pradze a potem w
Dubrowniku). Nie wszyscy skumali, ale i tak było od razu jakoś
bardziej luzacko.
Zaczęli od I Saw Her Standing There, i już wiedziałem, że będzie
dobrze. Widać, że zespół głodny grania, bo dawno nie koncertował,
muzycy dobrze czuli się ze sobą, była między nimi, że się tak
wyrażę, widoczna więź. I od razu muszę pochwalić naszą publiczność –
żywo reagowała na każdy numer, śpiewała z grupą i w ogóle była w
tzw. pytę. A i nagłośnienie nie zgorsze, więc warunki do słuchania i
przeżywania idealne.
Drugi numer i pierwsze zaskoczenie – Everybody’s Got Something To
Hide Exept Me And My Monkey! – numer, którego nigdy nie grali na
koncertach, jeden z moich ulubionych w ogóle. Lennon powiedział, że
to piosenka o „takiej jednej kobiecie, którą kocham, a inni nie za
bardzo” – rzucając spojrzenie w kierunku Paula, co tego drugiego
nieźle rozbawiło. Numer, jak wiadomo, jest czadowy, i nawet dało się
zauważyć jakieś zaczątki pogo. Potem poleciał od razu inny numer z
Białego Albumu – Back In The USSR, więc prym wiódł Paul, a wykonanie
i beach-boyowskie chórki rozłożyły mnie na łopatki.
Po Białym przyszedł czas na coś wcześniejszego i spokojniejszego,
John zaintonował Girl. Wszystkie kobiety zemdlały a kubasa pozostał
do końca koncertu. Po tym numerze z kolei do głosu doszedł George.
Po pierwszych taktach poczułem jeszcze większe niż dotychczas ciarki
na plecach i innych częściach ciała, bo zagrali mój ulubiony numer
Harrisona – Here Comes The Sun. Wersja oczywiście nieco bardziej
ascetyczna niż na Abbey Road, ale i tak było pięknie. Harrison w
pewnym momencie zapomniał tekstu, ale podrzucił mu go zza pleców
Ringo, co tamten skwitował ukłonem w stronę perkusisty. Zrobiło się
jeszcze bardziej przyjemnie.
W tym momencie Paul wziął kartkę i zaczął czytać, coś, co miało
brzmieć jak: Nazywamy się The Beatles i cieszymy się, że jesteśmy w
Polsce. Wyszło mu tak sobie, ale i tak dostał mnóstwo oklasków.
John, już po angielsku, powiedział, że on nazywa się John, a ten
obok to jego brat-bliźnak Paul, ten drugi to jego młodszy brat
Georgie, a ten za perkusją to ich starszy kuzyn Ringo. Trochę się
pośmiali i zagrali Help! Umarłem.