iktoto Homilia 22 Sob 2 05.09.10, 19:54 22 sobota 2 1 Kor 4,6–15 Łk 6,1–5 Nieustannie stoimy przed tajemnicą Boga, który w nas działa. Jego działanie posiada zupełni inną logikę, niż by się nam wydawało. Apostoł Paweł stara się ją zrozumieć w obliczu z pewnością trudnego doświadczenia jego apostolskiej misji. Pisze: Wydaje mi się bowiem, że Bóg nas, apostołów, wyznaczył jako ostatnich, jakby na śmierć skazanych. Staliśmy się bowiem widowiskiem światu, aniołom i ludziom; my głupi dla Chrystusa, wy mądrzy w Chrystusie, my niemocni, wy mocni; wy doznajecie szacunku, a my wzgardy… Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili (1 Kor 4,9n.14). Apostoł pisze to mając świadomość, że głoszone przez niego słowo jest prawdą, która zbawia i spodziewając się nada dzień nadejścia Pana, który odsłoni całą prawdę. I chyba dlatego uważa, że jego podopieczni z Koryntu już doznają pełni chwały Chrystusa, który nadejdzie. Trudnie do przyjęcia jest to, że głosiciele prawdy i radosnej nowiny o prawdziwym zbawieniu zostają odrzucenie i wyśmiani. Jak to jest możliwe, jeżeli Bóg kazał mu to wszystko głosić? Jeżeli jednak tak jest, to musi to być wolą Boga, który tego chce. Wszystko bowiem jest w Jego ręce. Święty Paweł nie miał perspektywy tysięcy lat przed sobą. Stąd wydaje się taki kształt jego myśli. Niezmienna pozostaje jednak prawda: Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał (1 Kor 4,7). Wszystko, cokolwiek autentycznego mamy, pochodzi od Boga. On w nas dokonuje najważniejszych dzieł. Nie my sami, ale On. Może to jednak zrobić jedynie, gdy Mu zawierzymy i poddamy się Jego działaniu. W Ewangelii spotykamy klasyczny konflikt Pana Jezusa z faryzeuszami związany z szabatem. Ukazuje on całkowicie odmienne nastawienie do rzeczywistości. Faryzeusze, trzeba chyba powiedzieć, że szukając dziury w całym, zarzucają uczniom Jezusa, i zapewne samemu Jezusowi, grzech, gdyż idąc polami zrywali dojrzałe kłosy pszenicy, łuskali je w rękach i zjadali. Było to w szabat, w którym nie można było pracować. Zinterpretowali zatem zrywanie kłosów i łuskanie ziarna jako żniwa! Trzeba było niewątpliwie szczególnej interpretacji z wyraźnym zamiarem, aby wykazać Panu Jezusowi winę. Nie było bowiem problemu z tym, że przecież nie było to ich pole, ale jakiś obcych ludzi. Takie zrywanie kłosów i zjadanie ziaren było wówczas przyjęte jako dozwolone. Nie była to zatem kradzież. Nie o kradzież faryzeusze oskarżyli Jezusa i Jego uczniów, ale łamanie szabatu. Pan Jezus wskazał im jednak na inny, bardziej istotny wymiar szabatu, na wolność. Bóg pragnie abyśmy byli wolni. Szabat był dniem danym ludziom jako dzień spoczynku, wolności od pracy, która była symbolem wszelkiego trudu, zmagania się z przeciwnościami. Odpoczynek w Bogu był znakiem przynależności do Boga, a tym samym wolności. Zatem sam nie może stać się niewolą człowieka: Syn Człowieczy jest panem szabatu (Łk 6,5). Dzisiaj takim dniem wybranym jest Dzień Pański (niedziela), w którym w sposób szczególny czcimy nasze wyzwolenie z niewoli grzechu i śmierci. W tym dniu najważniejszy jest nasz udział w Eucharystii i komunii z Bogiem. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Nd C 05.09.10, 19:54 23 Niedziela C Mdr 9,13–18b Flm 9b–10.12–17 Łk 14,25–33 Ubóstwo jest koniecznym „kapitałem”, aby móc pójść za Chrystusem! To prawdziwy paradoks nauczania, jakie nam dzisiaj daje Pan Jezus. Sens pouczenia zawiera się w ostatnim stwierdzeniu: Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14,33). Natomiast ilustracją do tej sentencji są dwie przypowieści, w których trzeba mądrze rozważyć, czy posiadamy dostatecznie dużo pieniędzy lub wojska: aby coś przedsięwziąć, trzeba mieć odpowiednie zasoby. Jeżeli ich nie mamy, to znaczy, że brak nam rozsądku. W ten sposób odpowiednim „bogactwem” dla zamiaru pójścia za Chrystusem jest ubóstwo, wyrzeczenie się wszystkiego, co się posiada. Ubóstwo w rozumieniu Pana Jezusa jest hojnością gestem oddania wszystkiego. W rzeczywistości i tak zostaniemy tego wszystkiego pozbawieni w chwili śmierci, ale póki żyjemy możemy z tego zrobić hojny dar i będzie to wówczas znak naszego całkowitego wyboru Jezusa. Pan Jezus mówi o tym na innym miejscu w Ewangelii. Do bogatego młodzieńca Pan Jezus mówi: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną (Mk 10,21). Tę samą prawdę wypowiada Pan Jezus w formie błogosławieństwa: Błogosławieni [jesteście], ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże (Łk 6,20). Kiedy uczniowie martwili się o to, co będą mieli w zamian za to, że opuścili wszystko i poszli za Jezusem, On odpowiedział im: Nikt nie opuszcza domu albo żony, braci, rodziców albo dzieci dla królestwa Bożego, żeby nie otrzymał daleko więcej w tym czasie, a w wieku przyszłym – życia wiecznego (Łk 18,29n). Nieraz słuchamy tych słów, ale ciągle nie mieści się nam w głowie, że są one prawdą i że za nimi stoi określony rzeczywistość. W naszym myśleniu stale jesteśmy uwiązani do ziemskich kategorii. W dzisiejszym drugim czytaniu św. Paweł nawiązuje do tej logiki zyskania o wiele więcej, gdy się coś odda: Może bowiem po to oddalił się od ciebie na krótki czas, abyś go odebrał na zawsze, już nie jako nie wolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego (Flm 15n). Brat jest kimś większym niż niewolnik. Zyskanie brata umiłowanego, to ogromny zysk w porównaniu do posiadania niewolnika. Niestety ciągle nie rozumiemy tej logiki i dlatego stale aktualne są w odniesieniu do nas słowa autor Księgi Mądrości: Któż bowiem z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł (Mdr 9,13–15). Logika ziemska jest zupełnie inna niż logika Boża. Do niej właśnie należy prawda, że im więcej się daje, tym więcej się posiada. Póki jesteśmy przygnieceni ziemskim logiką posiadania, nie potrafimy odkryć prawdziwy zamysł Boga. Można go poznać jedynie umysłem wolnym nie tylko od posiadania, ale także od jakiejkolwiek chęci posiadania. Stąd warunek bycia prawdziwym uczniem Chrystusa, podany w dzisiejszej Ewangelii. Jest to także warunek osiągnięcia prawdziwego życia. W komunii, do której przystąpimy, odkrywamy tę niesamowitą logikę Jezusa: całkowite wydanie się za nas aż do śmierci krzyżowej, aż od oddania się nam na pokarm, owocuje pełnią komunii. Wszystko, co do Niego należy, staje się naszą własnością, ale także wszystko, co nasze, a nawet my sami, stajemy się Jego własnością, stajemy się Jego Ciałem. Amen. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Wt 2 06.09.10, 16:08 23 wtorek 2 1 Kor 6,1–11 Łk 6,12–19 Czy nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata? A jeśli świat będzie przez was sądzony, to czyż nie jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach? Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? (1 Kor 6,16). Święty Paweł otwiera przed nami niesamowitą wizję: będziecie sędziami świata i aniołów! Jaka przed nami jest ogromna perspektywa! A mimo tego jaka nami rządzie małostkowość, robienie z drobiazgów niesamowitych problemów, noszenie w sobie pretensji do innych… Ta małostkowość pokazuje, jak brak nam prawdziwej wiary. Jeżeli dla wartości królestwa Bożego, które jest królestwem miłości nie stać nas na znoszenie niesprawiedliwości, to jaką wartość ma dla nas obietnica tego królestwa? To pytanie powinien sobie zadać każdy z nas osobiście. Wiara i życie według Ducha wyraża się w konkretnych postawach i tylko po nich możemy sami poznać na ile jesteśmy wierzący i na ile żyjemy według Ducha. Jeżeli spory o dobra tego świata, pretensje, chowanie urazów i niechęci, złości, czy nawet nienawiści występują w naszym życiu, to znaczy ciągle świat i jego logika jest dla nas ważniejszy od królestwa Bożego. Aby żyć według Ducha trzeba bardzo trzeźwo stąpać po ziemi, dobrze obserwując siebie i własne reakcje na to, co nas w życiu spotyka. To właśnie taka szkoła przytomnego podejmowania trudów życia, przygotowuje nas do godności sędziego. Jeżeli bowiem dobrze się przyjrzymy własnemu postępowaniu i własnym reakcjom, łatwo zobaczymy jak sami jesteśmy słabi i jak trudno być prawdziwie doskonałym. Bez uświadomienia sobie tej prawdy można bardzo łatwo forować wyroki, co zresztą często można słyszeć w wypowiedziach wielu ludzi. Nawet Pan Bóg nie chciał sądzić nas z pozycji Bożej chwały, ale stał się jednym z nas, aby doświadczyć biedy i słabości i w ten sposób być zdolnym do sądzenia innych. Jezus wyraźnie powiedział: Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi… [Ojciec] przekazał Mu władzę wykonywania sądu, ponieważ jest Synem Człowieczym (J 5,22.27). Dla właściwego sądu nie wystarczy jednak tylko doświadczenie własnej słabości. Potrzebna jest także właściwa perspektywa i światło od Boga. Dzisiejsza Ewangelia symbolicznie ukazuje porządek poznania i działania. Pan Jezus wpierw modli się na górze samotnie. Kontakt z Ojcem jest punktem wyjścia każdego Jego działania. Po całonocnej modlitwie przywołuje swoich uczniów i wybiera z nich dwunastu, tych, którzy będą mieli udział w Jego głoszeniu słowa, będą Jego współpracownikami, a następnie przejmą odpowiedzialność za głoszenie Ewangelii. Z nim schodzi na dół do szerszej rzeszy ludzi, aby nauczać. Nauczanie rozpoczyna od wskazania szczęśliwych, którzy są blisko Boga i nieszczęsnych, którzy Boga nie poznają ignorują Jego wskazania w swoim życiu. Usłyszymy te słowa w jutrzejszej Ewangelii. Dzisiaj ważny jest porządek: wpierw modlitwa, czyli wsłuchanie się w Boga i Jego wolę, następnie wspólnota życia wskazana przez Boga, w której i z którą można głosić Ewangelię. Boża inspiracja uzyskuje bardzo konkretny kształt posługi w życiu. Jeżeli ten porządek jest utrzymywany, stajemy się uczestnikami szczęścia. Pan Jezus rozpocznie swoje nauczanie patrząc na uczniów słowami: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy… (Łk 6,20). Właściwa ocena rzeczywistości nie bierze się z samego ludzkiego doświadczenia i naszych ludzkich ocen, ale przez przyjęcie naszego doświadczenia w Bożej perspektywie. Często ta ocena okaże się wręcz przeciwna do naszych „naturalnych” ocen. Dlatego też ta szkoła staje się bardzo trudna dla nas przyzwyczajonych do własnych ocen. Ale tylko zawieszając swoje dotychczasowe mniemania i pozwalając się prowadzić Bożemu słowu możemy dojść do prawdziwej mądrości. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Pn 2 06.09.10, 16:09 23 poniedziałek 2 1 Kor 5,1–8 Łk 6,6–11 Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu całe ciasto zakwasza? (1 Kor 5,6). Niezmiernie ważne jest to, aby we wspólnocie wierzących były zachowywane jasne i przejrzyste zasady życia duchowego i moralnego. Jeżeli pozwala się na rozprzężenie i rozmycie zasad, następuje stopniowa degradacja. Jak widzimy z przykładu Koryntu, już w najwcześniejszych wspólnotach pojawiła się pokusa korzystania z wolności dzieci Bożych w sposób całkowicie nieuprawniony. Święty Paweł musiał na innym miejscu pisać: Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie! (Ga 5,13). Istnieje bardzo wielka pokusa wykorzystania wolności do hołdowania ciału, co nie musi się sprowadzać do grzechów związanych ze zmysłowością, ale do forsowania własnym upodobaniom, zachciankom, nawet duchowym, ale zachciankom niemoralnym. Życie duchowe jest nieustannym zmaganiem się z własną pożądliwością w imię posłuszeństwa Bogu i Jego Prawu. Wymaga ono nieustannej czujności i wsłuchiwania się w to, co przychodzi od Boga. Nie da się jednak tego sprowadzić do sztywnych formułek, absolutnych zasad i norm, bo życie jest bogatsze niż jakiekolwiek prawo i jego normy. W dzisiejszej Ewangelii mamy przykład konfliktu sztywnego normatywnego myślenia z autentycznym Bożym wezwaniem. Uczeni w Piśmie i faryzeusze chcieli Pana Jezusa sprawdzić patrząc na „przestrzeganie” szabatu przez Niego. Norma odnosząca się do szabatu, i to rozumiana w sposób, jaki sami przyjmowali, była dla nich kryterium rozeznania. Pan Jezus widząc tą ich sztywność postawił przed nimi człowieka z jego cierpieniem i zapytał: Czy wolno w szabat czynić coś dobrego, czy coś złego, życie ocalić czy zniszczyć? (Łk 6,9). Było to apel skierowany do serca i sumienia. O co chodzi w życiu duchowym, o zachowanie normy, czy o życie? Otóż On sam daje jednoznaczną odpowiedź: Bóg pragnie obdarzyć życiem, a normy są po to, by chroniły ten dar, aby pozwoliły nam autentycznie żyć życiem Bożym. Wpierw jednak trzeba dać życie. Normy czasem potrafią zabić. Dlatego wrażliwość na autentyczne potrzeba innych, potrzeby dające i chroniące życie jest najważniejsze w życiu moralnym. Przez to realizuje się miłość, która jest pragnieniem autentycznego dobra dla drugiego, a życie jest największym dobrem człowieka. Syn Boży po to stał się jednym z nas, aby dać nam udział w pełni życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 18.09 07.09.10, 19:51 8.09. – Narodzenie Najświętszej Maryi Panny Mi 5,1–4a lub Rz 8,28–30 Mt 1,1–16.18–23 Dzisiejsze święto wskazuje na początek nowego stworzenia człowieka. Pierwsze stworzenie człowieka było w istocie przygotowaniem do pełni życia. Taki był zamysł Boga od początku. W raju wychowywał On człowieka do pełni udziału w Jego życiu. Niestety zostało to przerwane przez grzech. Niemniej zamysł Boga pozostał niezmieniony. Już poza rajem przyjął on postać obietnicy wyzwolenia. Cała historia Izraela była nastawiona na narodziny mesjasza, który miał wyzwolić lud Boży z niewoli. Ale sama waga Bożej obietnicy odnoszącej się do oczekiwanego mesjasza była tak wielka, że nie można było jej ograniczyć jedynie do wyzwolenia politycznego. Tym bardziej, że mesjasza zapowiadali prorocy Izajasz i Micheasz, którzy żyli w czasie, gdy Judea była jeszcze wolnym państwem. Do niewoli trafili wtedy mieszkańcy północnego królestwa. Szczytem ich marzeń było wówczas wyzwolenie z niewoli, ich powrót do Ziemi Obiecanej i odrodzenie jednego państwa. Mesjasz, który miał ich wyzwolić i zjednoczyć, miał ich potem poprowadzić do zwycięstwa nad całym światem. Takie ludzkie wizje napędzane politycznymi ambicjami, niezależnie od ich egoistycznych przesłanek, posłużyły Bogu za podstawę do dalszego wychowywania ludu. Początek Ewangelii Mateusza z całym rodowodem Jezusa wskazuje na to, że Jezus jest oczekiwanym mesjaszem, że cała historia Izraela w Nim się wypełnia. Ale wypełnienie okazało się zupełnie inne niż oczekiwali tego Żydzi. Władza, o jakiej mówili prorocy, okazała się służbą i to służbą samego Boga! Było to nie do pomyślenia dla ludzi. Królowanie i pokój zapowiadany oznaczał w istocie nowe życie w domu Ojca, którym jest mieszkań wiele, nie tylko dla Izraelitów, ale dla wszystkich ludzi. Mesjasz nie przyniósł jedynie nowego królestwa Izraela, ale odrodzenie człowieka, a w istocie nowe stworzenie. Po grzechu musiało to się dokonać przez odkupienie, przebaczenie grzechu. Tego jednak Bóg nie robi na siłę, ale w odpowiedzi na pragnienie ludzkiego serca i wyraźną jego wolę. O ile pierwsze stworzenie dokonało się przez samą inicjatywę Boga, o tyle drugie stworzenie dokonuje się przy udziale naszej woli. Dzisiejsze święto wskazuje na Dziewicę – dosłownie „młodą kobietę”, która pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami (Mt 1,23). Nie jest to już bezwolna glina, z której Bóg ulepił człowieka. Przy zwiastowaniu anioł zapytał Maryję i czekał na Jej odpowiedź. Dopiero po otrzymaniu odpowiedzi pozytywnej oddalił się od Niej. Odtąd wszystko będzie związane z wolnym wyborem. Nasze nowe życie w Chrystusie jest z jednej strony całkowitym darem, ale jednocześnie darem wybranym i przyjętym. Maryja będzie Tą, z której się narodzi Mesjasz, ale jednocześnie jest pierwszą, która się rodzi jako nowe stworzenie do nowego życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Czw 2 08.09.10, 21:04 23 czwartek 2 1 Kor 8,1b–7.10–13 Łk 6,27–38 „Wiedza” wbija w pychę, miłość zaś buduje (1 Kor 8,1). Tę prawdę trzeba sobie dobrze uświadomić. Nasza wiara coraz bardziej staje się dla wielu rodzajem ideologii, której trzeba się trzymać i ją bronić przed zakusami wrogów. To jednak jest niezgodne z nauką samego Pana Jezusa. Wiedza powinna budować naszą miłość, bo miłość daje życie, a nie wiedza. Wiedza powinna być wsparciem dla budowania wzajemnej miłości. Gdyby ktoś mniemał, że coś wie, to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy. Jeżeli zaś ktoś miłuje Boga, ten jest również uznany przez Boga (1 Kor 8,2n). Można wiedzieć i wiedzieć. Jedna wiedza jest właściwa, druga natomiast może niszczyć i to wiedza doktrynalnie taka sama! Jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy – wskazuje na potrzebę właściwej wiedzy, wiedzy, która wyrasta z miłości. Tylko wiedza, która buduje życie, zasługuje na miano właściwej wiedzy. Niestety w historii Kościoła zdarzało się wiele sytuacji, gdy wiedza prowadziła do sporów, wzajemnych niechęci i wręcz nienawiści. Bywało i tak, że była podstawą skazywania kogoś na śmierć. To nie była wiedza właściwa, choć mogła być doktrynalnie poprawna. Święty Paweł wyciąga z tej prawdy konkretny wniosek odnoszący się do możliwego zgorszenia. Sam jest świadomy, że nie ma żadnych bogów i dlatego ofiary im składane nie mają żadnego znaczenia. Dlatego sam osobiście nie widzi problemu ze spożywaniem mięsa wcześniej złożonego na ofiarę bożkom. Niemniej, jeżeli miałoby to kogoś zgorszyć, nie będzie spożywał tego mięsa ze względu na tego człowieka, aby go nie gorszyć, czyli ze względu na miłość braterską. Pewnie, jeżeli byłoby to możliwe, wyjaśniłby mu, że nie ma żadnych bogów i ofiary dla nich nic nie znaczą. Niemniej zasada miłości jest dla niego przed wszystkim. Sprawa mięsa ofiarowanego dla bóstw jest o tyle ważna, że mięso ofiarowane często trafiało do jatek i zwykłej sprzedaży bez specjalnego oznaczenia. Lęk przed spożywaniem mięsa ofiarowanego bogom mógł prowadzić do całkowitego powstrzymania się od kupowania mięsa, bo mogło ono przecież być wcześniej ofiarowane. Dlatego też stanowisko św. Pawła, który się tym nie przejmuje, było zbawienne, dla tych, którzy chcieli normalnie żyć w społeczeństwie, w którym takie praktyki były powszechne. Dzisiejszy fragment Ewangelii należy do najtrudniejszych wezwań moralnych. Nie tylko każe nam miłować nieprzyjaciół, ale jeszcze, wydaje się, nakazuje nam zawsze z dobrą wiarą podchodzić do innych, być wręcz naiwnymi wobec ludzkiej nieuczciwości, pozwolić się krzywdzić, bez jakiejkolwiek obrony. Tak przynajmniej ten fragment dla nas brzmi. Jaki sens mają dla nas te słowa? Przede wszystkim właściwy sens tych wypowiedzi możemy rozpoznać w postawie samego Jezusa. Zobaczmy, że wszystko to, co powiedział w tym fragmencie, sam wypełniał. Mówi do nas: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają (Łk 6,27n). Na krzyżu Jezus modli się: Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23,34). Święty Paweł podsumował zasadniczą postawę Boga względem nas słowami: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (Rz 5,8). Wygłoszona przez Pana Jezusa zasada miłości nieprzyjaciół jest logiczną konsekwencją naszego doświadczenia Bożego miłosierdzia względem nas, grzeszników. Jeżeli ta miłość stała się podstawą naszego zbawienia, jest naszą jedyną nadzieją, to sami winniśmy ją w sobie nosić jako autentyczną odpowiedź na osobiste doświadczenie. Nakaz miłości nieprzyjaciół staje się problemem, gdy rozważamy go w oderwaniu od prawdy o Bożej miłości względem nas. Podobnie się ma sprawa z innymi zaleceniami. Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi (Łk 6,29). Podczas przesłuchania wobec arcykapłanów jeden ze sług uderzył Jezusa w policzek. Pan Jezus zareagował spokojnie mówiąc do niego: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?( J 18,23). Widać, że nie starał się mu oddać, ale też nie było to bezmyślne nadstawianie drugiego policzka. Pan Jezus z całą godnością pyta o sprawiedliwość. Bezmyślne nadstawiane drugiego policzka nie było dobre choćby z tego powodu, że oznaczałoby całkowitą tolerancję wobec zła popełnianego przez bliźniego, a przecież mamy nakaz napomnienia braterskiego. Podobnie w odniesieniu do kradzieży, cwaniactwa i innych grzesznych zachowań bliźnich. W zaleceniu nie domagania się swojego, chodzi o wolność od tego, co posiadamy i godności, jaką mamy u ludzi. Na wolności polega cnota ubóstwa, w której wszystko mamy u Boga i dla Boga. Niezależnie jednak od naszej wolności, musimy pamiętać o miłości bliźniego i wynikającego z niej nakazu napomnienia braterskiego i chronienia go przed pokusą czynienia zła. Widzimy, że wypowiedziana przez św. Pawła prawda o prawdziwej wiedzy, która buduje miłość, odnosi się także do naszej postawy ascetycznej. Nie można w imię osobistej ascezy zapomnieć o tym, że ma ona budować miłość, bo inaczej może stać się powodem zgorszenia dla innych. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Pt 2 10.09.10, 07:17 23 piątek 2 1 Kor 9,16–19.22–27 Łk 6,39–42 Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii! (1 Kor 9,16). Takie stwierdzenie raczej nas przeraża. Święty Paweł mówi wprost, że nie głosi jej z własnej woli, ale musi głosić Ewangelię! Dlaczego biada, dlaczego Apostoł „musi” ją głosić? Aby zrozumieć jakąkolwiek wypowiedź, trzeba znać pytanie, na jakie mówiący odpowiada. Otóż kontekst wypowiedzi wskazuje na to, że Paweł czuł się zakwestionowany w swojej apostolskiej posłudze. Czy prawdziwie jest apostołem Jezusa Chrystusa i czy jego nauka jest prawdziwa. W tym kontekście mówi o swojej posłudze odsłaniając niejako głębię przeżywania swojego powołania. Z Dziejów Apostolskich znamy historię jego powołania, kiedy pod Damaszkiem ukazał się mu Chrystus mówiąc: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Ale podnieś się i stań na nogi, bo ukazałem się tobie po to, aby ustanowić cię sługą i świadkiem tego, co zobaczyłeś, i tego, co ci objawię. Obronię cię przed ludem i przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga. Aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi (Dz 26,15–18). Do Ananiasza, który przekazał Pawłowi polecenie Pana Jezusa powiedział o nim: wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela (Dz 9,15). W powołanie Pawła wpisane jest zatem od początku przeznaczenie do głoszenia słowa. Przypomina on Jeremiasza, który w dramatyczny sposób mówi: Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: Gwałt i ruina! Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem. I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem. Tak, słyszałem oszczerstwo wielu: Trwoga dokoła! Donieście, donieśmy na niego! Wszyscy zaprzyjaźnieni ze mną wypatrują mojego upadku: Może on da się zwieść, tak że go zwyciężymy i wywrzemy swą pomstę na nim! Ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą. Będą bardzo zawstydzeni swoją porażką, okryci wieczną i niezapomnianą hańbą (Jr 20,7–11). Może brzmi to wszystko przerażająco, ale nie chodzi w tym przypadku o logikę siły, ale o logikę miłości, która zobowiązuje mocniej niż cokolwiek, niż jakikolwiek przymus. Miłość bowiem nie zna granicy. „Jedyną granicą miłości jest miłość bez granic”. Święty Paweł wszedł całkowicie w tę logikę całkowitej zależności. W Liście do Galatów pisze wprost: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga (Ga.2,20n). Ta jego niemożność jest, jak widzimy odpowiedzią na nieograniczoną miłością samego Jezusa. To w Nim wpierw dokonał się ów „przymus” miłości. Święty Paweł pisze w pewnym miejscu: Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13). Bóg stworzył nas w Chrystusie dla siebie, to znaczy dla miłości, którą jest On sam. Nie może wyprzeć się swojej miłości nawet ze względu na nasz grzech, ale jest w niej konsekwentny do końca. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16) – jutro będziemy czytali tę ewangelię. Bóg obdarowując nas wolnością, nie może jej nam odebrać, dlatego jedynie miłością jest w stanie nas zbawić. Miłość do niczego nie zmusza, zawsze pozostaje ważna jej wezwanie: „Jeżeli chcesz, to choć”. Ale jeżeli „Tak”, to z wnętrza owego „Tak” wyrasta zobowiązanie, które przerasta wszelkie inne zobowiązania. Święty Jan napisze wprost: Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci (1 J 3,16). Wydaje się, że właśnie ten wymiar zobowiązania nas powstrzymuje przed pełnym wejściem w więź miłości. Lęk powstrzymuje nas przed poważnym przyjęciem Ewangelii. Ten lęk stanowi swoistą pokusę szatańską: „zobacz czego od ciebie oczekuje miłość, nie jesteś w stanie”. Wobec takiej pokusy obroną staje się dla nas pokora, pokorne uznanie, że jesteśmy uczniami w szkole ewangelii. Tutaj odnajdujemy więź: nauczyciel – uczeń, o której wspomina Ewangelia. Naszą szkołą jest miłość. Belka w oku z dalszej przypowieści, jest obrazem braku miłości. Jeżeli nie umiemy spojrzeć na drugiego oczami miłości, oczami Bożymi, to nie jesteśmy w stanie mu prawdziwie pomóc. Nie mamy, w sobie właściwej wiedzy na temat jego słabości. Uciekamy wówczas do moralizowania, pouczania, udzielania „dobrych rad”. Ale to nie ma nic wspólnego z prawdziwym prowadzeniem do Boga. Dlatego prowadzenie ślepego przez ślepego. Jednocześnie w pełni wykształcony uczeń staje się tak, jak jego mistrz, bo sama miłość go już uczy, co ma robić. Ona sama tak zobowiązuje, że nie jest on w stanie czynić niczego złego. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 23 Sob 2 10.09.10, 22:10 23 sobota 2 1 Kor 10,14–22 Łk 6,43–49 Chrześcijaństwo jest religią wcielenia. To określenie posiada kilka wymiarów. Przede wszystkim jest wiarą w Syna Bożego, który przyszedł na ziemię w postaci człowieka, wcielił się z całą konsekwencją tego faktu. Ten podstawowy fakt i prawda wiary posiada swoje konsekwencje. Objawił nam On pełną prawdę o Bogu i Jego miłości do człowieka. Jednocześnie jako Człowiek objawił nam to, kim my jesteśmy dla Boga i jakimi powinniśmy być. I tutaj natrafiamy na drugi sens wcielenia: nasza wiara jest o tyle prawdziwa, o ile urzeczywistnia się w konkretnym postępowaniu. O tym mówią oba dzisiejsze czytania. Ewangelia mówi o owocach, po których poznaje się wartość drzewa oraz o konieczności wypełniania treści naszej wiary. Jeżeli tego nie robimy, to nasza wiara jest budowlą na ziemi, bez fundamentu i dlatego ostatecznie się załamie. Jeżeli wypełniamy usłyszane słowa Jezusa, budujemy swoją wiarę i siebie samych na skale, co oznacza w języku biblijnym na prawdzie. Dlatego właśnie nasza wiara i my sami nie załamiemy się. Wiara musi się ucieleśnić. Musimy w praktyce żyć zgodnie z jej treścią. Co w języku biblijnym oznacza, że musimy żyć w prawdzie. Ten praktyczny wymiar wiary staje się jednocześnie dla nas znakiem rozpoznawczym autentycznej lub fałszywości naszej wiary: Po owocu bowiem poznaje się prawdę serca, bo z obfitości serca mówią jego usta (Łk 6,44.45). Niestety nazbyt często oszukujemy samych siebie i naszych bliskich. Z czasem sytuacja staje się tak zamazana, że sami nie wiemy, co jest prawdą, a co jedynie pozorem. W takim przypadku owoce pozostają niezastąpionym znakiem rozpoznawczym. Zresztą nasze serce jest dla nas zakryte, pozostaje dla nas tajemnicą, którą musimy uczyć się rozpoznawać. Owoce są dla nas świadectwem prawdy. Na tajemnicy naszego wcielenia, konieczności urzeczywistniania w życiu prawd wiary, nadbudowuje się jeszcze większa tajemnica, o której pisze św. Paweł w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10,17). Jest to niesamowita tajemnica naszego udziału w Chrystusie, bo Ciało, o jakim pisze św. Paweł to po prostu Ciało Chrystusa, czyli On sam! Jest to tajemnica całkowicie nas przerastająca. I co dziwne, ta tajemnica jest naszym udziałem codziennie podczas Eucharystii! Czy sobie z tego zdajemy sprawę? Patrząc po ciągle istniejących w nas niechęciach wzajemnych, które czasem przeradzają się w nienawiść, widać jak brak nam prawdziwej świadomości tego, co się dzieje. Wydaje się, że symbolicznym wyrazem jest to, co z praktycznych względów dokonano. Święty Paweł mówi o „jednym chlebie”, natomiast podczas Eucharystii kapłan konsekruje jedną hostię, którą najczęściej spożywa sam i szereg komunikantów, które rozdaje wiernym. Każdy komunikant jest oddzielny, nie powiązany z innym. W ten sposób każdy uczestnik otrzymuje „swojego Pana Jezusa”. Jedność Ciała zupełnie się zatraciła w tym praktycznym rozwiązaniu. Jeżeli do tego dodać jeszcze fakt, że najczęściej podczas Mszy św. konsekrowana jest jedynie sama hostia, a wierni otrzymują komunikanty konsekrowane podczas innej Mszy św., symbolika jedności całkowicie zostaje zamazana. I chyba tak właśnie wygląda nasz Kościół dzisiejszy: każdy sobie jest chrześcijaninem na własną rękę. Ale przecież nasza wiara jest wiarą wcieloną: jest jednością Ciała w Chrystusie. Jeżeli Nim nie jest, to sama budowla zbudowana jest na piasku. Nie ma indywidualnego chrześcijaństwa, ale jedynie w jedności Ciała, co nie tylko wyraża, ale i realizuje w sobie Eucharystia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 24 Pn 2 12.09.10, 21:09 24. poniedziałek 2 1 Kor 11,17–26.33 Łk 7,1–10 Dzisiejsze czytania są bardzo Eucharystyczne. W pierwszym Liście do Koryntian otrzymujemy najstarszą relację i zapisane słowa konsekracji mszalnej. Warto jednak zwrócić uwagę na kontekst, w którym św. Paweł podaje te słowa. Koryntianie, wydaje się, zagubili właściwą głębię i sens samej Eucharystii. Ponieważ była ona wówczas sprawowana, a po niej spożywana agapa, czyli normalna uczta braterska, dochodziło do takich sytuacji, jakie opisał św. Paweł. Dlatego napomniał ich: Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb i pijecie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie (1 Kor 11,33). My dzisiaj także powinniśmy pamiętać o tej przestrodze. Jeżeli ze spożywania Eucharystii nie wynika dla nas nic w kierunku miłości innych, jeżeli nie prowadzi do pojednania, do większego otwarcia serca, to znaczy, że spożywamy ją rutynowo, a nie jest ona dla nas prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa. Jeżeli inni pozostają dla nas obcy i pozostajemy obojętni dla nich, to ciągle nie rozumiemy prawdziwego sensu ofiary Chrystusa, Jego Krwi, którą pijemy, i Ciała, które spożywamy. Rutyna bywa największym grzechem, bo grzechem obojętności wobec najgłębszych tajemnic, w jakich uczestniczymy. Tracimy wówczas poczucie tajemnicy, wobec której stajemy. W Ewangelii wspaniałą lekcję wiary i pokory daje nam rzymski setnik. Był on człowiekiem niezmiernie prawym, skoro tak bardzo cenili go sami Żydzi. Prosił Jezusa o uzdrowienie swojego sługi, który prawdopodobnie był Żydem, a nie np. syna lub córki. Posiadał wspaniałe wyczucie prawdziwej głębi duchowej. Wszyscy ludzie szli za Jezusem, aby zobaczyć cuda, jakich dokonywał. Setnik miał okazję zobaczyć cud dokonany we własnym domu. Mógł bezpośrednio spotkać się z Jezusem, rozmawiać z Nim, spytać Go o to, o co chciał. Jednak zamiast wybrać tę perspektywę, powiedział: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony (Łk 7,6n). Nie tylko uwierzył w siłę Jego słowa, ale ponadto, co wydaje się trudniejsze, zrezygnował z ludzkiej ciekawości i pasji poznania bezpośredniego. Można to zrozumieć, przyjmując, że tak bardzo się bał Świętego albo był autentycznie pokorny i to w świecie, w którym pokora nie była ceniona! To drugie wydaje się prawdą w odniesieniu do niego. Wskazują na to słowa Jezusa. Setnik całkowicie przerósł innych ludzi swojego czasu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 14.09 13.09.10, 20:40 14.09. – Podwyższenia Krzyża Świętego Lb 21,4b–9; Ps 78 Flp 2,6–11 J 3,13–17 Zazwyczaj, kiedy myślimy o krzyżu, myślimy o cierpieniu. Takie jest nasze dzisiejsze skojarzenie. Nie jest to oczywiste, nie tak było w początkach chrześcijaństwa, i nie o to chodzi przy święcie „Podwyższenia krzyża”. Gdyby spojrzeć historycznie, to krzyż nie był czczony od początku chrześcijaństwa, a pasyjka na nim pokazała się jeszcze później, dopiero w stylu romańskim, i to w postaci Chrystusa królującego. Gotyk, czyli późne średniowiecze, zaczął przedstawiać umęczoną postać Chrystusa. W tym czasie powstaje także nabożeństwo drogi krzyżowej. Później akcent na cierpienie i śmierć nasila się szczególnie w okresie baroku. Wtedy także powstają „gorzkie żale”. Tak właściwie do dzisiaj w świadomości wiernych kojarzy się krzyż. Co innego mówią dzisiejsze czytania. Właściwie nie ma mowy o cierpieniu. Jedyną aluzję do cierpienia Chrystusa można by widzieć w hymnie o kenozie Chrystusa w Flp 2,8. Jeżeli szukamy jednego motywu dominującego w dzisiejszych czytaniach, to jest nim wywyższenie. Tak było na pustyni z miedzianym wężem. Chrystus, nawiązując do tego wydarzenia, mówi Nikodemowi o konieczności wywyższenia Syna Człowieczego. W hymnie o kenozie cała dynamika polega na uniżeniu się aż do ludzkiej śmierci na krzyżu, przez co Bóg wywyższa Chrystusa, dając Mu imię ponad wszelkie imię. Najbardziej jednak zdumiewające w pierwszym czytaniu jest to, że ludzie otrzymują uzdrowienie przez zwykłe spojrzenie. Bóg daje im nie to, czego chcą (usunięcia wężów), ale znak węża i dar uzdrowienia przez proste spojrzenie. Nie przez wykonanie jakiejś czynności jak obmycie, namaszczenie, wykonanie jakichś magicznych znaków, zaklęć ani przez złożenie ofiary itd., ale przez najprostszy gest spojrzenia, gest, który nic nie kosztuje; gest, od którego w porządku naturalnym niczego człowiek nie może oczekiwać. Jest to znak, który daje do myślenia: to czysty dar, bez jakichś szczególnych wymagań. Prostota spojrzenia, w którym ukryta jest wiara granicząca z oczywistością. Dla ludzi wówczas wystarczyło to, że zostali uzdrowieni. Gdy minął czas zagrożenia, znak przestał być ważny. Ale nakaz Boży był słowem Boga, które jest zawsze na Jego miarę, a nie na miarę człowieka. Zawiera ono coś o wiele większego, niż mieści się to w horyzoncie ludzkiego myślenia. Okazuje się, że był to znak przyszłego całkowitego uzdrowienia, który uzyskał swoje dopełnienie w krzyżu Chrystusa i dlatego dopiero w jego perspektywie jest widoczny. List do Filipian odsłania Boży zamysł leżący u źródeł tego znaku. Chrystus nie trzymał się przysługującemu Mu z natury statusu Boskiej formy istnienia, ale w całkowicie wolnym geście „uniżył samego siebie”, przyjął postać sługi, stając się jednym z ludzi. Ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi (...) uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej (Flp 2,7n). Śmierć na krzyżu stała się znakiem największego uniżenia, niejako pieczęcią tego uniżenia. Podczas ostatniej uczty Pan Jezus „umiłował swoich aż do końca”, wziął prześcieradło, opasał się nim i zaczął umywać nogi uczniom. Ten gest był znakiem owego uniżenia do końca. Krzyż pieczętuje Jego ludzkie uniżenie. Nie był już jedynie symbolicznym gestem, ale faktycznym poddaniem się całkowitemu ogołoceniu i poniżeniu. Przyjął w ten sposób na siebie całą konsekwencję ludzkiego życia. Gdyby nie cierpiał, to niektórzy mogliby Mu zarzucać, że wybrał wygodną „ludzką drogę”. Krzyż obala wszelkie tego typu zarzuty. W tekście hymnu św. Pawła akcent pada jednak na „posłuszeństwo”, a krzyż jest jedynie jego potwierdzeniem i niejako miarą. Owo posłuszeństwo stało się wyrazem bezinteresownej miłości Syna Bożego do ludzi, a w Nim miłości Boga do świata. I to jest najważniejsze. W Ewangelii Pan Jezus, nawiązując do pierwszego czytania, mówi o takim samym darmowym geście Boga w stosunku do człowieka: aby każdy, kto w niego wierzy, miał życie wieczne (J 3,15). Znowu nie potrzeba wielkich czynów, nadzwyczajnych wysiłków, nie potrzeba się wykazać czymś szczególnym przed Bogiem. Potrzebna jest prosta wiara, spojrzenie z wiarą. To wystarczy, bo miłość Boga do człowieka jest ogromna: Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony (J 3,16n). Krzyż pojawia się jako znak tej miłości. Jest on dowodem miłości do końca. Sam Pan powiedział: nikt nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś oddaje życie za przyjaciół swoich (J 15,13). To czyni i pragnie, aby tak został zrozumiany jego krzyż. Trzeba ten gest widzieć w kontekście grzechu człowieka. Istota grzechu polega na zwątpieniu w bezinteresowną miłość Boga. Szatan powiedział do Ewy: na pewno nie umrzecie, ale wie Bóg, że jeżeli spożyjecie owoc z tego drzewa, to podobnie jak Bóg będziecie znali dobro i zło (tj. wszystko) (Rdz 3,4n). Człowiek zwątpił w miłość Boga i w ten sposób zamknął się w swojej samotności, niepewności, szukając pewności na zewnętrz w przedmiotowym podejściu do świata i innych osób. Bóg został przez niego „wyrzucony na zewnątrz”, stał się „kimś obcym”, przed kim trzeba się wykazać, od kogo można coś otrzymać lub coś stracić. Zarówno pierwsze czytanie jak i Ewangelia mówią o prostym geście spojrzenia z wiarą, o przywróceniu pierwotnej prostoty więzi zawierzenia. Przypomina się tutaj wypowiedź Jezusa: Jeżeli nie staniecie się jak dzieci (dosłownie niemowlęta), nie wejdziecie do królestwa Bożego (Mt 18,3). Krzyż jest znakiem miary miłości Bożej zadającym kłam szatańskiej pokusie. Jest jednocześnie dany jako czysty dar, znak całkowitego uzdrowienia, który się dokonuje w nas przez gest „spojrzenia z wiarą”, dziecięcy gest zawierzenia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 15.09 18.09.10, 07:47 15.09. – Najświętszej Maryi Panny Bolesnej Hbr 5,7–9 Ps 31,2–6.15–16.20 J 19,25–27 lub Łk 2,33–35 A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,33). Dlaczego Niepokalana Dziewica, bez grzechu, musiała doświadczyć takiego cierpienia? Dlaczego sam Syn Boży musiał nauczyć się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (Hbr 5,8)? Patrząc od strony moralnej, to niesprawiedliwe. Dlaczego zatem Bóg kazał im, a trzeba powiedzieć, że także innym ludziom sprawiedliwym, doświadczać cierpienia? Te dwa czytanie mówią nam o dwóch racjach takiej sytuacji. W odniesieniu do Syna Bożego dowiadujemy się, że „nauczył się posłuszeństwa”. Czyżby nie był posłuszny? Ależ przecież mówił o sobie, że Jego pokarmem jest pełnienie woli Ojca i że nie robi niczego, czego by Mu Ojciec nie polecił! Dlaczego więc „nauczył się” posłuszeństwa dopiero przez cierpienie? Widać nie da się tego nauczyć, jedynie wypełniając wolę Boga w zwykłym działaniu. Trzeba cierpienia, które wnosi coś, czego nie może dać zwykłe życie. Jeżeli przez cierpienie Autor Listu do Hebrajczyków rozumie całą tajemnicę paschalną wraz ze śmiercią, na co wskazuje wcześniejsze zdanie: zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości (Hbr 5,7n), to w cierpieniu śmierci dokonało się dopiero całkowite oddanie, bez pozostawienia dla siebie czegokolwiek. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23,46). Posłuszeństwo, o jakim pisze autor Listu do Hebrajczyków, odnosi się do całkowitego oddania siebie. Jest ono tożsame z miłością do końca, bez zostawienia sobie czegokolwiek. Tak naprawdę można tego dokonać jedynie w śmierci. Poza nią stale coś pozostaje nieoddane: nasz duch pozostaje w naszym władaniu. Śmierć w tym kontekście okazuje się momentem miłosnego zjednoczenia. I tak chyba jest w objawieniu Jezusa Chrystusa. Mówi przecież nam: kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16,25). Oddaj życie, a je otrzymasz! Przez posłuszeństwo do końca następuje zjednoczenie w nowości życia w zmartwychwstaniu. Jezus Chrystus był pierwszym, który tego doświadczył i nas do tego doświadczenia wzywa. Natomiast Maryja usłyszała: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,33). Cierpienie sprawiedliwego odsłania zamysły wielu. Z dalszej treści Ewangelii wiemy, że tymi wieloma byli przede wszystkim pobożni Żydzi. Ci, którzy się uważali za sprawiedliwych, a innymi gardzili i wytykali ich palcami. Ich przewrotne zamysły nie były im samym wiadome. Dopiero zbrodnia, która dokonała się za ich przyczyną, pozwoliła odsłonić całą przewrotność serca. Pan Jezus powiedział o nich: Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości (Mt 23,28). Dlatego to właśnie oni dopełnili miary nieprawości swoich ojców (zob. Mt 23,32). Ale ta prawda jest uniwersalna. Nie odnosi się ona jedynie do faryzeuszów i w ogóle Żydów za czasów Pana Jezusa. Odnosi się także do nas samych. I nam się wydaje, że jesteśmy w porządku, jesteśmy uczciwi itd. Ale to jedynie świadczy o tym, że nie znamy siebie i głębi naszej nieprawości, czyli nie znamy w pełni tajemnicy grzechu pierworodnego w nas. Prawdę odsłaniają owoce, jakie przynoszą nasze czyny. Aby je rozpoznać, trzeba mieć w sobie pokorę. Maryja, podobnie jak Pan Jezus, została nam dana po to, abyśmy sami zobaczyli miarę własnej nieprawości. Cierpienie sprawiedliwego odsłania nam naszą nieprawość. Jeżeli grzeszymy przeciw takiemu samemu grzesznikowi, to właściwie nic się nie dzieje. Okraść złodzieja to nie kradzież. Ale okraść człowieka uczciwego to prawdziwa kradzież. Okłamać kłamcę to żaden problem. Trzyma się to ogólnej konwencji. Ale okłamać człowieka prawego to świństwo, z którego sobie zdajemy sprawę, jeżeli potrafimy uznać swoje kłamstwo. Wydaje się, że każdy z nas ma w tej dziedzinie własne doświadczenie. Zło popełnione wobec człowieka prawego skręca nas wewnętrznie. Dopiero wówczas widzimy własną nieprawość. Krzyż Chrystusa ma także nam uświadomić głębię naszego grzechu. Jeżeli doprowadził on aż do takiego cierpienia, to jest ogromną nieprawością. Ale nawet wobec cierpienia Chrystusa i Jego Matki można zamknąć swoje serce, uznając, że to inni, nie my, są winni temu cierpieniu. Można uciekać w pozór własnej porządności. Tak robili faryzeusze, ale właśnie ich Chrystus nazwał obłudnikami i synami szatana. Aby się stać uczniem Chrystusa, trzeba mieć w sobie pokorę, otwarcie na pełną prawdę o swoim sercu. Maryja jest wzorem takiego otwarcia i dlatego Jezus daje nam Ją za Matkę w naszej drodze do Niego (zob. J 19,27). Odpowiedz Link
iktoto Homilia 24 Czw 2 18.09.10, 07:48 24. czwartek 2 1 Kor 15,1–11 Łk 7,36–50 Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem (1 Kor 15,3n). Jest to jedna z najstarszych formuł wyznania wiary. Jesteśmy przyzwyczajeni do wyznań rozpoczynających się od wiary w „jednego Boga, Ojca…”. W Liście do Koryntian św. Paweł pomija to i następne artykuły wiary wymieniają jedynie: śmierć Chrystusa za nasze grzechy i Jego zmartwychwstanie. Tajemnica Odkupienia, jak widzimy, jest źródłem całej wiary chrześcijańskiej. Warto o tym pamiętać, że nasza wiara rozpoczęła się od tej tajemnicy, a w szczególności od prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa. W dalszej części 15. rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian św. Paweł powie to wyraźnie. Inne prawdy wiary, jakie znamy z Credo, są dopowiedzeniem do tej zasadniczej prawdy. Jeżeli zatem pragniemy sięgnąć do źródeł naszej wiary, to musimy dobrze wniknąć w tajemnicę zmartwychwstania Chrystusa. Jest nam ona przekazana przede wszystkim jako świadectwo uczniów, którzy spotkali Zmartwychwstałego. Ale nie kończy się na ich przekazie w formie pisemnej. Pan Jezus przekazał nam tę tajemnicę w postaci sakramentów i w postaci naszego udziału w nich. Wszystkie sakramenty wypływają z tajemnicy paschalnej, to znaczy z tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa Pana, i jednocześnie urzeczywistniają jej zbawczą moc. Wiara prawdziwa polega na autentycznym wejściu w udzieloną nam tajemnicę zbawienia. Centrum sakramentów jest Eucharystia, podczas której karmimy się Ciałem Chrystusa Zmartwychwstałego. W ten sposób otrzymujemy udział w Jego zmartwychwstaniu i stajemy się nowym stworzeniem. Dlatego też czcimy pierwszy dzień tygodnia, dzień zmartwychwstania Pana. Jest on symbolem naszej przynależności do nowego stworzenia. Świętowanie niedzieli jest konkretnym wyrazem wiary w zmartwychwstanie Chrystusa i wiary w nasze zbawienie. Pan Jezus był w pełni świadomy swojej misji, czego nie rozumieli wówczas Żydzi. Stąd pojawiające się nieporozumienia i rozbieżności. Tak jest np. w dzisiejszej Ewangelii. Zapraszający Go faryzeusz chciał osobiście się przekonać, czy Jezus jest prorokiem lub mesjaszem. Stąd jego dywagacje odnoszące się do grzesznej kobiety. Pan Jezus nie starał się w żadnym stopniu usprawiedliwić swojego zachowania i odpuszczania grzechów, ale przemawiał z pozycji tego, który udziela łaski. Kryterium łaski jest miara miłości w odniesieniu do Niego. Dla nas dzisiaj to kryterium jest oczywiste, ale dla Żydów wówczas, którzy nie znali tajemnicy zmartwychwstania, brzmiało to zupełnie zaskakująco, a może nawet bluźnierczo. Jeden ze współczesnych rabinów żydowskich po przeanalizowaniu wypowiedzi Jezusa i Jego sposobu zachowania powiedział, że albo jest On Bogiem naprawdę, albo bluźnił. Nie ma innej możliwości i dlatego tak ważne i rozstrzygające było Jego zmartwychwstanie, które jest objawieniem dzieła odkupienia i Jego boskiej tożsamości. Jego miłosierdzie wobec grzesznej kobiety jest dla nas rękojmią miłosierdzia w odniesieniu do nas, o ile autentycznie w skrusze serca wyznamy własne grzechy i będziemy za nie żałować. Wobec skruszonego serca Chrystus nie potrafi być surowy. To jest Jego „słaby” punkt. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 24 Pt 2 18.09.10, 07:49 24. piątek 2 1 Kor 15,12–20 Łk 8,1–3 Nasza wiara rozpoczęła się naprawdę od zmartwychwstania Chrystusa. Ono było pierwszym orędziem głoszonym przez niewiasty oraz przez uczniów. Dlatego jest podstawową prawdą wiary, bez której byłaby ona pozbawiona sensu. Święty Paweł głosi to bardzo zdecydowanie. Fakt zmartwychwstania Chrystusa jest kluczowy w historii Jego uczniów. Przemienia ich całkowicie, robiąc z nich dopiero apostołów. Na zmartwychwstaniu Chrystusa nie tylko opiera się cała wiara, ale odsłania ono prawdziwy sens tego wszystkiego, czego podczas swojej działalności na ziemi dokonywał Pan Jezus. Zmartwychwstanie jest kluczem do zrozumienia orędzia Ewangelii. Dzisiejsza Ewangelia jest typowym dla Łukasza streszczeniem działalności Jezusa: Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym (Łk 8,1). W tej wędrówce towarzyszyli mu nie tylko uczniowie, ale także pewne niewiasty, które im usługiwały ze swego mienia (Łk 8,3). One także staną się potem świadkami zmartwychwstania Jezusa i głosicielkami Ewangelii podobnie jak apostołowie. Zmartwychwstanie jest świadectwem prawdziwości wszystkich obietnic Bożych. Dlatego: Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach (1 Kor 15,17). Ponadto zmartwychwstanie Jezusa jest podstawą naszej nadziei na nasze osobiste zmartwychwstanie, a raczej nasz udział w Jego zmartwychwstaniu. W naszym codziennym życiu ta nadzieja ma bardzo głębokie konsekwencje. Jeżeli rzeczywiście wierzymy w nasze zmartwychwstanie, to jesteśmy wolni od wielu lęków związanych z życiem doczesnym. Daje nam to możliwość bycia prawdziwie sobą w codzienności. Natomiast Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania (1 Kor 15,19). Chrystus bowiem nie daje nam żadnych nadziei dotyczących tego świata, nie obiecuje żadnej pomyślności, zdrowia, długiego życia… Jego wszystkie obietnice odnoszą się do królestwa Bożego i nowego życia. Przez zmartwychwstanie stał się On Pierworodnym spośród umarłych (Kol 1,18), Tym, który wprowadza nas w nowe stworzenie. Eucharystia, do której przystępujemy, jest misterium i udziałem w misterium Chrystusa i Jego dzieła. Przy czym musimy pamiętać, że podobnie jak za czasów Pana Jezusa, Chrystus zmartwychwstały objawia się jedynie swoim bliskim, przyjaciołom, uczniom i tym, którzy tworzą z Nim wspólnotę życia. Przez komunię otrzymujemy udział w Jego nowym życiu, w zmartwychwstaniu, jeżeli w naszym obecnym życiu do Niego przylgniemy. Odpowiedz Link
iktoto Czytania na każdy dzień- piątek, 17.09.2010 18.09.10, 07:56 (1 Kor 15,12-20) Jeżeli głosi się, że Chrystus zmartwychwstał, to dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania. Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. (Ps 17,1.6-8.15) REFREN: Gdy zmartwychwstanę, będę widział Boga. Rozważ, Panie, słuszną sprawę, usłysz moje wołanie, wysłuchaj modlitwy moich warg nieobłudnych. Wołam do Ciebie, bo Ty mnie, Boże, wysłuchasz; nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo. Okaż przedziwne miłosierdzie Twoje, Zbawca tych, co się chronią przed wrogiem pod Twoją prawicą. Strzeż mnie jak źrenicy oka, ukryj mnie w cieniu Twych skrzydeł. A ja w sprawiedliwości ujrzę Twe oblicze, ze snu powstając nasycę się Twym widokiem. (Mt 11,25) Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że tajemnice królestwa objawiłeś prostaczkom. (Łk 8,1-3) Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 18.09 18.09.10, 07:50 18.09. – świętego Stanisława Kostki Mdr 4,7–15 lub 1 J 2,12–17 Łk 2,41–52 Dzisiejsze czytania z Pisma Świętego budzą u niektórych kontrowersje. Pan Jezus okazał się „niegrzeczny” w stosunku do swoich rodziców. Po pierwsze nic im nie powiedział, że zostaje w Jerozolimie, a jeszcze do tego miał do nich pretensję, że Go szukali! Można tak odczytać ten tekst i podobnie spojrzeć na postać św. Stanisława Kostki, którego wspomnienie obchodzimy. Spotykam czasem takie „gorszenie” się tekstem z Pisma Świętego. Skąd się ono bierze? Przede wszystkim stąd, że patrzymy na te teksty przez pryzmat swoich przekonań o tym, co dobre i co złe lub niestosowne. Niestety, zapominamy, że nasze opinie są ograniczone i wynikają z określonego sposobu patrzenia, ograniczonego do doczesności i naszej aktualnej kultury. To, co dobre lub złe, widzimy w horyzontalnej perspektywie. Bóg jednak stawia przed nami całkowicie inną perspektywę: wieczność i dziedzictwo w królestwie Boga (!), czego w istocie nie rozumiemy, chociaż o tym mówimy i w to wierzymy. Właśnie ze względu na tę perspektywę nie chodzi jedynie o „porządność” życia na świecie, ale o miłość i wierność Bogu. Przypomina się najważniejsze zalecenie Starego Testamentu: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6,4). Pan Jezus uzupełnia je przykazaniem miłości bliźniego jak siebie samego, aby to przykazanie nie było gołosłowne. Ale przecież miłość drugiego człowieka to pragnienie prawdziwego dobra dla niego, a tym jest ostatecznie życie w królestwie Bożym. Sam Pan Jezus mówi: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10,37). Miłość Boga i miłość Jezusa jest ponad wszystko, jest czymś ostatecznym. W niej bowiem zawiera się życie. Ona rozstrzyga o naszym byciu lub nie na wieki. W naszej codzienności możemy łatwo zagubić to ogólne ukierunkowanie. Wydaje się, że scena z dzisiejszej Ewangelii oraz postać św. Stanisława przypominają nam o tej zasadniczej prawdzie. Jest ona jednocześnie fundamentem naszej wolności i tożsamości. Bo wolność ostatecznie oznacza zdolność bycia sobą takim, jakim jestem, czyli takim, jakiego mnie stworzył i powołał Bóg. Jeżeli mi coś uniemożliwia realizację własnej drogi zgodnej z Bożym zamysłem, jest to niewola nawet wówczas, gdy jest nią miłość ojca i matki, jedna z najwspanialszych i najważniejszych wartości ziemskich potwierdzonych Bożym przykazaniem. Oczywiście zwykle miłość Boga idzie w parze z posłuszeństwem rodzicom. Ale nie zawsze. Wybór św. Stanisława był determinacją i moralnym dylematem. On nie miał pewności, że dobrze postępuje. Miał takie przeświadczenie, które zawierzył Bogu. Dopiero po owocach można było rozpoznać prawdziwą wartość czynu. Aby podjąć coś, co nie zgadza się ze zwykłymi przekonaniami, trzeba mieć bardzo mocne przeświadczenie wynikające z autentycznego kontaktu z Bogiem przez modlitwę. Na zakończenie mowy o mądrości krzyża z 1. Listu do Koryntian św. Paweł pisze: Otóż myśmy nie otrzymali ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania darów Bożych. A głosimy to nie uczonymi słowami ludzkiej mądrości, lecz pouczeni przez Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić. Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony (1 Kor 2,12–15). Odpowiedz Link
iktoto Czytania na każdy dzień- sobota, 18.09.2010 18.09.10, 07:57 Święto św. Stanisława Kostki, zakonnika, patrona Polski (Mdr 4,7-15) Sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości - życie nieskalane. Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność. lub (1 J 2,12-17) Piszę do was, dzieci, że dostępujecie odpuszczenia grzechów ze względu na Jego imię. Piszę do was, ojcowie, że poznaliście Tego, który jest od początku. Piszę do was, młodzi, że zwyciężyliście Złego. Napisałem do was, dzieci, że znacie Ojca, napisałem do was, ojcowie, że poznaliście Tego, który jest od początku, napisałem do was, młodzi, że jesteście mocni i że nauka Boża trwa w was, i zwyciężyliście Złego. Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki. (Ps 148,1-2.11-13a.13c-14) REFREN: Chłopcy i dziewczęta, chwalcie imię Pana Chwalcie Pana z niebios, chwalcie Go na wysokościach. Chwalcie Go, wszyscy Jego aniołowie, chwalcie Go, wszystkie Jego zastępy. Królowie ziemscy i wszystkie narody, władcy i wszyscy sędziowie tej ziemi, Młodzieńcy i dziewczęta, starcy i dzieci niech imię Pana wychwalają. Majestat Jego ponad ziemią i niebem i On pomnaża potęgę swego ludu. Oto pieśń pochwalna wszystkich Jego świętych, synów Izraela, ludu, który jest Mu bliski. (Mt 5,8) Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. (Łk 2,41-52) Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Nd C 18.09.10, 22:05 25. Niedziela C Am 8,4–7 1 Tm 2,1–8 Łk 16,1–13 Przypowieść o nieuczciwym rządcy należy do najbardziej kontrowersyjnych w Ewangelii. Wiele razy pytano mnie: Dlaczego Pan Jezus stawia nieuczciwego rządcę za wzór dla chrześcijanina? Jak może go w ogóle pochwalać? Taki problem dla czytelnika Ewangelii bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze ze spojrzenia moralnego na tekst Ewangelii, które oczekuje przykładów i zasad właściwego postępowania w sensie moralnym. Przy czym punktem wyjścia dla takiego patrzenia jest moralność aktualnie przyjmowana. Natomiast Pan Jezus nie przyszedł po to, by przynieść nam najlepsze zasady moralnego postępowania, ale zasady zbawienia, czyli pojednanie z Bogiem i udział w Jego życiu. Ewangelia jest orędziem o zbawieniu, czyli życiu pełnym. Zasady moralne są drogowskazami prowadzącymi do tego życia, ale samo życie nie polega na postępowaniu według zasad moralnych zgodnych z naszymi wyobrażeniami. To było powodem nieustannych konfliktów Pana Jezusa z faryzeuszami. W scenie powołania Mateusza powiedział im: Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników (Łk 5,31n). Jego celem jest leczenie chorych, przywracanie życia. Oni, niestety, tego nie rozumieli, podobnie jak starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym. Kiedy zaczynamy rozumieć, że walka toczy się o życie, a nie o moralną poprawność, inaczej patrzymy także na takie osoby jak celnicy czy nierządnice. Drugi powód, dla którego ta przypowieść budzi kontrowersje, polega na tym, że mamy tendencję ją alegoryzować, czyli we wszystkich jej elementach widzimy odniesienia do naszego życia. Natomiast w tej przypowieści Pan Jezus pragnie zwrócić uwagę tylko na jeden moment, który wypowiada w puencie: synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła (Łk 16,8). Ta roztropność polega na myśleniu o przyszłości. W innym miejscu Ewangelii Pan Jezus mówi wprost: Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6,33). Natomiast, niestety, najczęściej zbytnio martwimy się tym, co dotyczy życia doczesnego, a sprawy naszej wiary i królestwa Bożego pozostawiamy sobie na „lepsze czasy”. Jest to bardzo daleko idąca niekonsekwencja. Z pewnością każdy z nas powie, że Bóg jest najważniejszy w naszym życiu. Ale jeżeli jednak jesteśmy Mu w stanie poświęcić jedynie skrawki naszej uwagi, to niestety nie jest to prawda. Dlatego Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii na przykładzie człowieka, który żyje tylko tym, co tutaj, na ziemi, pokazuje, że jeżeli człowiek wie, co go czeka, to bardzo intensywnie o tym myśli. A wydaje się, jak gdybyśmy zupełnie w naszym życiu lekceważyli to, co każdego z nas czeka ostatecznie, wobec czego obecne życie jest jedynie drobnym epizodem. Pan Jezus ostrzega: Nie możecie służyć Bogu i mamonie (Łk 16,13). Mamona, bożek pieniądza, jest symbolem wszelkich dóbr tego świata. Jeżeli one są dla nas praktycznie najważniejsze, to tym samym Bóg nie jest ważny! Jaka więc jest nasza wiara? Co dla nas jest naprawdę najważniejsze? Nie jako deklaracja ideologiczna, ale prawdziwie – w życiu. Pan Bóg nie chce stawać się żadną konkurencją wobec rzeczywistości stworzonej. Nie chodzi o to, byśmy nieustannie zajmowali się studiowaniem Biblii, modlitwą i ascezą. Nie o to chodzi. Bóg nie jest obok tego, co na co dzień spotykamy. Nasza relacja do Niego polega na czymś zupełnie innym. Właściwą postawę można by wypowiedzieć hasłem św. Benedykta: „Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony”. Oznacza to, że Bóg powinien być obecny we wszystkim, co robimy i wszystko, co robimy, powinno być robione przed Nim i dla Niego. Czyli nieustannie powinniśmy mieć świadomość, że wszystko dokonuje się przed Nim i w odniesieniu do Niego. Starożytni mnisi podkreślali potrzebę ćwiczenia się w pamięci na obecność Boga. Nasze życie rozgrywa się na różnych płaszczyznach. Koncentrując się na konkretnej czynności, mamy jeszcze rozmaite myśli, odczucia, pragnienia, prowadzimy wewnętrzny dialog czy słuchamy czegoś. Ćwiczenie się w pamięci na obecność Boga polega na wytworzeniu w sobie przestrzeni pamięci o tym, że cokolwiek robimy, robimy to przed Bogiem. Istnieje wówczas w nas głęboka świadomość trwania przed Bogiem. Mało tego, okazuje się, że możemy wówczas nieustannie się modlić bez jakiejkolwiek szkody dla naszej pracy i kontaktów z ludźmi. Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu pisze: Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste bez gniewu i sporu (1 Tm 2,8). Można to nieustannie robić w swoim sercu niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Wtedy zarówno nasza praca, jak i więzi z innymi ludźmi będą zupełnie inaczej wyglądały. Taka duchowość serca jest zawsze aktualna dla wszystkich chrześcijan. Obyśmy w nią weszli i prawdziwie we wszystkim uwielbiali Boga żywego, obecnego w naszym życiu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Pn 2 20.09.10, 17:28 25. poniedziałek 2 Prz 3,27–35 Łk 8,16–18 Uważajcie więc, jak słuchacie (Łk 8,18). Słuchanie stanowi klucz do poznania prawdy Bożej. I chociaż jest ona misterium, to jednak może być poznawana i poznana. Mówi o tym wyraźnie zdanie poprzedzające zalecenie uważnego słuchania: Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło (Łk 8,17). Od uważności słuchania zależy wszystko. Tłumacząc swoje nauczanie w przypowieściach, Pan Jezus mówi: Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją (Mt 13,13). Jego uczniowie mają stawać się lampami oświecającymi tych, którzy nie rozumieją. Ale aby takimi się stali, sami muszą zrozumieć prawdę Ewangelii. Muszą otworzyć swoje uszy do słuchania i rozpoznania prawdy. Największym zagrożeniem prawdy jest jej zawężenie, co niestety wielokrotnie działo się w historii Kościoła. W kontekście poznania prawdy Ewangelii należy odczytać następne zdanie, które, niestety, oderwane od kontekstu, bardzo często wzbudza kontrowersje: kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma (Łk 8,18). Znakomicie ilustruje tę prawdę przypowieść o ziarnie, które pada na różną glebę: na ścieżkę, między skały, między ciernie i w glebę żyzną. Plon lub jego brak zależy od gruntu – a przekładając to na rzeczywistość wewnętrzną – od naszego słuchania, od tego, jak głęboko i czy z wiarą przyjmujemy słowo Boże. Kto nic nie zrozumiał – obraz ziarna padającego na ścieżkę – temu zabiorą nawet to, co usłyszał. I odpowiednio: ten, który zrozumiał i z całą gorliwością wiary przyjął słowo, wydaje plon obfity. Ma, to znaczy: coś zrozumiał, i dlatego jeszcze więcej otrzymuje. Pierwsze czytanie z Księgi Przysłów poza konkretnymi wskazaniami mówi o powodzie, dla którego mamy tak postępować. Pan się brzydzi przewrotnym, a z wiernymi obcuje przyjaźnie (Prz 3,32). Okazuje się, że prawdziwym sąsiadem, z jakim obcujemy poprzez naszego sąsiada, jest sam Bóg. Podobnie jest z naszym słuchaniem. Im głębiej wnikamy w prawdę, tym bardziej zakorzeniamy się w samym Bogu. Tylko zakorzenieni w Nim, możemy stawać się światłem dla innych. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Śr 2 21.09.10, 22:12 25. środa 2 Prz 30,5–9 Łk 9,1–6 Niezmiernie ważne jest osobiste doświadczenie Boga w swoim życiu. Bez tego doświadczenia nie można być prawdziwie Jego apostołem. Pan Jezus przeprowadza swoich uczniów przez takie doświadczenie. Dotychczas oni jedynie chodzili z Nim i słuchali Jego słowa. Teraz posyła ich, aby sami głosili Ewangelię. Wyposaża ich w związku z tym we władzę uzdrawiania i wypędzania złych duchów. Aby to doświadczenie było dla nich przejrzyste, poleca im nie brać niczego ze sobą: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie (Łk 9,3). Ubóstwo, zgodnie z polską etymologią tego słowa, oznacza posiadanie wszystkiego u Boga. I tego uczniowie doświadczają w swoim głoszeniu Ewangelii. Pod koniec życia Pan Jezus ponownie posyła uczniów, ale inaczej. Pyta ich jednak o pierwsze doświadczenie: Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów? Oni odpowiedzieli: Niczego. Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35n). Zmieniły się warunki głoszenia słowa Bożego, ale nadal do dzisiaj pozostaje podstawowy warunek: ubóstwo – całkowita zależność od Boga. Mędrzec Starego Testamentu modli się do Boga, aby go Bóg nie wystawiał na skrajne doświadczenie: nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym (Prz 30,8). Przypominają się prośby Modlitwy Pańskiej: „chleba powszedniego daj nam dzisiaj … nie wódź nas na pokuszenie”. Zarówno bogactwo, jak i nędza stwarzają sytuacje skrajne i stąd nadmierną próbę. Daj nam, Boże, doświadczać twojej łaski w warunkach umiarkowanych, abyśmy nie popadli w grzech. Druga, a właściwie pierwsza prośba dotyczy wierności wobec słowa Bożego i prawdomówności. Najbardziej niebezpieczne kłamstwo polega na nieznacznej zmianie, która może całkowicie przekręcić sens wypowiedzi. Wielka liczba rozmaitych sekt wywodzi się z takiego uproszczenia lub dodania czegoś do sensu Słowa Bożego. Prostota w przyjmowaniu Słowa Bożego i prostota we własnym mówieniu jest jednym z najcenniejszych skarbów w życiu duchowym. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Czw 2 22.09.10, 21:48 25. czwartek 2 Koh 1,2–11 Łk 9,7–9 Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę? (Łk 9,9). Kiedyś Pan Jezus sam spytał swoich uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? … A wy za kogo Mnie uważacie? (Mt 16,13.15). Jest to bardzo ważne pytanie, na które każdy z nas musi sobie odpowiedzieć. Dzisiejsza Ewangelia przedstawia nam złe podejście do samego pytanie. Spytajmy: o co w tym pytaniu chodziło Herodowi? Nieco dalej w Ewangelii według św. Łukasza czytamy: Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jakiś znak, zdziałany przez Niego (Łk 23,8). Ponieważ nie zobaczył żadnego cudu ani niczego interesującego nie usłyszał, wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata (Łk 23,11). Świat w oczach Heroda jest wielkim teatrem, na którym rozgrywają się ciekawe lub mało ciekawe widowiska. Ludzie i sprawy są na tyle interesujące, na ile zaspakajają jego oczekiwania i gusty. Taka postawa stale powtarza się do dzisiaj, może nie w tak ironicznej postaci, ale jednak ludzie skoncentrowani na sobie nie widzą nic poza własnymi oczekiwaniami. I tak ostatecznie rozmijają się oni z najistotniejszą prawdą o życiu: prawdą o zbawieniu. Właściwie pozostaje im powtarzanie słów Koheleta: Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność … Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,2.8n). Zazwyczaj jednak przy takiej postawie ludzie nie są w stanie wyciągnąć ostatecznego wniosku ze swego myślenia. Wielkość Koheleta, w przeciwieństwie do nich, polega na konsekwencji myślenia aż do końca. Jeżeli sens naszego życia widzimy w horyzoncie świata, to marność jest jedynym prawdziwym wnioskiem. Aby z tego wyjść, trzeba spojrzeć dalej, trzeba spojrzeć poza śmierć. Chrześcijanin jest człowiekiem eschatologicznym, czyli takim, który patrzy poza śmierć i z tego spojrzenia przez pryzmat zmartwychwstania czerpie dla siebie sens i siłę życia. A wy za kogo Mnie uważacie? (Mt 16,15). W odpowiedzi św. Piotr powiedział: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,16). Na innym miejscu powiedział: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego (J 6,68). Właśnie Jezus jest tą Osobą, która złamała fatalną logikę Koheleta głoszącą, że nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,9). Przede wszystkim On sam oraz to, co ze sobą przyniósł i to, czego dokonał, jest absolutną nowością pod słońcem. I jedynie w tej nowości leży nasza nadzieja na pełnię życia. Wszystko inne pozostaje marnością. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Pt 2 23.09.10, 20:48 25. piątek 2 Koh 3,1–11 Łk 9,18–22 Dał [Bóg ludziom] nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca (Koh 3,11). Kohelet jest smutnym mędrcem Starego Testamentu. Niektórzy egzegeci mówią o jego księdze, że jest pięknym kwiatem w ogrodzie Biblii, jednak kwiatem o płatkach z popiołu. Marność nad marnościami, mówi Kohelet, wszystko marność – powtarza się u niego szereg razy. Dlaczego marność? Dlatego że nic nie ma prawdziwej perspektywy. Tak naprawdę nie wiadomo, po co istnieje. Powiedzielibyśmy, że nie ma sensu. Niezależnie od tego, co by człowiek robił, co by osiągał na świecie, z jakich by nie korzystał radości i uciech tego świata, wszystko to marność pozbawiona sensu. Człowiek nie wie, po co to wszystko. Przeminie tak, jak wszystkie inne stworzenia. Tak jest rzeczywiście, jeżeli nasze spojrzenie ograniczy się do doczesności. Niestety, najczęściej rzeczywiście ogranicza się do tego, co dostrzegane. Myślę, że dotyczy to nawet ludzi wierzących. Ciągle nasz wzrok przykuty jest do ziemi i to jeszcze w sposób szczególny: patrzymy i dostrzegamy wszystko w perspektywie tego, co możemy otrzymać, uzyskać, zdobyć i co nam w tym przeszkadza. Otóż Kohelet jest tym mędrcem, który bardzo konsekwentnie przemyślał wszystko, co związane jest z życiem doczesnym. Swoje myślenie poprowadził do końca, bez tworzenia iluzji, jakie my najczęściej sobie stwarzamy, aby uniknąć jego przerażającego wniosku: marność nad marnościami. Na tej niesamowitej konsekwencji myślenia polega ogromna wartość Koheleta. Kluczem do wyjścia z zamknięcia w doczesności staje się pytanie, jakie stawia nam w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus: A wy za kogo Mnie uważacie? Zazwyczaj pojawia się od razu odpowiedź z katechizmu: za Mesjasza, za Syna Bożego, Drugą Osobę Boską. Podobną odpowiedź podał św. Piotr w imieniu Apostołów. Ale dla niego jeszcze nie była to odpowiedź wyuczona na katechezie. On to odkrył w sobie na podstawie znajomości Pisma Świętego (dla nas Starego Testamentu) i własnego doświadczenia spotkania z Chrystusem. Ale ta odpowiedź, jak się okazało, całkowicie go przerosła. Zaraz potem Pan Jezus zaczął mówić o cierpieniu, o odrzuceniu przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, o swojej śmierci i zmartwychwstaniu. I to było dla Piotra nie do przyjęcia. Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie (Mt 16,22) – powie, według Ewangelii Mateusza. W odpowiedzi usłyszy: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie (Mt 16,23). Nawet wyznając wiarę w „Mesjasza Bożego”, Piotr cały czas myśli po ludzku, nie po Bożemu. Nie wystarczy zatem uznać w Chrystusie Mesjasza, Posłańca Bożego i nawet Syna Bożego, trzeba jednocześnie przyjąć Jego orędzie takie, jakie On nam daje wraz z tajemnicą krzyża i zmartwychwstania. Przyjęcie jej całkowicie zmienia nasze patrzenie na świat i jego sens. Przede wszystkim zmienia nasze odniesienie się do Boga, siebie samych i naszych bliźnich oraz sens naszego życia. W tej perspektywie wszystko, jeżeli jest odniesione do Boga, uzyskuje swój sens i prowadzi do zbawienia. Nie ma bezsensownych dróg, jeśli ostatecznie doprowadzą do zawierzenia Bogu i Jego miłości. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 25 Sob 2 24.09.10, 22:54 25. sobota 2 Koh 11,9–12,8 Łk 9,43b–45 I wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał (Koh 12,8). Kohelet te słowa kończy sentencją: Marność nad marnościami, wszystko marność. Jeżeli duch wraca do Boga, to przecież nic lepszego! Dla Koheleta oznacza to jednak koniec człowieka. Przy stworzeniu Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza dech życia, dzięki któremu człowiek stał się istotą żywą. Tutaj Kohelet widzi proces odwrotny: rozpad tych dwóch składników: ciało wraca do prochu, a duch do Boga, który go dał i tym samym znika człowiek. Co było, to się znowu staje. Jego myślenie jest logiczne i konsekwentne. Nie uwzględnia ono jednak Bożego działania, które powoduje, że nawet jeżeli się tak dzieje w wymiarze naturalnym, to jednak dokonuje się coś zasadniczo nowego przez Bożą interwencję. Tą nowością jest zmartwychwstanie. Kohelet nie był w stanie tego wiedzieć ani rozumieć. Nawet i my, którzy wierzymy w zmartwychwstanie, nie rozumiemy tego do końca. Zazwyczaj, niestety, zmartwychwstanie staramy się widzieć w kategoriach przywrócenia do życia, które wyobrażamy sobie na wzór ziemskiego, bo tylko takie znamy. A w zmartwychwstaniu dokonuje się coś istotnie nowego. Bez zmartwychwstania wszystko traci swój sens i rzeczywiście jest marnością. Zmartwychwstanie, prawdziwa nowość, przełamuje ten bezsens. Pisał później o tym św. Paweł: A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara… A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach… Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania (1 Kor 15,14.17.19). Zobaczmy: w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus bardzo mocno podkreśla, że będzie wydany w ręce ludzi. Natomiast apostołowie wcale tego nie rozumieją. Może nie mieściło się to w ich wyobrażeniu, co jest zrozumiałe. Ale oni w ogóle nie pytali, nie prosili o wyjaśnienie, dlaczego Pan Jezus tak do nich mówił. Cała trudność polega na innym spojrzeniu. Dochodzą do niego uczniowie przy spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Wpierw nie rozpoznają Go. Kiedy jednak dociera do ich świadomości, że to jest Jezus, następuje radość i zupełnie inne widzenie. Z tego właśnie zdaje sprawę św. Jan na początku 1. Listu: życie objawiło się nam, myśmy je widzieli, o Nim zaświadczamy i Je głosimy (1 J 1,2). Ono jest stale obecne między nami, jednak my najczęściej nie umiemy patrzeć tak, aby widzieć. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 26 Nd C 25.09.10, 19:57 26. Niedziela C Am 6,1a.4–7 1 Tm 6,11–16 Łk 16,19–31 Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz (Łk 16,25). „Swoje dobra”? Co jest moim prawdziwym dobrem? W innym miejscu Pan Jezus mówi o cudzym i naszym dobru: Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? (Łk 16,12). Przypowieść o Łazarzu i bogaczu stanowi właściwie ilustrację tego powiedzenia Pana Jezusa. Zauważmy, że nie ma w niej mowy o tym, że bogacz okradał innych ludzi lub dokonywał jakiegoś innego zła. Jedyne, co można by mu zarzucić, to brak wrażliwości na biedę innych. Ale w przypowieści nie na tym stawia akcent Pan Jezus, ale na wyborze właściwego dobra, a raczej na wyborze właściwej nadziei: Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze (Łk 12,34). Otrzymałeś swoje dobra – zawierzyłeś dobrom tego świata i z nich czerpałeś swoją radość życia, zapominając, że to wszystko się skończy i zostanie ci zabrane. Co wówczas pozostanie? Krótkowzroczność ma fatalne następstwa. W pierwszym dzisiejszym czytaniu prorok Amos ostrzega i zapowiada jednocześnie nadchodzącą niewolę tym, którzy bezmyślnie oddają się jedynie używaniu na tym świecie. Nadchodząca niewola jest jednak tylko zapowiedzią ostatecznego sądu. Zamknięci jedynie w doczesnym wymiarze, razem z nim tracimy wszystko. Aby to zobaczyć, trzeba mieć jakąś perspektywę patrzenia. Nie jest to jednak łatwe, jak się okazuje. Cierpiący w otchłani bogacz prosi o posłanie do swojego domu Łazarza, aby ostrzegł jego braci. Abraham jednak mówi: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą (Łk 16,31). Zamknięcie się w doczesnej perspektywie jest napędzane takimi namiętnościami, że trudno się od tego uwolnić. Trzeba podjąć wewnętrzną decyzję, dystansując się do chwilowych doznań. Trzeba refleksji wyrastającej z najbardziej oczywistego faktu, że przemija nasze życie i kiedyś się skończy. Zazwyczaj taka perspektywa przeraża i dlatego wolimy od niej uciekać, ale w perspektywie zmartwychwstania Chrystusa staje się naszą ogromną nadzieją. Chrześcijanin jest człowiekiem eschatologicznym, żyjącym już teraz perspektywą zbawienia. Jego spojrzenie na świat i to, co należy robić, jest zupełnie inne. Bardzo dobrze oddaje to św. Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu: Ty, o człowiecze Boży, podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością. Walcz w dobrych zawodach o wiarę, zdobądź życie wieczne: do niego zostałeś powołany i o nim złożyłeś dobre wyznanie wobec wielu świadków (1 Tm 6,11n). Wobec przemijalności świata trzeba skoncentrować się na tym, co pozostaje: na żywej relacji z Bogiem, czyli wierze i miłości, które trzeba w obecnym życiu budować przez wytrwałość, łagodność, pobożność i sprawiedliwość. Bez nich wiara będzie jedynie chwilowym porywem serca, a przed Bogiem liczy się wiara, która jest prawdziwym zawierzeniem, pociągającym za sobą całą życiową postawę. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 26 Pn 2 27.09.10, 15:57 26. poniedziałek 2 Hi 1,6–22 Łk 9,46–50 Bóg ukrywa się w najmniejszym. Dzisiejsza Ewangelia nie jest jedynym tekstem, który o tym mówi. Samo przyjście Syna Bożego na świat dokonało się w Dzieciątku urodzonym w Betlejem, w przydrożnej grocie. Nie było łatwo w tym Dziecku zobaczyć przychodzącego Boga, ale niektórzy to zobaczyli: Maryja, Józef, pasterze, mędrcy ze Wschodu, Symeon i Anna. W dzisiejszej Ewangelii mówi Pan Jezus wyraźnie: Kto by to dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto by Mnie przyjął, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto bowiem jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki (Łk 9,48). Podobny tekst słyszymy w kontekście sporu uczniów o wielkość i władzę. Pan Jezus powiedział wówczas uczniom: Lecz największy między wami niech będzie jak najmłodszy, a przełożony jak sługa! (Łk 22,26). Co następnie zilustrował własnym przykładem: Któż bowiem jest większy? Czy ten, kto siedzi za stołem, czy ten, kto służy? Czyż nie ten, kto siedzi za stołem? Otóż Ja jestem pośród was jak ten, kto służy (Łk 22,27). Jeszcze pod koniec nauczania, mówiąc o sądzie ostatecznym, powiedział: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). To upodobanie w małym posiada dwa wymiary. Z jednej strony w uniżeniu, w pokorze, następuje dotknięcie tajemnicy samego Boga, który jest pokorny. Odkrycie tej prawdy nie jest łatwe. Nie są w stanie jej pojąć ludzie wyniośli i pyszni. Stąd kiedyś Pan Jezus wołał: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie (Łk 10,21). Prostaczkowie to nepios – dzieci, niemowlęta, niedojrzali, niewykształceni, a zatem mali. Aby zobaczyć wielkość Boga, trzeba stać się małym albo uniżyć się. Nie można do Boga podejść z pozycji wyniosłości. Bardzo dobrze ilustruje to przypowieść Pana Jezusa o faryzeuszu i celniku w świątyni (zob. Łk 18,10–14). O tej zasadzie przypomina dzisiaj Kościół w Katechizmie, w części dotyczącej modlitwy (zob. KKK 2559). Z drugiej strony właśnie w tym, co małe, przyjmujemy Chrystusa, o czym mówi nam dzisiejsza Ewangelia. W ten sposób bowiem wybieramy samą wartość, a nie coś, co podoba się temu światu. Okazujemy się wówczas uczniami Boga, który sam służy nam, nic nieznaczącym w całym Wszechświecie stworzeniom. Taka służba nie przynosi żadnej korzyści w oczach tego świata. Jest najbardziej bezinteresowna, a tym samym najbardziej podobna do gestu Boga. W tym duchu Pan Jezus radził kiedyś: Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych (Łk 14,13n). Bezinteresowność, szczery dar z siebie jest gestem prawdziwej miłości. Takiej miłości doświadczyliśmy od Boga. Jest ona zaprzeczeniem pokusy szatańskiej z raju. W dzisiejszym pierwszym czytaniu mamy do czynienia jak gdyby z odwrotną pokusą. Szatan stara się Bogu udowodnić, że człowiek czci Go jedynie dlatego, że ma z tego konkretne korzyści. Hiob pokornym stwierdzeniem: Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione! (Hi 1,21), przeczy temu pomówieniu. W szacunku do tego, co małe, wyraża się autentyczny szacunek do prawdy i dobra. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 26 Wt 2 29.09.10, 12:45 26. wtorek 2 Hi 3,1–3.11–17.20–23 Łk 9,51–56 Niech przepadnie dzień mego urodzenia i noc, gdy powiedziano: „Poczęty mężczyzna” (Hi 3,2). Ta modlitwa Hioba jest jedną z najbardziej dramatycznych i rozdartych modlitw w całym Piśmie Świętym. „Po co się w ogóle urodziłem?! Komu potrzebne jest moje cierpienie?! Dlaczego sprawiedliwy cierpi, a niegodziwiec żyje sobie dostatnio i w spokoju?!” Takie pytania zadaje Hiob Bogu. Hiob nie boi się nawet zapytać, czy Bóg nie znajduje upodobania w zadawaniu cierpienia słabemu człowiekowi. Jego słowa graniczą miejscami z bluźnierstwem. Ale nim nie są. Różnią się od bluźnierstwa tym, że bluźnierstwo zawiera w sobie osądzenie Boga, Hiob natomiast prowadzi z Bogiem żywy spór i z uporem, z natarczywością pyta i domaga się odpowiedzi od Boga. Za to go potem Bóg pochwali zgodnie z tym, co powiedział przez usta proroka Izajasza: Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! – mówi Pan. Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna (Iz 1,18). Jeżeli człowiek rzeczywiście pragnie odnaleźć odpowiedź na pytanie, musi prawdziwie pytać i szukać. Księga Hioba ukazuje różnicę między prawdziwym pytaniem i szukaniem oraz fałszywymi odpowiedziami, jakie Hiob słyszy od swoich przyjaciół. Refleksja nad tym jest bardzo ważna dla naszego życia duchowego. Nie będziemy jej tutaj wprowadzać. Zwróćmy jedynie uwagę na jedną ogólną zasadę: Hiob w swoich pytaniach wychodzi od osobistego doświadczenia życia i stara się je konfrontować z samym Bogiem. Jest w tym konsekwentny i nie boi się zadawać nawet najtrudniejszych pytań, pozostając jednak stale w postawie słuchania odpowiedzi. Jak wiemy z dalszej części księgi, otrzymuje ją na końcu. Jego przyjaciele inaczej: oni szukają zasad, a właściwie je znają i poprzez nie osądzają. I właśnie za to zostają przez Boga potępieni. Nie otwierają się bowiem na prawdę, która się ukazuje w życiu, ale chcą ją posiadać i dlatego trzymają się kurczowo zasad. Księga Hioba nie daje jednak pełnej odpowiedzi na pytania zadawane przez Hioba. Właściwie mówi jedynie to, co dzisiaj odnajdujemy w pierwszym czytaniu: Człowiek swej drogi jest nieświadomy, Bóg sam ją przed nim zamyka (Hi 3,23). Odsłania się ona dopiero w osobistym spotkaniu z Bogiem twarzą w twarz. Nie da się jej zatem przekazać językiem ogólnych zasad, prawd uniwersalnych. Co zatem pozostaje człowiekowi? Zawierzenie Bogu, wiara w Jego dobroć i zatroskanie o własny los. Prawdziwą odpowiedzią na pytania Hioba staje się dopiero Jezus z Nazaretu. On nie tyle udziela odpowiedzi słowami, ile raczej sam tą odpowiedzią się staje jako żywe Słowo Boże. W dzisiejszej Ewangelii czytamy: Gdy dopełnił się czas wzięcia Jezusa [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy (Łk 9,51). Wiemy, po co udał się do Jerozolimy. Gdyby chcieć streścić odpowiedź Boga na ludzkie pytanie o cierpienie i jego sens, o istniejącą niesprawiedliwość..., to jest nią właśnie Jezus w swoim posłuszeństwie. Na pytanie: „Co Bóg wobec cierpienia i niesprawiedliwości?!” można powiedzieć: „Bierze krzyż i idzie na mękę i śmierć”. I to jest prawdziwa pełna odpowiedź. Jej dopełnieniem będzie zmartwychwstanie. Właśnie po to, by udzielić tej odpowiedzi na ludzkie egzystencjalne pytania, idzie Pan Jezus do Jerozolimy. Pan Jezus zapowiedział kilkakrotnie, co się z Nim stanie, choć uczniowie tego nie rozumieli, a bali się Go zapytać. Udzielając takiej odpowiedzi, Pan Jezus wyrzeka się jednocześnie jakiejkolwiek przemocy. Zakazuje również swoim uczniom spuszczania ognia na niegościnnych Samarytan. Nawet jeżeli spotykają zło, to trzeba je zostawić aż do czasu żniwa, jak to powiedział w jednej z przypowieści. To miłosierdzie Boga wobec ludzi źle postępujących, zgodnie z nauką Jezusa o miłości nieprzyjaciół, jest przyczyną braku interwencji Boga wobec dziejącego się na ziemi zła. Boli nas ono bardzo. Ale pomyślmy: Gdyby Bóg rzeczywiście od razu karał złe czyny, któż z nas samych by się ostał do dzisiaj?! Miłosierdzie względem źle postępujących jest miłosierdziem wobec nas samych. Jest cierpliwością Boga wobec nas, Jego ufnością, jaką miał ogrodnik z przypowieści względem nierodzącego drzewa, kiedy jeszcze raz postanowił je pielęgnować i obłożyć nawozem, oczekując z niego dobrych owoców. Postawa Jezus ukazuje zatem z jednej strony niezmierną Bożą cierpliwość i ufność względem nas, z drugiej uczy nas jej wobec siebie nawzajem. Nie można bowiem starać się o zbawienie samego siebie bez pamiętania o naszych braciach, którzy być może teraz błądzą i czynią to, co złe. W naszym życiu chodzi o coś więcej niż tylko o nasze indywidualne zbawienie. Jesteśmy zaproszeni do udziału w Bożym wysiłku zbawienia wszystkich ludzi i całego świata. Dlatego i my mamy brać swój krzyż i iść za Chrystusem. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 26 Czw 2 29.09.10, 20:19 26. czwartek 2 Hi 19,21–27 Łk 10,1–12 Hiob jest człowiekiem uczciwym. Mówi to, czego prawdziwie doświadcza. Jednocześnie jest człowiekiem wiary i nadziei: wierzy w Bożą sprawiedliwość mimo klęski doświadczanej na świecie. Jego wyznanie wiary w wybawcę, który pojawi się jako ostatni, należy do najpiękniejszych wyznań wiary w Biblii. W chrześcijaństwie jego słowa odczytuje się w perspektywie zmartwychwstania i życia wiecznego. Autor Księgi Hioba nie miał takiego wyobrażenia o przyszłości. Niemniej wyrażał nadzieję wbrew naturalnej nadziei, która kończy się wraz ze śmiercią. Przede wszystkim jest to nadzieja przekraczająca naturalne doświadczenie, nadzieja skierowana na koniec. Hiob nie wie, jak się to dokona. Nic nie wie o samym Bogu, który tego dokona. To, co mówi z głębi swojego doświadczenia, jest cierpieniem. Bóg jawi się jako karzący, obcy i obojętny, jednak przez wiarę Hiob widzi w Nim Zbawcę, Obrońcę i Przyjaciela. Hiob wierzy, że Bóg nie może być wrogi ani obojętny. On może być jedynie przyjacielem, który w końcu pozwoli się zobaczyć, choć w zwykłym doświadczeniu człowiek Go nie widzi. Koniec Księgi Hioba pokazuje, jak widzenie Boga jest ważne. To dzięki naocznemu poznaniu Boga Hiob odkrywa prawdę i odrzuca swoje oskarżenia. Niemniej widzenie Boga oznacza coś zupełnie innego niż stworzenie sobie wyobrażenia. Księga Hioba pokazuje, jak takie wyobrażenia muszą ulec zniszczeniu, bo nas od Boga odwracają. Najważniejsza jest dla nas niezachwiana wiara i niewzruszona nadzieja na Boże zbawienie, nawet wbrew naturalnemu doświadczeniu. Taką wiarę miała Maryja. Ewangelia jednak ukazuje, jak widzenie Boga jest związane z naszą otwartością. Bóg objawia się tym, którzy Go szukają. Jeżeli ktoś „nie potrzebuje Boga”, nie pozna Go, bo On objawia się pragnącym Go zobaczyć. Bóg i Jego królestwo są blisko. Od nas zależy, na ile jesteśmy w stanie je przyjąć do siebie. Zastanawiająca jest liczba siedemdziesięciu [dwóch] uczniów. W Biblii spotykamy siedemdziesiąt obcych narodów wywodzących się od Noego. Posłanie siedemdziesięciu oznaczałoby zatem wysłanie uczniów do wszystkich narodów świata z orędziem przyjścia Pana: wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał (Łk 10,1). Jednocześnie siedemdziesiąt osób liczyła cała rodzina Izraela, która przyszła do Egiptu. W tym kontekście wysłanie siedemdziesięciu uczniów ograniczałoby się jedynie do wszystkich miast Izraela, tak jak ograniczona była sama działalność ziemska Pana Jezusa. Dopiero po śmierci Jezus wysyła uczniów na cały świat. Jakkolwiek by było, po zmartwychwstaniu Jezusa odnosi się to niewątpliwie do całego świata, czyli także do nas. Przy czym nieważne są zwyczaje żydowskie odnośnie do rytualnej czystości – pamiętamy, że w Dziejach Apostolskich miał takie św. Piotr, gdy Bóg go wysyłał do domu Korneliusza – ale otwartość samych adresatów orędzia. Pełne ubóstwo apostołów i czerpanie z darów, jakie otrzymywali od mieszkańców, oznacza wyraźnie akceptację ich tradycji kulturalnej i zwyczajów, które nie są sprzeczne z wiarą w Boga objawionego przez Chrystusa. Samo orędzie sprowadza się do obwieszczenia pokoju i bliskości królestwa Bożego. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 26 Pt 2 30.09.10, 23:17 26. piątek 2 Hi 38,1.12–21; 40,3–5 Łk 10,13–16 Największym niebezpieczeństwem dla chrześcijanina jest zlekceważenie słów Pana. Niestety, dzisiaj dzieje się to często. Istnieje ogólna atmosfera, która stwarza presję, aby nie brać słów Pana poważnie. Dlatego ostrzeżenia Pana Jezusa odnoszące się do Korozain, Betsaidy i Kafarnaum są dzisiaj bardzo aktualne. Wiemy obecnie o wiele więcej, niż ludzie wówczas wiedzieli. Pan Jezus mówi te słowa jeszcze przed swoim zmartwychwstaniem. Po zmartwychwstaniu mamy obecnie zupełnie inną perspektywę i jednocześnie powinniśmy widzieć inny sens Jego słów. A przecież wystarczy zestawić nasze życie z prawdami głoszonymi przez Pana Jezusa w Ewangelii. Pewnie pod wszystkimi się podpisujemy, ale czy są one obecne w naszym życiu? Jeżeli spojrzymy na siebie bez próby tłumaczenia się, racjonalizowania własnych postaw, widzimy rozdźwięk pomiędzy wyznawaną formalnie wiarą a życiem. Najgorsze przy tym jest to, że takie rozdarcie właściwie obejmuje prawie wszystkich, co pozwala nam łatwo się usprawiedliwiać. Można powiedzieć, że wymagania Ewangelii są dla świętych, a my jeszcze nimi nie jesteśmy, że to tylko program dla nas. I jedynie do niego dorastamy. Niewątpliwie jest w tym dużo prawdy. Pozostaje jednak zagadnienie powagi przyjmowania słów Pana Jezusa jako wskazań dla naszego życia i świadomości, że są one naprawdę dla nas najlepsze. Dramat polega na tym, że naszymi wyborami rządzi nie słowo Boga, ale to, co podsuwa świat. I nawet dobro wynikające z Ewangelii zostaje wykorzystane na nasze potrzeby brane z tego świata. Miłosierdzie Boga pozwala zachować dobre samopoczucie mimo popełnianej nieuczciwości, bo przecież tak miłosierny Bóg musi przebaczyć! Nie wiem, na ile sobie uświadamiamy, jak bardzo nasze patrzenie i oceny są brane ze świata, a nie z nauki Pana. Pierwsze czytanie ukazuje nam, jak Bóg Hiobowi uświadomił ten błąd. Bóg nie tłumaczy niczego, właściwie nie mówi niczego nowego, czego by Hiob nie wiedział. On zadaje pytania, tyle że pytania związane z tajemnicą stworzenia kieruje do Hioba bezpośrednio, traktując go jako partnera, którym Hiob pragnął być w stosunku do Boga. Tak postawione pytania spowodowały, że wiedza, jaką Hiob posiadał, przestała być abstrakcją i otworzyła przed nim zupełnie inny horyzont. W tej perspektywie wszystko zaczęło zupełnie inaczej wyglądać. Hiob zrozumiał, że za bardzo był skoncentrowany na sobie i własne przeżycia zasłaniały mu prawdziwy widok. Otóż to samo dotyczy nas. W istocie bardzo wiele wiemy z Ewangelii i znamy przynajmniej zasadnicze prawa, jakie Bóg nam przekazał, ale póki pozostaną one dla nas ogólną wiedzą, tak jak dla Hioba wiedza o stworzeniu świata przez Boga, dopóki nie staną się one prawdą tworzącą naszą osobistą perspektywę patrzenia, pozostaną w nas martwe, i: „biada”,odnoszące się do miast Izraela, odnosi się także do nas. Ciągle zbyt mało poważnie traktujemy Boga i Jego słowo. Pozostaje ono dla nas wezwaniem do metanoi – przemiany widzenia i rozumienia. Odpowiedz Link