iktoto Homilia 33 Czw 2 17.11.10, 16:31 33. czwartek 2 Ap 5,1–10 Łk 19,41–44 Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa” – powiedział podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II. Wizja z Apokalipsy mówi o jeszcze szerszej prawdzie: nikt poza Chrystusem nie jest w stanie odczytać losu świata. Obrazowo przedstawia to liturgiczny gest wzięcia zwoju z rąk Boga i złamanie jego pieczęci. Zwój zawiera spisany los świata. Łamane pieczęcie stopniowo odsłaniają poszczególne wydarzenia i ich sens. Niezmiernie ważny jest fakt, że dzieje się to podczas liturgii. Liturgia jest kluczem do zrozumienia całej Księgi Apokalipsy. Odsłania ona sens tego, co się dzieje na ziemi. Złamanie pieczęci dokonało się przez śmierć Jezusa na krzyżu. Cztery Zwierzęta i 24 starców oddają Barankowi hołd, śpiewając: Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć, bo zostałeś zabity i nabyłeś Bogu krwią twoją [ludzi] z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu, i uczyniłeś ich Bogu naszemu królestwem i kapłanami, a będą królować na ziemi (Ap 5,9n). Przypomina się w tym kontekście hymn św. Pawła z Listu do Filipian, w którym mówi on: Dlatego [z powodu uniżenia się aż po śmierć na krzyżu] też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca (Flp 2,9–11). Liturgia z Apokalipsy rozwija obrazowo ten wątek z hymnu św. Pawła. Wyraz „Dlatego” z hymnu św. Pawła odpowiada w Apokalipsie słowu „Godzien”. Aby odczytać prawdę o losach człowieka i świata, trzeba osiągnąć pewną godność przez posłuszeństwo w miłości. Otworzyć i odczytać zwój, czyli odkryć sens ludzkiego życia i jego przeznaczenia, można jedynie przez miłość do końca. Jest to niezmiernie ważna zasada poznawcza także w naszym życiu. Dopóki pozostajemy w opozycji do drugiego, starając się przeforsować swoje, nie jesteśmy w stanie go zrozumieć. Nasze relacje pozostają zewnętrzne i sprowadzają się jedynie do wymiany usług. Zazwyczaj wówczas chęć uzyskania jak najwięcej dominuje nad taką relacją. Aby poznać drugiego, otworzyć jego księgę życia, trzeba samemu osiągnąć odpowiednią godność przez bezinteresowny dar z siebie. Podobnie jak bez otwarcia Bożej księgi, bez objawienia pełni Bożego zamysłu, pogrążeni jesteśmy w smutku, tak bez otwarcia naszej księgi życia pozostajemy jak gdyby w beznadziejności oczekiwania tragicznego końca życia. Płacz Pana Jezusa nad Jerozolimą w dzisiejszej Ewangelii spowodowany jest odrzuceniem Tego, który nie tylko mógł otworzyć zwój i odczytać sens dziejów człowieka, ale sam stał się tym sensem. Brak rozpoznania tak wielkiej łaski Boga, który dał swojego Syna, tragicznie zemści się na całym narodzie. To kim jesteśmy i jaki jest sens naszego życia, odsłania się w Jezusie Chrystusie, szczególnie w Jego geście miłości do końca. Jeżeli nie odkrywamy swojej godności, którą może dać jedynie miłość, możemy zrobić w swoim życiu największe głupstwa, rzucając się w rozmaite kierunki. Sam gest miłości do końca odsłania swoją głębię najpełniej w liturgii. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 33 Pt 2 18.11.10, 21:13 33. piątek 2 Ap 10,8–11 Łk 19,45–48 Dzieje Kościoła i świata odsłaniane w Księdze Apokalipsy posiadają dwa wymiary. Najważniejsza, a jednocześnie najbardziej radosna prawda mówi o zbawieniu. Baranek zabity jest godzien wziąć księgę i otworzyć jej pieczęcie. Ten gest zapowiada zbliżające się rozwiązanie dramatu świata. Pamiętamy z Księgi Koheleta powtarzającą się jak refren sentencję: marność nad marnościami, wszystko marność. Dla Koheleta była ona logicznym wnioskiem z obserwacji świata, w którym nie ma nic zgoła nowego, wszystko się nieustannie powtarza w beznadziejnym upływie czasu. Pokolenia przemijają, ale wszystko pozostaje takie samo bez zmiany, bez nadziei na coś prawdziwie nowego. Otwarcie pieczęci z opisu wczorajszej sceny z Apokalipsy stanowi jednocześnie otwarcie czegoś nowego, czego jeszcze nie było. Pojawia się prawdziwa nowość, nowa perspektywa i nadzieja na odnowienie wszystkiego. I ta perspektywa jest radością, słodyczą w ustach Proroka, który spożywa księgę (zwój) otrzymaną z ręki anioła. Jest ona prawdopodobnie wyciągiem ze zwoju, który otrzymał z rąk Najwyższego Baranek. Jednak Prorok musi, podobnie jak prorocy Starego Testamentu, głosić tragiczne wydarzenia, jakie nastąpią. Niosą one wiele cierpienia i niedoli dla człowieka. Tak się dzieje, ponieważ człowiek nie „rozpoznał czasu swojego nawiedzenia”, czyli czasu przyjścia Boga. Stąd gorycz we wnętrzu, z którego musi wyjść tragiczna przepowiednia. Podobnie musiał prorokować Jeremiasz. Głosił słowa, które dla niego samego były gorzką zapowiedzią. Sam mówił o sobie: Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: Gwałt i ruina! Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem (Jr 20,8). Tak się działo, ponieważ ludzie nie słuchali jego wezwań do nawrócenia. Jeremiasz w rozżaleniu mówił: Może jaskinią zbójców stał się w waszych oczach ten dom, nad którym wzywano mojego imienia? Ja [to] dobrze widzę – wyrocznia Pana (Jr 7,11). Do tych słów Jeremiasza nawiązuje Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców (Łk 19,46). Największa tragedia polega na tym, że ci, którym została objawiona prawda o Bogu żywym, potraktowali Go jako kogoś, kto potrafi zapewnić im bezpieczeństwo niezależnie od ich własnej uczciwości. Bóg został potraktowany instrumentalnie. Jeremiasz ostrzegał: Nie ufajcie słowom kłamliwym, głoszącym: Świątynia Pańska, świątynia Pańska, świątynia Pańska! (Jr 7,4). Sama świątynia nie chroni mechanicznie. Prawdziwa świątynia jest tam, gdzie następuje prawdziwe spotkanie z Bogiem. Przede wszystkim jest nią nasze serce, jeśli jest otwarte na Boga. Używanie rzeczy świętych do załatwiania swoich ludzkich interesów, czynienie ze świątyni azylu, aby można było spokojnie kontynuować swoje ciemne interesy, jest profanacją. Taki proceder skończy się tragicznie. Stąd bierze się ów gorzki smak słodkiej księgi. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 33 Sob 2 19.11.10, 16:34 33. sobota 2 Ap 11,4–12 Łk 20,27–40 Symboliczna opowieść o dwóch prorokach głoszących Boże słowo ukazuje opozycję świata do Boga. Światu bardzo przeszkadza Boża nauka. Nie pozwala swobodnie używać życia. Posłuszeństwo prawu Bożemu pojawia się jedynie jako przymus: Jeśliby zechciał ktokolwiek ich skrzywdzić, w ten sposób musi być zabity. Mają oni władzę zamknąć niebo, by deszcz nie zraszał dni ich prorokowania, i mają władzę nad wodami, by w krew je przemienić, i wszelką plagą uderzyć ziemię, ilekroć zechcą (Ap 11,5n). Świadkowie przypominają Mojżesza i Eliasza (cud zamknięcia nieba i plagi egipskie), czyli reprezentują Prawo i proroków. I podobnie jak oni doznają od ludzi sprzeciwu, odrzucenia, a nawet nienawiści zdolnej zabić. I ostatecznie tak się dzieje. Obaj zostają zabici. Radość narodów świadczy o zupełnie przeciwnym nastawieniu do życia, niż to zaleca Boże Prawo. Ogłasza się na świecie całkowitą klęskę owych Świadków, co oznacza całkowitą swobodę obyczajową. Ale ich klęska trwa krótko. Trzy i pół dnia to połowa tygodnia symbolizującego pełnię czasu Połowa czasu oznacza niewątpliwie czas skończony, okres upływający w ramach zwykłego czasu. Po tym krótkim czasie nastąpi ożywienie dwóch świadków mocą Boga. Nie ożywia ich jednak dla dokonania pomsty, ale po to, by ich zabrać do siebie. Prawdziwy sąd przeprowadzi ostatecznie Bóg. Jerozolima, święte miasto, już przestaje być miejscem Bożej interwencji, ale zrównana do Sodomy i Gomory, staje się planem nadchodzącego sądu… Żadne miejsce na ziemi nie zostanie bezpiecznym schronieniem dla człowieka. Nie będzie nim także żadna przynależność ani siła, ale jedynie żywa więź z Bogiem. Ona jest zasadą nowego życia zmartwychwstałego. Pan Jezus mówi: Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla niego żyją (Łk 20,38). To właśnie zostało zamanifestowane w scenie z Apokalipsy przez ożywienie dwóch świadków. Dla nas taką żywą więzią jest Osoba Jezusa Chrystusa. On sam mówi o sobie: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11,25n). Przez chrzest jesteśmy włączeni w Niego i dlatego mamy udział w Jego zmartwychwstaniu. Tak się dzieje, jeżeli prawdziwie Mu zawierzamy. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Nd C 20.11.10, 18:41 34. Niedziela C, Chrystusa Króla Wszechświata 2 Sm 5,1–3 Kol 1,12–20 Łk 23,35–43 Codziennie modlimy się: Przyjdź królestwo Twoje! Ale o co się tak naprawdę modlimy? Czy sobie z tego zdajemy sprawę? Dzisiaj przeżywamy uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata i czytania podejmują ten temat. Chrystus jest królem! Co to znaczy? W Liście do Kolosan św. Paweł pisze o kosmicznym wymiarze królowania Chrystusa: On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie (Kol 1,15–17). W Nim zostało wszystko stworzone. W Nim także może zostać usunięte to wszystko, co jest złe. On ma taką władzę, ale wcale jej nie chce wykorzystywać. Bóg ma władzę absolutną wobec stworzenia, ale nawet upadłych aniołów nie unicestwił ani nie zmusił do uległości! Widać nie ma satysfakcji w niszczeniu czegokolwiek. Stworzył wszystko, by istniało. Święty Jan napisze później o Nim, że jest miłością (zob. 1 J 4,8). Jego radością jest obdarowywanie miłością i życiem. Nigdy jednak swojej miłości nie narzuca. Cieszy się, gdy ktoś odpowiada na nią z wdzięcznością i staje się Jego dzieckiem. Pragnie, byśmy Go pragnęli (zob. KKK 2560), pragnie, byśmy Go wybierali na swojego króla. Modlitwa: „przyjdź królestwo Twoje” jest wyrazem takiego pragnienia. Pierwsze dzisiejsze czytanie mówi o wyborze Dawida na króla. Zobaczmy: Dawid nie zdobywa sobie królestwa siłą, ale Izraelici sami do niego przychodzą, prosząc, aby został ich królem. Mówią: Oto my, kości twoje i ciało (2 Sm 5,1). Dawid zostaje później na wieki wzorem władcy. Co w jego panowaniu było takie dobre? Przede wszystkim Dawid był człowiekiem, który bardzo poważnie liczył się z Bogiem w swoim życiu. On wiedział, że Bóg dał mu wszystko, że nic nie zawdzięcza sobie samemu i dlatego był pokorny. Kiedy zgrzeszył, umiał wyznać swój grzech. I właśnie ludzie cenili go za autentyzm życia i za otwartość na drugiego. Istotny dla nas jest jeszcze jeden moment z życia Dawida. Jego własny syn, Absalom, zrobił zamach, pozbawił go władzy, zmusił do ucieczki i chciał zabić. Ostatecznie doszło do rozstrzygającej bitwy wojska Dawida z przeważającymi siłami Absaloma. Dawid jednak prosił swoich żołnierzy: tylko nie róbcie nic złego Absalomowi! Kiedy dowiedział się o jego śmierci, to mimo że oznaczało to jednocześnie jego zwycięstwo, Dawid płakał i rozpaczał po śmierci swego syna: Synu mój, Absalomie! Absalomie, synu mój, synu mój! Kto by dał, bym ja umarł zamiast ciebie? Absalomie, mój synu, mój synu! (2 Sm 19,1) Miłosierdzie Dawida wobec syna, mimo jego zdrady i zamiaru pozbawienia go wszystkiego, stało się wspaniałym obrazem miłosierdzia Syna Bożego, który mimo zabicia Go przez ludzi, nie szuka zemsty, ale pragnie, aby się nawrócili i mieli z Nim udział w życiu. Dawid stał się również wzorem i jednocześnie zapowiedzią króla, który miał przyjść. Wiemy, jak mocno Ewangelie podkreślają fakt, że Jezus pochodził z rodu Dawida (warto wiedzieć, że przez Józefa, Jego prawnego ojca). Chodziło właśnie o to, by pokazać, że Jezus jest owym oczekiwanym królem. I zobaczmy: jest kością z naszych kości i ciałem z naszego ciała przez narodzenie się z Maryi Panny. I nie tylko rozpaczał nad śmiercią każdego, kto grzeszy, ale sam oddał swoje życie za nas, grzesznych, po to, abyśmy żyli prawdziwie. Któż nie chciałby mieć takiego króla! Jednak aby Chrystus był naszym prawdziwym królem, sami musimy Go wybrać na króla i za takiego do siebie przyjąć. Jego królestwo ma sens jedynie wówczas, gdy obejmuje nasze serce. A to oznacza, że musimy stawać się podobni do Niego, żyć w taki sposób, jak On żył. Wybrać Chrystusa na króla oznacza, że się chce samemu postępować tak, jak On postępuje. I właśnie to najczęściej nas hamuje przed tęsknotą za tym królestwem. Wydaje się, że to była przyczyna odrzucenia Go przez Żydów. Ich ironia pod krzyżem wyrażała całkowite niezrozumienie. Oni cały czas domagali się przejawów siły i tryumfu nad wrogami: Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym (Łk 23,35). Ależ On nie po to przyszedł, aby rządzić siłą, tak jak rządzą inni. On przyszedł po to, aby służyć i zbawić, oddając za zbawienie człowieka swoje życie. I cały czas liczy na to, że ludzie poznają w Jego geście miłość. Liczy na to, że rozpoznają, że jedynie w takiej miłości jest życie. Każdy z nas jest wolny. I Bóg, który nas wolnością obdarzył, tej wolności nam nie zabiera. Pragnie, byśmy Go w wolności wybrali. Szatan odrzucił władzę Boga i stał się „księciem tego świata”. Ale wraz z przemijaniem tego świata on sam przemija. Wybierając Chrystusa za króla, wybieramy życie w Jego królestwie, to jest udział w Jego zmartwychwstaniu, które stało się ostatecznym objawieniem, że miłość zwyciężyła śmierć. Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu mówi o tym wyraźnie: On jest Początkiem, Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim. Zechciał bowiem Bóg, by w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego i dla Niego znów pojednać wszystko ze sobą: i to co na ziemi, i to co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez Krew Jego Krzyża (Kol 1,18–20). W Eucharystii wchodzimy w misterium nowego życia w Jezusie, życia, które jest komunią Boga i naszą. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Pn 2 22.11.10, 18:27 34. poniedziałek 2 Ap 14,1–3,4b–5 Łk 21,1–4 „Wdowi grosz” stał się do dzisiaj przysłowiowy. Ale wydaje się, że zapominamy o jego prawdziwym sensie. Nie chodzi jedynie o pochwałę za nawet niewielkie ofiary, jeżeli ktoś nie ma z czego dać. Przy skarbonie w świątyni doszło do wskazania na coś o wiele ważniejszego. Zauważmy, że Pan Jezus nie udziela łatwo pochwał komukolwiek. Istnieje jedynie kilka scen, w których Pan Jezus kogoś chwali, przy czym zawsze pochwała dotyczy autentycznej wiary. W scenie przy skarbonie pochwała odnosi się także do prawdziwej wiary ukazanej w geście niewiasty: z niedostatku swego wrzuciła wszystko (Łk 21,4). Całą swoją nadzieję położyła w Bogu. Właśnie ten gest tak bardzo spodobał się Panu Jezusowi. Jednak nie tylko to. W jej postawie Pan Jezus odnajduje coś bardzo bliskiego sobie. To, co się Mu tak bardzo podoba, zawiera się w słowie „wszystko”. Warto przypomnieć sobie w tym momencie przypowieści o „skarbie ukrytym w roli” i o „perle”. Ta para przypowieści mówi o tym samym, chociaż w odniesieniu do zupełnie innych ludzi. W pierwszej dzierżawca lub najemny pracownik, a zatem człowiek ubogi, orał na cudzym polu i orząc natrafił na skarb. I wtedy sprzedał „wszystko”, co posiadał, i kupił tę rolę po to, by nabyć skarb. Druga mówi natomiast o bardzo bogatym handlarzu perłami. Perły stanowiły wówczas najcenniejszy towar handlowy. Nie mógł handlować nimi człowiek biedny. I ten bogaty podobnie, gdy znalazł drogocenną perłę, sprzedał „wszystko”, co posiadał, aby nabyć właśnie tę jedną perłę. W obu przypadkach okazało się, że aby nabyć upragniony skarb czy perłę, trzeba było sprzedać wszystko, co się posiadało i dopiero to „wszystko” akurat starczało na to, by kupić to, co upragnione. Tak właśnie jest z królestwem Bożym: dopiero gdy sprzedamy „wszystko”, możemy je osiągnąć. Królestwa Bożego nie zdobywa się za wielką czy małą cenę, ale zawsze za „wszystko”. Taka jest logika tego królestwa. Zresztą zobaczmy: nadzy na ten świat przychodzimy i nadzy z niego odejdziemy. Śmierć ogołaca nas ze wszystkiego. Zabiera nam wszystko. I dopiero przechodząc przez to całkowite ogołocenie, możemy wejść do królestwa Bożego. Taka jest ewidentna logika. Niemniej nie chodzi po prostu o naturalny proces, niezależny od naszej woli. Oddanie wszystkiego zawiera w sobie bardzo głęboką prawdę odnoszącą się do życia. Przede wszystkim tak działa Bóg. On dał „wszystko”, dał swojego umiłowanego Syna, który „ogołocił samego siebie”, aby dać się nam i za nas. Nie mógł dać więcej, dał siebie. I właśnie w geście ubogiej wdowy Pan Jezus rozpoznaje namiastkę własnego czynu: z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała na utrzymanie (Łk 21,4). Bóg nie żąda od nas wiele czy mało, On zawsze żąda „wszystkiego”. To jest bardzo mocno wpisane w nasze życie. Pan Jezus w Ewangelii wypowiada tę zasadę na różne sposoby: Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14,33). Kilka razy mówi: kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je (Mk 8,35). Gest oddania wszystkiego Bogu staje się kluczem do osiągnięcia prawdziwego życia. I zobaczmy: ten gest jest gestem kapłańskim, bo jest oddaniem Bogu daru, jakim jest własne życie. Tego dokonał Pan Jezus na krzyżu: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23,46). I ten gest Pana Jezusa jest dla nas wzorem i jednocześnie wezwaniem w naszym kapłańskim życiu. Trzeba powiedzieć, że poza pełnym darem z siebie nie ma prawdziwego kapłaństwa. Być kapłanem to znaczy oddać się całkowicie. Dlatego wydaje mi się, że ta uboga wdowa jest dla nas wzorem. Może to brzmi paradoksalnie, ale właśnie tak. Zobaczmy: wszystko to dzieje się w świątyni! I Bogu podoba się tylko taka ofiara, gdy dajemy wszystko. Do tego jesteśmy wezwani. Nikt z nas na razie nie dorasta do takiej ofiary, ale mamy do niej wzrastać. Nasze kapłaństwo spełni się wówczas, gdy w końcu damy Bogu wszystko. Wtedy nasza posługa i ofiary przez nas składane staną się prawdą w nas samych i wtedy osiągniemy pełny udział w kapłaństwie Chrystusa. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Wt 2 23.11.10, 17:27 34. wtorek 2 Ap 14,14–20 Łk 21,5–11 Kiedy nastąpi koniec świata? To pytanie nieustannie niepokoi i budzi lęk. Apokalipsa ukazuje bardzo dramatyczne obrazy końca, straszne zjawiska, ogrom cierpień i zniszczeń itd. Jak widzimy, to pytanie było niezmiernie ważne dla samych uczniów Pana Jezusa. Ale podobnie jak oni, tak i my źle do niego podchodzimy. Pan Jezus uspakaja ich: Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. Sam niepokój ujawnia, że niewłaściwie podchodzimy do tej sprawy. Zbytnio przerażają nas same wydarzenia. Jeżeli wrócimy do wczorajszego czytania z Apokalipsy, to zobaczymy zasadniczą scenerię, na której rozgrywa się cała scena. Oto Baranek stojący na górze Syjon, a z Nim sto czterdzieści cztery tysiące, mające imię Jego i imię Jego Ojca wypisane na czołach (Ap 14,1). Otóż grono uczniów Jezusa stoi na górze Syjon razem z Barankiem. Dzisiejsza scena rozgrywa się przed ich oczami. Żniwo jest w Biblii symbolem sądu, który przychodzi wobec niesprawiedliwości, jaka się dokonuje na ziemi. Tutaj dla wyjaśnienia warto powiedzieć, że sama Apokalipsa została napisana jako odpowiedź na pytanie dręczące pierwsze pokolenia chrześcijan prześladowanych przez zdemoralizowaną, pogańską władzę: Dlaczego Pan Jezus zwleka ze swoim przyjściem, by dokonać sądu i zaprowadzić wreszcie sprawiedliwość, co tak jednoznacznie zapowiedział w Ewangelii? Cała Apokalipsa stara się uspokoić zniecierpliwionych uczniów, mówiąc: Spokojnie, czas się zbliża, przychodzi sąd sprawiedliwy, który dokona pomsty na całej niesprawiedliwości, jaka dzieje się na świecie. Uczniowie Jezusa, czyli ci, którzy należą do Baranka, są od niej całkowicie wolni. Sąd dotyczy „świata”, czyli wszystkich, którzy są wrogami królestwa Bożego. Warto sobie dobrze przemyśleć wypowiedź Pana Jezusa z Ewangelii według św. Jana: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony (J 16,7–11). Pan Jezus mówi, na czym polega sąd. Oznacza on osądzenie władcy tego świata. Możemy dopowiedzieć, że także wszystkich jego sług, tych którzy mu służą. I właśnie to pokazuje Apokalipsa, która dla chrześcijan nie jest „groźną” księgą, ale księgą pocieszenia (!) dla wszystkich, którzy obecnie cierpią niesprawiedliwość. Dlatego też Pan Jezus w Ewangelii spokojnie mówi: I nie trwóżcie się. Jeżeli należymy do Chrystusa, nie mamy się czego obawiać, bo sąd dotknie tych, którzy za Nim nie poszli. Ale oczywiście pojawia się pytanie: czy my naprawdę jesteśmy uczniami Chrystusa? I to pytanie jest dla nas, dla każdego z nas najważniejsze i rozstrzygające. Zamartwianie się o same wydarzenia towarzyszące końcowi świata wydaje się sugerować brak czystości sumienia w naszym chrześcijańskim życiu. Jeżeli jesteśmy prawdziwie uczniami Chrystusa, to mamy w sobie Jego pokój. Koniec świata pozostanie dla nas jedynie zewnętrznym wydarzeniem, które odsłoni prawdę i przez to będzie dla nas końcem naszego udręczenia. Zatem koniec świata jest czymś utęsknionym, jest naszą nadzieją! W życiu każdego z nas takie doświadczenie przychodzi w momencie śmierci. Końcem świata dla każdego z nas jest śmierć. I ona jest dla nas prawdziwym wybawieniem, momentem przejścia do prawdziwego życia. Jest ona najważniejszym i najwspanialszym wydarzeniem w naszym życiu. Dlatego tak ważne jest to, abyśmy w nią wchodzili z całą przytomnością, a nie tak jak to jest w powszechnym zwyczaju – od niej uciekali. Pytać o śmierć i koniec świata trzeba zatem zupełnie w innym duchu i w innym nastroju. Nie z lękiem, ale w pokorze, zdając sobie sprawę ze swoich słabości. Trzeba czekać z utęsknieniem na ostateczne objawienie się Bożej sprawiedliwości, na naszą całkowitą przemianę i nasz udział w życiu Bożym. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni (Mt 5,6). Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 śr 2 23.11.10, 20:54 34. środa 2 Ap 15,1–4 Łk 21,12–19 I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże (Ap 15,2). Cała Apokalipsa rozgrywa się w scenerii wielkiej liturgii przed obliczem Boga. Warto sobie uświadomić, że kluczem do zrozumienia Apokalipsy św. Jana jest liturgia. Dzisiejszy fragment mówi o tym, że „zwycięzcy Bestii” stoją nad morzem ognia i śpiewają Bogu pieśń nową, która wypowiada właściwie jedno: „Sprawiedliwe i wierne są drogi Boga”. Tę prawdę ostatecznie uznają przed Bogiem wszystkie narody. Zobaczmy, że ta prawda jest właściwie odkłamaniem tego, co szatan zasiał w człowieku przez swoją pokusę. Istota jego pokusy polega na zakwestionowaniu ufności w szczerość i bezinteresowność Boga w Jego stosunku do człowieka i całego stworzenia. Przedwczoraj mówiliśmy o „wdowim groszu”, który jest wyrazem oddania „wszystkiego”. Mówiliśmy, że kiedy ktoś daje wszystko, co posiada, daje świadectwo prawdziwości i sprawiedliwości swoich zamiarów. Taki gest zrobił Bóg w odniesieniu do nas: dał swojego Syna umiłowanego. Nie mógł dać więcej. I dlatego ta nowa pieśń wysławia sprawiedliwość i wierność Boga, którą uznają wszyscy. Nie można jej zakwestionować, bo świadectwo śmierci jest ostateczną pieczęcią czytelną dla wszystkich, którzy szukają prawdy. Apokalipsa widzi całą historię ludzkości eschatologicznie, to znaczy od końca, przez pryzmat urzeczywistniania się ostatecznego królestwa Bożego. I takie powinno być nasze patrzenie na tę rzeczywistość. Niemniej w zwykłym życiu nie widzimy jeszcze ostatecznego zwycięstwa. Tutaj trwa walka, i to bezwzględna, z mocami zła. Ów hymn uwielbienia śpiewają Bogu ci, którzy zwyciężyli Bestię. My obecnie z nią walczymy. Bardzo ważne jest to, abyśmy sobie zdawali sprawę z tej walki. Czasem wydaje się, że jesteśmy uśpieni. Żyjemy tak, jak gdyby właściwie wszystko było w porządku, nic niepokojącego się nie działo. A zło, jakie się wydarza, jest nieszczęściem, zaburzeniem, pojawia się przez przypadek lub ze złości bardzo konkretnych ludzi. I dlatego wydaje się, że właściwie trzeba jedynie wprowadzać niewielkie korekty w naszym życiu, pracować nad udoskonaleniem tego, co jest, przekonać ludzi, by nie działali źle. Jest to wielkie złudzenie i jednocześnie niebezpieczeństwo. Z drugiej strony niektórzy wierzą, że są na polu walki ze złem, ale to zło postrzegają bardzo konkretnie – w jakichś grupach ludzi, w narodach czy siłach polityczno-społecznych. To także jest wielkie niebezpieczeństwo, bo wówczas przez uproszczenie w imię walki ze złem samemu można stać się narzędziem zła. I tak, niestety, często się dzieje. Tak jest z fanatykami, którzy są gotowi w imię obrony Boga dokonać najstraszniejszych zbrodni. Prawdziwa walka rozgrywa się w sercu każdego z nas, chociaż ma ona swój zewnętrzny wyraz. Myślę, że dzisiejsza Ewangelia dotyka tej prawdy. Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników (Łk 21,12). Uczniowie Chrystusa będą prześladowani przez władze i synagogę. Niemniej musimy pamiętać, że walka dotyczy czegoś o wiele głębszego. Święty Paweł napisze: Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich (Ef 6,12). Ta odwieczna walka przejawia się w naszym zderzeniu z wrogami na świecie, ale rozgrywa się zarówno w naszym sercu jak i sercu naszych przeciwników. Kiedy walczymy, licząc na siebie, na naszą siłę i spryt, to nie tylko ostatecznie przegramy na zewnątrz, ale przede wszystkim przegramy walkę wewnętrzną, najważniejszą: Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić (Łk 21,14n). Wygrywamy, gdy wewnętrznie zawierzamy Bogu, pozwalamy, aby On sam prowadził walkę. My mamy być wierni i wytrwali. Wtedy dajemy świadectwo, które tak bardzo jest potrzebne naszym przeciwnikom, aby się przemienili i uwierzyli. Podjęcie walki na ich poziomie prowadzi jedynie do eskalacji agresji i tragedii. Walka jest przegrana nie przez to, że przegrywamy w zewnętrznym wymiarze, ale dlatego, że zdradzamy miłość Chrystusową. Nasza walka jest wygrana nie przez zewnętrzne zwycięstwo, ale przez wewnętrzną wierność, wytrwanie w zawierzeniu. W przypadku walki z wrogami Chrystusa może ona być przegrana lub wygrana przez jedną albo drugą stronę albo przegrana lub wygrana przez obie strony, niezależnie od zewnętrznego wyniku. Jeżeli po obu stronach zwycięży nienawiść, będzie to przegrana obustronna, ale jeżeli natomiast uczeń Chrystusa okaże się nim prawdziwie i wytrwa w wierze, nawet jego przegrana czy śmierć może się okazać takim świadectwem, że doprowadzi prześladowcę do nawrócenia. Wtedy walka okaże się wygrana przez obie strony. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Czw 2 24.11.10, 19:49 34. czwartek 2 Ap 18,1–2.21–23;19,1–3.9a Łk 21,20–28 Apokalipsa mimo bardzo groźnych obrazów jest księgą pocieszenia. Trzeba wiedzieć, że była ona pisana w czasach prześladowania chrześcijan. Oczekiwali oni z utęsknieniem wyzwolenia z ucisku, wyzwolenia z szerzącej się na ziemi nieprawości. To może tłumaczyć niektóre obrazy. „Wielka Nierządnica” i Babilon oznaczają Rzym, stolicę imperium zła, stolicę, gdzie władcy uważają siebie za bogów i każą sobie oddawać cześć. Stąd wielka radość z upadku tej stolicy nieprawości. Dzisiejsze czytania pokazują, że obrazów apokaliptycznych nie można dosłownie przyjmować. W sposób symboliczny wyrażają one to, co się ostatecznie stanie. I tak w odniesieniu do „Wielkiej Nierządnicy”, czyli Rzymu, proroctwo nie realizuje się tak, jak byśmy sobie to wyobrażali, jak to miało miejsce np. z Babilonem, który po zburzeniu nigdy nie został odbudowany. Rzym z wiekami stał się chrześcijański i do tego zrodziła się wiara w „wieczność Rzymu” aż do końca świata. Jednak gdy go zwiedzamy, widzimy Rzym starożytny w ruinie (Forum Romanum, Koloseum i inne budowle). Nikt nie planuje tych ruin odbudować. Pozostały symbolem końca epoki pogańskiej. Jednocześnie apokaliptyczny „Babilon” odnosi się do wszystkich stolic będących siedliskiem nieprawości. Każdą taką siedzibę czeka ostateczna klęska i ruina. Symbole apokaliptyczne znajdują swoje realizacje w wielu historycznych wydarzeniach, miejscach i postaciach. W Ewangelii z kolei mamy także obraz upadku, ale nie stolicy nieprawości, lecz miasta świętego, które nie rozpoznało czasu swojego nawiedzenia. Upadek Jerozolimy jest jednak symbolem koniecznego oczyszczenia przed ostatecznym przyjściem Syna Człowieczego i zaprowadzeniem jego królestwa. Dlatego wierzący oczekują na ten moment z utęsknieniem, bo będzie on jednocześnie czasem wyzwolenia i ostatecznego tryumfu prawdziwej wiary: A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie (Łk 21,28). Obie apokaliptyczne wizje stanowią na różny sposób pociechę dla uczniów Chrystusa, bo oznaczają Jego bliskie nadejście. W tym czasie bardzo żywe było wezwanie: Maranatha – przyjdź Panie. My czujemy się o wiele bardziej związani z życiem na ziemi i raczej boimy się prosić o szybkie nadejście końca świata. Wolelibyśmy jeszcze na tym świecie pożyć. Niemniej dla każdego z nas koniec świata nadejdzie w momencie jego śmierci. Najważniejsze dla nas w tym czasie pozostaje wejście w pełną zażyłość z Chrystusem, który wyjdzie na nasze spotkanie w naszej śmierci. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Pt 2 26.11.10, 22:59 34. piątek 2 Ap 20,1–4.11–21,2 Łk 21,29–33 I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma (Ap 21,1) Nie ta ziemia i nie to niebo jest nasze. One przemijają i jeżeli się ich uczepimy, sami podzielimy ich los. Po co zatem to życie i ta ziemia? Po to, abyśmy się narodzili do życia. Dlaczego jednak Bóg nas nie stworzył od razu do nowego życia? Początek Księgi Rodzaju wskazuje, że Bóg stworzył nas od razu z zamiarem wprowadzenia w bliskość z sobą. Ale nie chciał, aby odbyło się to bez naszej woli, bez naszego wyboru. Nasze życie na ziemi jest tak zorganizowane, że możemy prawdziwie wybrać. Mamy do tego stopnia wolność, że możemy nawet odrzucić Boga! Stąd nasze wątpliwości, niepewność, złudne nadzieje itd. Wybór musi być autentycznie nasz. Apokalipsa opisuje scenę sądu ostatecznego, na którym osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów (Ap 20,12). Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia (Ap 20,15). Nasze potoczne wyobrażenia na ten temat są nieco inne. Jeżeli mówimy o księdze, to myślimy o takiej, w której są zapisane dobre i złe czyny. Sąd miałby polegać na tym, że dobro przeważa nad złem lub odwrotnie – zło przeważa nad dobrem. W Apokalipsie mamy jedną księgę życia. Sąd dokonuje się według czynów każdego człowieka, ale nie ma mowy o żadnym bilansie dobra i zła, lecz o życiu lub jego braku. Raczej trzeba by mówić o czynach dających udział w życiu lub czynach martwych. O takich mówi np. List do Hebrajczyków (zob Hbr 6,1). Oczywiście czyny niosące życie są dobre, a pozbawione życia są złe, jednak ocena życia lub śmierci nie sprowadza się do kryterium moralności ogólnie przyjmowanej. Bywają moralnie poprawne czyny, ale martwe w sobie. Bywają czyny moralnie wątpliwe w potocznym rozumieniu, ale niosące życie. Nie da się tego przewidzieć z góry, dopiero po owocach można je rozpoznać. Istotne jest to, że w naszym życiu chodzi o życie w pełni. Żyjąc obecnie, wybieramy życie lub śmierć, a nie porządność lub nieporządność. Wybór sięga głębiej niż to, co kontrolujemy naszą zwykłą świadomością, dzięki której potrafimy się orientować w bieżącym życiu. Wybór dokonuje się w sercu, do którego nie ma dostępu nasz rozum ani bieżąca wola. W księdze życia zapisani są ci, którzy się „ponownie narodzili” (zob. J 3,3), to znaczy dali się porwać Duchowi, którego otrzymali od Boga. Niestety, porządność bywa często martwa, bywa sztywnym trzymaniem się tego życia. Aby się ponownie narodzić, trzeba mieć w sobie wolność i pozwolić sobie to życie odebrać ze względu na życie nowe. W Ewangelii dzisiejszej Pan Jezus mówi: gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże (Łk 21,31). Słowo „to” wskazuje na opisane w poprzednich akapitach Ewangelii czytanych wczoraj i przedwczoraj: wojny, kataklizmy, poruszenie sił niebieskich, prześladowania, oblężenie Jerozolimy i nadejście Syna Człowieczego. Będzie to czas próby, w którym okaże się, co dla nas jest najważniejsze: ocalenie tego życia czy spokojne zawierzenie słowu Pana i obietnicy nowego życia. Ta wiara lub jej brak rozstrzyga o tym, kto jest zapisany, a kto nie, w księdze życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 34 Sob 2 27.11.10, 12:35 34. sobota 2 Ap 22,1–7 Łk 21,34–36 Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym (Łk 21,36). Wezwanie do czujności Pan Jezus nieustannie powtarza w Ewangelii. Oznacza ono przytomną otwartość na to, co się dzieje z mądrym wychyleniem się ku przyszłości. Czuwanie jest przeciwieństwem „serca ociężałego wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych”, czyli skoncentrowania się na tym, co jedynie tutaj dostępne i troski o własne dobro w tej perspektywie. Czuwanie zawiera w sobie wiarę w prawdziwość Bożych obietnic. W ten sposób przeciwstawia się ono pokusie zwątpienia w bezwzględną dobroć Boga, czemu uległa w raju Ewa i co stało się podstawą grzechu pierworodnego. Wszystko, czego doświadczamy na ziemi, czy to przykre doświadczenia, czy doświadczenia radosne, ostatecznie ma służyć naszemu dojściu do królestwa Bożego. Apokalipsa, którą czytamy w ostatnich dniach roku kościelnego – dzisiaj przeżywamy ostatni dzień tego roku – obfituje w obrazy groźnych wydarzeń. Jednak nie one są w niej najważniejsze, zapowiadają raczej jedynie wyzwolenie z niewoli zepsucia i bezbożnej władzy w doczesności. Dzisiaj otrzymujemy finalny opis królestwa Bożego, Miasta (nowego Jeruzalem), które ostatecznie nastanie. Jest to Miasto, gdzie nie ma już żadnego zła, gdzie istnieje pełna harmonia życia. Obraz rzeki wypływającej spod tronu Bożego odwołuje się do eschatologicznej wizji Ezechiela – strumienia wypływającego spod ołtarza świątyni i płynącego na obszar pustynny, przynoszącego wszędzie życie w obfitości niewyobrażalnej. W tekście Apokalipsy został ten obraz wpisany w opis nowego Jeruzalem, w której nie ma już świątyni, bo Bóg jest w niej wszędzie obecny. Jest On w niej światłem oświecającym wszystkich. Dlatego Miasto nie potrzebuje światła słońca i księżyca – jedynie zastępczych źródeł światła zewnętrznego. Światłem w nowym Jeruzalem jest miłość, która pozwala wszystko widzieć w prawdzie i jednocześnie wszystkiemu przynosić radość życia. Światło to rozbłysło na drzewie krzyża, które w ten sposób stało się drzewem życia. W ten sposób królestwo Boże jest już obecne dla tych, który zawierzyli Chrystusowi. Już jest obecne, choć jeszcze niewidoczne dla wszystkich, jeszcze nieobejmujące całej rzeczywistości. Przystępując do Eucharystii, mamy udział w zapowiedzianym królestwie przez zawierzenie. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Nd Adw A 28.11.10, 18:16 1. Niedziela Adwentu A Iz 2,1–5; Ps 34 Rz 13,11–14 Mt 24,37–44 Czuwajcie! To wezwanie Pan Jezus powtarza nam w Ewangelii niezmiernie często. Co ono znaczy? I dlaczego mamy czuwać? Czuwać znaczy przede wszystkim „nie spać”, aby wyczekiwać kogoś lub czegoś ważnego. Otóż czujność jest podstawową postawą chrześcijanina, ucznia Chrystusa: Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie (Mt 24,42). Mamy czuwać, abyśmy byli gotowi na przyjście Pana. Dzisiaj, 2000 lat po przyjściu na świat Mesjasza i dokonaniu przez Niego dzieła odkupienia, czuwanie odnosi się do drugiego przyjścia Jezusa, to znaczy do paruzji. Będzie ona jednocześnie oznaczała koniec świata i sąd ostateczny. Pan Jezus mówi w Ewangelii, że dzień Jego przyjścia będzie niespodziewany, podobnie jak za czasów Noego, gdy potop przyszedł nagle i potopił ludzi, całkowicie pochłoniętych troskami i radościami życia doczesnego. Potop był dla nich zaskoczeniem i tragedią. W jednym momencie stracili wszystko, w czym widzieli swoje szczęście. Ich życie okazało się wielką ułudą. I tutaj odnajdujemy powód, dla którego należy czuwać. Naszą sytuację można by streścić w słowach: „urodziliśmy się na świecie po to, aby się dopiero narodzić do życia”. Ta prawda jest bardzo mocno podkreślana przez Pana Jezusa. Wiele razy mówił, że nie tu na ziemi jest nasz dom, ale u Ojca. To, co tutaj posiadamy, to jest „cudza własność”, nie nasza, nasza będzie nam dopiero dana! Może nas to dziwić, ale tak jest. Nawet jeżeli do czegoś doszliśmy dzięki własnej pracy, sami czegoś dokonaliśmy, to i tak przecież nie zabierzemy tego ze sobą do grobu. Musimy wszystko pozostawić. Spójrzmy na domy i pola. Ilu ludzi dawniej je posiadało! A teraz czyją są własnością? A czyją będą kiedyś? Wszystko, co tutaj posiadamy, posiadamy tylko na chwilę. Kiedy sobie to uświadamiamy, pojmujemy, że naprawdę nie mamy niczego swojego. Wszystko jest nam tylko dane do dyspozycji na jakiś czas. I w końcu musimy wszystko oddać. Dlatego nie możemy się kurczowo trzymać własności. Gdzie indziej należy szukać nadziei. Trzeba nam się uczyć inaczej patrzeć na świat i na wszystko, co na nim spotykamy. I o tym mówią dzisiejsze dwa czytania. Pierwsze – z Księgi Proroka Izajasza – zapowiada ludowi wybranemu, który doświadczał niewoli babilońskiej, nowe odrodzenie. Izajasz wydaje się mówić Żydom: przestańcie się smucić i zamartwiać waszą trudną sytuacją. Wiedzcie, że Bóg, który zawarł z wami przymierze, wyzwoli was i z powrotem przyprowadzi do Jerozolimy. Ale sprawi nie tylko to – bowiem wszystkie narody zobaczą, że to właśnie przez was da wszystkim ludziom zbawienie oraz nowy porządek życia. Bądźcie zatem spokojni i uczcie się od Boga, bo On wam wskazał prawdziwą drogę życia. Święty Paweł natomiast pisze do uczniów Chrystusa, czyli do tych, którzy już zobaczyli częściową realizację tej zapowiedzi Izajasza, że rzeczywiście to z Izraela powstał Zbawiciel, że przekazał ludziom Ewangelię życia, Ewangelię miłości, i że wszystkie narody zaczynają wierzyć w Niego. Ale czas Jego ponownego przyjścia w doświadczeniu wierzących przedłuża się. Dlatego zaczyna się rozprzężenie, ponowne zagubienie w świecie. To jest bardzo mocna skłonność każdego z nas. Trzeba nam sobie ponownie przypominać, gdzie jesteśmy i po co żyjemy: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli (Rz 13,11). Powód, dla którego powinniśmy czuwać, najlepiej może ukazuje przypowieść o dziesięciu pannach. Pamiętamy, że pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Otóż te głupie właśnie nie czuwały. Pan Jezus nie mówi, że żyły grzesznie. Nie o to w tej przypowieści chodzi. One po prostu żyły sobie, nie dbając o to, co w ich życiu jest najważniejsze. Nie pomyślały, że trzeba być gotowym na przyjście Oblubieńca, że trzeba czuwać. Na koniec tej przypowieści Pan Jezus mówi bardzo podobne słowa, jak w dzisiejszej Ewangelii: Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny (Mt 25,13). Można przeoczyć w życiu to, co najważniejsze. Jesteśmy podobni do dziecka w szkole. Ma ono czas na to, by się czegoś nauczyć. Oczywiście, przyjemniej mu spędzać czas na zabawach z kolegami i koleżankami. Ale czas nieubłaganie płynie i jeżeli się czegoś nie nauczy, to później jest to właściwie nie do odrobienia. Czas nauki minął i pewnych rzeczy już się nie będzie umieć. Z nami jest podobnie. Nasze życie jest wielką szkołą. Ważne jest uświadomienie sobie, że jesteśmy właśnie uczniami w szkole życia, że mamy się nauczyć wybierać dobro i odrzucać zło, odróżniać prawdę od fałszu i pozoru, abyśmy nie zmarnowali swojego życia przez pójście za tym, co jest marnością: Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa (Rz 13,12–14). Czuwać to znaczy żyć mądrze, żyć tym, co prowadzi do pełni życia, a co przyniesie nam ze sobą przychodzący Pan Jezus. Adwent przypomina, że wszyscy na Niego oczekujemy. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie ostatecznie na ziemię. Ale jedno jest pewne: przyjdzie do każdego z nas w dniu jego śmierci. I ta godzina pokaże, czy będziemy gotowi prawdziwie Go przyjąć. Czy zastanie nas oczekujących na Niego, gdy przyjdzie zabrać nas do swojego królestwa. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Pn Adw 28.11.10, 18:18 1. poniedziałek Adwentu Iz 2,1–5 Mt 8,5–11 Znane porzekadło mówi: „Na kroplę miodu złapie się więcej much niż na beczkę octu”. U Izajasza proroka czytamy: Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską do świątyni Boga Jakubowego! (Iz 2,3n). Dlaczego by miały przyjść do Jerozolimy liczne narody? Co w Jerozolimie miałoby być dla nich atrakcyjnego? Co mogłoby je przyciągnąć? Istnieje wielkie niebezpieczeństwo myślenia o religii w kategoriach siły. Ktoś mógłby zapowiedź proroka zrozumieć następująco: „Na końcu czasów Bóg wreszcie straci cierpliwość do niewierzących, grzeszników, wrogów Kościoła... i zrobi z nimi porządek. Zmusi wszystkich, by uznali prawdziwość naszej wiary [tj. doktryny]. I będą wreszcie wiedzieli, gdzie leży prawda”. Takie myślenie triumfalistyczne nie ma jednak nic wspólnego z myśleniem ewangelicznym. Nauka Ewangelii, Boże orędzie, nie ma nic wspólnego z siłą, nie jest żadną doktryną stojącą w opozycji do innej konkurencyjnej doktryny. Boża prawda jest prawdą po prostu, prostotą prawdy, która ukazuje się nie tyle we wspaniałości doktryny, ile w duchu miłości, w geście miłosierdzia. Jedyną prawdą, jaką głosi Jezus, jest to, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16). Święty Jan w liście wyrazi to jeszcze inaczej: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności (1 J 1,5). Tej prawdy nie da się głosić jako doktryny, ale jedynie jako świadectwo, jako gest miłości. I tylko taki gest może pociągnąć liczne narody, wielu ludzi dookoła nas, do Jerozolimy, czyli do świątyni prawdziwego Boga. Jeżeli nie ma w nas tego świadectwa, to nie możemy się dziwić, że ludzie do nas nie przychodzą. Scena z Ewangelii jest swoistą ilustracją takiego pociągania obcych. Jezus został poproszony przez setnika, poganina, aby uzdrowił jego sługę. Ciekawe jest już to, że setnik prosił o uzdrowienie sługi! Nie siebie, nie swojego dziecka czy żony, kogoś z rodziny, ale sługi, niewolnika! W czasie, kiedy niewolnicy byli „mówiącymi narzędziami”, taka troska o nich była wyrazem ludzkiego traktowania wszystkich. Myślę, że ten gest ujął Pana Jezusa. Wiemy przecież, że gdy kobieta kananejska prosiła o uzdrowienie córki, Pan Jezus nie chciał od razu tego zrobić. Tutaj natomiast nie zawahał się ani przez chwilę. Zresztą, jak pokazuje dalsza część sceny, Pan Jezus się nie pomylił, setnik był człowiekiem głęboko religijnym w najlepszym sensie tego słowa: Zaprawdę, powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,10). Dzisiaj także istnieje bardzo wielu ludzi poza Kościołem, którzy prawdziwie szukają Boga i są głęboko wrażliwi na każdy autentyczny gest. Ludzi tych odpycha wszelki przejaw hipokryzji, triumfalizmu, pysznego wynoszenia się i pogardy dla niewierzących – postaw, które w istocie są zaprzeczeniem Ewangelii, bo Chrystus przychodzi jako sługa, jako ten, który służy, a nie jako osądzający innych i wynoszący się nad nich. Także nas wzywa do naśladowania siebie, a nie daje żadnej podstawy do wywyższania się. Mówi bardzo wyraźnie: Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony (Mt 23,11n). I trzeba powiedzieć, że sam żyje zgodnie z tą zasadą. Jedynie autentyczne świadectwo jest w stanie pociągnąć innych. Pan Jezus nigdy nie zmusza, ale pociąga do siebie, zaprasza, wprowadza w autentyczne życie. Dlatego tak bardzo pragnie autentycznego życia dla swoich uczniów: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12). W swojej modlitwie do Ojca prosi: Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś (J 17,23). Prawdziwe poznanie, które prowadzi do życia, dokonuje się przez rozpoznanie świadectwa. I tylko tam, gdzie to świadectwo jest obecne, tam jest prawdziwie obecny Chrystus. Adwent jako okres oczekiwania na Chrystusa jest jednocześnie czasem szczególnego rozpoznawania Jego obecności wśród nas. Pozwólmy, by On wśród nas był żywy. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 30.11. 30.11.10, 10:00 30.11. – Świętego Andrzeja Apostoła Rz 10,9–18 Mt 4,18–22 Czy może nie słyszeli? (Rz 10,18). To pytanie stale pozostaje aktualne w odniesieniu do nas: Czy może nie słyszymy? Pytanie o usłyszenie słowa Chrystusa jest ważniejsze, niż może się nam zdawać. Jest tak, ponieważ wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17). Wiara rodzi się z usłyszanego słowa, i to słowa Chrystusa, a nie jakiegokolwiek innego słowa. Wiara nie jest przekazem samej doktryny i nie wzbudza jej ktoś, kto nawet bardzo rzetelnie przekazuje naukę podawaną przez Kościół, a streszczoną w katechizmie. Obawiam się, że częste rozterki wielu katechetów właśnie na tym polegają. W swoim przekonaniu głoszą prawdziwą wiarę – trzeba w tym miejscu powiedzieć bardziej dokładnie: wykład doktryny wiary – więc uważają, że powinni być przyjęci przez dzieci i młodzież, a ta ich nie chce zupełnie słuchać! Zastanawiają się, dlaczego się tak dzieje, kto jest winny. I szukają bardziej atrakcyjnych metod przekazu, lepszych środków nauczania itd. A problem leży zupełnie gdzie indziej: wiara rodzi się ze słuchania słowa Chrystusa, a nie jakiegokolwiek innego słowa, choćby najwspanialszego. Potrzeba, aby stali się autentycznymi świadkami słowa Chrystusa, które w nich działa, a nie tylko samej doktryny. A co to jest słowo Chrystusa? Kiedy to słowo jest słowem Chrystusa? Czy wtedy, gdy głoszę prawidłową naukę Kościoła, to wówczas głoszę słowo Chrystusa, czy chodzi o coś zupełnie innego? Jak odróżnić słowo Chrystusa od innego słowa? Na początku pierwszego czytania św. Paweł mówi: Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do sprawiedliwości, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia (Rz 10,9n). Cóż łatwiejszego niż wypowiedzieć: „JEZUS JEST PANEM”? Przecież są i pieśni, w których to śpiewamy. Każdy może się dołączyć do chóru i śpiewać z nami. W ten sposób „wyznaje ustami”, a zatem ma zbawienie! Więc o co się jeszcze martwić? Nie ma potrzeby się specjalnie wysilać, wystarczy tak niewiele, aby być zbawionym! Tak, rzeczywiście potrzeba tak niewiele, ale to tak niewiele nie jest tak prymitywne, by się zamykało w zewnętrznej deklaracji. Warto pamiętać o słowach Chrystusa: Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki (Mt 7,24–27). U Chrystusa słuchać słowa oznacza jednocześnie przyjąć je i wypełniać w życiu. Na tym polega wiara, która jest przekonaniem, że Jego słowo jest prawdą: Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego (J 6,68). A to oznacza, że Jego słowo jest dla nas jedyną nadzieją i nie ma innej. Dopóki w naszym życiu szukamy gdzie indziej nadziei, zżerają nas inne pragnienia i rządzą nami lęki z tego świata, to znaczy, że ciągle jeszcze nie uwierzyliśmy Chrystusowi, a tym samym jeszcze nie usłyszeliśmy Jego słowa, bo z Jego słowa rodzi się wiara, Jego słowo jest mocne. Nasz lęk świadczy o tym, że jeszcze nie doświadczyliśmy tej mocy, która daje ochronę przed doczesnym złem, chociaż nie jest żadną zewnętrzną siłą. O to zabiegali w swojej pobożności poganie. Prawdziwa moc wyrasta z ufności, że żaden, kto wierzy w Niego, nie będzie zawstydzony. ... Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony (Rz 10,11.13). Taka ufność rodzi się z doświadczenia prawdziwego przylgnięcia do Pana. Jej początkiem jest proste przyjęcie słowa Chrystusa i pójście za Nim, jak to się stało w przypadku powołania pierwszych uczniów. Trzeba było długiej nauki, wejścia w zażyłą więź z Chrystusem, przejścia przez doświadczenia paschalne, aby zrozumieli, co to w rzeczywistości znaczy. Święty Andrzej, idąc za Panem, sam później na Jego wzór oddał życie za Jego słowo. I to stało się najwyższym wyrazem prawdziwości jego wiary. Usłyszeć słowo Chrystusa jako słowo Chrystusa znaczy po prostu uczynić z niego program własnego życia. Tylko ktoś, kto taką decyzję podjął, może stopniowo sam stawać się świadkiem tego słowa – prawdziwym głosicielem słowa. W przeciwnym razie jego słowo jest puste, nie jest słowem Chrystusa. Usłyszeć słowo Chrystusa oznacza jednak jeszcze coś więcej; oznacza przyjąć Jego samego, bo przecież On sam jest Słowem, oznacza żyć Jego życiem. Do tego nas wprowadza Eucharystia, dzięki której nie tylko słuchamy Jego słowa, ale Nim się karmimy. W Niej jest pełnia tego, o co chodzi w naszym życiu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 śr Adw 01.12.10, 17:24 1. środa Adwentu Iz 25,6–10a; Mt 15,29–37 Pan sam przygotuje ucztę dla wszystkich ludów! To proroctwo, pewnie rewolucyjne za czasów Izajasza, do dzisiaj, po 2000 lat od objawienia Ewangelii, pozostaje dla nas zdumiewające. Bóg sam przygotowuje…! Pan Jezus mówił o tym w przypowieści o wiernym słudze (zob. Łk 12,37). W dzisiejszej Ewangelii wypełnia te słowa, dając tłumom chleb do jedzenia. Był to jeden z wielu znaków, jakie dawał podczas swojego pobytu na ziemi. Jak każdy znak, również i ten wymaga właściwego spojrzenia. Pamiętamy, że po rozmnożeniu chleba ludzie przyszli, aby ogłosić Go królem. On, chcąc tego uniknąć, oddalił się na górę (zob. J 6,15). Właściwie trzeba powiedzieć, że dobra intuicja kierowała tymi ludźmi: zobaczyli w Nim Mesjasza. Jednak wyobrażali sobie Mesjasza po swojemu. Pan Jezus nie mógł ich zamiaru zaakceptować. Jeszcze nie objawiła się cała prawda o Nim i o Ojcu. Czemu zatem służą znaki i cuda, jakich Pan Jezus dokonywał? Niewątpliwie temu, aby można było Go rozpoznać. Jednak, podobnie jak w przypadku rozmnożenia chleba, tak w każdym innym chodzi o rozpoznanie samej osoby, a nie o potwierdzenie naszych wyobrażeń na temat realizacji obietnicy Bożej. Jak to się dokona – pozostaje dla nas tajemnicą. Za czasów Pana Jezusa obietnica posłania Mesjasza i Jego wiecznego panowania zrealizowała się całkowicie inaczej, niż to podpowiadała wyobraźnia nawet najbardziej pobożnych ludzi, do których zaliczał się św. Jan Chrzciciel. Mesjasz prowadzi nas ścieżkami, których nikt nie zna i dlatego nikt nie może wiedzieć, którędy one wiodą. Oczekiwanie Mesjasza wymaga od nas z jednej strony rozpoznania znaków, często subtelnych, co wiąże się z umiejętnością kojarzenia czasem odległych faktów. Dzisiejsza Ewangelia opisuje scenę zaistniałą kilkaset lat po zapowiedzi Izajasza. Analogie pomiędzy samą sceną a zapowiedzią są dosyć wyraźne (góra, cudowne obdarowanie chlebem), ale jednocześnie się nie narzucają. Samemu trzeba je odkryć i w wewnętrznym dialogu z Bogiem rozeznać. Z drugiej strony powinniśmy powściągnąć naszą wyobraźnię, by nie zasłoniła tego, co Bóg chce nam objawić. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody (Iz 25,7). Na naszych oczach zaciągnięty jest całun, który nie pozwala widzieć tego, co jest prawdą. Skutkiem tego są nasze wyobrażenia, kierowane oczekiwaniami. Niestety, sami nie jesteśmy w stanie zerwać tego całunu. Może tego dokonać jedynie Bóg, jeżeli Mu na to pozwolimy. Do tego potrzebne jest całkowite zawierzenie Osobie. Odwagi dodaje nam Ewangelia – dobra nowina o Bogu, który nas umiłował i pragnie dla nas jedynie dobra – i Jego obietnice, które częściowo już zostały zrealizowane. Znaki pozwalają nam to zobaczyć. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Czw Adw 01.12.10, 19:02 1. czwartek Adwentu Iz 26,1–6; Mt 7,21.24–27 Adwent – czas oczekiwania – jest czasem nadziei i przygotowań na przyjście Pana. Jak powinniśmy się przygotować? Na czym przygotowanie polega? Co powinniśmy robić? To są istotne pytania na czas adwentu. Oba czytania podkreślają potrzebę autentycznego słuchania słów Boga i wypełniania ich. Jest to niezmiernie ważna zasada naszej relacji do Boga – zasada sine qua non. Pan Jezus podkreśla jej wagę. Jeżeli ktoś słucha Jego słów i wypełnia je, ten się ostoi, to znaczy będzie miał udział w Jego królestwie. Natomiast jeżeli słucha, lecz nie wypełnia, upadnie ostatecznie. Bez słuchania słów Jezusa i poważnego ich traktowanianie ma przystępu do Jego królestwa. Zazwyczaj gdy wypowiada się takie stwierdzenie, ktoś stawia pytanie: A co z tymi, którzy nie znają Jezusa Chrystusa, bo żyli przed Nim albo urodzili się tam, gdzie nikt nic o Nim nie wie? Podana zasada odnosi się oczywiście do tych, którzy Go słyszeli. Jednak Jezus jest wcielonym Logosem, odwiecznym Bożym Słowem, które oświeca każdego człowieka, gdy przychodzi na świat (zob. J 1,9). Jeżeli uwzględnić ten wymiar, to zasada powyższa odnosi się do każdego człowieka, niezależnie od tego, kiedy i gdzie żyje lub żył. Wewnętrzny Logos jest nam dany, abyśmy umieli rozpoznać prawdę. Pan Jezus wiele razy miał pretensje do Żydów, bo nie potrafili rozpoznać, że przyszedł od Ojca. Pretensje te odnosiły się właśnie do braku słuchania wewnętrznego Logosu, którym przecież był On sam we wcieleniu. Gdyby Żydzi się otwarli prawdziwie na wewnętrzny głos, rozpoznaliby w Nim ten sam głos. Ale nie usłyszeli, bo go zagłuszyli i wynaleźli argumenty, które pozwoliły ten głos stłumić. Na tym polega przewrotność serca, którą Pan Jezus zarzucał swoim oponentom. W każdym z nas istnieje podobny wewnętrzny głos. Niezmiernie ważna jest decyzja o jego przyjęciu. Heidegger pisał: „Chciej mieć sumienie!”. Od przyjęcia lub odrzucenia tego wewnętrznego głosu zależy właściwie wszystko. W tym momencie rozstrzyga się to, na czym budujemy siebie i nasze życie: na głosie sumienia, czyli słowie pochodzącym od Boga, czy na własnych pomysłach. Te ostatnie skończą się wielkim upadkiem, jak to zapowiada Pan Jezus. Jeżeli podjęliśmy tę wewnętrzną decyzję, to w słowach Jezusa jesteśmy w stanie łatwo rozpoznać prawdę. Nasz wewnętrzny Logos potwierdzi słowa, jakie odnajdujemy w Ewangelii. Jeżeli natomiast nie podjęliśmy wewnętrznie takiej decyzji, to bardzo łatwo wpadniemy w spontaniczne pragnienie potwierdzenia własnych pomysłów i wyobrażeń. One zaczną nad nami panować. Najczęściej trudno już dostrzec, że są to nasze własne pomysły, bo wydają się tak oczywiste i naturalne. Trzeba wówczas dużej odwagi i samozaparcia, aby odkryć w sobie to zakłamanie. Trzeba doświadczyć własnego obumarcia, aby wejść na drogę prawdy. W księgach mądrościowych Starego Testamentu mówi się o „bojaźni Bożej” jako początku mądrości. Ona jest wewnętrznym respektem wobec głosu, jaki w nas delikatnie rozbrzmiewa. Bojaźń Boża uświadamia nam, że w naszym życiu chodzi o coś bardzo ważnego, że nie jest ono przypadkowym zestawieniem wydarzeń na kształt kalejdoskopu. Nasze życie jest w istocie głębokim dialogiem z Bogiem, w którym rozstrzyga się sprawa naszego być albo nie być. Póki nie uświadamiamy sobie wagi Jego słów, nie rozumiemy ich znaczenia. Dopiero wewnętrzne odkrycie tej wagi daje nam wgląd w sens zarówno naszego życia, jak i słyszanych słów Bożych. Wtedy też naprawdę rozpoczyna się autentyczne słuchanie i oczekiwanie Pana. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Pt Adw 02.12.10, 21:02 1. piątek Adwentu Iz 29,17–24; Mt 9,27–31 Adwent jest czasem oczekiwania na Boże miłosierdzie, obiecane ostatecznie wszystkim, którzy go potrzebują. Obietnica ta wiąże się z odrzuceniem ciemięzców i ludzi źle czyniących. Pokorni wzmogą swą radość w Panu, i najubożsi rozweselą się w Świętym Izraela, bo nie stanie ciemięzcy, z szydercą koniec będzie, i wycięci będą wszyscy, co za złem gonią: którzy słowem przywodzą drugiego do grzechu, którzy w bramie stawiają sidła na sędziów i odprawiają sprawiedliwego z niczym (Iz 29,19–21). Społeczeństwo całkowicie pozbawione wszelkiego zła i ludzi źle czyniących zawsze było pragnieniem człowieka. Problem polega na tym, że zazwyczaj łatwo nam dostrzec zło u innych, ale u siebie nie potrafimy go zobaczyć. Dlatego wydaje się nam, że trzeba przede wszystkim wytępić innych – czy to będą otaczający nas bezpośrednio sąsiedzi, czy niechętni nam ludzie w pracy, czy obce narody itd.; zasadniczo obcy, a przez to budzący podejrzenia. Gdyby zapytać ludzi, kogo trzeba by usunąć ze świata, żeby można było żyć w pokoju, to pewnie okazałoby się, że nie ma człowieka, który powinien pozostać przy życiu. Sprawa zatem nie jest taka łatwa. Jak wprowadzić królestwo pokoju, z którego trzeba wyplenić wszelkie zło, a jednocześnie pozostawić ludzi przy życiu? Tylko – dokonując w nich samych przemiany wewnętrznej! Trzeba, aby każdy przejrzał, aby stał się mądry i potrafił rozeznać, co jest dobre a co złe; co daje życie, a co je niszczy. W ów dzień głusi usłyszą słowa księgi, a oczy niewidomych, wolne od mroku i od ciemności, będą widzieć … Duchem zbłąkani poznają mądrość, a szemrzący zdobędą pouczenie (Iz 29,18.24). Tylko otwarcie oczu każdego człowieka na prawdziwe życie może doprowadzić do zmiany wzajemnych relacji i odnowy całego społeczeństwa. Niestety, nie jest to takie łatwe. Przede wszystkim nowe spojrzenie powinno nas uwolnić od porównywania się z innymi i wynikającej stąd chęci wywyższenia się, zawiści itd. Nie jest to łatwe, pragnienie bycia ważnym jest w nas niezmiernie mocne. W dzisiejszej Ewangelii mamy do czynienia z uzdrowieniem dwóch niewidomych. Właściwie chodzi pewnie o jednego człowieka, ale Mateusz ma upodobanie do podwajania liczby i bardzo często tam, gdzie inni synoptycy mówią o jednym, on mówi o dwóch. Niezależnie od tego czy chodzi o jednego, czy o dwóch ludzi po uzdrowieniu, Pan Jezus poleca: Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie! (Mt 9,30). Innymi słowy: jest to znak dla was samych, nie rozpowiadajcie o nim. Dlaczego? Dlatego, aby przez rozpowiadanie nie wpaść w pułapkę „targowiska”, które zasadza się na nieustannym handlowaniu i porównywaniu się z innymi. Powściągnięcie chęci zaimponowania innym jest warunkiem odkrycia wewnętrznej prawdy o życiu, które jest darem dla mnie tak głębokim i cennym, że żadne uznanie u ludzi nie jest w stanie podnieść jego wartości. Natomiast gdy się tę wartość odkryje i spotka człowieka, który także ją odkrył, wzajemna relacja staje się całkowicie wolna od wszelkiego porównania. Staje się więzią wspólnego zachwytu nad wspaniałością Boga. Po prostu wspólnym uwielbieniem Boga w radości życia. Tylko odkrycie nieocenionego daru, większego od czegokolwiek, daje wolność od jakiegokolwiek zła. Przejrzenie wewnętrzne jest kluczem do nowego życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Sob Adw 04.12.10, 18:27 1. sobota Adwentu Iz 30,19–21.23–26; Mt 9,35–10,1.5.6–8 Rychło Bóg okaże ci łaskę na głos twojej prośby. Ledwie usłyszy, odpowie ci (Iz 30,19). Księga Izajasza to ewangelia Starego Testamentu. Izajasz jest prorokiem bliskości Boga, Boga niejako wychylonego ku człowiekowi, dlatego czytamy tę księgę w Adwencie, czasie oczekiwania na przyjście Pana. Okazuje się jednak, że Bóg czeka na gest ze strony człowieka. Adwent to czas, w którym Bóg oczekuje na nawrócenie człowieka, na jego pełne zwrócenie się do swego Boga: Ledwie usłyszy, odpowie (Iz 30,19), ale wyczekuje naszego głosu! Gdzie żyjemy, czym żyjemy? Zazwyczaj widzimy Boga jako mocarza. Dlatego prosimy Go o pomyślność na świecie. Ale tu na świecie Jego łaskawość, tak jak ją rozumiemy, czyli jako pomyślność, jest gestem możnowładcy. Natomiast u Izajasza Bóg jest bliski – Nauczyciel, Przewodnik, Ojciec i Matka w domu – opatruje rany, jest dawcą pokoju … Choćby ci dał Pan chleb ucisku i wodę utrapienia, twój Nauczyciel już nie odstąpi, ale oczy twoje patrzeć będą na twego Mistrza. Twoje uszy usłyszą słowa rozlegające się za tobą: To jest droga, idźcie nią!, gdybyś zboczył na prawo lub na lewo (Iz 30,20n). Bóg przede wszystkim prowadzi. Szczególnie doświadczamy tego w czasach ucisku i utrapienia, czyli w momencie, gdy się nam nie powodzi dobrze. Wszelkie Jego gesty są znakami miłości. Najważniejsze jest to, byśmy zobaczyli Go i usłyszeli Jego głos. Właśnie widzenie jest rozstrzygające. Co widzimy: przygnębienie, wielość ludzkiej nieprawości... czy Boga w Jego łaskawości? Nie widzimy jej? To – czy dobrze patrzymy? Jakie są kryteria naszego patrzenia i oceniania? Izajasz widział wiele zła dziejącego się za jego czasów. Bardzo mocno je krytykował, wygłaszał mocne mowy prorockie przeciw niemu, ale zasadniczo jego księga jest dobrą nowiną o Bogu, który przychodzi, aby wyzwalać, aby dawać życie. I w taki sposób objawia się Bóg Wcielony, Jezus z Nazaretu. Przychodzi jako Ten, który uzdrawia, otwiera oczy ociemniałym, głosi dobrą nowinę. W Ewangelii Chrystus wysyła uczniów z misją: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! (Mt 10,7n). Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Darmo to znaczy z miłości, nie za coś, ale z wolnego gestu miłości. Dopiero gdy tak na to spojrzymy, otwiera się i nasze serce na inny sposób patrzenia – pozwalający przyjąć podobną postawę wobec drugiego. Zaskakuje nas fakt, że Pan Jezus, a przez Niego sam Ojciec, potrzebuje ludzi do głoszenia ewangelii. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo (Mt 9,37n). Dlaczego? Czyż nie mógłby tego zrobić sam? Czy nie mogłoby być tak – jak wydaje się sugerować księga Izajasza – że On sam działa, a każdy człowiek otwiera się na Niego? Wydaje się, że do istoty królestwa Bożego, jakie mieli głosić uczniowie, należy świadectwo i wspólnota. Właśnie w ten sposób królestwo się rozszerza. To jest droga, droga doświadczenia, konkretnego praktykowania wzajemnej miłości. O tym że taki jest zamysł Pana Jezusa, świadczy Jego arcykapłańska modlitwa z 17. rozdziału Ewangelii według św. Jana. Modli się w niej: Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował, tak jak Mnie umiłowałeś (J 17,23). Dlatego też posyła ich po dwóch, bo ta najmniejsza wspólnota może prawdziwie być świadkiem miłości. Dopiero doświadczana miłość pozwala zmienić sposób patrzenia, pozwala zobaczyć prawdziwą obecność Boga w naszym życiu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Nd Adw A 05.12.10, 16:58 2. Niedziela Adwentu A Iz 11,1–10 Rz 15,4–9 Mt 3,1–12 Siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone (Mt 3,10). Słowa św. Jana Chrzciciela, wskazujące na koniec czasu, brzmią groźnie. Kojarzą się z przypowieścią o ogrodniku i drzewie, które nie owocuje – z Ewangelii według św. Łukasza (zob. Łk 13,6–9), a jeszcze bardziej z obrazem Jezusa jako winnego krzewu i z naszym zakorzenieniem w Nim jako latorośli – z Ewangelii według św. Jana (zob. J 15,5n). Słowa św. Jana Chrzciciela z dzisiejszej Ewangelii: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie (Mt 3,2). Padają one w kontekście wypełniania się słów proroka Izajasza: Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło (Mt 4,16). Przypominają one bardzo pierwsze słowa Pana Jezusa z Ewangelii św. Marka: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk 1,15). W tej formie zawierają one pełną syntezę: wzywają do nawrócenia wobec bliskości królestwa Bożego, które jest radością i nadzieją. W ustach Pana Jezusa posiadają charakter ewangelijny, czyli niosą dobrą, radosną nowinę, dają perspektywę nadziei na pełnię życia. Natomiast w ustach św. Jana Chrzciciela mają one charakter groźny i ostrzegawczy, wskazując na grożącą karę. Podobnie jest w odniesieniu do obrazu drzewa i jego wycięcia. Wymóg dobrego owocu pojawia się zarówno u św. Jana, jak i u Pana Jezusa, ale samo wymaganie bez wskazania źródła siły do jego wypełnienia staje się ciężarem nie do udźwignięcia i tym samym groźnym ostrzeżeniem. Pan Jezus w przypowieści z Łk 13 wskazuje na miłosierną cierpliwość Boga i ogromną nadzieję ogrodnika (tj. samego Mesjasza). Do owocowania nie można zmusić. Krzew jedynie przez proces kwitnięcia i dojrzewanie wydaje owoc. Kwitnięcie jest krótkie, dojrzewanie najdłuższe, owocowanie to finał. Najważniejsze w naszym życiu jest dojrzewanie, co oznacza, że nie wszystko jest nam dane od razu. Sami z siebie nie potrafimy żyć prawdziwie dobrze i sami z siebie nie damy dobrych owoców. Trzeba przejść długi proces uczenia się dobra, co dokonuje się przez otwarcie się na przyjmowania dobra od Boga jako jego źródła. Dopiero gdy sami umiemy przyjmować, możemy je dawać innym. Tylko wówczas nasze czyny przyniosą dobry owoc. Dojrzewanie wymaga cierpliwości w oczekiwaniu, jednak nie w stagnacji, ale nieustannym wysiłku czerpania z Bożego źródła. Wszystko to napędzane jest nadzieją zaszczepioną w naszym sercu. Właśnie nadzieja wydaje się stanowić zasadniczą różnicę tonacji w nauczaniu św. Jana i Pana Jezusa. Do takiej cierpliwości względem siebie nawzajem, cierpliwości opartej na głębokiej nadziei, wzywa nas dzisiaj św. Paweł w drugim czytaniu z Listu do Rzymian: To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję. A Bóg, który daje cierpliwość i pociechę, niech sprawi, abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie i zgodnie jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego Jezusa Chrystusa. Dlatego przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was ku chwale Boga (Rz 15,4–7). Samo królestwo Boże jest naszą wielką nadzieją i jednocześnie przejawem ogromnej miłości Boga, co zapowiada w swojej idealnej proroczej wizji Izajasz. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana na kształt wód, które przepełniają morze. Owego dnia to się stanie: Korzeń Jessego stać będzie na znak dla narodów. Do niego ludy przyjdą z modlitwą, i sławne będzie miejsce jego spoczynku (Iz 11,9n). Izajasz od razu wskazał źródło tej przemiany. Jest nim „Korzeń Jessego”, czyli potomek Dawida. Pan Jezus w J 15 wskazuje wyraźnie źródło siły do przemiany i możliwość dobrego owocowania: Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5). Święty Jan Chrzciciel zdaje sobie sprawę z różnicy pomiędzy jego nauczaniem a nauczaniem Tego, który po nim przyjdzie: Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem (Mt 3,11). Właśnie Duch Święty jest mocą naszej wewnętrznej przemiany i owocowania. On całkowicie zmienia perspektywę – z tej, jaką widzimy u św. Jana, na tę, którą ukazuje Pan Jezus. Co jest niemożliwe u ludzi i powoduje ich zasmucenie, jest możliwe u Boga i niesie ze sobą radość nadziei. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Pn Adw 06.12.10, 09:08 2 poniedziałek Adwentu Iz 35,1–10 Łk 5,17–26 Adwent przypomina, że nasze życie jest oczekiwaniem. Nie jest ono jeszcze pełnią życia, ale szkołą życia. Jako chrześcijanie jesteśmy uczniami w tej szkole. Święty Benedykt doskonale zrozumiał tę prawdę i z tej prawdy uczynił zasadniczą postawę w życiu. Uznał, że zasadniczym naszym zadaniem jest szukanie Boga i nauka życia. Dla niego mnich jest człowiekiem adwentowym, całkowicie nastawionym na przychodzącego Pana, a Klasztor – szkoła służby Pańskiej – jest wspólnotą aktywnego oczekiwania, skupioną na przygotowywaniu się na przyjście Pana. Ta myśl odnosi się jednak nie tylko do mnichów, ale do każdego ucznia Chrystusa, który gdziekolwiek jest, powinien traktować swoje życie jako szkołę i nieustannie się uczyć życia. Jak się okazuje, największym wrogiem naszego otwarcia się na przychodzącego Pana są nasze oczekiwania. Zbytnio bowiem łączymy oczekiwanie z wyobrażeniami, jakie w sobie nosimy na temat tego, czego oczekujemy. Tak było za czasów Pana Jezusa. Pobożni Żydzi, którzy bardzo intensywnie oczekiwali na mesjasza, nie potrafili Go przyjąć, gdy się pojawił. I zawsze tak jest, gdyż Bóg, przychodząc, całkowicie zaskakuje, bo daje więcej niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, daje na swoją miarę, a nie według naszego wyobrażenia. W scenie z dzisiejszej Ewangelii następuje konfrontacja ludzkich oczekiwań z Bogiem, który przyszedł. Żydzi pytali się: Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? (Łk 5,21). Oczywiście nikt. Dlatego Pan Jezus daje im znak: słowo, które staje się rzeczywistością. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj (Łk 5,26). Z dalszej lektury Ewangelii wiemy, że to zdumienie nie doprowadziło świadków do pełni wiary. Zdumienie minęło, a wewnętrzne wyobrażenie mesjasza pozostało niewzruszone. Dlatego później odrzucili Jezusa, bo czekali na innego. Święty Paweł powiedział później o Żydach, że odrzucili Pana Jezusa, bo czekali na znaki. A przecież znaki były im dawane. Jezus wielu przywracał wzrok, słuch, uzdrawiał chromych i sparaliżowanych, a nawet wskrzeszał. Takie znaki zapowiedział prorok Izajasz z pierwszego dzisiejszego czytania: Oto wasz Bóg … On sam przychodzi, by zbawić was. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie (Iz 35,4–6). Żydom przeszkadzało jednak ich własne wyobrażenie o mesjaszu. Nie byli w stanie uwierzyć, że słowa Izajasza mogą się dosłownie wypełnić. Niestety, nam również grozi takie samo niebezpieczeństwo. Oczekując na Pana, musimy być otwarci na takie znaki, jakie otrzymujemy i aby nie zignorować Jego obecności wśród nas, nie możemy wiązać się z naszą wyobraźnią, lecz z konsekwentnym rozpoznawaniem tych znaków często ukrytym w szarości naszego życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 1 Wt Adw 07.12.10, 10:21 Od: "Włodzimierz Zatorski OSB" <wlodzimierz@tyniec.com.pl> Do: <homilie@googlegroups.com> Temat: Homilia 2 Wt Adw Data: 6 grudnia 2010 18:28 2. wtorek Adwentu Iz 40,1-11 Mt 18,12-14 Oczekiwanie adwentowe jest pełne radości. Jest ono oczekiwaniem na wyzwolenie, które zostało już zapowiedziane, które już jest tuż-tuż. Powodem tej radości jest ewangelia - dobra nowina, której podstawą jest orędzie o miłosiernym zamyśle Boga wobec Jego ludu. W Ewangelii Pan Jezus powiedział wyraźnie: nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych (Mt 18,14). Nie dosyć na tym, Bóg nie tylko nie chce, aby zginęło jakiekolwiek jagnię ze stada, ale powracającego grzesznika wita z ogromną radością. Bożą wolę obrazuje dobry pasterz, który szuka zagubionej owcy. Biblijny obraz jest pierwowzorem późniejszych wyobrażeń ilustrujących Boże miłosierdzie. Ten ewangeliczny obraz ma swoje źródło u Izajasza: Oto wasz Bóg! Oto Pan Bóg przychodzi z mocą i ramię Jego dzierży władzę. ... Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie (Iz 40,10n). Nie jest to jedynie idylliczny, naiwny obraz. Nasza wiara nie jest naiwnością. Obraz ten ukazuje rzecz niezmiernie istotną: Bóg jest nie tylko miłosierny, ale jednocześnie mocny, jest kimś, na Kim można się bezpiecznie oprzeć. W porównaniu z Nim ludzie i całe narody są jak trawa, która szybko więdnie. Jedyne, co pozostaje, to słowo, obietnica Pana, której można się bezpiecznie trzymać. Moc i miłosierdzie Przychodzącego dopiero razem stają się podstawą naszej nadziei i radości. Można powiedzieć więcej: Bóg jest miłosierny dlatego, że jest prawdziwie mocny. Mówi o tym mędrzec Starego Testamentu: Tyś sprawiedliwy i rządzisz wszystkim sprawiedliwie: skazać kogoś, kto nie zasłużył na karę, uważasz za niegodne Twojej potęgi. Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz (Mdr 12,15-18). Tylko prawdziwie Mocny może być miłosierny bez granic. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 8.12 07.12.10, 22:24 8.12. – Niepokalanego Poczęcia NMP Rdz 3,9–15 Ef 1,3–6.11–12 Łk 1,26–38 Gdzie jesteś Adamie? Pytanie Boga, postawione Adamowi po jego upadku, nieustannie rozbrzmiewa w sercu każdego z nas od tego czasu. Jest ono głosem sumienia. Gdzie jesteś? Kim się stałeś, buntując się przeciw mnie? Dalszy opis sceny z Księgi Rodzaju oddaje stan człowieka po upadku. Adam schował się w krzakach, nie chciał, aby go Bóg zobaczył. To charakterystyczna obrona przed zbliżającymi się wyrzutami sumienia. Ucieczka w chaos, zabieganie, zajęcia, pracę... byle nie słyszeć wewnętrznego wołania: Gdzie jesteś? Przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się... Któż ci powiedział, że jesteś nagi? (Rdz 3,10n). Człowiek, pragnąc uciec od głosu sumienia, wykazuje, że przecież go słyszy, bo skąd by wiedział, że trzeba uciekać? Kto ci powiedział? Twoje własne sumienie. A zatem je masz! Ono jednak działa w tobie! Wiesz, co jest dobre, a co złe. Dlaczego nie postępujesz według tego rozeznania? Co zrobiłeś? Może zjadłeś...? – Typową odpowiedzią na pytania sumienia jest obrona siebie i przerzucenie winy na innych: „to nie ja, to ona”. Jakże często staramy się ukryć za winą drugiego! Niewątpliwie Ewa była winna, bo zerwała jabłko i podała Adamowi. Ale przecież on sam wziął je i zjadł. Jego wina jest jego winą, a wina Ewa jest jej winą. Moja wina oddala mnie od Boga i dzieje się tak niezależnie od winy drugiego. Jego wina mnie nie usprawiedliwia, nie pomaga usunąć mojej winy. Każdy z nas musi osobiście stanąć przed Bogiem z własną winą i za nią odpowiedzieć. Niezmiernie ważne jest, byśmy sobie zdali sprawę z tego, że to w nas istnieje skłonność do grzeszenia i chęć ucieczki od winy, że mamy w sobie przewrotną tendencję do przerzucania winy na drugiego. Tacy jesteśmy, taki ja jestem! Dopiero wtedy, gdy to zobaczymy, będziemy mogli zrozumieć wspaniałość tajemnicy niepokalanego poczęcia NMP i jej bezgrzeszność. Zauważmy: Maryja reaguje zupełnie inaczej niż większość ludzi. Na pozdrowienie anielskie, głoszące słowa pochwały: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami (Łk 1,28), nie wpada w egzaltację ani też nie stara się fałszywie udawać skromnej, ale w prostocie zastanawia się, co miałoby znaczyć to pozdrowienie (Łk 1,29). Nie ucieka, ale spokojnie zastanawia się nad sensem usłyszanych słów. Na końcu na Boże wezwanie odpowiada: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa (Łk 1,38). Odpowiedź ta będzie od tego momentu powtarzana przez Nią przez całe życie. Na pytanie: „Gdzie jesteś?” Odpowiada: „Oto stoję przed Tobą jako służebnica”. W spokojnej otwartości staje przed Bogiem, powierzając mu siebie. Tylko taka postawa pozwala nam się powierzyć Bogu i stopniowo odkrywać Jego zamysł względem nas. Trzeba sobie uświadomić, że na pytanie: „Gdzie jesteś?” nie możemy odpowiedzieć w pełni. Sami nie wiemy, gdzie jesteśmy i kim naprawdę jesteśmy. Sami dla siebie jesteśmy misterium i trzeba, aby ktoś nam powiedział, kim naprawdę jesteśmy i gdzie jesteśmy. Możemy jedynie stanąć wobec misterium Tego, który Jest, powierzając się Mu całkowicie, prosząc, by On sam objawił, kim naprawdę jesteśmy. Dlatego najprawdziwszą odpowiedzią człowieka na Boże wezwanie są słowa Maryi: Oto służebnica Pańska. Trzeba było św. Pawła, znawcy Pisma Świętego i człowieka żyjącego pełnią wiary, aby przez objawienie się Boga w Synu, który stał się Człowiekiem, odkryć misterium naszego życia w Bożym spojrzeniu: Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem (Ef 1,3n) Gdzie jestem? Kim jestem? Jestem kimś, kogo „przed założeniem świata” wybrał Bóg! Jestem przez Niego wezwany w miłości do udziału w Jego życiu, napełniony wszelkim błogosławieństwem duchowym „na wyżynach niebieskich”, nie na ziemi, ale na wyżynach niebieskich w Chrystusie Jezusie. Jedynie otwarte stawanie przed Bogiem w postawie gotowości pozwala odkryć prawdę o tym, kim jesteśmy i gdzie jest nasze prawdziwe miejsce przebywania. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Czw Adw 08.12.10, 19:15 2. czwartek Adwentu Iz 41,13–20 Mt 11,11–15 Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on (Mt 11,11). W tym zestawieniu nie chodzi o porównywanie, swoisty ranking wielkości duchowej. Chodzi o wyrażenie całkowitej inności królestwa niebieskiego w stosunku do świata naturalnego, który znamy. Jan Chrzciciel, którego Pan Jezus uważa za największego ze „zrodzonych z niewiasty”, nie dorasta do najmniejszego ze zrodzonych „z wody i Ducha”, jak to Pan Jezus określa w rozmowie z Nikodemem. Życie ziemskie, nawet w najszlachetniejszym swoim wymiarze, jest niczym wobec tego, jakie otrzymujemy od Ojca. Można tę prawdę wyrazić słowami św. Pawła: to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9). Wydaje się, że w tym duchu trzeba odczytać pierwsze czytanie z proroka Izajasza o przemianie „ziemi pustynnej w pojezierze” i „wyschłej ziemi na wodotryski”. To, czego doświadczamy tutaj, jest pustynią w porównaniu z oazą życia, jaką przygotowuje nam Pan. Naszego myślenia o życiu wiecznym nie można sprowadzić do wieczności życia w szczęśliwości takiej, jak możemy sobie wyobrazić. Jeżeli się dobrze zastanowimy, to każda wieczność życia, nawet w najdoskonalszym ziemskim kształcie, byłaby w istocie piekłem. Warto sobie z tego dobrze zdać sprawę! Życie wieczne przede wszystkim jest inne, całkowicie nowe, którego istoty nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Obrazy z proroka Izajasza jedynie starają się nam tę prawdę symbolicznie przedstawić. Jednak naszą wyobraźnią nie możemy jej sięgnąć i dlatego nie należy nawet o to się starać. Ważna jest wiara w to, że nowe życie daje nam sam Bóg, więc trzeba Mu zawierzyć i poddać się Jego przemieniającej mocy. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Pt Adw 09.12.10, 22:44 2. piątek Adwentu Iz 48,17–19 Mt 11,16–19 O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka … (Iz 48,18). To słowa, które w Księdze Izajasza Bóg wypowiedział do Izraela pod koniec niewoli babilońskiej ok. 550 r. p.n.e. Było to w czasie niezmiernie ważnym w dziejach wiary Izraela. Wcześniej naród mający swego Boga i świątynię, osiadły od wieków w Kanaanie, rzadko już wspominał historię wyjścia z Egiptu i Boże prowadzenie przez pustynię. Okres niewoli przyniósł nowe doświadczenie. Rozsypał się cały porządek, upadło państwo, Izraelici poszli do niewoli. Jednak najgorsze dla nich było to, że upadła i zrujnowana została nie tylko Jerozolimy, ale i świątynia. W tym czasie oznaczało to klęskę samego Boga. Wśród okolicznych narodów Jahwe okazał się słabszy od bogów babilońskich. To był największy cios dla wiary Izraela. Ale właśnie to w tym okresie dokonało się odrodzenie religijne. Nastąpiło pogłębienie wiary. W tym czasie zredagowano ostatecznie Pięcioksiąg (Tora) i inne księgi Starego Testamentu, powstały księgi prorockie na czele z Księgą Deutero-Izajasza, zredagowano Księgę Psalmów będącą odtąd modlitewnikiem Izraela! Co jest istotne w wierze Izraela? Izajasz uczył, że Bóg jest jeden jedyny i nie ma innego, że nie mieszka On w żadnej świątyni. Że jest On Bogiem całej ziemi, wszystko przenika i jest Bogiem wszystkich ludzi. To, co jednak najważniejsze, to prawda, że jest On Bogiem żywej więzi. Księga Pieśń nad Pieśniami, która wyrosła z tego odkrycia, opiewa intymną więź Boga z człowiekiem, więź miłości na wzór miłości oblubieńczej. Takiej więzi Bóg oczekuje. W Księdze Izajasza czytamy: Tak mówi Pan, twój Odkupiciel Święty Izraela. Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię o tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. (Iz 48,17). Przemawia do nas nasz Bóg zatroskany o nas, starający się nam pomóc, zwracający się do nas bezpośrednio. Przemawia do nas z głębi osobowej więzi. Nie jest On jakimś bogiem, ale naszym. Święty oznacza to, co najważniejsze, najbliższe, źródło naszej tożsamości. O gdybyś zważał na me przykazania … (Iz 48,18). Ten żal Boga świadczy o Jego bliskości i zażyłości z nami. Jemu zależy na nas, na naszym dobru; Jemu – Świętemu Izraela (naszemu Świętemu). O gdybyś zważał … – ty gdybyś zważał. To bezpośrednie zwrócenie się do Izraela odnosi się do każdego z nas. To osobiste wezwanie to apel do naszego „ja”. Właściwą odpowiedzią jest: „Oto ja”. Tego jednak najczęściej nie robimy i dlatego wobec Jego żalu trzeba by powiedzieć: „Wybacz, Panie, moje otępienie. Oto jestem głuchy, ciągle nie umiem usłyszeć i zobaczyć, choć Twój głos nieustannie mnie wzywa, choć wiem, że do mnie przemawiasz”. Zasadniczy rozstrzygający moment naszego spotkania z Bogiem zależy od tego, czy otworzymy się na głos Boga, który przemawia, usłyszymy go i na niego odpowiemy: Oto ja, poślij mnie (Iz 6,8) albo: Mów Panie, bo sługa twój słucha (1 Sm 3,10). W tym kontekście trzeba widzieć żal Chrystusa: Z kim mam porównać to pokolenie? …podobne do dzieci … Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście, biadaliśmy, a wyście nie zawodzili! (Mt 11,16n). Pan Jezus ma pretensję do Izraelitów, mimo że po ludzku bardzo trudno było im uwierzyć, że On właśnie jest Tym, na kogo czekali. Nawet św. Jan Chrzciciel, który bezpośrednio na Niego wskazał, z więzienia pytał Go: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11,3). A cóż powiedzieć o innych Żydach? Chrystus tak radykalnie wyrastał ponad oczekiwania Izraela, że było to rzeczywiście bardzo trudne do uwierzenia. Do dzisiaj jest nam trudno uwierzyć w to, że On jest tym oczekiwanym Zbawicielem, po tylu latach teologicznej refleksji. Czy ja wierzę, że w Nim, w Jezusie Chrystusie przyszedł sam Wszechmogący, Nieskończony, Niepojęty Bóg, Źródło wszystkiego? W Nim, który potem dał się ukrzyżować! A światem nadal rządzi pieniądz, żądza władzy, siła … Bóg jednak zawsze przychodzi inaczej, niż byśmy sobie to wyobrażali, zawsze zaskakuje. Kto nazbyt przywiązał się do wyobrażenia o tym, jak Bóg ma przychodzić, nie zobaczy Go w swoim życiu. On jest pokorny, nie chce się narzucać, nie zmusza, nie pragnie nas oczarować siłą swojej wspaniałości, ale przez gest pokornej miłości stara się pociągnąć nas do swojego serca. Stąd Jego „słabość”, która do dzisiaj budzi nasze wątpliwości. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Sob Adw 10.12.10, 21:50 2. sobota Adwentu Syr 48,1–4.9–11 Mt 17,10–13 Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim, jak chcieli (Mt 17,12). Niezmiernie ważną sprawą jest umieć rozpoznać prawdziwą wielkość. Pan Jezus powiedział, że między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela (Mt 11,11). Jan Chrzciciel był wielkim człowiekiem, a przecież nie został uznany za takiego przez cały naród. Biblijny mędrzec Syracydes zapowiedział przyjście Eliasza, posłanego, by zwrócić serce ojca do syna, i pokolenia Jakuba odnowić (Syr 48,10). Jednak w wymiarze społecznym do tego nie doszło! Jan ostatecznie został zabity przez złość Herodiady, konkubiny króla, a wydany na śmierć przez kaprys młodej dziewczyny! To jakaś farsa! Ale potem podobnie stanie się z Synem Człowieczym, zostanie skazany na haniebną śmierć razem z łotrami, wcale nie odnawiając całego Izraela, nie porywając go za sobą! Okazuje się, że Bóg nie przez spektakularne wydarzenia „zwraca serca ojców ku synom”, ale przez świadectwo, które jest dostrzegalne dla tych, którzy go szukają. Nad słowem Bożym trzeba się pochylić, tak jak potem trzeba było się pochylić nad żłobkiem, aby zachwycić się wielkim obdarowaniem przez Boga. Z historii Eliasza znamy wielkie, spektakularne, cudowne wydarzenie ofiary na Górze Karmel. Triumf Proroka trwał jednak bardzo krótko. Właściwie zaraz po tym, w poczuciu klęski, musiał on uciekać poza granice Izraela. Na Horebie Eliasz zrozumiał, że Bóg nie objawia się w potędze, wielkich grzmotach, przerażającym trzęsieniu ziemi, ale w „szmerze łagodnego powiewu” (zob. 1 Krl 19,12). Żydzi żądali od Jezusa znaku, pewnie chcieli cudownego objawienia Jego mocy w społecznym działaniu. Jednak takiego znaku im nie dał i nie chciał dać. Wiara wymaga pokornej wnikliwości w rozeznawaniu prawdziwej wielkości i dobra. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 3 Nd Adw A 12.12.10, 14:56 3. Niedziela Adwentu A Iz 35,1–6a.10 Jk 5,7–10 Mt 11,2–11 Coście wyszli oglądać? – pyta Pan. Czego oczekujecie? Czego się spodziewacie? Każdy z nas żyje oczekiwaniem na coś. Na coś liczy. Czym jest to, na co liczę, na co mam nadzieję? To pytanie jest bardzo ważne, bo każdy z nas w pewnym sensie jest tym, czym żyje. Pan Jezus mówi: Gdzie skarb twój, tam będzie i twoje serce (Mt 6,21). I tak człowiek jest tu i teraz, ale czeka i żyje tym, co nastąpi, żyje wychylony w przyszłość. Brak nadziei prowadzi do rozpaczy, a rozpacz to właściwie śmierć. Jeżeli bowiem nic nie ma sensu, to całe życie nie ma sensu, a to znaczy – trzeba skończyć z życiem. Warto pamiętać, że odebranie człowiekowi nadziei jest najważniejszym celem szatana. Wszyscy żyjemy jakąś nadzieją i wartość naszego życia zależy od nadziei, jaką żyjemy. Jaka jest nasza nadzieja? Na co liczymy? W Biblii czytamy dzisiaj: Trwajcie cierpliwie, bracia, aż przyjdzie Pan (Jk 5,7), a u proroka Izajasza: Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg. … On sam przychodzi, aby was zbawić (Iz 35,4). Nadzieja chrześcijańska jest nadzieją na przyjście Pana! Bardzo ważne dla nas jest uświadomienie sobie, że Pan przyjdzie! Na to zwraca nam uwagę Adwent, pierwszy okres roku kościelnego. Nasza wiara z natury swojej jest adwentowa, tzn. jest oczekiwaniem na przyjście Pana. Wobec tego nie możemy żyć tak, jak gdyby najważniejsze było to, co zyskamy tutaj, na ziemi. Wydaje się jednak, że wielu z nas właśnie tak żyje. Trzeba jednak wiedzieć, że On już jest między nami! To jest następna prawda, o której powinniśmy tym bardziej pamiętać. Jest to obecność w wymiarze misteryjnym, tajemniczym. Przyjdzie natomiast objąć władzę nad światem we wszystkich wymiarach. Dlatego czekamy z utęsknieniem, aż przyjdzie – jeszcze bowiem nie panuje w całej pełni. Ta sytuacja staje się często powodem wielu ludzkich pretensji i żalów do Boga: „Czemu świat jest taki okrutny, czemu Pan Bóg nie zniszczy zła…?!”. U proroka Izajasza czytamy dzisiaj: On nasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata, On sam przychodzi, aby was zbawić. I dalej: Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą (Iz 35,4n). To, co stanowi powód pretensji ludzi do Pana Boga, jest przez Niego zauważone i stanowi część programu uzdrowienia świata. Dlaczego jednak jeszcze nie jest uleczone? Bo to wymaga przemiany całego świata. I tego właśnie oczekujemy. Przyjście Pana oznacza nadejście nowej rzeczywistości zupełnie nam nieznanej. Częsty błąd naszego myślenia polega na tym, że swoją nadzieję kształtujemy na podstawie wyobrażeń wyrastających z naszych ambicji, na miarę doczesnego doświadczenia, na wzorach branych z tego świata. Pragniemy w istocie raju na ziemi. Jednak próby wprowadzenia w życie takich wizji prowadziły zawsze do tragedii. W Biblii modelem tych dążeń jest wieża Babel. Historia się jednak powtarza w różnych formach. W naszej najnowszej historii taką próbą był komunizm, którego skutki stale jeszcze odczuwamy na sobie. Był on próbą stworzenia raju na ziemi, a w efekcie przyniósł wręcz niewyobrażalne tragedie. Pismo Święte daje nam zupełnie inną perspektywę. To nie my stworzymy przez swoją genialność raj na ziemi, ale Pan przyjdzie i On nas uleczy, bo wszyscy jesteśmy zranieni, wszyscy jesteśmy napiętnowani grzechem i dlatego nie stać nas na samodzielne zbudowanie trwałej szczęśliwości. Mimo to stale próbujemy to robić, budując idealny model. Sprawiedliwości społecznej jednak nie da się zrealizować inaczej, jak przez uzdrowienie serca każdego człowieka. Nie da się tego dokonać z zewnątrz, na siłę, bo każdy człowiek jest wolny. Jedynie Bóg jest dobry i jedynie On może dać nam prawdziwe dobro. Nasze wyobrażenia o dobru mogą być złudne. Spójrzmy na postać św. Jana Chrzciciela. Jest on głosem wołającego na pustyni prorokującym o Mesjaszu: Siekiera przyłożona do korzenia drzewa… Mesjasz jawi mu się jako z jednej strony jako potężny Sędzia, Władca, który zaprowadza porządek na ziemi, ukarze złych i nagrodzi dobrych. Takie orędzie i konsekwencja w głoszeniu słowa od Boga spowodowały, że został uwięziony przez bezbożnego Heroda. Dobro zostało poniżone i zgnębione. Prorok potraktowany jak przestępca! To była jawna niesprawiedliwość. A oczekiwany Mesjasz, wskazany przez Jana, nie podjął się zapowiadanego sądu! Dlatego Jan z więzienia pytał: Czy ty jesteś Tym…? Pan Jezus nie mówi, że jest Nim czy też, że Nim nie jest. Odpowiada: Idźcie i oznajmijcie, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni (Mt 11,4n). Pan Jezus wskazał św. Janowi Chrzcicielowi na swoje działanie, zestawiając je z tekstem Izajasza z dzisiejszego pierwszego czytania. W swoim nauczaniu mówił: po owocach poznacie. Jan powinien poznać prawdę po owocach, a nie liczyć na spełnienie swoich wyobrażeń i oczekiwań! Przyszedł Ten zapowiadany przez proroków, ale nie tak, jak Jan Chrzciciel sobie wyobrażał. Przyszedł jako Baranek, a nie jako Sędzia i podobnie jak Jan dozna skrajnej niesprawiedliwości. I dzisiaj także przychodzi do każdego z nas z wielką delikatnością nie po to, by wymierzyć sprawiedliwość według naszego wyobrażenia o niej, ale aby zaapelować do serca każdego z nas. Pan Jezus przyszedł, aby oznajmić pełną prawdę o Bogu, ukazać ogrom Jego miłości do nas. Dlatego nie przyszedł jako sędzia. Nie przyszedłem, aby sądzić (J 12,47) powiedział nieco później do uczniów. Wielkość św. Jana Chrzciciela polega na tym, że umiał przyjąć Pana Jezusa takim, jaki był, choć nie całkiem zgadzało się to, co obserwował, z jego prorocką wizją. Święty Jan Chrzciciel pozostał otwarty, stojąc przed prawdą, która go przerastała. Podobną postawę spotykamy u Matki Bożej. W scenie zwiastowania otrzymała orędzie o narodzeniu się z Niej Syna Bożego, który miał przyjść objąć tron Dawida, by panować nad domem Jakuba na wieki. Orędzie miało królewski koloryt. Jednak to, co się później działo, przeczyło wszelkim wyobrażeniom, jakie mógł człowiek mieć w oparciu o tę zapowiedź. Maria jednak do końca zachowała ufność, choć to, co się działo, całkowicie Ją przerastało. Dopiero po Zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego okazało się, jak słowa anioła prawdziwie się wypełniły, ale w sensie o wiele głębszym, niewyobrażalnym dla naszej ludzkiej wyobraźni. Odpowiedz Link
iktoto cd 12.12.10, 14:56 I podobnie jest z proroctwem św. Jana Chrzciciela. Sąd nad światem i nad Szatanem dokonał się na krzyżu. W przeddzień swojej męki i śmierci Pan Jezus powiedział: Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (J 12,31n). Plany i myśli Boże całkowicie przerastają nasze wyobrażenia. I dlatego Jego wola może czasem wydawać się nam całkowicie niezrozumiała czy wręcz okrutna. Stąd nasza wiara wymaga nieustannego przerastania siebie, wymaga nadziei większej niż nasza wyobraźnia. Dlatego nieustannie musimy traktować nasze życie jak szkołę, szkołę służby Pańskiej – jak ją nazywa św. Benedykt – w której uczymy się rozpoznawać Boga w Jego działaniu. Nasz zasadniczy wysiłek powinien polegać na oczyszczaniu serca, czyli stwarzaniu warunków, aby Bóg mógł do nas przemówić. Na tym poleca się nam koncentrować Pan Jezus w Ewangelii. Szczególną szkołą życia dla naszego serca jest Eucharystia. Uczy nas ona postawy wdzięczności i ofiarnej miłości. Jest pokarmem na życie wieczne! W niej spotykamy się z tajemnicą naszego bycia na wieki, tajemnicą, która nas całkowicie przerasta! Uczymy się w niej prawdziwej nadziei, postawy otwarcia na dar, który jest większy, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Bóg sam się nam daje. Nie daje taki czy inny dar, spełnienie naszych życzeń, ale On sam staje się darem. Jednak taki dar domaga się od nas takiej samej odpowiedzi. Udzielając tej odpowiedzi, wchodzimy w wieczność. Na tym polega nasza nadzieja chrześcijańska – nadzieja na wieczność, a nie na doraźną pomyślność czy zadowolenie. Nadzieja ta nie jest prezentem, ale darem, który sami musimy przyjąć i podjąć z całym zaangażowaniem. Odpowiedz Link