vicca
08.02.02, 18:05
Piatek wieczór. Wszyscy normalni ludzie po pracy wracaja do domów, spotykają
się z przyjacółmi... A ja... siedzę w pracy - bo niby dokad mam pójść? W domu
rodzina znów popatrzy na mnie jak na nieudacznika ("Biedna! I po tylu latach ją
zostawił! Wiedzieliśmy, że tak będzie. No, ale jak głupia, to...").
Przyjaciele... po pierwszym okresie fascynacji jaka daje cudze nieszczęście
wrócili do normalności i (co było do przewidzenia) aktualnie w centrum ich
uwagi jest On i jego Nowa Miłość.
Że marudzę i gorycz przeze mnie przemawia? To prawda, ale zaczynam tracić wiarę
w takie słowa jak "miłość" i "przyjaźń".
Przy realnym świecie trzyma mnie właśnie praca i "Sound of Silence" Simona and
Gurfankla.
Może ma ktoś receptę na chandrę - gigant?