filip.filipowicz
24.06.10, 18:56
Witam wszystkich. Mam pewien problem z dziewczyną, jesteśmy ze sobą
od 5 lat. Nie mieszkamy razem, ale jestem głęboko "zintegrowany" w
jej rodzinę (jestem ojcem chrzestnym jej siostrzeńca). Problem polega
na tym że od około pół roku po prostu czuje że to nie miłość a
przyzwyczajenie. Nie ma między nami aktów namiętności (poza seksem -
chociaż mimo wieku tego się jeszcze uczymy), nie wychodzimy razem,
ona nie za bardzo lubi moich znajomych, a ja nie znam dobrze jej
znajomych. Wspólnych zainteresowań nie mamy: no może filmy. Ostatnio
od pół roku zacząłem dostrzegać co tak naprawdę nas rożni: i wyszło
że wszystko. Ja lubię góry (i ciężkie podejścia) ona leżenie na
plaży; ja jestem życiowym/roześmianym optymistą ona
skrajną/zdesperowaną pesymistką. Póki nie pracowała pomagałem jej jak
mogłem finansowo, obecnie pomagam jak mogę w innych sprawach (jest co
załatwiać oboje kończymy studia, latam z papierkami, pisze rozdziały
jej pracy i formatuje to co ona napisała, latam przez cale miasto z
najmniejszym głupstwem, chociażby z zawiezieniem pracy do jej prom.,
bo ona jak twierdzi zanim się wyszykuje minie 2 godziny i nie zdąży),
obecnie przymierzam się do kupna mieszkania i zapowiedziałem jej na
początku że mieszkanie będzie moje, jakiekolwiek uwspólnianie majątku
będzie robione po ślubie (nic nie planujemy) - jej odpowiedz była
"niemiła" - to se szukaj, ja Ci nie pomogę. Ona wielokrotnie dawała
mi do zrozumienia że chciała by już być zaręczona - a ja uważam nadal
że nie chce z nią spędzić reszty życia a tym samym zaręczać się. Ona
kompletnie się nie stara o związek - uważa że to facet się powinien
starać o związek i jak zostanie u mnie na noc (lub ja u niej),
będziemy się kochać to to wszystko co powinno mi z jej strony
wystarczyć. Dodam że nie przypominam sobie kiedy tak naprawde
potrzebowałem jej pomocy, rady czy czego innego z jej strony,
poprostu pustka. A z drugiej strony ja już nie chce do niej
przyjeżdżać, spacer, leżenie na łóżku, to już mnie zaczęło dawno
nudzić. Próba przełamania zastoju i zrobienia czegoś nowego w związku
z reguły kończy się płaczem. Dodatkowo jest totalnie zarozumiała i ja
zawsze nie mam racji, nie szanuje mojego i swojego czasu a później
narzeka że nic zrobić nie może bo ma tak dużo na głowie że nie zdąży.
A skoro ja już nic nie robie (bo pracę dawno napisałem) to mogę
polatać. Drugą stroną medalu jest to że czuje że ona mnie kocha (ona
tak to nazywa) i fakt że ona jest w stanie wpaść po rozstaniu w
skrają depresję. W depresji jest od dawna, ale mnie nie słucha że to
trzeba leczyć. Wiem ze ze związku nic nie będzie, jestem zmęczony
nim, a z drugiej strony zerwanie może spowodować u coś złego czego
nie chciałbym. I teraz żalić się i poczekać na lepszy moment (np. po
obronie) czy kończyć to już teraz i po prostu zniknąć z jej życia nie
oglądając się za siebie?