opalia
13.03.04, 18:01
Pozwolilam sobie przeniesc ten watek z Forum Kobieta tutaj...Chcialam
sprobowac na Forum Depresja, ale mysle ze tu moze tez bedzie
dobrze....Przeczytacie..?
Mialam Przyjaciela. Myslalam, ze mialam Przyjaciela przez ponad 3 lata. Byl
Przyjacielem gdy byl z kims, gdy pomoc ograniczala sie do poprawiania humorku
w smutne dni. Potem zostal sam, przeprowadzil sie bardzo blisko mnie i pol
roku temu wypowiedzial slowko 'kocham'. Ja nie moglam powiedziec 'ja tez', bo
byl w moim zyciu ktos inny, wazny. Moze nie bylismy razem, ale czekalam czy
moze cos bedzie dalej... Moj Przyjaciel powtarzal nie raz, ze czeka na moja
decyzje i tego, co powiedzial, nie wycofuje.
Potem byl szpital. I moj Przyjaciel, choc w przeddzien mojego pojscia do
szpitala znow zapewnial, ze jest pewien tego co czuje, przez caly ten czas ani
razu nie spytal, jak sie czuje. Ani razu nie zadzwonil, zostawil mnie tam
zupelnie sama...Gdy po powrocie powiedzialam, ze bylo mi z tego powodu bardzo
smutno, uslyszalam, ze on nie ma obowiazku wysylac smsow,dzwonic i pytac jak
sie czuje skoro wie, ze zle...Wywiazala sie klotnia i wygladalo na to, ze
bedzie koniec znajomosci. To byl koniec wakacji zeszlego roku.
Potem ja zaczelam studia w innym miescie, czlowiek na ktorego czekalam, bardzo
wazny, mial przeprowadzic sie do mnie. Cos 'drgnelo'. Widzialam, ze tego chce,
ze ja tez jestem wazna. Bylam najszczesliwszym czlowiekim na swiecie. Do
chwili, gdy jesienia zginal w wypadku...To byl koniec szczescia, koniec
wszystkiego...Przez kilka miesiecy lezalam wpatrzona w sufit, placzac calymi
dniami i nie bedac w stanie zrobic kompletnie nic.
Jedyne, na co sie zdobylam, w polowie stycznia tego roku, to telefon do mojego
Przyjaciela. Szukalam pomocy...On znow powtorzyl slowko 'kocham'...I mialam
wrazenie, ze chce mi pomoc...I ze nadal chce czegos wiecej...A ja nie
powiedzialam nie, ale nie powiedzialam tez tak. To byl tak bardzo trudny czas,
ze nie bylam w stanie podejmowac takiej decyzji. Ale nie zadzwonilam wlasnie
do niego bez powodu, przez przypadek..
Nie moglismy sie jednak szybko spotkac. Mialam sesje, usilowalam uratowac
cokolwiek z moich, wymarzonych zreszta, studiow. Nie udalo sie nadrobic
3-miesiecznych zaleglosci w tydzien :-( Mielismy sie spotkac, gdy wroce do
domu po sesji. Mial zadzwonic. Nie zrobil tego, nie wyslal nawet smsa, ze ma
duzo pracy...Bo podobno mial.
Dostal list. O tym, ze sprawil mi tym wielka przykrosc. Ze zapomnial... Ze
szukalam u niego pomocy, a on to zignorowal. Ze nie mam juz sily radzic sobie
ze wszystkim sama...Smierc tamtego czlowieka, zawalona sesja, choroba...
Odpowiedzia na list bylo,ze on przyjedzie, ze mial duzo pracy, ze chce mi
pomoc itd. Tego samego wieczoru dowiedzialam sie od jego znajomego o czyms, co
juz od dluzszego czasu podejrzewalam. O niej. On twierdzil, ze ona to tylko
kolezanka poznana przez czat i niczym oprocz kolezanki z czatu nie jest. Jego
znajomy - ze sa razem od 1,5 miesiaca. On dosyc czesto bywa zreszta na jednym
z czatow, ma tam duzo znajomych i oni wszyscy zyli w przekonaniu, ze on jest z
nia. Opowiadali mi o slodkich pocalunkach na zlotach, o calej historii ich
zwiazku. Jedyna osoba, ktora o tym nie wiedziala, bylam ja.
Przyjechal do mnie w srodku nocy. Trzymal za reke i powtarzal, ze ona jest
tylko kolezanka, ze ja jestem wazna i ze nie wycofuje tego, co powiedzial.
Czekal na moja decyzje...Ja nie chcialam powiedziec tak, bo ona caly czas mi
gdzies migotala w tle i nie chcialam, zeby to byl jakis konkurs, zawody na
czas pt'Ktora szybciej go przekona'. Ale nie powiedzialam tez nie i na
wszelkie sposoby dawalam mu do zrozumienia, ze jest kims waznym...ze 3 latka
duzo daly mi do myslenia...ze moze w tej chwili nie jestem w stanie podjac
konkretnej decyzji, musze dojsc do siebie...ale chce ulozyc sobie zycie na
nowo i chce zeby on w nim byl...
Wyszedl. Minely 3 dni. Zapewniania mnie o tym, ze chce pomoc itd. Ja chcialam
porozmawiac z nia. Od niej dowiedziec sie jak to miedzy nimi jest, bo jezeli
naprawde jest tak jak oni wszyscy mowia (a czemu on zaprzecza), to ja znikne z
jego zycia, bo na chwile obecna nie jestem w stanie walczyc o czyjes uczucia.
Z nia nie udalo sie porozmawiac, ale tego samego dnia od niego dowiedzialam
sie, ze jednak jest z nia.
Tak, napisalam to slowko 'kocham'... I napisalam zarazem, ze znikam z jego
zycia...Bo mnie oklamywal, chcial zlapac dwie sroczki za ogonek naraz. Od
niego dowiedzialam sie, ze gralam na zwloke i przegralam. Choc jeszcze 3 dni
wczesniej zapewnial, ze nie ma zadnego konkursu, ze ona jest nikim waznym.
Myslalam, ze w uczuciach chodzi o cos wiecej niz o to, kto szybciej go
przekona...Ona za metode wybrala pakowanie mu jezyka do gardla, ja szczerosc...
I zaczal wszystko przekrecac. Wersja dla ludzi, ktorych poznal na czacie
brzmi: przyjaciolka, ktora zawsze traktowal tylko jak przyjaciolke i
kompletnie nic do niej nie czul, zakochala sie w nim, a ze on ja odrzucil,
wydzwania do niego po nocach grozac samobojstwem i uprzykrza mu zycie na rozne
sposoby, zeby tylko z nia byl...
Bylam w szoku, gdy sie o tym dowiedzialam. Gdy napisalam mu, dlaczego jest
taki falszywy...dlaczego opowiada niestworzone historie ludziom,ktorzy nie
maja pojecia jaka byla prawda, i przede wszytskim dlaczego zaprzecza temu, co
mowil...uslyszalam wiele przykrych rzeczy, a na sam koniec 'odpier**** sie od
mojego zycia'.
Tak, zrobilam to...Nie grozilam mu samobojstwem, tylko gdy tu byl i trzymal
mnie za reke mowilam, ze jest mi bardzo ciezko i ze czasami wydaje mi sie, ze
to jedyne wyjscie. Po tym, co zrobil, to byl impuls..Tak bardzo mialam
dosc...Moj Przyjaciel wbil mi noz, kiedy lezalam proszac o pomoc, oklamal,
wysmial i pobiegl za nia...Przepraszam za porownanie, ale tak jak pies biegnie
za suka...Bo tylko o jedno w tamtej znajomosci chodzi...
Dwa dni na Intensywnej Terapii. Tydzien w szpitalu. Bylo podobno bardzo bardzo
zle, ale z tego nic nie pamietam. Wrocilam do domu na wlasne zyczenie, bo nie
znosze atmosfery szpitala i moze w domu uda mi sie do siebie dojsc. Ale czuje
sie koszmarnie...
A on...Dostal mail od mojego kolegi, ktory odwiedzil mnie w szpitalu,
wysluchal calej tej historii. O tym, ze napisal mu ten mail dowiedzialam sie
wczoraj. Mail byl o tym, ze nic nie jest wazne, ze ma dume schowac do
kieszeni, zapomniec o wszystkim i przyjechac do mnie wytlumaczyc to wszystko.
Bo moge znow zrobic cos glupiego, jesli juz raz to zrobilam. Kolega mial
nadzieje, ze on bedzie probowal mi pomoc. Bo tak naprawde mam dosc rodzicow,
ktorzy nie sa w stanie zrozumiec calej tej historii, zalosnego szpitalnego
psychologa... Przyznaje, ze gdzies tam po cichu liczylam,ze moj Przyjaciel
bedzie probowal sie dowiedziec, co sie stalo...
Moj Przyjaciel odpisal koledze: 'ona sobie cos ubzdurala, bo sie we mnie
zakochala , costam, costam, obejrzyj sobie film fatalne zauroczenie to
zrozumiesz.Masz ignora'. Ten mail byl o czym zupelnie innym. Rzeczywiscie,
mogl go nie prosic o pomoc..ale...poprosil...a moj Przyjaciel podsumowal to
ignorem.
Moj Przyjaciel zignorowal fakt, ze prawie nie zylam. Podobno mialo miejsce
zatrzymanie akcji serca. Czlowiek, ktory mowil 'kocham' i zapewnial, ze moge
na niego liczyc nawet nie zadzwonil z pytaniem jak sie czuje, bo dowiedzial
sie,co sie stalo. Nie zrobil nic...Prawdopodobnie spedzal kolejny upojny
wieczor ze swoja nowa dziewczyna...
Szczerze...? Mam ochote zrobic to drugi raz...skutecznie....bo uswiadomienie
sobie tego wszystkiego koszmarnie boli...