panienka_makowa
12.04.12, 17:06
Nie wiem jak wszystko opisać, żeby nie napisać tu paro stronicowego streszczenia mojego życia.
Zacznę może od tego, że mam 22 lata, mój partner 26 i mamy 3 miesięczną córeczkę. Nasza miłość niemal eksplodowała za raz po poznaniu się, niewiele czasu minęło jak postanowilismy zostać parą. Niby wszystko szło dobrze, czułam, że to właśnie ten, on twierdził tak samo.. Jednak z powodu niemiłych doświadczeń co do zobowiązujących związków nie umiałam się przed nim otworzyć, zaufać mu. Gdy postanowiłam przerwać ten związek, mimo wszystko - okazało się, że jestem w ciąży. Szok szybko przemienił się w radość, plany zaręczyn, ślubu.. jednak mój partner widział to inaczej. Nie chciał skorzystać z pomocy finansowej mojej mamy i do ślubu nie doszło. Po małych naciskach oświadczył mi się w 7 miesiącu ciąży.. Cały okres ciąży traktował mnie dobrze, ale bez większych rewelacji.. nie nosił mnie na rękach ani nie traktował jak księżniczkę. Wyprawkę dla dziecka zgromadziłam sama, nie interesował się za bardzo, czy wszystko mamy i czy czegoś nam jeszcze trzeba.. Amy zgromadzić pieniądze na pojawienie się dziecka poszłam w ciąży do pracy.. On też (był bezrobotny na utrzymaniu mojej mamy). Cały czas miał pretensje do całego świata, że musi pracować.. a to na budowie, a to na montowni.. mało ambitne prace. Głową cały czas hulał w chmurach gdzie pracował jako ktoś ważny, wysoko postawiony..
Po roku od naszego poznania na świat przyszła nasza córka. Był nią zachwycony, pomagał mi bardzo w opiece nad nią.. przez pare tygodni. Później znów był wiecznie zmęczony i niezadowolony z pracy, skarżył się na przemęczenie, bóle, niewyspanie..
Teraz nasza córcia ma 3 miesiące. Mój partner dostał wymarzoną pracę i jest wysoko postawioną osobą z niemałą pensją. Zaczął planować ślub, wyprowadzkę, wakacje. Niestety wszystko się zmieniło po pierwszej wypłacie.. Stwierdził, że ślubu nie chce - woli mieć wiecznie dziewczyne, bo to lepiej brzmi.. Wyprowadzać się nie chce (mieszkamy u mojej mamy..) bo to za duże koszta a musimy oszczędzać. Dodatkowo jest bardzo związany ze swoją rodziną która ma problemy finansowe, bardzo poważne i woli im pomagać, bo wie, że moja mama nas nie wyrzuci i nadal nas będzie utrzymywać.. Bardzo się do niego zraziłam przez ten rok, jest w moich oczach zupełnie innym człowiekiem niż ten, którego poznałam. Można powiedzieć, że jako chłopak był cudowny, jako narzeczony jest straszny. Bardzo często żałuje że wpakowałam się znów w związek, który jak poprzedni okazał się klapą..
Ja nie jestem osobą łatwą. Mam bardzo zmienne nastroje, jestem wybuchowa i pochopna. Często zrywam i wracam do mojego partnera. Mozna powiedzieć nawet, że jestem lekko toksyczną osobą.. manipulantką.. Niestety - on też. Także jest zmienny i stara się mną manipulować, jednak ja jestem silniejsza. Różni nas to, że on jest wesołym lekkoduchem a ja wiecznie przygnębioną pesymistką..
Całe moje życie to bałagan. Czasami wydaje mi sie, że gdy uporządkuje przestrzeń w okół siebie - uporządkuje swoje życie. Sprzątam, układam, segreguje i cały czas nie mogę zrobić ładu - zarówno w życiu jak na półkach.. W końcu ciężko jest 3 osobom zmieścić się w jednym, małym pokoiku...
Proszę o pytania, poradę, może powinnam iść na terapie? Dodam, że kiedyś na takową chodziłam, gdy nie radziłam sobie w czteroletnim związku, który się sypał. Wtedy popadłam w tę zmienność nastroi, lęki, stan depresyjny i brałam Sympramol, który niewłaściwie odstawiłam i teraz mam problemy z koncentracją i pamięcią... Na terapie rodzinną nie mamy szans ponieważ mojego partnera nie ma w domu 5 dni w tygodniu, spędza z nami jedynie soboty i niedziele.. a raczej spędza w domu pisząc sprawozdania a ode mnie oczekuje obiadków i prania koszul..