dishwasher
13.06.13, 21:08
moze to zabrzmi banalnie, ale balansuje na granicy obledu i zrobienia czegos glupiego. Po ponad 5 i pol roku "zwiazku" z facetem, ktroy w kolko mnie rzucal i do mnie wracal, uslyszalam wczoraj (przepraszam za wulgrazym i moze dla zlagodzenia efektu uzyje angileskich slow), ze jestem, cyt. "Zmywarka do naczyn with warm pussy, ktora niestety duzo kosztuje". Powod - mieszkamy razem, i nagle umyslalo mu sie byc samemu, bo wyobrazil sobie, ze zalozy drugi Microsoft, dlatego chce rzucic prace, programowac i byc sam, tzn. ja mam zniknac, wynosic sie z jego zycia, z dnia na dzien. Stad te slowa, stad ta agresja. Mam dosc. Przerabialam to z nim wiele razy i nie mam sily na powtorke. Mysle o definitywnym rozwiazaniu problemu, nie mam juz sily zyc. A najbardziej dobija mnie mysl, ze po tylu jego podlosciach, ponizaniu, obelgach, wdeptywaniu mnie w ziemie, pozwolilam mu dwa lata temu wrocic do siebie, ze bylam wobec niego uprzejma, i zamaist skorzytsac z okazji i p oprostu odeslam go do diabla, dalam sie znw nabrac. To moje zycie jest tak beznadziejne i fatalne, nie ma sensu tak na sile wydzierac szczescie. Wiem, ze gdyby po przyjsciu z pracy zastal mnie martwa, jego zycie tez rozyspaloby sie na kawalki, przynajmiej na jakis czas. I nazre sie wstydu. Tylko tego jsstem pewna, i tak badrzo chcialabym mu pokazac, ze czlowieka nie mozna traktowac jak rzeczy. Chce mu pokazac, jak bardzo mnie to boli, jak slaba juz jestem, ile kosztuje mnie kazdy dzien, ze mnie zlamal. Tyle.