devilsdontfly
04.10.13, 15:17
Nie potrafię się z nikim zaprzyjaźnić, ani zawrzeć nawet najmniejszej znajomości. Wcale nie jestem osobą nieśmiałą. Np. jak idę do sklepu, to zachowuje się sympatycznie, grzecznie, pożartuję. Nie boje się wystąpień publicznych, a nawet bardzo je lubię, i lubię być w centrum uwagi. Ale mam dziwną blokadę przed ludźmi. W szkole nikt się ze mną nie kolegował. Zawsze było tak, że kiedy przychodziłam do nowej klasy, to od razu wiedziałam, że z nikim się nie zakoleguję. Od razu, już z widzenia wszystkie osoby mnie irytowały i ich nie lubiłam. Bardzo szybko wchodziłam w konflikty z nimi i ogólnie z całą klasą. Zmuszało mnie to do częstych zmian szkoły, czy klasy. To samo było z nauczycielami. Zawsze szłam z nimi na wojnę na śmierć i życie. Często to odbijało się na mnie, bo nie chodziłam na lekcje, albo specjalnie nie odrabiałam zajęć, czy oznajmiałam nauczycielce, że nie będę pracowała na jej lekcjach, bo jej nie lubię. Kiedyś miałam taką sytuację, że byłam w konflikcie z jednym nauczycielem, i on kazał mi na lekcji czytać tekst, a ja, że nie i koniec, nie bo nie. Gdybym przeczytała to czułabym się, że przegrałam z nim. Nigdy nie naprawiałam swoich błędów, zawsze wolałam uciekać. Ogólnie nie lubię ludzi, idę np. po uczelni i patrzę na osoby, nie znam ich, ale nie lubię ich, denerwują mnie, mam ochotę podejść i im coś zrobić.
Jestem osobą nie lubianą, na moim osiedlu, w mojej rodzinie (oprócz rodziców). Straciłam kontakt ze wszystkimi kuzynkami i kuzynami, z większością ciotek, nikt mi nie mówi cześć, nikt się ze mną nie koleguje. Naprawdę nie mam i nigdy nie miałam koleżanki.
Jeśli chodzi o mnie to przywiązuję dużą wartość do wyglądu, moim marzeniem jest być jak najbardziej sztuczną (wiem jak to dziwnie brzmi), ale chciałabym wykonać parę operacji plastycznych, chciałabym wyglądać przesadnie perfekcyjnie (a nie tandetnie). W chwili obecnej nie lubię swojego wyglądu, wydaję masę na drogie kosmetyki, ale i tak zawsze jestem zawiedziona.
Chowam się w markowych ciuchach, to dla mnie taki sposób na przetrwanie dopóki się nie zmienię fizycznie. Ciuchy dodają mi pewności siebie, wyobrażam sobie, że ludzie mówią o mnie, że zawsze chodzę w takich drogich ciuchach, że na pewno jestem bogata, że dlatego jestem taka zarozumiała i niemiła.
Chyba bym nie przeżyła bez drogich ciuchów, nie wyszłabym wtedy z domu. I tak mam wrażenie, że mam same niedoskonałości. Potrafię przebudzić się w środku nocy i sprawdzać w lustrze czy nie mam zmarszczek, a jak mi się coś nie podoba to wklepuję krem.
Jak jadę autobusem, to zawsze patrzę na osoby przede mną. Czy jak się śmieją to robią się im zmarszczki, czy są takie jak moje, może większe, może mniejsze? patrzę, czy mają rozszerzone pory, czy mają gładką skórę, gęste włosy, szukam u nich niedoskonałości takie jakie widzę u siebie. Jak je zobaczę to jestem jakby uspokojona, ale jak nic nie zauważę to jestem poważnie zmartwiona. Tak sami jak siedzę na wykładzie. Obserwuje wszystkie osoby i ich cerę.
Wygląd to dla mnie wyznacznik wszystkiego. Nie wyobrażam sobie bycia szczęśliwą bez urody.
Czasami mam jednak wrażenie, że to we mnie siedzi jakaś druga osoba i mi tak dokucza. Nie raz mam tego wszystkiego dość i nie rozumiem swojego postępowania. Teraz przeniosłam się na inny uniwersytet z nadzieją, że coś się zmieni i nic. Byłam 1 października na zajęciach i jak zwykle. Nie spodobała mi się moja grupa. Kiedy ktoś się do mnie odzywał byłam bardzo nie uprzejma. Od razu odizolowałam się od wszystkich i już na pierwszych zajęciach wywołałam poważną awanturę z jedną osobą. W końcu powiedziałam, ze przychodzę tu się uczyć, a nie spotykać z nimi, i że mają się do mnie nie odzywać. Wiem, że będzie tak jak wcześniej. Będę wszystko robiła sama, będę na wszystkich patrzyła z góry i udawała, że jestem taka pewna siebie, tak ę ą, taka zarozumiała.
Jak ktoś chce się ze mną zaprzyjaźnić to ja od razu odrzucam taką osobę. Jak jedna dziewczyna z roku (na poprzedniej uczelni) chciała robić ze mną projekt (dołączyła do nas później i nie znała mnie jeszcze) to wpadłam w taką okropna panikę, że ktoś chce się ze mną kolegować, nie wiedziałam co robić. Bałam się, że się z nią zakoleguję, a potem zacznę powoli kolegować się z innymi i że zrobię się taka normalna jak oni. To takie dziwne uczucie, bałam się, że mój czar odosobnienia, samotności i żalu pryśnie. Z jednej strony pojawiła się dla mnie wizja normalności, że w końcu będę miała koleżankę, że nie będę cały czas sama, że z kimś pogadam, że wyjdę na zakupy. Ale po prostu jakby wbrew sobie, jakbym miała w sobie drugą osobę, która pokierowała mną tak, że byłam dla tej koleżanki bardzo niemiła i nic z tego nie wyszło. Jak ktoś chce się ze mną zaprzyjaźnić to zawsze tak zniechęcam do siebie. Jak w jednej klasie wszyscy bardzo długo ignorowali moje cyrki, to robiłam wszystko żeby tylko się od nich oddalić. Nie odpowiadałam im cześć, aż przestali się ze mną witać. Itp...
Ogólnie łatwo mnie zdenerwować, nie mam do siebie dystansu, wystarczy, że ubzduram sobie, że ktoś odezwał się do mnie nie tym tonem i już nienawidzę tej osoby, i życzę jej jak najgorzej. Jestem mściwa i łatwo zmieniam nastroje.
Nie potrafię tego opisać. Jakbym czerpała przyjemność ze swojego cierpienia, związanego z samotnością i wyizolowaniem.
Z innych rzeczy mogę powiedzieć, że dużo kłamię i to świadomie. Np. rozmawiam z kimś, mówię coś o sobie i zmyślam, ze głowa boli. Zawsze jak spotykam obce osoby to wymyślam sobie inny życiorys.
Czy możecie coś nakreślić co mi jest?