8butterfly
25.12.13, 01:16
Od paru lat jestem mężatką.
Mąż nadużywał alkoholu, nie wracał na noc, zawalał święta, wracał pijany, potem przepraszał, dla "równowagi" był miły, opiekuńczy.
Ciągle za wszystko krytykował, dosłownie za wszystko.
Nie było w naszym związku seksu, sporadyczne zbliżenia tłumaczyłam jego depresją, kłopotami, on moją beznadziejnością, mówił że kocha mnie ale nic do mnie poza tym nie czuje.
Wreszcie zaczęłam czytać o współuzależnieniu i przemocy psychicznej i z przerażeniem stwierdziłam że to własnie ma miejsce.
Nie wiem czemu zajęło mi to parę lat...
W ciągu tych lat kiedy nie mogłam już wytrzymać wyganiałam go, raz, drugi, trzeci.
Zawsze jednak w wyniku okoliczności, jakichś jego problemów, przyrzeczeń że nie będzie pił przyjmowałam go ponownie do domu.
Rozstania trwały po parę miesięcy, jednak on ciągle dzwonił, przyjeżdżał czasem gdzieś razem wyszliśmy.
Po tych paru latach zaczął nieco mniej pić, niby się uspokoił, choć jak się potem okazało tylko powierzchownie.
Kiedy się znowu pojawiał w moim życiu na dłużej, zauważyłam że w jego obecności staje się nerwowa i dopadają mnie lęki, nawet lekkie ataki paniki, dlatego nie chciałam żeby znowu ze mną mieszkał. Kazałam mu się leczyć, sama poszłam zasięgnąć rady do AA.
On nic ze swojej strony z tym nie zrobił.
Byłam przy nim w stanie ciągłej gotowości do obrony/ataku.
Było mi dobrze samej, nie chciałam żeby wracał. Absolutnie nie chciałam tego.
W tym roku z powodu wspólnych prawnych spraw przyjęłam go znowu do domu. Na ok 2 mieś. I to był wielki błąd, z drugiej strony konieczność.
Mąż "starał" się nic pić co sam zaznaczał, być miły, jednak nadal był uszczypliwy, czasem arogancki, wracał o normalnych porach, ja zaczęłam rozważać że może jednak warto ratować małżeństwo...
Dostałam ataki paniki, miałam je codziennie przez miesiąc jego pobytu.
Potem bałam się już wszystkiego, nawet własnego cienia, i drzewa za oknem.
(Może ktoś będzie umiał mi wytłumaczyć skad taka reakcja)?
Próbował się do mnie zbliżyć, niestety tylko po alkoholu, co napawało mnie obrzydzeniem.
Cała sprawa zakończyła się definitywnym wyrzuceniem go z domu, a potem bardzo ostrymi słowami kiedy znowu zaczynał dzwonić, z pytaniami o skarpetki, dokumenty albo moje samopoczucie.
Nie wytrzymałam i bardzo agresywnie go przegoniłam z mojego życia.
Uciekłam żeby się ratować, myślałam że zwariuję, jednak czuję się trochę rozgoryczona, nawet winna bo z drugiej strony chciałam to ratować.
Tylko właściwie co...
Nie jestem w stanie rozmawiać z nim nawet przez telefon, czuje obrzydzenie do niego, do siebie do całej sytuacji.
Chciałam przestrzec kobiety przed takim rozciąganiem toksycznych związków w czasie. Uciekajcie póki czas, póki macie na to siły.
Ja mam 26 lat teraz a czuję się na 90.
Bardzo żałuję że nie zrobiłam tego wcześniej.