alaryk_zabojca
02.09.15, 17:58
...które u mnie leży?
Pewnie przyda mi się wypad do psychoterapeuty/psychiatry, ale zanim to zrobię chciałbym zasięgnąć waszej opinii i uciec się do waszego doświadczenia. Czy to jest w ogóle osiągalne dla osoby już mocno dojrzałej? (mam 37 lat).
Jestem niemal na 100% przekonany, że to wychowanie sprawiło, że jestem tu gdzie jestem - wymagający rodzice, których nie zadowalał fakt, że ich syn uczy się świetnie. Byli usatysfakcjonowani dopiero wtedy gdy był najlepszy. Kuba został przewodniczącym klasy? A dlaczego nie ty? Średnia 4.8? A dlaczego nie 5.0? Potem to zelżało, ale pozostawiło to spore piętno na mojej psychice, którego nie mogłem się nigdy pozbyć, choć próbowałem.
Po usamodzielnieniu się swoją wartość próbowałem budować na różne sposoby. Kiedyś wydawało mi się, że dobra materialne sprawią, że poczuję się jak król życia i świat będzie dla mnie stał otworem. Kupujesz sobie chatę, samochód, gadżety, szmaty i co? I psinco. Satysfakcja trwa parę/paręnaście dni i mija. Może rozwój swoich umiejętności? Kariera? Pokończyłem milion różnych kursów, sztuki walki, tańce itp, mam świetną, satysfakcjonującą pracę i dalej to samo. Może dbanie o kondycję fizyczną? Rower, siłownia 3 x w tygodniu i co? Dalej nic. Rozglądam się wokół i widzę ludzi, którzy teoretycznie mniej mają, mniej umieją a zazdroszczę im jak cholera pozytywnego nastawienia do życia, przebojowości i tego co nazywam umiłowaniem siebie. Jak oni to robią?
Niestety ma to wszystko cholernie mocny wpływ na moje życie. Wręcz panicznie boję się być oceniany, cholernie przejmuję się zdaniem innych ludzi. Mam pieprzoną fobię społeczną, która objawia się choćby tym, że nie lubię jeździć z innymi ludźmi w windzie i jeśli np widzę kogoś czekającego pod windą w moim bloku - wolę iść po schodach. Stresuje mnie każda grupa nieznajomych, w której nagle się znajduję i z którą muszę nawiązać interakcję. Zauważam, że swoją niepewność próbuję czasem ubierać w bezczelność i sarkazm - ale to tylko udawanie i maska, w której w dodatku czuję się fatalnie. Oczywiście ma to także wpływ na moje relacje z kobietami. Sporo ludzi mówi "no ty to chyba nie masz problemu ze znalezieniem fajnej kobiety". A właśnie, że mam. Z wielkim trudem przychodzi mi zrobienie pierwszego kroku, boję się być oceniony, odrzucony, boję się negatywnej opinii, dlatego też po rozstaniu z kobietą mam strasznie długie lagi.
Czasem zdarza się taki dzień, że z jakiegoś powodu wstaję i czuję się jakbym faktycznie odżywał - chce mi się iść z podniesioną głową, zagadywać do ludzi, uśmiechać, się. Czuję, że siebie wtedy lubię, że jestem trochę jak swój własny idol. Niestety czar pryska bardzo szybko a już szczególnie znika gdy znajdę się w większej grupie ludzi, wśród których moja wartość w moich oczach spada poniżej poziomu kanalizacji.
Ciekaw jestem czy ktoś z was czuł się kiedykolwiek tak jak ja i czy podjął próbę walki z tym cholernym ciężarem.