demony_i_ja
28.09.22, 13:44
Witam. Nie umiem poradzić sobie z demonami przeszłości.
Pochodzę z małej miejscowości, gdzie każdy każdego zna, każdy o każdym wie wszystko i gada. Do tego z rodziny dysfunkcyjnej. Ojciec alkoholik z przebłyskami, że będzie super i matka dość dziwna. Wychowała mnie w swoim cieniu, że na miłość trzeba zasłużyć, a kara zawsze nadejdzie, ze zabawa i bycie towarzyskim to wada bo, ona tego nie lubi. Na wszystko trzeba było mieć jej zgodę i akceptację, ze inni są lepsi ode mnie. Była przemoc fizyczna i psychiczna. Generalnie tragedii nie było, ale to co zrobiła mi wystarczyło bym miała problem z samoakceptacją. Zawsze więcej dawałam ludziom od siebie niż oni mi, czując się potrzebna cieszyłam się, szlifowałam swój charakter by być idealną przyjaciółką, dobrym człowiekiem, w szkole wiele razy koleżanki ze mnie się śmiały i zdradzały. Miałam tez inne sporzenie na świat. Romantyczno idealistyczne, rozkminialam od dziecka filozoficzny sens bycia.
Jako nastolatka, bardzo młoda, związałam się z chłopakiem. Był z innej miejscowości, taki nietuzinkowy, lubiany. Zakochaliśmy się. Całe liceum razem. Niemal całe studia też.
Na początku studiów zaręczyliśmy się. Dziś bardziej widzę to jako "patrzcie jacy fajni jesteśmy", zastrzyk emocji. Tak czy inaczej wtedy było WOW. W jakiś rok potem zaczęło mi ciążyć. Wszystko było takie dziwne. Miałam rok przerwy w nauce z powodów zdrowotnych i wtedy zauważyłam, że coś nie tak, że ja nie chce ślubu. On nie miał czasu dla mnie,a ode mnie tego czasu chciał.
Kiedy żaliłam się komuś to nikt mnie nie rozumiał. Przecież on taki poukładany, mądry, wykształcony z dobrej rodziny. Moja rodzina też go lubiła. Chyba nawet bardziej niż mnie.
Zaczęły dręczyć mnie myśli, że śmierć będzie wybawieniem. Zamykałam swoje problemy w sobie i obwiniałam siebie, że nie jestem idealną narzeczona, a przecież tak się starałam, nawet kosztem siebie. Wrocilam do szkoły i gdzieś tam z boku żyłam namiastką tego jakbym chciała. Mojemu narzeczonemu było ok bo, nie musiał poświęcać mi czasu.
Pojawił się adorator, na początku mój luby był zaniepokojony, ale szybko mu przeszło i był happy, pożalił się tylko na mnie mojej mamie.
Z czasem zamieszkaliśmy razem. Wydostałam się spod oka matki, poczułam wolność ale zaczęłam zauważać, że z narzeczonym z roku na rok łączy mnie coraz mniej. Niby mówimy sobie "kocham" ale ja czułam sie swobodniej bez niego. Kiedy byliśmy w grupie znajomych on był mi bardziej kumplem. Sex mnie nie interesował.
Z czasem uległam presji i zgodziłam się na ślub. Od tej pory nawiedzały mnie koszmary, reagowałam złością na hasło "slub".
Poznałam kogoś kto mnie oczarował, kiedy rozmawialiśmy czułam, ze znamy się od lat, czułam że ma to czego od lat mi brak. Niby banał, ale pojawiła się miłość. Narzeczony zakazał mi kontaktu z nim. Próbowałam się podporządkować bo, przecież przez cały ten czas to on był tym lepszym, to jego wspierał świat, a ja tą dziwną byłam. No i Miałam zobowiązanie wobec niego bo, tyle lat.... stwierdziłam, że ok. Dam radę. Nie dałam. Chciałam odejść ale wtedy zabrał się za moje poczucie winy. On miał wsparcie swojej i mojej rodziny oraz przyjaciół, a ja byłam sama. Z czasem to on odszedł. Bogu dzięki.
Przeszłam przez piekło. Rodzina i cały świat przeciwko mnie. Wstyd przyniosłam.
Dzis ja i moja miłość jestemy razem ponad 15 lat. A mnie do dziś nawiedza strach, że mogło się potoczyć inaczej, że byłam słaba i pozwalałam manipulować sobą, że dałam sobie wmówić, że nie dam rady, szantazowac i że cudze szczęście stawiałam nad swoje.
Dodam, że będąc z tamtym myslalam o samobójstwie, okaleczalam się, karalam.
W obecnym związku jestem szczęśliwa, choć były czarne chmury, gdzie strach,że mogło tego nie być, ze skoczy się lub że nie jestem samodzielna mnie kładł do łóżka bez życia.