scianka
19.06.02, 12:36
stanelam przed sciana. duza biala sciana.
nie widze ja, nie widzi On, nie widza rozwiazania Bliscy.
kocham mezczyzne zonatego, w ktorego malzenstwie obustronnie nie ma milosci,
tak przynajmiej Obydwoje mowia.
z bolem, ale tak nakazuje Mu Jego wiara (jest katolikiem mocno wierzacym)
"zaproponowal" mi bialy zwiazek.
zebysmy sie kochali jak dotychczas, ale bez czulosci zmyslowych, bez kochania
sie (fizycznego),
bez nadziei na dzieci, tzw. normalna rodzine.
wytlumaczyl mi, ze to nie ze swietosci wynika jego pragnienie, ale z obietnicy
danej Bogu. obietnicy wiernosci Zonie.
co Ona na to? znamy sie, nawet dobrze - bo probowalam ratowac Ich malzenstwo.
wzieli slub 2 lata temu i pol roku po slubie okazalo sie, ze wzieli go nie z
powodu milosci do siebie,
tylko z bardziej prozaicznych (poczucia bezpieczenstwa glownie)...
Ona pokochała jakies 1,5 roku temu innego mezczyzne, tez zonatego, ktory nie
odwzajemnia do dzis tych uczuc. Wiem to od Niej, Jej projekcje na Jego temat
byly przyczyna pierwszej naszej rozmowy...
On zrezygnowal z marzen o milosci w malzenstwie, glebokich marzen o dzieciach,
ale Jej nie opuszczal. Do czasu, kiedy pokochal mnie. Ona od poczatki wiedziala
o Jego uczuciach, i mowila, ze sama wie, ze milosci nie mozna powstrzymac (wie
to po sobie)..., ale nie mogla sie powstrzymac od "wyproszenia" Go z domu, co
bylo zreszta chyba normalne.
co na to On? mowi, ze kocha mnie, przeszlismy juz niejedna trudna sytuacje,
gdzie okazal sie byc mezczyzna, ktory wspiera, ale nie zabiera wolnosci
decyzji. chce byc ze mna, ale kazdy czulszy kontakt owocuje Jego "odcieciem",
czyli wielka niezgodnoscia z sumieniem...obiecuje, ze od terez nie bedzie
prowokowal takich sytuacji, ale przeciez planowalismy wyjazd na bliski
wschod "pod namiot", to bedzie nieludzkie...
Calym swoim opanowaniem staralam sie Wam nakreslic w miare obiektywnie
sytuacje...
Kocham bardzo tego czlowieka, ma przepiekna dusze. Ale jestem kobieta z krwi i
kosci, nie aniolem, i namietnosc we mnie buzuje. I namietnosc, i chec bycia
mama, ktora przekaze swoja milosc dalej w swiat, przez dzieciaki. Wierze, ze to
normalne, naturalne ijest czescia milosci. A On jest i Ukochanym, z ktorym
mozna w pelni zyc i teraz, i za 30 lat, i tez bedzie dobrym tata (widze to po
Jego kontaktach z maluchami).
O co pytam?
czy jest tu ktos, kto dobrowolnie, z milosci zyje w celibacie z ukochana osoba?
jak to w sobie "zrobil"? jaka droge przeszedl?
wiem, ze duzo osob czyta forum, a malo odpisuje, ale prosze tez osoby,ktore
przezyly taka sytuacje, a nie mialy dotychczas smialosci, zeby pisac.
glosu rezydentow :) tez poslucham z uwaga.
prosze tez, nie potraktujcie tego jak tanie romansidlo, jestesmy ludzmi, ktorzy
cholernie to przezywaja, i sa swiadomi trudnosci swoich wyborow.
nie chce oszalec...
jest mi bezbrzeznie smutno.
scianka