Gość: bea
IP: *.acn.pl / *.acn.waw.pl
20.06.02, 00:43
On to bagatelizuje, ale ja drżę o przyszłość naszej rodziny.
Najpierw było piwo, przed ślubem trzy, potem na moje żądanie jedno co wieczór.
Od jakiegoś czasu nie ma wieczoru bez półlitrowej butelki wina. Dla niego ma
jakąś cudowną moc odstresowującą. Nie walczyłam z tym początkowo, bo leczyliśmy
rany po koszmarnym i bolesnym kryzysie, chciałam mieć w domu spokój, nawet za
tę cenę. On był wniebowzięty, że ma tolerancyjną żonę, która się nie awanturuje
z byle powodu.
Aczkolwiek zawsze wiedział, że jestem przeciwnikiem alkoholu. Czasem irytowało
go, że ze mną nie może się napić.
Nie ma u nas poalkoholowych awantur, on ma wyśmienity humor, łatwiej mu wyrazić
swoje uczucia do żony i do dzieci, jest miły, zgodny, uśmiechnięty. Można
zapytać - gdzie problem?
Ja się boję o naszą przyszłość. Boję się, że przyjdzie chwila, że wino
przestanie mu wystarczać, bo na zmniejszenie stresu w pracy nie ma co liczyć.
Czy ja powinnam z tym walczyć? Nie chcę znów awantur, nigdy nie było u nas tak
dobrze jak teraz. Chcę mu pomóc, ale o żadnej terapii on nie chce słuchać, bo
przecież nie jest alkoholikiem.
Zastanawiam się, czy wolno zastosować metodę na kroplę, która drąży kamień i
marudzić codziennie, choć wydaje mi się, że to przyniesie odwrotne skutki. Więc
co kilka dni? On zna mój stosunek do tego i za każde moje krzywe spojrzenie na
butelkę prawie się obraża. Nie chciałabym go szantażować, wymuszać ani błagać.
Nie chcę wylewać ukradkiem ani wlewać podstępem trucizny. Chociaż...
Czy warto ryzykować kryzys, załamanie małżeństwa i zadziałać radykalnie?