eary
26.07.05, 10:22
Wczoraj miałam jedną z nielicznych okazji porozmawiać z przyjacielem rodziny
w sposób wręcz powalająco szczery. Miedzy nami to rzadkość. Z założenia
unikam go jak diabeł wody święconej.. To w sumie nawet trafne stwierdzenie.
Zbyszek jest księdzem i przyjacielem naszego domu od ponad 20 lat. Nigdy nie
wpada w sutannie wiec nie bałam się go jak byłam mała ale jak dorosłam
zaczęłam unikać bo Kościół dla mnie stracił wiecej niż chcieliby tego moi
rodzice (tak, bunt).
Nie ma mojej rodziny w kreju wiec odwiedził mnie i pierwszy raz byłam z nim
sam na sam. Pogawędka zaczeła się od zdjęcia na telewizorze:
- ladnie wyglądacie.. ale to nie jest B? prawda? rozstaliście sie?
- tak..
- a ja pamietam jak zarzekałaś się ze to miłość twojego zycia (smiech) i na
krok go nie odstepowalaś
- (z lekkim zaklopotaniem) moze nie byłam dość dojrzala do tego uczucia..
moze przecenilam nas.. albo moze sie po prostu skonczylo.. nic nie trwa
wiecznie. przeszla mi milość do niego.
- nie.. miłość nie przechodzi.. zmienilaś po prostu obiekt. milość nigdy sie
nie kończy. tak długo jak jesteś tak długo jest miłość.
I tu zaczęła się trwająca kilka godzin dyskusja o miłości i kochaniu.
Wieczorem przytulając sie do mojego obiektu westchnien zaczęłam nad tym
myśleć.
A może to właśnie jest prawda. Miłość mamy w sobie.. kwiestia tylko gdzie ją
ukierunkujemy. Nie ma różnych rodzajów miłości. To jest jedno uczucie w nas
tylko jego natężenie sprawia ze tak a nie inaczej je stopniujemy. Może
właśnie miłość się nie kończy tylko przekierunkowuje. Mamy ją w sobie od
malutkiego, uwalniamy bądź szczelnie chowamy. Nie tak ze miłość przychodzi z
czlowiekiem, tylko ten czlowiek uaktywnia ją w nas.. budzi. To znaczy ze
nigdy nie stracimy swojej miłości. tylko trzeba się nią dzielić :)
Spodobał mi się taki wniosek.. :) i chyba na nowo polubilam przyjaciela
rodziny..