konwalka
01.03.06, 15:39
Nigdy nie przypuszczałam, ze można czuć ...hm... zadowolenie (?) z powodu
czyjejś śmierci. Bo to nieludzkie, niehumanitarne, niecośtam.
I zaprzeczam sobie, bo stało się coś, co zmieniło wszytsko we mnie.
Przy mojej ulicy, na osiedlu mieszkał facet - młody, zdrowy, rozrywkowy.
ulubioną rozrywka była jazda samochodem po osiedlowych uliczkach najszybciej
jak się da. Któregoś razu moja mama prowadziła mojego synka ze szkoły. Ten
facet nadjeżdżał od głownej ulicy, jechał jak wariat i nie wyrobił zakrętu.
Wpadł na parkan okalający jeden z domków jednorodzinnych, pare metrów za moim
dzieckiem.
Jest mi gorąco do dzisiaj, jak sobie przypomnę moja matkę, kiedy mi
opowiadała, co się stało.
Parę miesięcy później ten chłopak spowodował wypadek samochodowy. Zginął na
miejscu. On i jeszcze dwie osoby.
Tragedia dla matki, rodziny, przyjaciół.
A ja - zła kobieta - odczułam ulgę.
Heh :(