jola.wroc
01.07.06, 12:59
Witam,
mam taki problem, z ktorym nie umiem sobie poradzic. nie moge isc do
psychologa, gdzyz 1) obecnie mieszkam na wsi i dostep do lekarzy jest gorszy
niz w miescie; 2) w rodzinie mojego meza (matka i obie siostry) maja powazne
problemy psychiczne (matka i starsza siostra maja schizofrenie, mlodsza
depresje), wiec moja wizyta u psychologa bylaby dla niego oznaka, ze ze mna
jest juz bardzo zle, a nie chce go zamartwiac.
Zreszta, i tak go mecze tym moim ciaglym pesymizmem, narzekaniem,
zamartwianiem sie "na zapas". To jest wlasnie moj problem. Przez nerwy nie
spie po nocach, mam silne migreny, boli mnie brzuch. Czy to jest jakas
nerwica? Chcialabym zapomniec troche, posmiac sie, zaszalec tak jak kiedys.
Przestac stale zamartwic sie o wszystko doslownie. Martwie sie o sprawy na
ktore nie mam najmniejszego wplywu. Nie widze dla siebie zadnej przyszlosci.
We wszystkim wyszukuje czarne dziury. Analizuje co powiedziala do mnie moja
tesciowa, (wedlug ktorej niegodna jestem jej wspanialego synka), kazda jej
uszypliwosc, zlosliwosc, zamiast zignorowac. Przeciez to starsza, chora
osoba. Mamy malutkie oszczednosci, ja jednak zawsze panikuje, czy nam
starczy "do pierwszego". Nie potrafie sie zapmomniec. Czy macie jakies metody
na optymizm? Jak nie szukac dziury w calym? Dodam tylko, iz jako nastolatka
mialam postawe "jakos to bedzie" i zawsze wszystko dobrz sie konczylo. Nie
wiem kiedy zminilam sie w "stara zrzede". Sama ze sobia juz nie moge
wytrzymac. Nudna juz jestem. Pozdrawiam