Dodaj do ulubionych

Relacja z psychoterapeutą

09.11.06, 17:34
a) psychoterapeuta jest pomocnikiem pacjenta w drodze dojścia do zdrowia
b) relacja psychoterapeutyczna służy tworzeniu nowych relacji, w "Realu" i w związku z tym kiedyś się musi skonczyc, powolutku sie rozluzniajac
c) psychoterapeute obowiązuje kodeks etyki zawodu, www.psychiatria.org.pl/arch/5551
d) celem terapii jest dobro pacjenta, nie terapeuty
e) pewne granice powinny byc zachowane
f) a i tak wszystko się u mnie fajczy, i błyska aż wesoło (naprawde czasami jest wesoło)

Ciąg dalszy, jak wrócę
Leszek Lanowski
Obserwuj wątek
    • listopad9 Re: Relacja z psychoterapeutą 10.11.06, 09:44
      ale o co chodzi??
    • bszalacha Re: Relacja z psychoterapeutą 10.11.06, 20:39
      napisz coś więcej.Na razie powiem Ci,że niedobrze,jeśli masz zła relacje.
      ALE....
      Terapeuci poddawani są superwizjom i są przygotowywani na wypadki o których
      piszesz.Tak więc skoro masz problem Z BYCIEM W RELACJI to już coś o sobie wiesz
      choć zwalasz winę na kogoś drugiego./inni nie sa od dogadzania Tobie/.
    • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 17:20
      Zastanówmy się wspólnie, albo nie, proszę o zrozumienie, albo nie, proszę przynajmniej o nie deptanie moic uczuc. Albo o nie obwinianie. Albo o obwinianie. Albo o potępienie. Albo dyskusję. Albo o rozmowę.
      Więc tak:
      a) ja chce byc pomocnikiem psychoterapeuty, a nie mogę
      b) chce by w relacji z psychoterapeuta, a ona się konczy i czuje wielki żal
      c) psychoterapeute obowiązuje niestety kodeks etyki zawodowej
      d) moim celem zaczeło byc dobro psychoterapeuty nie moje
      e) nie chce zachowywac granic, choc powinienem
      f) było wesoło, konczy sie, wypaliłem się

      Przez 4 lata byłem bardzo chory, bez szans na wyleczenie. Wielokrotnie byłem w ośrodkach psychiatrycznych. W penym okresie miałem początki schizofrenii, w innym nerwice, z atakami paniki. Te cztery lata spędziłem prawie wyłacznie w domu. Praktycznie nie funkcjonowałem. Nie nie żyłem właściwie. Nie miałem przyjaciół. O przyczynach wiem prawie wszystko. Naprawdę dużo. Mój dom to było piekło. Popadłem w uzależnienie od leków, kłamałem, oszukiwałem. Pięc razy przedawkowałem. Nie miałem kompletnie nadzieji na nic, żyłem od jednego ataku paniki do drugiego, które były średnio co dwa dni i trwały wiele godzin. Uczęszczałem na terapie, ale nie przynosiła ona efektów. Moja rodzina cierpiała i ja cierpiałem. Nikt nie potrafił mi pomóc, a wręcz tylko pogłebiali mój strach i poczucie winy. Wielokrotnie myślałem o odebraniu sobie życia. Właściwie zawsze, gdy miałem atak paniki.
      Na początku tego roku, w lutym, matka postanowiła mnie wyprowadzic z uzalenienia, nie z choroby. Wtedy zacząłem się spotykac, początkowo nie z własnej woli z psychoterapeutką. Wizyty odbywały się w domu, ponieważ bałem się wyjśc na zewnątrz. Po paru miesiącach miałem już pracę, przestałem brac leki, nie miałem ataków paniki, zacząłem byc samodzielny, mam grono przyjaciół, których wcześniej nie miałem, wszedłem z toksycznej relacji z matką, z osoby nieśmiałej stałem się śmiała, podjąłem studia, byłem na wakacjach, zakochałem się bez szans w terapeutce, zostałem "przez nią" "zraniony", ale nadal ją bardzo lubie - "paradoks?", przełamałem wiele barier, spełniałem i spełniam swoje marzenia. Dojrzałem. Nie boję się już zakochac. Chiciałbym, żebyście uznali to za cud, bo dla mnie to jest cud. Zrozumicie moją wdzięcznośc. Podświadomie gdzieś od początku wiedziałem, że dzięki tej osobie (i sobie oczywiście - bo na tym pole relacja psychoterapeutyczna) wyleczę się. Częstokoroc miałem i nadal mam wrażenie, że nade mna jest Boża opatrznośc, choc bardzo mi trudno wierzyc w Boga, gdy sa dowody na ewolucje. Potrafie byc do bólu logiczny ale tez i do bólu metafizyczny. W trakcie terapi zdarzały mi się niesamowite wydarzenia, ktorych zadna miara nie da sie racjonalnie wytłumaczyc. Ona tez w to wierzy. Jest to jedna z niewielu osób, która powiedziała mi, ze we mnie wierzy.
      Teraz co sknociłem - ja czuje się odpowiedzialny za ta relacje, wydaje mi się że nie jestem szczery, boje się obojętności - mechanicznej terapii, wygasania sznurka sympatii.
      Chiciałem byc jej przyjacielem - ale rozumiecie sami, ze to nie jest teraz ani raczej później możliwe. Tylko pokomplikował bym jej życie (tak spostrzegawczy ludzie, widzicie już, co jest grane). Ona czuje, a raczej czuła wobec mnie inne uczucia, opiekuncze, potrafiła byc stanowcza, kiedy trzeba, potrafiła mnie mądrze pokierowac. Ja sobą niestety nie, czego dowodem jest, że czuje się przygnębiony, znowu biore na siebie duzo odpowiedzialności, zaczyna sie u mnie psuc w rodzinie, mama jest chora od 5 tygodni, nie ma goraczki, i choroba zzera ja od srodka. Zaczynam byc sfrustrowany i przemeczony, studiami, praca. Wale głową w mur, i przyznaje to sam. Niewiedziec czego uczepilem się tak tej psycoterapeutki, mimo, ze inni juz zaczynaja mi dawac, co ona daje.
      Chciałem byc jej przyjacielem. Tak jest to beznadziejne.
      Ale, jak napisałem i wysłałem jej w ostatnim smsie, dopiero lata pokaża, ile jej zawdzieczam. Ale może się tylko łudzę.
      Wiem tylko, że gdy chodzę po mieście i widzę kogoś podobnego do niej, mam ochotę podbiec. To kompletnie bez sensu, szczególnie, że ludzie wyświadczaja mi tyle dobra. Przerwałem terapię. Nie mogłem znieś tego, że zaczynam przestawac ja lubic, że pojawia się we mnie opór terapeutyczny, rzecz kompletnie dziwna w tej terapii, ale i rzecz, kttóra kompletnie uniemożliwiała poprzednie. Widzę martwy punkt. Najśmieszniejsze, że zaczynamy, a juz raczej zaczynaliśmy sobie żartowac w czasie sesji terapii.
      Po za tym, wielu ludzi stwierdza, ze ja wlasciwie nie umiem nikomu pomagac, zawsze gdy chce dobrze, wychodzi na odwrót, tylko biorę i biorę, chociaż rozpaczliwie chce dac. Pytanie czy ktos, na kim mi zalezy, chce brac? Raczej nie.
      Meczyłem sie, sniło mi sie, ze znowu ktos kieruje mnie do szpitala, ze znowu tam laduje.
      W domu raczej nikt mi nie pomoże, wszyscy sa zaaferowani choroba brata - która brat się nie przejmuje, i mnie za nia obwiniaja. Jestem teraz według nich wredny, egoista, bezszczelny, nigdy nic nie komu nie zrobiłem, nie dbałem o dom, nie kupiłem rodzicom bułek, ściągałem wszystkich w dół ze swoimi problemami, jestem źle wychowany. Nigdy i zawsze. Typowe słowa pretensji. Kierowane głównie przez moją matkę. Mógłgym to rozwiąza bardzo szybko. Mam już narzędzia, wiedzę. Tylko dobrej woli brak. I gotowości do przyznania się do błedów.
      No ale tyle o mojej rodzinie. Podobnie brakuje mi chyba dobrej woli w przypadku miss psychoterapeuty.
      Cóż zrobic dalej?
      Wciaż, chociaz zrezygnowałem już z terapii pare dni temu, zdarzaja mi sie podobne, niewyutłumaczalne zdarzenia odnosnie tej osoby. Ona sama określiła to kiedyś, pół-żartem, jako związek karmiczny.
      To tyle. Czy potrzeba wam więcej?
      • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 17:36
        czasami spotyka się w życiu ludzi istotnych i pozostają tacy w naszej pamięci
        • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 17:43
          Prawda. A dla mnie zawsze była najbardziej bolesna utrata. Byc moze przerwałem terapie, bo chciałem, zeby ta osoba zawsze taka była w mojej pamięci, a nie stała sie zwykłym, przecietnym terapeutą, na którego będę ciskał gromy. Choc zazwyczaj zawdzięczamy najwięcej ludziom, którzy są wobec nas wymagający. Z którymi polemizujemy i się droczymy. - to ostatnie ode mnie
      • beerd Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 17:43
        Terapeuta - to jest jej zawód, nic więcej nic mniej.

        Normlane jest też i to, że czujesz wdzięcznośc wobec niej. Ot, proces ;)))

    • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 18:40
      Wiesz Beerd, mądralo ;) wiem o czym mówisz, i wiem, jak to postrzegają ludzie, ale wydaje mi się, że twoja WYPOWIEDŹ, nie Ty, nie była mądra.
      Proces wydaje się prosty z zewnątrz, z książek i dlatego można powiedziec "Ot.. proces", typowy element procesu, coś jest zgodne i nie zgodne z typowym schematem procesu (nota bene, którego nie ma). W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Uwierz mi.
      Po za tym wiem, jaki ta osoba ma stosunek do swojej pracy. Nie każdy postępuje w sposób mechaniczny, lub robi to dla pieniędzy, niektórzy wkładają w to serce.
      Ja w tej chwili jesem na psychologii, i poznałem paru terapeutów, jak również znam swoich byłych terapeutów i innych psycologów i widzę różnice między nimi, nie tylko w sferze kompetencji, ale i podejścia do bycia terapeutą. Nie mam takiego prostego obrazu psychoterapeuty, jako kogoś, kto wykonuje swoją fuchę li tylko.
      Psychoterapeta to nie jest zawód taki jak motorniczy, bliżej temu do księdza.
      Można powiedziec, że wychowawca to też zawód, ale nie przeszkadza to w tym, że poglądy nas wielu ukształtowali nasi wychowawcy lub nauczyciele, tak jak moje, i że czasami mój wychowawca śni mi się w nocy, nadal pozostaje moim dobrym duchem, czasami z nim rozmawiam we śnie. :))
      Psychoterapeta bierze za siebie odpowiedzialnośc za drugiego człowieka, za jego zycie. Jak kierowca autobusu jadącego górską serpentyną, czy kontroler lotu.
      • beerd Re: Relacja z psychoterapeutą 14.11.06, 23:43
        Wiesz, ja terapię mam za sobą i nie pisałam powyższego z pozycji mola
        ksiązkowego.


        Jedno co mnie intryguje - cięzko mi uwierzyc, że jesteś na psychologii.
        Pzdr.
    • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 12.11.06, 19:08
      Byc może nie powinienem wchodzic z Tobą w polemikę, ponieważ polemika to taki rodzaj dyskusji, który powoduje, że obie strony chcą przekonac się na wzajem do swoich racji, w grę zaczynają wchodzic emocje, ludzie zaczynają wyciągac coraz to nowe, nierzadko godzące w osobę przeciwną argumenty. To taka dygresja a propo tego, jak wyglądają inne wątki.
      Po prostu troche mnie zgasiłeś. I tyle Na razie.
      • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 13.11.06, 08:46
        polemika i spór jest czasami stratą czasu.
        • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 13.11.06, 12:22
          I energi.
          • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 14.11.06, 08:20
            czas na życie bez oparcia w innych
    • mskaiq Re: Relacja z psychoterapeutą 14.11.06, 08:43
      Mysle ze pojawily sie w Twoim zyciu okolicznosci niezwykle sprzyjajace. Dzieki
      tym okolicznoscia pokonales problemy. Dzisiaj jestes wolny od wszystkiego co
      nie dawalo Ci zyc albo zmienialo zycie w cos trudnego do zniesienia.
      Te okolicznosci sprzyjajace odchodza i wraca zycie. Pojawiaja sie problemy,
      komplikacje.
      Co bedzie dalej zalezy juz tylko od Ciebie, musisz isc sam Twoja droga. To czy
      idziesz dobrze czy zle bedziesz widzial. Bedziesz tracil przyjaciol albo
      zyskiwal, bedziesz sie cieszyl zyciem albo zacznie byc ono coraz trudniejsze az
      nieznosne.
      Wszystko zalezy co bedziesz wybieral. Wybor jest prosty albo wybierasz milosc
      albo strach.
    • hellio Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 11:39
      Isilanow drogi! Wszystko, co piszesz o relacji z terapeutką - jest do pracy. Ja
      rozumiem wszystkie twoje "ale" i wszystkie twoje wyjaśnienia i wiem, że jak cię
      zaproszę do dyskusji to będziesz umiał mi przedstawić tysiąc pięćset argumentów
      i wskazać strony w odpowiednich podręcznikach - bo na pierwszy rzut oka widać,
      że bestia z ciebie inteligentna i oczytana wzorowo. Jestem pełna podziwu, ale
      jednak upieram się, żebyś Yaloma odłożył na półeczkę, poszedł grzecznie na sesje
      (...albo i niegrzecznie, może nawet lepiej) i podjął te wszystkie niezbędne
      tortury, które składają się na terapię. To, co się z tobą dzieje jest,
      oczywiście, częścią procesu i wiesz o tym bardzo dobrze, chociaż ci się to nie
      podoba. Tak jak nie podoba ci się to, że relacja z terapeutą nie jest symetryczna.
      Z tego co piszesz - trafiłeś na rozsądną,profesjonalną, skuteczną terapeutkę.
      Wykorzystaj to. Pozdrawiam, Hania
      • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 11:44
        proces już zakończył się
        • hellio Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 11:48
          z czego wnosisz?
          • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 21:51
            Nie, nieskoczył się, moim zdaniem jest jeszcze mnóstwo do zrobienia, ale moja terapeutka się z tym niezgadzała jakiś czas temu.
      • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 21:48
        W poprzednich listach nie pisałem o Yalomie. Tylko dwie osoby wiedzą, że go czytam. Czy mam przyjemnośc z MZ? Tak, przyjde na sesje do mojej psychoterapeutki, ale pod paroma warunkami - ze bedziemy rozmawiac o relacji tak by było znów zaufanie, ze znajde znów motywacje do działania, i otwartego mowienia, bo jak na razie popadam w depresje, i ze jednak jako "nagrode" po terapii bedzie mnie czekało coś dobrego - nie tylko fajne zycie i dobre samopoczucie, bo gdy człowiek widzi ze jego plany nie maja szans, jakkolwiek by proste one były, popada w rezygnacje, i by ze strony terapeuty nie było docinków odnosnie pewnych spraw - to samo można zawsze można powiedziec inaczej - wyczułem brak zaufania ze strony terapeuty. It colud be work out, ale potrzeba troszke czasu. Ja się staram przynajmniej sam ze sobą. Ale o tym sza. Wiec droga Haniu, czy to brzmi sensownie, mam to powiedziec mojej psychoterapeutce?
        • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 21:59
          W terapii pacjent decyduje o tym,o czym będzie mówił i co robił.
          1 zasada terapeuty:nie wchodż w coś z czego nie potrafisz wyjść
          2 przed wejściem zawsze sprawdż w co wchodzisz.
        • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 22:08
          I z góry przepraszam za błędy ortograficzne. Po za tym jestem diablo inteligentny, co nie zawsze idzie z mądrością życiowa. Uważam po za tym, że oporu można uniknąc - bo jak to jest, że od czegoś, co ona mi mówiła, odżegnuję się obiema rękami, kiedy pod tym samym wcześniej obiema bym się podpisał. (było strasznie mało rzeczy, z którymi się niezgadzałem) Ale już widzę sens - zaczynam po prostu poświadomie bronic swojej rodziny. :)))) Zdaje się, że kryzys zażegnany. Dziękuje Haniu. Trzymaj się.
        • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 16.11.06, 22:29
          Im bardziej wchodzę w swój introwertyczny świat przygnębienia, tym więcej błedów popełniam - błędów w komunikacji. Podobnie, gdy jestem zmęczony. Nawet teraz nie potrafie się domyślic, czy gdy dwie godziny temu prosiłem mojego tatę by przywiózł mi materiały do mojej pracy domowej, które u niego zostawiłem, do mnie do domu, i będę na niego czekac ok. 30 minut, mam dzwonic do mojej mamy, która prosiła mnie, żebym dał jej znak, czy przychodzę (rodzice mieszkają osobno), a ja jak nierozsądny chce tam pójśc nie patrząc na swoje potrzeby, ponieważ mama powiedziała dziś rano, że beze mnie u niej pusto, po za tym jest chora od 5 tygodni. Ja mam do napisania pracę na jutro na komputerze, który mam u siebie. Kompletny bajzel komunikacyjno uczuciowy. Nie podoba mi się - zła organizacja naszych domów (koniecznośc dzwonienia, przenoszenia za każdym razem rzeczy), moje rozbicie pomiędzy rodziców, a szczególnie matki itp. itd.
          • maureen2 Re: Relacja z psychoterapeutą 17.11.06, 05:01
            to nie ma nic wspólnego z terapeutą i terapią
            • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 17.11.06, 12:12
              Jasne, po prostu zaczynam się rozpisywac nie na temat, pisząc na bieżąco co zauważyłem w sobie. Takie przyzwyczajenie.
            • lsilanow Re: Relacja z psychoterapeutą 17.11.06, 12:14
              Jak się kasuje posty?
        • hellio nie MZ 17.11.06, 16:10
          Yaloma przypisałam ci intuicyjnie - dlaczegóż miałbyś go nie czytać, skoro w
          ogóle dużo czytasz?
          Cieszę się, że wybierasz się na sesję - z tego, co piszesz o swojej terapeutce
          idą z tego dobre rzeczy. Zacznij rozmowę od tego, o czym piszesz wyżej, a
          zwłaszcza od tego, że kołacze się w tobie poczucie, ze ona nie ma do ciebie
          zaufania. I że docinki bywają bolesne, ze wskazaniem, które i kiedy.I o tym
          "czymś dobrym w nagrodę po terapii". Wzbiera we mnie sympatia do młodej, jak
          sądzę, koleżanki i trzymam za nią kciuki. Dla ciebie też dużo ciepłych myśli.
          Odezwij się od czasu do czasu, Hania
          ps.opór jest częścią procesu, nie funduj sobie poczucia winy
          • maureen2 Re: nie MZ 17.11.06, 16:22
            Mnie najbardziej pociąga opór terapeuty i przeciwprzeniesienie.
            Kto to jest Yaloma ?
            • lsilanow Re: nie MZ 17.11.06, 18:27
              Irvin D. Yalom, nie ja Yaloma, autor książki "Dar Terapii" i paru innych, wieloletni specjalista z zakresu terapii grupowej, bodajże, zajmuje się i jest autorytetem w podjeścu egzystencjalistycznym, z tego, co pisze - dusza człowiek. A jego podejście bardzo, bardzo mi odpowiada, i identyczne miała moja psychoterapeutka, teraz zmieniła ale może mi się po prostu zdaje...
              A więc opór pojawia się w przypadku, gdy pacjent nie chce przyjąc pewnych niewygodnych prawd o sobie, broni się przed kontynuowaniem terapii, zaczyna wytwarzac wokół siebie mur, przychodzi dla samego przychodzenia. Powody, dla których to robi są zazwyczaj niebagatelne, (np: obrona pozytywnego obrazu swojej rodziny, obrona wartości, unikanie mówienia o rzeczach trudnych z podwodu lęku przed oceną lub z lęku przed przypomnieniem sobie i wiele wiele innych) i dotarcie do nich umożliwia przełamanie, nie, pryśnięcie oporu. To da się zrobic.
              Uwagi dodatkowe: Trzeba dac terapeutyzowanemu przeświadczenie, że wszystko to robimy dla jego dobra, z tylko i wyłącznie z nim (współpraca) a nie przeciw niemu (rywalizacja). I bron boże nie zarzucac pacjenta informacjami w stylu : tu przejawia się taki a taki mechanizm obronny i tyle, bo to prowadzi to wpędzania pacjenta w poczucie niższości, bezradności (bo jak zapobiec mechanizmom oboronnym, i czy znane one są dla przeciętnego zjadacza chleba). Fine
              Co do przeniesienia: pacjent przenosi na terapeute uczucia jakie żywił wobec innych ważnych w swoim życiu osób, na przykład matki, poprzedniego terapeuty, jak u mnie, jeżeli jest to kobieta. W naszej naturze jest traktowanie ludzi jednej płci, zawodu tak samo - szef to zawsze szef, kobieta to matka, żona lub kochanka, lekarz to lekarz. Tak więc, gdy jakiś lekarz zrobił nam krzywdę istnieje duże prawdopodobienstwo, że będziemy przekładac uczucia które w nas wzbudził na innych lekarzy (a np: dentyści, albo przekładanie relacji ojca na Boga albo na odwrót jak u Bergmana).
              Dla terapii ma to tyle istotny cel, że gdy pacjent komunikuje, ze w terapeucie widzi ojca, można to użyc do przyjrzenia sie uczuciom, jakimi darzy pacjent swojego ojca, wydarzeniom z ich relacji, zastanowieniu się, co teraz go skłania do problemowych relacji i co czuje wobec ludzi, którzy mu tego ojca przypominają. Dzięki temu można "otworzyc" pacjenta, będzie mu lżej na duszy. Choc sam proces może byc bolesny - gdy w grę wchodzą przeszłe bolesne uczucia.
              Notabene spotkałem się z przypadkami, że ludzie wybierają na swoich terapeutów i lekarzy osoby, które im w jakiś sposób przypominają swoich bliskich, w zachowaniu, wyglądzie, sposobie bycia, głosie i tych uważają za wiarygdnych.
              Fine
              • chmurka.bez.ogorka Re: nie MZ 17.11.06, 20:38
                Co do przeniesienia: pacjent przenosi na terapeute uczucia jakie żywił wobec in
                > nych ważnych w swoim życiu osób, na przykład matki, poprzedniego terapeuty,
                jak
                > u mnie, jeżeli jest to kobieta. W naszej naturze jest traktowanie ludzi jednej
                > płci, zawodu tak samo - szef to zawsze szef, kobieta to matka, żona lub kochan
                > ka, lekarz to lekarz. Tak więc, gdy jakiś lekarz zrobił nam krzywdę istnieje
                du
                > że prawdopodobienstwo, że będziemy przekładac uczucia które w nas wzbudził na
                i
                > nnych lekarzy (a np: dentyści, albo przekładanie relacji ojca na Boga albo na
                o
                > dwrót jak u Bergmana).
                > Dla terapii ma to tyle istotny cel, że gdy pacjent komunikuje, ze w
                terapeucie
                > widzi ojca, można to użyc do przyjrzenia sie uczuciom, jakimi darzy pacjent
                swo
                > jego ojca, wydarzeniom z ich relacji, zastanowieniu się, co teraz go skłania
                do
                > problemowych relacji i co czuje wobec ludzi, którzy mu tego ojca przypominają.
                > Dzięki temu można "otworzyc" pacjenta, będzie mu lżej na duszy. Choc sam proce
                > s może byc bolesny - gdy w grę wchodzą przeszłe bolesne uczucia.
                > Notabene spotkałem się z przypadkami, że ludzie wybierają na swoich
                terapeutów
                > i lekarzy osoby, które im w jakiś sposób przypominają swoich bliskich, w
                zachow
                > aniu, wyglądzie, sposobie bycia, głosie i tych uważają za wiarygdnych.

                wszystko to prawda, ale może również przesądzić o niepowodzeniu terapii. Nie
                powinno się wybierać na terapetów osób przypominających osoby bliskie, jak cię
                za bardzo poranili to możesz mieć problemy z zaufaniem terapeucie i powstanie
                murek nie do zburzenia. Co tam murek, cała forteca z działami ;)
                Psychoterapia jest metodą, która podobnie jak wszelkie babraniny we wnętrzu
                może cię zafiksować na użalaniu się nad sobą do końca życia. Lepiej jak jest to
                etap. Niektórym słabe punkty dają siłę, ale potem powinna mieć już miejsce
                terapia z elementami psychologii pozytywnej. Kształtowanie pozytywnych i nie
                autodestrukcyjnych postaw (których źródła już znasz) i ich wzmacnianie. Praca
                głównie samodzielna....Równoczesne przypominanie sobie tego, co autentycznie
                lubisz i co daje ci siłę, a nie co wyniszcza i wypala...i odchuchanie tego,
                żeby cię znowu wzmacniało :)
            • lsilanow Re: nie MZ 17.11.06, 18:31
              Ale zdaje się napisałem o rzeczy dobrze znanej, bo nie przeczytałem dokładnie Twojego listu maureen, opór terapeuty i przeciw-przeniesienie - można to wykorzystac, każdy człowiek przenosi, każdy człowiek się wzbrania, nie ma w tym nic dziwnego, a nawet czyni z relacje z terapeutą bardziej ludzką, choc mogą wystąpic komplikacje, gdy terapeuta nie jest w stanie nieokazywac swojego negatywnego stosunku do terapeutyzowanego, ale wtedy traci sztucznościa. W Yalome jest roździalik traktujący o czymś podobnym do tego, o czym piszesz.
          • lsilanow Re: nie MZ 17.11.06, 18:43
            Zastanawiam się nad jedną rzeczą : czy rzeczywiście psychologów robią z metra : bo albo powtarzają w kółko te same rzeczy (co mi często nie wystracza), zachowują się podobnie, myśla podobnie, albo ujmują mnie za serce, jak autorka poprzedniego listu. :))
            Podejrzewam, że dużo rzeczy wynika z nieporozumien jakie są w mojej relacji z terapeutką.
            Ja rozumiem, że opór jest cześcia procesu, jedynym powodem, dla którego funduje sobie poczucie winy jest to, że .. ją lubie i nie chce jej nie lubic. ( a wiem jak można nie lubic w czasie oporu - można chciec nawet udusic). Proces - ok, jak zwał tak zwał, dla mnie nazwa kojarzy się z czymś bezdusznym, mechanicznym. Ważne jest dla mnie by widziec sens tego wszystkiego a sens: to a) zdjęcie z siebie cieżaru tych wszystkich złych lat - czyli kłębuszka uczuc jak ona to łądnie określiła b) prowadzenie miłego i pogodnego życia - to teraz już mam c) umożliwienie niekształtowania swojego życia według tych wzorców, które wcześniej przysporzyły mi cierpienia, nie wchodzenie w podobne toksyczne relacje (czyli po chłopsku - nie popełnianie tych samych błedów) c)samoświadomośc i rozwój (to zdaje się mam w nadmiarze :)))
            • maureen2 Re: nie MZ 17.11.06, 18:56
              Terapeutę można przez tydzień lubić,a przez dwa dni nie lubić,potem lubić znowu
              przez dwa tygodnie i nie lubić przez pięć dni.
              • lsilanow Re: nie MZ 17.11.06, 19:37
                Jak każdego. Boże, jaki głupi jestem. To się nazywa: wycofywanie się w przedbiegach
                • lsilanow Re: nie MZ 17.11.06, 19:45
                  Czyli jeżeli się pogniewam, to niby na zawsze, choc może wyjśc z tego coś, po czym tą osobę jeszcze bardziej będe lubił. (bo przyjaciele nie są tylko od mówienia sobie miłych rzeczy)Prawda?
                  • sha_la_la_la Re: nie MZ 17.11.06, 19:52
                    Terapia jest specyficzną formą kontaktu.Wzbudza różne emocje,terapeuta też wzbu
                    dza różne emocje,pacjent też. Lubienie lub nielubienie nie jest celem terapii.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka