Gość: Monca
IP: 195.116.62.*
18.04.03, 11:05
Mój mąż ujął mnie swoją opiekuńczością, tym jak o mnie zabiegał, czułością,
zrozumieniem. Więc postanowiłam z nim związać resztę życia. Wyjechałam do
Trojmiasta, 350 km od rodziców, siostry, brata... rodziny. Ma chorą, samotną
matkę. Zależało mu na tym by z nią mieszkać. Praca, obowiązki, problemy... To
wszystko zjadło nasz związek, a mój mąż nie chciał rozmawiać. Po wielu
próbach, po wielu odtrąceniach, przepłakanych nocach wiem, że muszę odejść.
Że jestem tu daleko od najbliższych, ale będę mniej samotna niż w moim
małżeństwie. Nie mogliśmy omówić problemów, odkryłam w nim brak empati,
koncentrowanie na swoich odczuciach i potrzebach.
To miły facet, dusza towarzystwa, wciąż go kocham. Ale wiem, że muszę odejść.
Że lepiej być samemu, niż zamiast wracać do domu, przechodzić wszystkie
wystawy, zostawać dłużej w pracy, bo boję się atmosfery.
Piszę, bo jest mi smutno, czuję się oszukana. Jednocześnie boję się życia na
własną rękę, za śmieszną pensyjkę. Przykro mi że dookoła znajomi coś
osiągają, a ja będę wynajmować pokój. Boję się jak zareagują rodzice, że
będzie im bardzo smutno. Że jest w tym moja wina... Pewnie jest.
Może mi ktoś napisze, jak sam sobie radził w takiej sytuacji.