ewax100 25.02.07, 18:16 Jak zachowujecie się po rozstaniu?czy nadal się spotykacie ale już na zasadach kolega-kolezanka?czy nie jest to możliwe? Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
agniea Re: Rozstanie i co dalej.... 25.02.07, 19:38 niektórzy się kumplują, ja tam wolę unikać:) no chyba że ex generalnie niewiele dla mnie znaczył... Odpowiedz Link Zgłoś
brak-chmur Re: Rozstanie i co dalej.... 25.02.07, 20:34 ....czasami początek DANCE MACABRE. Odpowiedz Link Zgłoś
rwrw2 Re: Rozstanie i co dalej.... 25.02.07, 22:07 Agniea ma chyba racje. Na osobie, która mnie zostawiła bardzo mi zależało. Spotykanie się z nia na zasadzie koleżanka-kolega było by dla mnie męczeniem się, a tak może łatwiej będzie zapomnieć. Odpowiedz Link Zgłoś
ewax100 Re: Rozstanie i co dalej.... 26.02.07, 13:40 Tez tak myslę ze takie spotkania dla osoby zostawionej jest jakims cierpieniem. Odpowiedz Link Zgłoś
lavazza69 Re: Rozstanie i co dalej.... 26.02.07, 17:46 brak-chmur napisała: > ....czasami początek DANCE MACABRE. hehe fakt Odpowiedz Link Zgłoś
bluemood Re: Rozstanie i co dalej.... 26.02.07, 19:03 Jeszcze nigdy nie rozstałam się z nikim w taki sposób, żebyśmy nie mogli się ze sobą kontaktować. Trochę warto przeczekać po rozstaniu a potem szkoda przekreślać watościową znajomość. Ale nie były to nigdy toksyczne i niszczące związki. Z takich uciekać jak najdalej :) Odpowiedz Link Zgłoś
jan_stereo Re: Rozstanie i co dalej.... 26.02.07, 21:57 tak spotykac sie jest najlepiej przed rozstaniem, a jeszcze lepiej przed zwiazaniem sie,chociaz i po rozstaniu to wcale nie szkodzi,jaka zatem roznica ? Odpowiedz Link Zgłoś
takasiato Re: Rozstanie i co dalej.... 26.02.07, 23:48 Po zakończeniu związku większość z nas liże rany lub czeka aż czas je zagoi. Dość trudno pamiętać o dobrych momentach, wskazujemy już tylko na kiepskie kwadranse i blizny, jakie w naszym sercu pozostawił sobie winowajca. A przecież dopóki związek trwał, pasował do nas i było nam w nim do twarzy. Za kochaniem wlecze się rozstanie: tymczasowe, cykliczne lub trwałe. Odchodzenie wpisane jest w naturę przetrwania, to instynkt samozachowawczy podpowiada, kiedy kogoś opuścić: wtedy, gdy dotychczasowy układ i osoba za bardzo nas eksploatują emocjonalnie lub przygaszają. Odchodzenie od siebie często jest gwałtowne i bolesne, bo unieważnia uświęcone, wspólne wartości, odczarowuje zaklęcia. Bywa powolne i cierpkie, gdy życie dzielone z mężczyzną płowieje, traci kolory, przycicha, rozmywa się. Czasem rezygnujemy ze związku dużo wcześniej, niż wskazywałyby na to okoliczności, bo wolimy opuścić partnera niż potem być tą zostawioną. Czasem dezerterujemy ze związku na palcach, bez słów, po kryjomu, żeby nic nas nie zatrzymało i żeby mniej bolało? A może dlatego, że nie mamy już nic do powiedzenia tej drugiej osobie? Ale odchodzimy też głośno, krzycząc, płacząc i przeklinając. Rozbite talerze, podarte zdjęcia... Choć dla niektórych taka forma może być żenująca, więc rozstają się w sposób zdystansowany, jak para kontrahentów, która musi oszacować zyski, straty i ustalić podział dorobku. Jak to mówią sami zainteresowani: pakują swoje zabawki i każde idzie w swoją stronę. Teraz z kim innym będą bawić się w dom. Rozstania nieraz przybierają formę procesu sądowego, na którym oskarżony ma prawo jedynie do milczenia i wysłuchania wyroku, odbycia kary. Nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, bo dużo wcześniej zgromadziłyśmy dowody jego winy, przeszukałyśmy kieszenie, torbę, sprawdziłyśmy komórkę i kalendarz... Zwykle mówimy: „to koniec” z przeświadczeniem, że kochałyśmy tego faceta, ale w jednej połowie był on nie do życia, a w drugiej nie do zniesienia. Silne uczucia biorą nas z zaskoczenia, nie wiadomo jak się zaczynają i kiedy się wypalają albo przekształcają w swoje przeciwieństwo. Nie ma reguły na bezbolesne pożegnania, na poprawny przebieg rozstania. Wydaje się, że jego sens można odmierzyć tylko tym, jak się po nim żyje, na ile sprawnie wraca się do siebie samej. Rozstanie jest trudne, zwłaszcza gdy jest kresem planowanej wspólnej przyszłości uszytej z marzeń, unieważnieniem wpojonej wiary, że razem możemy przenosić góry i jesteśmy niepokonani. Nagle urywa się film, nie wiadomo, jaki będzie finał własnej życiowej historii, skoro nie u boku tego jedynego. Przyszłość jest sparaliżowana, unieruchomiona, rozpamiętujemy więc przeszłość. Współrzędne określające obecne położenie to bezradność, poczucie zawodu i niespełnienia, poświęcenia, które się nie opłacało, poczucie straty czasu, przemijania, bo prawdziwa milosc to ta, co trwa wiecznie, tymczasem nam się skończyła, więc nie była tym, w co święcie wierzyłyśmy. Rozstanie przyprawia nas o zwątpienie we własną moc, atrakcyjność i skuteczność. Pozbawione przynależności do bliskiej osoby tracimy orientację co do swojej tożsamości. Nie do pojęcia wydaje się wtedy myśl, że do rekonstrukcji siebie wystarczy jakiś procent spełnienia, którego przecież w tym związku doświadczałyśmy. Odejście od siebie to rodzaj zmiany, koniecznej do odnalezienia kolejnych ścieżek dostępu do szczęścia. Nasze poglądy, potrzeby, zamiary, styl bycia wciąż ulegają przekształceniom, jeśli odbiegają w innym kierunku niż zapatrywania i postępowanie partnera, to być może najlepszą rzeczą jest właśnie rozstanie, zanim kolejne, coraz mocniejsze nieporozumienia, nie poturbują nam psychiki i nie pozbawią chęci na następne związki. Bo w ich przeżywaniu najcenniejsze jest to, by przy całej świadomości ich możliwego końca umieć przeżywać je jako dozgonne i płomienne. Za każdym razem. To właśnie jest wieczna miłość.. Trudno z dnia na dzień wycofać mocne uczucia, skoro tyle energii kosztowało budowanie intymnej relacji. Pożegnania mają swój gatunkowy scenariusz, szaleją hormony i demony. Szlochamy i spijamy cały alkohol, który nawinie się pod rękę. Rozpamiętujemy, gdybamy, mamy do siebie pretensje o niedostateczną czujność, o przeoczenie istotnych sygnałów, liczymy, że jeszcze uda się cofnąć te błędy. Zwykle nie można ich skasować, ale zawsze można ich już więcej nie popełnić. A kiedy umysł i serce zmęczą się już tym cierpieniem, w końcu następuje wewnętrzny protest przeciw grzebaniu własnej radości. Zaczynamy wychodzić z własnego cienia, odradzają się naturalne siły do walki z poczuciem opuszczenia. Zmieniona rzeczywistość uczy nowych zachowań, obcowania ze sobą, w sobie i u siebie, radzenia sobie z nowymi wyzwaniami. Nie wystarczy spakować się i wyjść, pożegnanie zaczyna się dopiero po odejściu. Powoli godzimy się z ubytkiem, powoli stajemy na nogi i stawiamy znowu czoła. Ból po amputacji drugiej osoby ze swojego życia i z duszy jest trudny do uśmierzenia, bo boli coś, czego już nie ma. Dopiero, gdy ból ten przetrawimy, uda się zamknąć miłość i wyjść ze związku z poczuciem dokonania właściwego wyboru. Pożegnamy się wtedy z konkretnym mężczyzną, ale i z tęsknotami i oczekiwaniami, które go dotyczyły. Odtąd on – tak jak i my - będzie miał prawo do szczęścia z inną, będzie już poza zasięgiem żywionej doń niegdyś miłości czy później nienawiści. Głęboko ukrytym sensem miłości wydaje się być to, że w ogóle dopada ona ludzi i obdarowuje ich gorączką kochania, porażeniem, oszołomieniem, euforią, skondensowanym szczęściem. Dlatego może należałoby kochać miłość bardziej niż jej obiekt, cieszyć się doświadczaniem stanu kochania. Bez zaznawania go nie można ani uszczęśliwić innych ludzi, ani rozsmakować się we własnym życiu. Rozstania zaś byłyby wyciszeniem, odpoczynkiem przed kolejnym „mężczyzną naszego życia”. to slowa mojej przyjaciolki. Odpowiedz Link Zgłoś
brak-chmur Re: Owszem, ale..... 27.02.07, 19:00 ....nie do końca prawdziwe. Przede wszystkim dlatego, że nie uwzględniono subtelnej, ale istotnej różnicy między rozstaniem a porzuceniem. Rozstaje się para młodych ludzi , którzy po paru seksualnych eksperymentach dochodzą do wniosku, że różnią się np temperamentem lub skalą potrzeb , kreatywnością itp. Rozstaje się starsze małżeństwo , które było ze sobą tylko "dla dzieci", a teraz już dzieci poszły w świat , więc uznają za stosowne pójść każde swoją drogą. Rozstaje się też młode bezdzietne małżeństwo, kiedy spostrzegają , że ich decyzja była nierozsądna i tak naprawdę oprócz seksu, którzy zdążył się znudzić, nic ich nie łączy. Krótko mówiąc w przypadku ROZSTANIA musi być element dobrowolności decyzji podjętej wspólnie. W przypadku PORZUCENIA , sprawa jest dużo bardziej skomplikowana i wszelkie teorie o kant rozbić , bo każdy w takiej sytuacji reaguje indywidualnie, adekwatnie do własnych przeżyć, doświadczeń, temperamentu, osobowości, czasem ukrytych fobii i dewiacji. Odpowiedz Link Zgłoś